Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,90  46,32 
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Norbert Pospieszny, obecnie komisarz dochodzeniówki, był przed laty księdzem, a co ważniejsze, kolegą Grosera z jednego rocznika. Po rzuceniu sutanny utracił kontakty z duchownymi. Z Groserem spotkał się po latach w dość niezwykłych okolicznościach. Na pogrzebie człowieka, któremu — jeszcze jako policjant drogówki — udzielił sakramentu chorych w obliczu śmierci. Później, już jako dochodzeniowiec, zajmował się sprawą Grosera, gdy gazeta „Superfakty” próbowały z niego zrobić pedofila. Zjawił się także na parafii Pierwszych Chrześcijan w tę feralną noc, gdy Grosera napadnięto.

— Co, przyjacielu, coraz bardziej podnoszą ci poprzeczkę: pomówienia w prasie, podpalenie, zabicie psa, a teraz jeszcze ta golgota. Chyba już wyżej nie można… Święty za życia.

— Norbert, powiedz mi, co się stało.

— No cóż, zostałeś napadnięty w ruderze po Ryżym Bronku. Sprawców na razie nie złapano. Zabezpieczyliśmy ślady… Butów, opon. Wiemy, że w trakcie napadu telefonowali gdzieś, ale jeszcze nie ustalono gdzie, więc prawdopodobnie nie działali sami. Zaalarmował nas o wszystkim twój anioł stróż o przeuroczym nazwisku Zbigniew Szatan. Na początku zresztą sprawdzaliśmy go, ale okazuje się, że został wywabiony z przyjęcia, żeby chłopcy mieli wolne pole do działania. Oczywiście obserwujemy go, ale to na pewno nie on.

— Oczywiście. Zbiniu jest kryształ.

— Wacuś, wiem, że ledwo żyjesz, ale czy jesteś w stanie opowiedzieć mi, jak to wyglądało z twojej strony? Cokolwiek…

Groser uniósł brwi. Westchnął.

— No cóż, skończyły się poprawiny Magdy i Kuby… Zostałem zupełnie sam. Franek musiał gdzieś wyjechać. Koło północy dostałem esemesa, że Bocian bije Agatkę w chacie Ryżego Bronka. No tę swoją córkę…

— Tak, tak…

— Pobiegłem i nagle urwała mi się świadomość. Ocknąłem się, leżałem przywiązany rękoma do jakiejś belki. Było ich dwóch w kominiarkach.

— Sądzisz, że jeden z nich to mógł być Bocian?

— Taka myśl mi wtedy nawet przyszła do głowy, ale to bez sensu… — Groser zastanawiał się. — Jakby ci to powiedzieć? Myślę, że on był mi bardzo wdzięczny, pracował w sposób naprawdę oddany. Wyciągnąłem go z więzienia, dałem pracę… Ale przede wszystkim wygrał, stał się lepszym człowiekiem. Nie wierzę… Jaki miałby motyw?

— Zryty mózg… Kiedy podpalał ci kaplicę, też nie miał powodu, mówił, że wóda mu rozum odebrała.

Wacław pokręcił głową.

— No wtedy myślał, że robię krzywdę jego córce. Molestuję…

— Przesłuchiwałem kilku uczestników imprezy, poprawin, które urządziłeś.

— Cała parafia urządziła…

— Okej, nieważne, podobno Bocian znowu zaszalał…

Groser przytaknął.

— Niestety… Ale to jest naprawdę gdzieś w środku dobry człowiek, on ma serce…

— Wacuś, on ma dwa serca. Jedno dobre, które jest zdolne kochać, a drugie serduszko, które ma jedną troskę: zdobyć gorzałę. Nie ma takiej ceny, której alkoholik nie zapłaci za nią. Spośród alkoholików rekrutuje się najwięcej donosicieli… Może Judasz też był alkoholikiem? Kochał Jezusa, ale potrzebował na wódę.

Groser pokręcił głową.

— A co on mówi? — spytał.

— Kto?

— Bocian.

— Na razie nic. Zniknął. Wrócił do domu i potem wyszedł. Żona jest przekonana, że gdzieś pije. Ale na pewno go znajdziemy. Komendant wojewódzki powołał specjalną grupę operacyjną. Były oczywiście telefony z samego ministerstwa. Spotkał mnie zaszczyt. W tym towarzystwie gówno znaczę, nie mam ani stopnia, ani odpowiedniego doświadczenia, ale uznali, że jestem ekspertem od ciebie.

