Perła. Afrykański przypadek księdza GroseraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,90  46,32 
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jan Grzegorczyk

Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera


ISBN 978-83-65676-51-1


Copyright © by Jan Grzegorczyk, 2016

All rights reserved


Redaktor

Paulina Jeske-Choińska


Projekt okładki i stron tytułowych

Agnieszka Herman


Skład i łamanie

Teodor Jeske-Choiński


Wydawnictwo dziękuje Aleksandrowi Rozenfeldowi za wypożyczenie fraszki pt. „Na katechetkę”, umieszczonej na s. 256.


Wydanie 1


Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Przebudzenie

Lęki

Dziwaczka

Objawienia

Pasterka

Królik

Pijane rymy

Koronka

Rozkosz nieszczera

Muchy i motyle

Picasso

Na wszelki wypadek

Kursant

Naszyjnik

Cudzoustnicy

Tatuaż

Same sukcesy

Makooge

Margherita

Kolce

Troska Pana Boga

Mozart

Trójca nieświęta

Epilog

Odnoszenie zdarzeń i postaci z „Perły” do rzeczywistości nie ma sensu. Ta powieść to tylko zapis mojego snu. Co prawda wydaje się, że często śnimy prawdziwiej, niż myślimy na jawie.

Autor





Kim jest Bóg, jak nie Tym, który i lepi garnki, i je rozbija.

Amadou Hampâté Bâ





Pamięci Ojca Jana Góry

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przebudzenie
1

Dopadli go w pałacowej jadalni, przy kolacji.

Biskup siedział pod ścianą z dębowej boazerii. Tak się nią przechwalał, taki był z niej dumny. Estetyka i praktyczność w jednym. Śmiał się z ekonoma, który uważał, że taka ściana niesie peerelowski posmak. „Panie kochany, wydatek jednorazowy i całe pokolenia nie będą musiały malować ścian. Przychodzi tutaj mnóstwo gości — i bardzo dobrze — ale brudzą, wycierają. Kornik też się do niej nie dobierze… Nie ma takiej opcji”. Zadręczał wszystkich tą opowieścią.

Nie przewidział, do czego teraz ta boazeria posłuży…

To nieprawda, że kara za złe uczynki nastąpi dopiero na tamtym świecie. A on przecież go zniszczył, zniszczył też Cybulę i jego kapłaństwo. Gdy ten leżał na dnie, groził mu ogniem gorszym od piekielnego.

To właśnie on wmanewrował go w ten zabójczy układ ze Stogą. On mu naraił tego biznesmena bandytę, który miał sfinansować budowę Kościoła, być gwarantem jego pożyczek. A gdy rozkręcił budowę — za jego poduszczeniem ponad stan i możliwości — podstawił mu nogę. Gdyby nie Wargin, pewnie musiałby sprzedać kościół, w który wpakował całe swoje serce.

I ten cynizm, ten jego biskupi cynizm. Kiedy zwrócił się do niego o pomoc, usłyszał, że przecież go ostrzegał, by nie przegrzał, by nie przeinwestował. Nie było sensu żebrać nie tylko o pomoc, ale i o litość. W Biblii jest tyle ostrzeżeń, żeby nie drażnić, nie igrać z ogniem. Jeśli więc biskup Florek ją czyta, to nie powinien się dziwić… Doprowadził go do czynu, który był sprzeczny z jego naturą. Stworzył w nim demona.

Zmówili się z Cybulą, że potrząsną tym łajdakiem na granicy zawału. Mieli dokładne informacje, kiedy Florek zostanie sam w swoim pałacyku. Siostra zakonna wyjechała do chorej matki, a kapelan na zjazd kursowy.

