Jezus z Judenfeldu. Alpejski przypadek księdza GroseraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jezus z Judenfeldu. Alpejski przypadek księdza Grosera
Jezus z Judenfeldu. Alpejski przypadek księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Jezus z Judenfeldu. Alpejski przypadek księdza Grosera
Jezus z Judenfeldu. Alpejski przypadek księdza Grosera
Audiobook
Czyta Andrzej Hausner
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Człowiek jest mądry między jedną

a drugą głupotą, którą popełnia.

Roman Brandstaetter

Bogusi i Tadziowi

Judenfeldu nie ma.

Wymyśliłem to miasteczko,

ale większość spraw,

która się w nim dzieje,

mogła się wydarzyć naprawdę.

1


To nie było rozsądne, ale piękne.

Jechał rowerem przez Alpy do Rzymu. Po tygodniu pedałowania zrobił sobie dzień przerwy, by pochodzić po górach. Był mniej więcej w połowie drogi na liczący prawie dwa i pół tysiąca Deneck i postanowił odpocząć. Usiadł na kamieniu przy górskim jeziorku. Takie Morskie Oko, jakich tu, w austriackich Alpach, wiele, tyle że nie idzie się do niego w pochodzie turystów. Czuł się jak Adam przechadzający się w raju.

Wyciągnął z plecaka butelkę wody i wsadził do potoku wpływającego do jeziorka. A potem zanurzył w nim stopy. To był rytuał. Po czymś takim nogi zamieniały się w skrzydła. Wstał naładowany energią. Przez kilka minut dreptał na bosaka po trawie, przytulał się do olbrzymich głazów. Gdy wrócił nad jeziorko, spostrzegł, że jego półtoralitrowa butelka oddryfowała. Co prawda, wody mógł się napić z potoku, ale nie chciał, by tę perłę Alp śmiecił plastik butelki. Wypłynął więc po „uciekiniera”. Cudowne doznanie. Jego ciało ogarnął mrożący chłód, ale jednocześnie czuł w sobie żar. To nie był chłód, który napawał lękiem. Kiedy wyszedł z wody, poczuł się, jakby ubyło mu dwadzieścia lat.

Po godzinie, tuż pod szczytem Deneck, stanął na skałce, z której ukazał mu się widok na dolinę Sölkpaß zamkniętą ośnieżoną górą. To na pewno Grimming. Znał ją doskonale ze zdjęć. Wyizolowana góra, stojąca na równinie, przez co stwarzała wrażenie niebotycznie wysokiej, choć miała niecałe 2400 metrów. Kiedyś zamierzał razem z Rafałem, swym niewierzącym przyjacielem, wspiąć się na nią. Może w przyszłym roku? Groser chwilę sycił oczy widokiem, a potem zacisnął powieki. Rodzaj wewnętrznej fotografii. Rejestrował w ten sposób swoje zachwyty.

— Boże, jakie to piękne! — szepnął, a właściwie jęknął w ekstazie. I były to ostatnie słowa przed utratą równowagi i... przytomności. Wydało mu się, że rozprysł się na setki baniek mydlanych. Bańki unosiły się nad masywem, a potem jak skraplająca się chmura osiadły na skale. Ostatnią zapamiętaną sekwencją jego nieprzytomnej wizji był wilgotny, pełen słodyczy i namiętności pocałunek, jaki składał na białym kamieniu. Kiedy się ocknął, zobaczył nad sobą zatroskane twarze. Jacyś ludzie mówili do niego coś po niemiecku. Nie miał pojęcia, gdzie jest, po co jest i co dalej robić. Po jakimś kwadransie zaczął rozumieć otaczający go świat. Uradowana kobieta pokazała mu marmurowy kamień porośnięty seledynowo-czarnym mchem.

— Pan leżał i jakby chciał go połknąć.

Uśmiechnął się. Powoli zaczęło docierać do niego, co się stało. Po dwóch godzinach dowieziono go do szpitala w miasteczku o uroczej nazwie Judenfeld, gdzie założono mu gips. Złamanie kości śródstopia. Lekarz wypytał go z troską o sytuację, w jakiej doszło do upadku.