— No widzisz, Norbert, jeszcze zrobisz na mnie karierę…

— Jak ja ci się odwdzięczę? A czekaj, bo bym zapomniał. Mam twój telefon… Przegraliśmy informacje. Mogę ci go oddać, ale myślę, że to ostatnia rzecz, jakiej potrzebujesz. Musisz mieć spokój. Na pewno przyatakują cię pismacy. Wyłączyłem ci go. Ale niech sobie tu leży.

Groser wymownie spojrzał na zapakowane dłonie. „O czym tu gadać”.

Westchnął. Wyobraził sobie, że wszystko jest w nim teraz prześwietlane. Także esemesy, które nie bardzo chciałby, aby oglądano. Do Leszka, do Magdy, wiele spraw załatwiał w sposób półlegalny. Próbował przypomnieć sobie te najbardziej kłopotliwe, ale po chwili się poddał.

— Jezu, ufam Tobie — szepnął.

— Co? — spytał Pospieszny, nie dosłyszawszy.

— A nic, tak sobie głośno myślę.

— Telefon, z którego wysłano do ciebie esemesa, przestał działać, najprawdopodobniej leży na dnie jakiegoś jeziorka. A nie słyszałeś, jak gdzieś dzwonili? Nieraz człowiek zapamiętuje dziwne rzeczy.

— Po tym wszystkim mnie jakoś ocucili i przytknęli mi do ucha telefon. Ktoś…

— Coś ci powiedział? Cokolwiek kojarzysz?

— Nie wiem. Chyba drwił, że patrz, jaki z ciebie Chrystusik… Nie wiem, naprawdę.

— Spokojnie. Może coś ci się przypomni, daj tylko sygnał. Zostawiam ci mój numer. Rozpoznałbyś ten głos?

— Nie, raczej nie.

— Podejrzewasz kogoś oprócz Bociana?

— Wrogów mam sporo… Jest ten Motlański, wiesz najlepiej…

— Bierzemy go pod uwagę. Pojechał do Niemiec. Nie odbiera telefonu.

— To skąd wiecie, gdzie jest? — Groser westchnął głęboko.

— Każdy telefon działa jak GPS.

— Może dajmy temu wszystkiemu spokój. Gdybym nie podał tego wina od Łotockiego… Spuśćmy na to zasłonę.

Norbert widział, że Groser zaczyna odpływać… Niech spuszcza swoją zasłonę miłosierdzia i zdrowieje… A oni będą tropić. Wstał i odmeldował się, przytykając palce do głowy.

Lęki
1

Wargin odłożył gazetę. Autor porównywał Grosera jednocześnie do Popiełuszki, ojca Pio i Pana Jezusa. Artykuł sąsiadował z fotografią aktorki, która zdecydowała się pokazać w filmie wszystko, a część pieniędzy, które otrzymała za rolę, postanowiła przeznaczyć na cele charytatywne. Nie miał nastroju, ale mimo wszystko popatrzył ze znawstwem na piersi bogini.

Gazety huczały od sprawy Grosera. Prokurator obwieszczał sukces. W starej kamienicy przeznaczonej do rozbiórki znaleziono zwłoki Bociana. Strzał prosto w serce. Wykończył go najprawdopodobniej wspólnik. Pewnie pokłócili się o pieniądze za robotę. W każdym razie dowody były bezsporne. W pomieszczeniu znaleziono kominiarkę, a na niej włosy Bociana. Ślady butów Bociana odpowiadały śladom zdjętym przez techników w chacie Ryżego Bronka.

Nie mógł tego pojąć. Bocian nie był w stanie sam wymyśleć tego symbolicznego spektaklu. Wiedział tylko, jak się bije żonę i zadręcza dziecko. No tak, ale miał wspólnika. Był na tyle głupi, że nie rozumiał, iż po wykorzystaniu go do brudnej roboty stanie się balastem. Tak czy owak, to były pionki. Miał przekonanie, że za wszystkim kryje się Motlański. Groźby zostały zrealizowane. Dokładnie tak, jak mu zapowiedział.

Jeśli to on, to na jakiś czas powinien dać spokój, ale jeśli to jakiś psychopata dążący do celu, to zagrożenie go wręcz mobilizuje.