Posadzili go na ozdobnym fotelu. W samych majtkach, z którymi kontrastowała owłosiona czarna klatka piersiowa. Nie zamierzali zrobić mu poważnej krzywdy… Włożyli kominiarki. Nie odzywali się, żeby nie rozpoznał ich po głosie. Co prawda, tłumaczył Cybuli, to i tak na nic, bo on się domyśli, pozna ich po zapachu, ruchach, sylwetkach. Przede wszystkim dojdzie do tego, kto miał motyw. Cybula zdmuchnął jego wątpliwości jednym argumentem. „Dobrze wiesz, że oni wszyscy są ślepi, nic nie czują, nic nie rozumieją”. I tym jednym logicznym wywodem go przekonał. Mieli mu przykręcić dłonie do boazerii. Nie trzeba było żadnej belki do ukrzyżowania, mogli mu je przytwierdzić pod dowolnym kątem, Florek mógł rozkloszować ramiona jak człowiek witruwiański Leonarda da Vinci i wygodnie siedzieć sobie na złoconym fotelu.

Cybula wkręcił śrubę w prawą dłoń Florka. Biskup nawet nie jęknął. Zrozumiał, że widocznie przedtem dał mu znieczulenie. Piotr przekazał mu wkrętarkę i dał znak, żeby się pospieszył. On jednak czuł, że nie da rady. Florek patrzył na niego bez agresji. Jakby mówił: „Czyń, co masz czynić”. Spojrzał błagalnie na Cybulę. W jego oczach wyczytał: „Wybieraj — albo moja przyjaźń i wierność, albo lojalność wobec twojego oprawcy i zdrada”. Rozpadał się. Nie był zdolny, żeby to zrobić. Ujrzał otwierającą się pod nim przepaść.

Obudził się zlany potem. Z oczu ciekły mu łzy. Chciał odruchowo wytrzeć oczy i wtedy zrozumiał, że leży unieruchomiony. Nie w swoim łóżku, lecz w szpitalu, pośród jakiejś kosmicznej aparatury.

Przyglądał się swoim obandażowanym dłoniom, próbując sobie wyobrazić, co kryją te białe pakunki. Nadzieję czy koniec? Czy będzie mógł nimi jeszcze cokolwiek robić?

Do jego świadomości zaczęły napływać fakty. Jest w szpitalu. Miał jakiś okropny wypadek. Nie jest już tym samym człowiekiem. Wczoraj był u niego Cybula… Co on mówił? „Marni fachowcy. Nie wiedzieli, gdzie Jezusowi przybito gwoździe”. To były właściwie jedyne słowa, jakie Piotr wypowiedział w czasie odwiedzin. Może jego oprawcy byli znawcami sztuki. Wszystkie stare obrazy tak przedstawiały ukrzyżowanie… Teraz rozumie, skąd ten Cybula we śnie…

Drzwi otworzyły się i weszła para w białych fartuchach. Kobieta miała czerwone włosy zaczesane pod górę na żel. Był pewien, że już kiedyś ją widział.

— Jak się ksiądz czuje? — spytała.

— Trochę lepiej, niż wyglądam. Ale tylko trochę…

— Humor jest, a więc pierwsza oznaka zdrowia — uśmiechnęła się ciepło. Towarzyszący mężczyzna tylko milcząco asystował. — Przeszedł ksiądz zawał, ale niebezpieczeństwo już mamy za sobą…

Groser odwzajemnił uśmiech.

— Nie chcę pani martwić, ale to nie był zawał. Widzi pani, ja mam taką urodę serca.

— Wiemy, wszystko wiemy — kiwnęła głową.

— Bo ja już tu byłem przed rokiem. I wtedy też najpierw stwierdzono mi zawał, a potem odkryto, że to coś z pęczkiem Hisa. To tak, jakbym przechodził zawał.

— Zgadza się, mamy księdza dokumentację… Ma ksiądz prawo nie pamiętać, ale to ja byłam osobą, która poprzednim razem tłumaczyła księdzu…

„O Boże! — Grosera nagle olśniło. — No tak, przecież to jest Mini, lekarka z nogami do nieba”. To ona wypisała mu receptę na przekazie do prosektorium. Gdy to odkrył, błagała go, żeby tego nie zapisywał w swoich książkach, bo będzie miała nieprzyjemności.

 

— Wszystko pamiętam, pani doktor…

— To dobrze, ale tym razem ksiądz naprawdę przeszedł zawał. Zrobiliśmy księdzu koronarografię i założyliśmy stenty.