— Chyba jakieś zakłócenie... — Chciał powiedzieć „błędnika”, ale nie znał tego słowa po niemiecku. — Coś się... urwało w głowie.

Pobrano mu krew, zmierzono ciśnienie. Ale to był dopiero początek. Potem wykonano szereg badań wykluczających wstrząs mózgu, obecność krwiaka, guza etc. Tomografię, EEG i parę innych rzeczy, którym się bezwolnie poddawał. Słyszał, że austriacka opieka medyczna jest jedną z najlepszych w Europie. Może jednak prościej było zeznać, że się po prostu potknął? Inaczej potrzymają go tu co najmniej miesiąc i za żadne skarby nie dotrze do Rzymu... No, ale w końcu twarze badających go medyków rozjaśniły się, z czego można było wnioskować, że nie jest źle. Zawieziono go do pustej sali. Na szafce przy łóżku zobaczył biały kamień. Nieprawdopodobnie piękny z seledynowo-czarnym tatuażem porostów. Pomyśleli. Tak bardzo chciał im powiedzieć, żeby go wzięli dla niego na pamiątkę. „Ludzie są dobrzy” — uśmiechnął się. Uprzytomnił sobie nagle, że na parkingu, z którego wyruszył w trasę, zostawił rower — swój środek lokomocji — ale nie wspomniał o tym, by nie przysparzać Austriakom kolejnych problemów. Najwyżej wróci pociągiem albo stopem. Chociaż to pewnie mrzonki. Najprościej będzie, gdy za dzień, dwa zadzwoni do Cybuli albo Rafała, żeby go stąd zabrali. Spokojnie...

Jechał do Rzymu w piętnastą rocznicę swej pierwszej wyprawy rowerowej. Chciał sprawdzić, czy jeszcze może pokonać tę trasę. No i okazuje się, że nie może. Na gipsowej nodze już nigdzie w tym roku nie dojedzie. Lekarz, na pytanie, czy będzie mógł w tym tygodniu wyjść, tylko się uśmiechnął. Wacław w ogóle nie bardzo wiedział, jak będą wyglądały jego najbliższe dni. Jedno było pewne — nie dotrze na spotkanie z Janem Pawłem. Jego przyjaciel Kordian, który od dwóch lat był osadzony w Kurii Rzymskiej, miał zabrać go do Castel Gandolfo. Papież podobno na jednym ze śniadań z uznaniem wyrażał się o Manowczyku. A potem spytał Kordiana, dlaczego Groser go jeszcze nie odwiedził. „Proszę mu powiedzieć, że go zapraszam. Ponownie”. Niestety, poprzednie zaproszenie wystosował przez Krystiana Palecznego zwanego Warginem. A ten skoczyłby prędzej z okna, niż przekazał tę radosną nowinę. Wolał kłamać, kręcić przed samym papieżem, niż dopuścić, żeby jego konkurent dotarł do Rzymu. Od początku, od seminarium był zazdrosny o Grosera. Zaproszenie „zasuszył”.

Czwartego dnia Wacław pokuśtykał o własnych siłach, to znaczy o kulach, do toalety. Zrobił sobie przystanek przed gazetką szpitalną. Wzrok zatrzymał się na ogłoszeniu z nazwiskami kapelanów szpitalnych. Pfarrer Thomas Becker — Katholische Kirche i Pfarrer Mateusz Konopiuk — Evangelische Kirche. To drugie nazwisko zapachniało mu Polską. Przekonanie o polskości zbudował właściwie nie tyle na nazwisku Konopiuk, ile na oryginalnej pisowni imienia Mateusz, a nie: Matthäus. Spróbuje poszukać u nich jakiejś pomocy „po linii zawodowej”. Zagadnął przechodzącą pielęgniarkę o księdza katolickiego. Piguła pokręciła głową.

— To niemożliwe, nie ma.

— A pastor Konopiuk?

Uśmiechnęła się słodko.

— Dam mu znać.