Motlański, dziennikarz polecony mu przez Stogę do nagłośnienia fundacji, z której nic nie wyszło, zjawił się u niego przed paroma miesiącami z propozycją nie do odrzucenia. Miał mu w ramach wdzięczności opowiedzieć parę obrzydliwości na temat Grosera. Sugerował, że jest on pedofilem, bo widywano go na parafii z dziewczynką. Wargin, co prawda, gdzieś w swoim wnętrzu poczuł cichą satysfakcję, że ktoś oblewa Grosera gównem, ale na zewnątrz udał, że jest obrażony nagonką na przyjaciela i próbą wmontowania go w całą sprawę. „Powiem panu więcej — rzekł z pogardą dziennikarzowi — sam widywałem go z psem, ale z tego nie wynika, że z nim współżyje”. Motlański próbował straszyć Krystiana, że upubliczni zdjęcia, na których sfotografowano go w łóżku z kochanką. Wtedy pokazał mu drzwi. Poskarżył się nawet Stodze, że jego protegowany jest szantażystą. Stoga oczywiście od znajomości z Motlańskim się odciął, ale jednocześnie podkręcił w Warginie strach, uzmysławiając mu, do czego są zdolni ludzie dawnych służb.

Lęk go sparaliżował. Nikomu nie opowiedział o groźbach Motlańskiego i Stogi.

Odkupił swoją winę, ratując Wacława finansowo. Kiedy ten w desperacji wyznał mu, że z powodu niespłaconej pożyczki będzie musiał wkrótce ogłosić bankructwo, zadzwonił do swego ojca w Ameryce. Poprosił go o pomoc, użył całego swego wdzięku. Czemu to zrobił? Żeby udowodnić swoje poplątanie, że jest w nim kawałek dobra? Zacytował ojcu Faustynę, że „żaden czyn podjęty w Bogu nie przeminie…”. Poskutkowało, ojciec sypnął kasą.

Nie przeminie…

Teraz mu grozi, że za ten czyn dostanie solidny wpierdol, może nawet taki, że się nie obudzi. Czuł, jak dusi go strach. Chwycił się za gardło. Ale była też w nim jakaś fala wyzwolenia.

Otworzył „Dzienniczek” Faustyny. Musi trzymać się reguły. Żaden dzień bez przeczytanej linijki. Musi to robić, choćby nie wierzył w sensowność tego tekstu. Musi wierzyć w sensowność rytuału, który ustanowił, w porządek, który stworzył. Pod wpływem Marty, swej siostry, którą chyba jedyną na świecie kochał miłością czystą. To u niej znalazł zaczytany „Dzienniczek” Faustyny. To ona jakby go zainfekowała. Ilekroć więc otwierał zapiski słynnej mistyczki, widział oczy Marty. To ona mu uświadomiła, że urodził się dokładnie w 25. rocznicę ukazania się Pana Jezusa Faustynie. 22 lutego 1931 roku ta prosta siostra ze zgromadzenia magdalenek usłyszała słowa Zbawiciela: „Namaluj mój obraz z podpisem: Jezu, ufam Tobie”.

Nagle przyszło mu do głowy, że zamówi dla Wacka Jezusa Miłosiernego. Na dole płótna każe namalować kawałek muru, z tymi cegłami, które przywiózł mu z Rzymu jako kamienie węgielne dla kościoła Pierwszych Chrześcijan. Kawałek ruiny z wpisaną ufnością. Ta myśl zaczęła go uspokajać. Wreszcie wytyczył sobie cel, który nie pozwoli mu się w tym momencie rozpaść. Przepędzi tę gnidę w imię: „Jezu, ufam Tobie”. W latach osiemdziesiątych sprezentował już Groserowi kopię jego ulubionego obrazu Hieronima Boscha „Chrystus wyśmiany”, ale po paru miesiącach ktoś mu ten obraz ukradł. Złośliwi powiadali, że skradł mu go sam darczyńca. No to spróbuje jeszcze raz.

 

W nagrodę za dobrą decyzję nalał sobie kieliszek hennessy. Po chwili dotarło do niego, że jest to koniak, który kojarzy mu się ze Stogą. Wylał go więc do doniczki z kaktusem. Uśmiechnął się do swego symbolicznego działania. Ten dystans do materii. Trzeba mieć w sobie klasę, żeby coś takiego zrobić. Jeśli ma wierzyć w działanie symboli, to nie może posługiwać się symbolami fałszywymi. Wyciągnął butelkę Martella. Dopiero teraz odetchnął. Perfekcja smakowo-etyczna.