— To gorzej — uśmiechnął się gorzko. — To znaczy, że już… — zawiesił głos — na śmietnik…

— Nie, proszę księdza, miałam pacjentów, którzy przeszli po kilka zawałów. Wszystko zależy, jaki to zawał. U księdza nie jest źle. To nie był zawał rozległy, spowodowany stanem księdza tętnic, ogólnym złym stanem zdrowia, lecz wstrząsem, który ksiądz przeżył, i utratą krwi… Tętnice ma ksiądz drożne, no a ta sytuacja… nie powinna się powtórzyć…

Groser patrzył dłuższą chwilę, jakby nie potrafił zanalizować informacji. W końcu się odezwał:

— Czyli kiedy będę mógł wrócić na parafię?

Biała para wymieniła między sobą uśmiechy.

— To już pytanie raczej do doktora Tymoteusza Kanarka — stwierdziła Mini. — Doktor był tu od pierwszych chwil, by się zaopiekować księdza rękami — powiedziała i wzrokiem oddała pałeczkę stojącemu przy niej, milczącemu koledze, po czym pożegnała się i wyszła z sali.

Kanarek był mężczyzną niewysokiego wzrostu, o szpakowatej brodzie, gęste włosy zaczesane do tyłu, z wyraźnymi zakolami. Sierść wystawała mu spod białej bluzy niczym apaszka. Uroku dodawała mu niewątpliwie opalenizna.

— O tym proszę teraz nie myśleć…

— To się nie da… jestem proboszczem i mam budowę kościoła na głowie.

— Ma ksiądz od tego zwierzchników i przyjaciół. Kiedy ksiądz był w śpiączce, przy łóżku modlił się biskup Florek.

Groser uśmiechnął się. Proszę, biskup u łoża… Może zaczęły nim targać wyrzuty sumienia. Skarcił się szybko za złośliwość, której nie mógł się pozbyć nawet w takich okolicznościach.

— Proszę księdza, trzeba teraz pozytywnie o wszystkim myśleć. Informuję tylko, że chce się do księdza wedrzeć pół parafii, ale na razie to niemożliwe. Niech księdzu wystarczy, że księdza kochają… Zakazałem kogokolwiek wpuszczać. Muszę na razie dbać, żeby ta miłość księdzu nie zaszkodziła.

— No, ale chyba był tu Cybula… to znaczy mój… — Zwątpił, czy to nie były majaki.

— Wpuściliśmy tylko księdza Cybulskiego. Mówił, że jest bratem…


— Przedstawił się jako ksiądz? — zdziwił się.

— A co? Nie jest księdzem?

Groser kiwnął głową. Nie będzie wtajemniczać doktora w skomplikowaną sytuację Cybuli. Tym bardziej, że sam nie potrafił zrozumieć jego stwierdzenia. Przymknął oczy i zastanawiał się, czy odzyskał całkowicie świadomość. Albo mu się śniło, że Piotr rzucił sutannę, albo mu się śni to, co teraz słyszy…

— Jest, jest, tylko że zwykle się z tym nie afiszował — odpowiedział po chwili.

— Pewnie czuł, że to przepustka… — orzekł Kanarek. — Tak jak powiedziałem, nikogo teraz tu nie wpuszczamy. Chyba że księdzu na kimś wyjątkowo zależy.

Nie wiedział, co odpowiedzieć. Z jednej strony chciałby tu zobaczyć wszystkich bliskie dusze, a z drugiej wolałby, żeby go nikt teraz nie widział. Nie miał odwagi spojrzeć w lusterko, a co dopiero innym w oczy…

— Mam tylko jedną prośbę. Nie wiem, jak poinformować moją matkę… Ona może… się niepotrzebnie denerwować.

— Ten ksiądz powiedział, że weźmie to na siebie.

Wracał do rzeczywistości.

— Widzi pan, jestem proboszczem, muszę wiedzieć, co z moją parafią… — zaczął od początku.

— Już mówiłem, że był tu biskup. Prosił, aby księdzu powiedzieć, że on nad wszystkim czuwa. I już wyznaczył zastępstwo.