Za dwa dni późnym popołudniem u jego łóżka stanął obcięty na jeżyka mężczyzna, który wyszczerzył zęby na powitanie:

— To jest dramat! — powiedział po polsku, patrząc na zagipsowaną nogę Grosera. Widok wyraźnie go rozbawił. Nie odrywał wzroku od gipsu, jakby to właśnie ta złamana noga była celem jego odwiedzin. — Mateusz Konopiuk... — przedstawił się, spojrzawszy w końcu w oczy Groserowi. — Po prostu Mati. Zapraszam cię do nas na parafię. Jeśli gościna u protestantów nie napawa cię lękiem... — Mrugnął.

— A czemu by mnie miała napawać lękiem?

— Przypuszczam, że jesteś katolik.

— Gorzej. Ksiądz katolicki... — uśmiechnął się Wacław.

— Ksiądz Groser? — Konopiuk uniósł brwi. Chwilę patrzył badawczo.

— Tak. A co, słyszałeś o mnie?

Mateusz wydął wargi.

— Nie, no ale trafić tu na polskiego księdza w gipsie... to jest dramat! — Roześmiał się, szczerząc imponujące siekacze.

— Słuchaj, dlaczego na tabliczce przy twoim nazwisku jest ksiądz, a nie pastor?

— Bo u nas nie ma pastorów, tylko księża. U baptystów są pastorzy, he, he... Pastorami to wy nas nazywacie...

— Ciekawe — przyjął nieco zdziwiony to wytłumaczenie Groser. — A co my mamy dzisiaj w ogóle za dzień, zapytam z innej beczki?

— Czwartek. Osiemnasty lipca 1995 roku... Badasz swoją wydolność umysłową?

— Straciłem rachubę czasu... Dwudziestego piątego lipca mam być u papieża.

— No to... dramat — skwitował uśmiechnięty Mateusz.

„Na współczucie u protestanta w sprawie papieskiej raczej nie ma co liczyć” — westchnął w duchu Groser.

Po krótkiej rozmowie z lekarzem i wypisaniu ze szpitala zjechali na dół. Odniósł wrażenie, że cała jego ewakuacja musiała być zaplanowana. Podziękował pielęgniarce i przesiadł się ze szpitalnego wózka do obszernego opla Konopiuka. Przednie siedzenie obok kierowcy było odsunięte maksymalnie do tyłu, tak że monstrualna gipsowa noga zmieściła się bez problemu. Już w samochodzie Mateusz zdradził Groserowi, że „z pochodzenia” jest księdzem katolickim. Przeszedł seminarium duchowne w Polsce i fakultet teologii ewangelickiej w Wiedniu. Jest „mieszanką” — już nigdy nie zgubi tego „księżowskiego, katolickiego akcentu”. Trzy lata bycia polskim księdzem „zrobiły nieodwracalne spustoszenie w organizmie” — zaśmiał się perliście.


Stanęli przed szklaną budowlą, przylepioną do murowanej plebanii. Konopiuk pomógł wygramolić się Groserowi z samochodu.

— A to moje królestwo. Masz ochotę zobaczyć kościół? — spytał rzeczowo. — Bo jak sobie podjesz i popijesz, to już pewnie z tym kulasem nigdzie się nie ruszysz.

— Yhm... — mruknął Groser z aprobatą.

— Zatem na prawo. — Weszli do szklanego gmachu, w którym był wydzielony pokój, również prawie całkowicie przeszklony. Tylko niektóre fragmenty ścian były zabudowane płytami gipsowymi. Przypominał studio telewizyjne. Komputery, kamery, mikrofony. — To moje centrum dowodzenia. Wykorzystuję filmy, muzykę. Nasze Gottesdienste, nabożeństwa, zwykle nagrywamy i puszczamy na żywo w eter. Wchodzę ostro w Internet. Prowadzę stronę z gazetką parafialną. To jest przyszłość. W ogóle medialność. Audycje radiowe, telewizyjne. Tu się wszyscy tego boją, boją się wychylić, powiedzieć coś nie tak, ośmieszyć się... Ja już tyle razy w życiu się ośmieszyłem, że nic mi to nie robi, he, he. — Mateusz wszystko, co mówił, oprawiał w uśmiech.

 

Z reżyserki przeszli do półokrągłej sali, prawie całkowicie oszklonej. Kościół... Za olbrzymimi taflami szkła ogród i ulica. Na murowanej ścianie ołtarzowej Groser dostrzegł cztery kwadraty z abstrakcyjnymi malowidłami.