Wiedział, że przez jakiś czas Motlański da mu spokój, ale w ostatecznym rozrachunku nie będzie bezpieczny.

Co robić? Iść na policję? Złożyć zeznania? To tylko uwidoczni jego winę, że milczał. Powiedzą, że jego milczenie zrodziło dramat.

Ale musi o tym komuś powiedzieć, bo inaczej zwariuje. Może wyjechać na jakiś czas do Stanów, do ojca? Przecież czekają na niego. Może udać, że nic nie wie…

Ale wiedział…

Nie miał wątpliwości, że za całą sprawą kryje się Motlański, a jeśli Motlański, to także Stoga.

„Boże, jeśli jesteś miłosierny, sprowadź na nich śmierć”. Tylko ich śmierć dałaby mu pełną satysfakcję i ukojenie.

2

Po południu po przewiezieniu na oddział chirurgii urazowej wreszcie poczuł głód. Dostał jedynkę. Czuł skrupuły. Gdy wieźli go korytarzem, widział ludzi na dostawianych łóżkach. W stanie cięższym od jego. Kanarek uciszył jego wątpliwości. „Toby dopiero ksiądz sparaliżował szpital, gdyby tu leżał”. Zjadł swoją pierwszą kolację. To znaczy został nakarmiony przez pielęgniarkę. Patrzył skrępowany na jej młodość i uśmiech. Wiedział, że musi wyglądać jak dziad kalwaryjski.

Rano do pokoju wszedł ksiądz. Wysoki, siwy, czerstwy, z krzaczastymi brwiami. Mógł mieć siedemdziesiąt, siedemdziesiąt pięć lat.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

— Na wieki wieków — odpowiedział.

— Czy pan przyjmuje Jezusa?

— Tak.

Ksiądz wyciągnął z puszki hostię.

— Ciało Chrystusa.

Groser zamknął oczy. Otworzył je dosłownie po kilku sekundach, słysząc zamykane drzwi.

„Krzaczasty” zniknął.

„Cholera, wszyscy mnie tu rozpoznają, niemalże uczą się na pamięć moich książek. A ksiądz… Albo rzeczywiście nie wie, kim jestem, albo nie chce wiedzieć, bo mnie nie cierpi”. Nie byłby to pierwszy ksiądz, dla którego nie jest prawdziwym kapłanem. Po chwili skarcił się, że pierwszym owocem przyjętej komunii jest zastanawianie się nad własnym ego. Pycha. „Nie wszyscy muszą cię znać. Nie możesz dzielić ludzi na tych, którzy cię podziwiają i tych, którzy nienawidzą. Mogą być ludzie, którzy cię po prostu nie rejestrują”.

Rozmyślania przerwała pielęgniarka. Już nie karmicielka.

Podeszła bez słowa i wymierzyła termometr-pistolet w czoło Grosera, wpisała do karty wynik, a potem spytała sucho:

— Wypróżnienie było?

Pokręcił przecząco głową. To chyba oczywiste… Jak? W pościel? I w tej chwili poczuł, że się zapada. Jak grom z jasnego nieba spadła na niego świadomość, że czeka go coś niewyobrażalnego.

— Woli ksiądz basen czy pampersa?

— A nie mógłbym sam do toalety?

— Może jutro, pojutrze, na razie nie ma ksiądz ręki. A to naprawdę jakiś problem?

Groser zaniemówił. Był problem. I to wielki.

— A więc niech się ksiądz zastanowi — rzuciła i wyszła.

Wpadł w panikę. Do tej pory rozmyślał o tym, czy będzie mógł rozdawać komunię. Teraz przyszło mu do głowy, że jego największym problemem będzie podtarcie sobie tyłka. „Wolę głodować jak Pan Jezus na pustyni”. Kiedy obudził się z założonym cewnikiem, nie czuł z tego powodu wstydu. W końcu to jego męskość. Ale odsłonięcie swej ohydnej strony… degradującej fizjologii… Świat mu zawirował. Uzmysłowił sobie, że jest malutki. Tysiące ludzi znosi podobne upokorzenia ciała bez cienia skargi. Bez rąk, bez nóg. Całe życie. Z drugiej strony nie był wyjątkiem… Przypomniał sobie, jak Cybula mu kiedyś opowiadał o swoim stryju księdzu, który umarł z tego powodu, że wstydził się po operacji poprosić o basen. Staruszkowi nie mieściło się w głowie, że on, ksiądz, którego ciała nikt nigdy w życiu nie oglądał, rozbierze się i to w takich okolicznościach. W konsekwencji porobił się w łóżko. Smród był na całą salę. Rozzłoszczona pielęgniarka otworzyła na oścież okna i zaczęła wietrzyć, a że był mroźny styczniowy dzień, stryj Cybuli dostał zapalenia płuc i zmarł. To wspomnienie przywróciło go do pionu. Nie jest dziwakiem.