Zaczął się zastanawiać, czy to przejaw biskupiej troski, czy też może Florek ulokował na parafii jakieś pokorne cielę, dzięki któremu będzie mógł przeprowadzić do końca swoje zamierzenia. To znaczy wyeksmitować go. Wykorzystać jego stan i przenieść na „ambasadę”.

— Panie doktorze, ja właściwie nie wiem, co się ze mną stało…

— Cztery dni temu, w nocy, napadnięto księdza na probostwie. W dość specyficzny sposób. Można powiedzieć, że księdza ukrzyżowano… Co prawda, do rusztowania. Na stojąco. Policja bada sprawę i oczywiście chce księdza przesłuchać… Do tej pory nie daliśmy na to zgody. Jestem w kontakcie z policjantem, który zajmuje się tą sprawą. Twierdzi, że jest księdza przyjacielem. Norbert Pospieszny. Czy jest ksiądz gotów się z nim na chwilę spotkać? Ksiądz Cybulski mówił, że zna tego policjanta. Bardzo dobrze się o nim wyrażał…

— Tak, tak, oczywiście.

Nie był w stanie uporządkować tych wiadomości. Pilnował się tylko, żeby nie mówić jakichś bzdur.

— A co z nimi? — spojrzał znacząco na zabandażowane ręce spoczywające na pościeli.

— W pierwszym rzędzie musieliśmy ratować księdza serce. Najpierw życie.

— Czyli jeszcze nie wiecie, co jest w tych paczuszkach?

— Staraliśmy się, żeby z powodu zakażenia nie doszło do najgorszego.

— Czyli…?

— No… nawet amputacji — zaczął. — Wiemy tyle, że udało się zlikwidować zakażenie. Ale czy i jak zostały uszkodzone nerwy śródręcza, to dopiero wykażą badania EMG. Jutro przewieziemy księdza na mój oddział chirurgii urazowej.

Do pokoju weszła pielęgniarka, pchając przed sobą wózeczek załadowany jakimś sprzętem.

— Teraz zmienimy opatrunki — uśmiechnął się Kanarek.

Asystująca pielęgniarka rozcięła bandaż. A potem w dwójkę z doktorem zdjęli jakieś plastikowe usztywniacze.

— Proszę leciutko poruszyć dłońmi.

Kanarek przymrużył oczy.

— Ehe, ehe… — mruczał pod nosem. — Lewa ręka ma się do życia. A prawa… Jutro zobaczymy, co z nerwami, sprawdzimy ścięgna.

— Czyli nie wiadomo, jak będę mógł ruszać? Czy w ogóle… — zawiesił głos z nadzieją, że doktor zaprzeczy.

— No liczę na to, bo muszę dostać od księdza autograf…

Wacław poczuł przyjemną falę ciepła.

— Proszę, to pan coś czytał mojego?

— Doktor Łotocki jest tutaj pana wielkim ambasadorem. Swoją drogą wiedział, kiedy do tej Australii wyjechać…

— Łotocki… — Groser już chciał coś powiedzieć o wspólnym znajomym, ale powstrzymał się. „Za dużo gadam, a nie wiem, czy wiem, co gadać…”.

— A więc jeszcze raz, proszę się napełnić samymi pozytywnymi myślami. Troszkę ksiądz sobie poleży u mnie, możemy sobie wieczorami porozmawiać o sprawach istotnych… Czytałem ostatnio ciekawy wywiad z takim czeskim księdzem… Takie ma jakieś nazwisko na Ha…

— Halíkiem…

— O właśnie… Takie jedno zdanie mnie zaciekawiło, którego nie rozumiem. „Pan Jezus to jest kariera w dół”. — Kanarek sprawdził, czy wywarł na Groserze pożądane wrażenie. — Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę księdza przypadek, to brzmi to dość nieprzekonująco. Sądzę, że księdza akcje pójdą do góry… Wystarczy przejrzeć, co pisze prasa… Ale to nie teraz. Zapraszam do mnie do dyżurki…

— Dobrze, ale proszę mi powiedzieć: kiedy…?

Doktor uśmiechnął się i pokręcił głową. „Jak dziecko”.

— Do domciu? W najlepszym wypadku za miesiąc. Chyba że się okaże, że ręce cudnie się wygoiły, ale niestety, proszę księdza. To nie była akupunktura…

2

Nie czytała gazet, nie oglądała telewizji, radia słuchała, ale tylko muzyki. Jako lekarka uważała, że obowiązkiem człowieka jest dbać o swoje zdrowie. Beznadzieja i tak atakuje ją zewsząd, po co się jeszcze katować. Dziś, jadąc do pracy, przełączała stacje i nagle zelektryzowało ją słowo: Groser. Momentalnie wsłuchała się w wiadomości. Dotarło do niej tyle, że policja szukała sprawców napadu… „Cztery dni temu…”. Zatrzymała się na pierwszym parkingu i wpadła do sklepu z gazetami. Sięgnęła po dziennik z krzyczącym tytułem: „Zejście z krzyża”. Fotografia księdza na tle budowy… Przebiegła tekst. Żyje, to była najważniejsza informacja. Jak to możliwe, że o niczym nie wie… Dwa tygodnie temu jej kolega, chirurg, Olgierd Łotocki, wskazał jej tego człowieka jako ideał księdza, którego tak szukała. Wybierała się do niego do parafii. Ale chciała się do tego spotkania przygotować, kupiła trzy książki Grosera, w tym ostatnią — „Cudze pole”. Prawie już całe przeczytała i w następnym tygodniu miała do niego dotrzeć. No i dotarła! „Cholera, masz się z kimś spotkać, to leć, a nie szykuj się jak do wyprawy w kosmos”. Ten jej cholerny perfekcjonizm i podświadomy lęk, że drugi cię zaakceptuje, jak na to zasłużysz.

W gazecie nie pisali oczywiście, w jakim szpitalu wylądował ksiądz, ale intuicja jej podpowiadała, że leży u nich. W szpitalu wojewódzkim, z doskonałym oddziałem urazowym i kardiologią. Wjechała na piąte piętro i weszła na oddział. Przemknęła przed otwartymi drzwiami szefa. Wolała się nie nadziać na wścibską sekretarkę. Zaraz by spojrzała na zegarek. Miała zwyczaj taksować jej garderobę. Sama gruba i brzydka, wyglądała jak kosz na śmieci, a mimo to nigdy nie omieszkała skomentować każdego niestosownego fragmentu jej stroju. A to za krótkie, a to za małe. Akurat to ją najmniej dziś obchodziło. Weszła do pokoju lekarskiego. Szybko założyła fartuch, złapała leżące na biurku historie choroby i pobiegła na odprawę. W środę na szczęście chirurdzy nie operowali, więc skończyło się na omówieniu przyjęć. Zaczęły się osobiste wycieczki… Renata wyłączyła się zupełnie. Zostawiła tylko opcję „nasłuch”, żeby usłyszeć swoje nazwisko. Myślami była przy księdzu… Do rzeczywistości przywrócił ją szum krzeseł. Wstała szybko. Po drodze wpadła do sekretariatu, rzuciła dwie historie chorób do wypisu i pobiegła na kardiologię. Na szczęście natrafiła od razu na Karolinę, koleżankę, z którą kiedyś chodziła razem na kurs ultrasonografii.

— Karolciu, słuchaj, leży u was ten ksiądz…

— Tak. Na OIOM-ie.

— Już wiesz, o kogo pytam?

— Wszyscy o niego pytają.

Renata zawahała się przez chwilę. Wszyscy… Będzie się przepychać przez tłum?

— W jakim jest stanie?

— Już stabilnym. Ale bardzo obolały.

— Muszę go zobaczyć.

— Nie! — niemal krzyknęła Karolina.