I nagle poczuł, że brzuch daje znać o sobie… ruch robaczkowy… Zadzwonił po siostrę.

— Siostro, ja muszę. To może już lepiej… — chciał poprosić o pampersa.

— Dobrze, wstajemy.

— To jak? — spytał zdziwiony Groser.

— Idziemy do toalety.

Kiedy stanęli koło klozetu, pielęgniarka podciągnęła mu koszulę. Zamknął oczy.

— Niech ksiądz uważa.

Pomogła mu usiąść na sedesie.

— Przyjdę za chwilę.

Skronie mu pulsowały. Bał się, że dostanie kolejnego zawału… Ulga. Spłukał łokciem. Stał bezradnie, wstrzymując oddech. Śmierdziało strasznie.

— Już? Proszę śmiało wychodzić … — Kobieta czekała przed kabiną z miską. — Proszę się wypiąć.

W dłoni uzbrojonej w gumową rękawiczkę zauważył potężną porcję ligniny.

Poddał się operacji. Zaniemówił, chciał podziękować, ale nie wiedział jak.

— Niech ksiądz nie będzie takie dziecko. Przecież już i tak musieliśmy księdza podmywać zaraz po wypadku.

Dopiero teraz sobie uświadomił, że kiedy przytroczyli go do rusztowania, puściły mu zwieracze.

Leżał i rozmyślał. To znaczy bredził myślami. Wyobraził sobie, że jego doświadczenie było jak wystawienie na próbę Abrahama. Kiedy już wykazał swoją gotowość, zostało mu to oszczędzone… Pampers albo basen… Pohańbienie albo życie.

Zaczął przepraszać Boga za biblijne myśli w odniesieniu do jego problemów klozetowych. „Boże, przebacz, ale czyż nie jest to najważniejszy problem człowieka, z którym się rodzimy i umieramy? Najpierw przewijają nas rodzice, no a potem, potem jest różnie. Ale tak i tak problem ten sam. Jak się wypróżnić, jak nie śmierdzieć. Oczyszczenie z pokusy, że można przejść przez ziemię w zapachu perfum”.

Wspomniał swoją nie tak dawną wizytę u parafianina, który modlił się codziennie o śmierć, bo nie mógł znieść świadomości, że dla rodziny jest tylko smrodem.

Ponure rozważania przerwało otwarcie drzwi. Znajoma łysa pała, z bródką. W letniej koszulce podkreślającej tężyznę. Franek Ognik. Łysol…

— Przepraszam, że dopiero teraz, ale miałeś tu zasieki. Chronili cię jak jakiegoś Special One. Przede wszystkim kładę tu torbę z wiktuałami.

— Ja prawie nic nie jem…

— To dasz do lodówki. Wacuś, co ta parafia wyprawia. Byś widział tę mszę, którą odprawiałem na drugi dzień w twojej intencji.

— W wakacje?

— No widzisz… Widzisz, jak cię kochają, zamiast dupę płaszczyć w ogródku przy piwie i grillu, przyszli się za ciebie pomodlić.

— Kiepskiego mają tego proboszcza. Co rusz stwarza problem, jak nie zniesławienie, to podpalenie albo inne kryminały…

Franek rozłożył ręce. „Nie da się ukryć”, mówiła szelmowska mina.

— Jak się czujesz?

Zaśmiał się.

— Rewelacja… Przed chwilą byłem na kiblu, jestem wolnym człowiekiem. Uporałem się z największym problemem. Tyłek podtarty przez pielęgniarkę. Nigdy sobie nie wyobrażałem, że moje kontakty cielesne z kobietą będą tak wyglądały…

— Wacuś, to idzie wykorzystać… Jak się Florek dowie, to cię może przenieść na emeryturę, był podobny przypadek…

— À propos — Groser przerwał opowieść — wiesz, że Florek tu u mnie był na OIOM-ie? Modlił się… Gdy byłem nieprzytomny.

— Może raczej podsłuchiwał?

— Nie bądź, Franek, złośliwy…

— Czemu? Złośliwość to coś tak smacznego. Nie wiem, jak będzie dalej, ale na drugi dzień po twoim ukrzyżowaniu…

— Zmień słownictwo.

— A jak mam mówić? No dobra, niech będzie: na drugi dzień po twoim gwoździowaniu dostałem telefon z kurii, że mam się tymczasem zająć twoją parafią. Prawdę powiedziawszy, to zająłem się nią bez tego telefonu.

Wacław pokiwał głową i nagle, jakby dopiero teraz do niego dotarło, zastanowił się:

— Może jakieś bzdury gadałem w nieświadomości?

— Całkiem możliwe, Wacuś… Prawda was wyzwoli.

— Boże!… Miałem taki okropny sen. Miałem wkręcić śrubkę w dłoń Florka.

— I wkręciłeś?

— Nie…

Ognik zrobił zawiedzioną minę.

— No to nie masz się czego bać… — Klasnął w dłonie. — Zapomniałbym, przyniosłem ci Biblię, no ale nie wiem, czy ty jesteś w stanie… skoro tyłek ci muszą podcierać.

Groser wywalił na Franka jęzor.

— Może uda mi się pogadać z samym sobą. Zobaczę, co we mnie siedzi.

— Położę ci ją na stoliku. Sama ci się będzie wlewać. A policja cię nachodzi?

— Oddelegowali Norberta. Jest w jakiejś grupie operacyjnej.

— A ty masz jakieś intuicje? — spytał niepewnie Ognik.

— Jedną oczywistą, że to Motlański. Ale może, jak to jest takie oczywiste, ktoś inny wykorzystał sytuację. W końcu wrogów było więcej. Miałem różnych takich, którzy mnie nie darzyli sympatią…

— Nie wiem, mnie aż tak nie drażnisz… Żartuję. Jak to się działo, byłem już w leśniczówce. Z poprawin Magdy leciałem na mszę akademicką i zaraz potem wyjechałem. Koło południa w poniedziałek dostałem esemesa. — Franek zamyślił się. — Wiesz, muszę powiedzieć ci coś dziwnego. Tamtej nocy poczułem coś w łapach, jakiś skurcz. Niosłem wtedy akurat nalewkę i wypadła mi z rąk. Pięć litrów orzechówki popłynęło… Potem dowiedziałem się o tobie. No i wiesz, to było dokładnie o tej samej godzinie… Zupełnie nie potrafię tego wyjaśnić.

— Cud… Uchroniłem cię. Alkohol straszna rzecz…

— Ale nie orzechówka…

Groser wpatrzył się w tatuaż ukazujący dłonie z kaplicy sykstyńskiej, zdobiący oszałamiający biceps Franka.

— Jak będziesz tak dalej ćwiczył, to ci się te dłonie rozejdą.

— Gdzie ja ci ćwiczę? Nie mam czasu, po prostu puchnę sam z siebie.

Groser milczał chwilę.

— Wiesz, Franek, był tu u mnie Cybula. Ale tylko raz. Nie rozmawialiśmy. Miałem trochę szmergla. Widziałem go jak za mgłą. Miałeś może z nim jakiś kontakt?

— Nie… Mieszka z kobietą… Przez przypadek ją widziałem… Powiem szczerze, że jak już chciał zgrzeszyć, to mógł lepiej wybrać.

Groser pokręcił głową.

— Franek, jesteś kawał paskuda…

— Wiem, strasznie boleję nad tym. Ale pocieszam się twoją ulubioną myślą.

— Jaką?

— No, że Chrystus to jest to najgorsze w nas, które wisi rozpięte na krzyżu i czeka, aż mu przebaczymy.

Groser jęknął.

— Co jest? Boli cię? — zaniepokoił się Ognik.

— Nie, po prostu przypomniałem sobie…

— Co?

— To, co tamten facet mi mówił przez telefon…

— I?

— No właśnie to, co powiedziałeś…

Ognik spojrzał na zegarek.

— Dobrze cię zna zatem, ale nie wiem, jak to wszystko połączyć. Lecę. O drugiej muszę być w więzieniu. Co ci przynieść następnym razem?

— Komunię…

— A tu nie ma kapelana?

— Jest co trzy dni… Ale jakiś dziwny. Mówi do mnie per pan.