— Miałam go poznać. Łotocki mi go polecił. — Zawahała się, czy zdradzić jej kulisy tego polecenia. Nie chciała powiedzieć czegoś, co by wzbudziło do reszty niepokój Karoliny. Jakiś miesiąc temu, tuż przed wyjazdem Łotockiego do Australii, zapytała go, czy zna jakiegoś sensownego księdza, bo jak nie, to ona idzie do protestantów. „Już tam na mnie czekają. Pewien pastor serdecznie zapraszał”. Łotocki pokręcił głową: „Reniu, co ty bredzisz? Nie mam nic przeciw protestantom, ale to tak jakbym ci powiedział: daj mi sensownego człowieka, bo jak nie, to się przemienię w żyrafę albo kanarka…”. „Teraz to ty bredzisz. Chociaż nie, wy, rzymscy, macie taką przedziwną butę. Nasz Bóg jest najlepszy”. „Reniu, wiem, że ciebie nie przegadam… No mam takiego jednego księdza, Grosera — proboszcz mojej parafii. Zresztą jego nazwisko musiało ci się obić o uszy… Dam ci jego telefon, umówisz się z nim, pogadacie…”.

— Mówił, że muszę go poznać. Nie określał okoliczności. Może to właśnie ten moment.

— Teraz nie masz co mu głowy zawracać. Ledwo wraca do rzeczywistości.

— Nie będę zawracać, muszę go tylko zobaczyć. Czy to on…

Karolina popatrzyła na nią wnikliwie.

— Renia, czy ty jesteś pierdolnięta?

— Chyba nie masz co do tego wątpliwości?

— Nie, dlatego coś ci pokażę.

Wyciągnęła kawałek drewna o barwie buraka.

— Przywieźli go tutaj z drewnianymi klockami na rękach. Na miejscu nie byli w stanie wyciągnąć mu gwoździ. Mogliby jeszcze bardziej uszkodzić mu dłonie. No więc odcięli piłką belkę, do której był przybity. Klocki dopiero rozłupali mu na miejscu. Gwoździe wzięła policja, drewno też, oprócz tego jednego kawałka…

Renata chwyciła go w dłoń i ścisnęła. Zamknęła oczy i zaczęła głęboko oddychać.

— Oddaj — Karolina się zniecierpliwiła. Renata schowała ręce do tyłu. Poczuła, że drobina drewna odłupała się od zasadniczej części. Ma drzazgę.

Posłusznie oddała „relikwię”. Część zasadniczą.

— Chodź, zaprowadzę cię. Tylko umowa stoi: grzeczna jak nigdy…

Renata złożyła ręce i skłoniła głowę w geście akceptacji. Była w pełni zadowolona. Zdobyta drzazga ma wartość stuprocentową. Wiedziała, że relikwie można multiplikować nawet przez potarcie. Tak jak można zmienić wiadro kranówki, wlewając do niego kropelkę święconej wody.

 

Groser podniósł wzrok. Kobieta wpatrywała się w niego dziwnie. Ktoś z personelu, ale oni wszyscy mieli spojrzenia albo uśmiechnięte, albo w ogóle nie patrzyli… A ona powiedziała: „Dzień dobry” i tajemniczo zamilkła. Próbował wygrzebać w pamięci jakąś sytuację. Może z poprzedniego pobytu… tak jak Mini?

— Czy my się znamy? — poddał się w końcu.

— Nie, znam księdza tylko z opowiadań. A teraz już wiem, że znalazłam kogoś, kogo szukałam.

— Mnie?

— Tak, szukałam sensownego księdza.

— Rozumiem, że tego sensu nabrałem przez ten… — szukał słowa — wypadek…

— Tego nie powiedziałam, doktor Łotocki twierdził, że powinnam się do księdza zgłosić. To było, zanim to księdzu zrobili…

Co ten Łotocki tu nawyprawiał?

Fajny gość, najpierw uratował mu życie, sprowadzając ekipę górali do budowy kościoła, potem przed wyjazdem do Australii przyniósł mu skrzynkę wina. Wino popłynęło na uczcie weselnej Magdy. Kana Galilejska. Gdyby nie to wino, może Bocian nie upiłyby się i może nie doszłoby do tego wszystkiego… A teraz tu wszyscy się na niego powołują. Nie mógł tego objąć rozumem. Jedna wielka sprzeczność…

— Doktor Łotocki robi mi tu niezły marketing.

W tej chwili otworzyły się drzwi i weszła pielęgniarka w towarzystwie mężczyzny z siwym wąsem. W granatowej koszulce.

— Pójdę już, może kiedyś dokończymy rozmowę — uśmiechnęła się nowo poznana. Groser dał znać powiekami, że umowa stoi.