— Cztery żywioły. Ogień, woda, powietrze, ziemia... — objaśnił Mateusz. — Ludzie, patrząc na ołtarz, uświadamiają sobie, że ich życie jest żywiołami. Zresztą tu w Alpach łatwo się o tym przekonać.

Na podium stało jeszcze potężne suche drzewo. Zamiast w donicy było osadzone w górce z kamieni. Dość ciekawie. Naprzeciwko tej ascetycznej estrady-ołtarza tkwiło jakieś sto krzeseł.

— Drzewo poznania dobra i zła — próbował odgadnąć Wacław sens wystawienia w tej pustej scenerii martwego konaru.

— Można tak powiedzieć. To czereśnia. Zasadził ją w latach dwudziestych pierwszy proboszcz tej parafii. Musiałem ją wykopać, bo tam, gdzie rosła, było jedyne miejsce na garaże. Tak sobie zażyczył architekt. Ale to drzewo odegrało wielką rolę, więc postanowiłem je ocalić.

— Ale jak to możliwe? Przecież czereśnia to kruche drzewo. Ile ono może żyć?

— Nie wiem, ale widocznie to było wyjątkowe, wybrane... Kiedy je wycinaliśmy, miało siedemdziesiąt lat. Normalnie kwitło, rodziło owoce. Było piękne. Żona płakała, gdy tę czereśnię wycinano. Mamy zdjęcia, to ci pokażę.

— Ciekawe. — Wacław pokręcił głową. Rozejrzał się jeszcze raz uważnie po szklanym kościele. — Słuchaj, a krzyż? Nie ma u was krzyża? — spytał spontanicznie.

— Jest. Pomiędzy czterema żywiołami. Krzyż... dla tych, co go potrzebują. Każdy może sobie pustą przestrzeń pomiędzy czterema tablicami wypełnić swoim „krzyżem”. Przynieść tu swój ból. Patrzenie na krzyż ma sens tylko wtedy, gdy możesz odnieść do niego swoje życie. Sam krzyż, czczenie krzyża dla krzyża, nie ma sensu... Jest wyraźnie powiedziane w Ewangelii, że jeśli chcemy Go naśladować, mamy wziąć swój krzyż.

Groser poczuł lekki szok, ale wstrzymał się z ripostą. Nie bardzo wiedział, jak się zachować w tej świetlico-świątyni.

— A Jezus? — spytał po chwili.

— Jezus został zamurowany...

Wacław pokiwał rozumiejąco głową, zupełnie jak psychiatra przepytujący swego pacjenta.

— Gdzie? — Rozejrzał się wokół.

Mateusz wskazał salkę obok, też za szkłem. Wzrok Grosera powędrował na białą ścianę, pod którą stał długi stół z potężnym ekspresem do kawy.

— Ta biała ściana to jedyny mur, który ocalał ze starego kościoła. Jak ściana płaczu ze świątyni Salomona, he, he...Wszystko ci opowiem, ale chodźmy najpierw na kolację. Myślę, że Agnieszka już czeka... — stwierdził Mateusz.

W kuchni powitała ich krótko obcięta, szczupła szatynka. Nad prawą brwią miała widoczną bliznę. Wyciągnęła energicznie dłoń na powitanie.

— Przepraszam za ten najazd, ale Mateusz stwierdził, że macie zbędny pokój — spróbował dowcipnie usprawiedliwić swoją obecność Groser. Agnieszka machnęła ręką.

— Zawsze tak mówi, ilekroć przywozi kogoś w gipsie. Coś tam na strychu się znajdzie.

Mateusz rozłożył ręce.

— To jest dramat — stwierdził z przerażoną miną.

„Jest dobrze — pomyślał Groser. — Do sztywniaków nie trafiłem”.

— Żartujemy. Miejsca u nas w bród. Dzieci wyjechały na wakacje...

— O, macie dzieci... — rzekł z uznaniem.

— I to trójkę... Klarę, Martę i Simona. Proszę... — Kobieta wskazała krzesło przy stole. — Zaraz będzie gotowe.

— Wiesz, że jesteś pierwszym księdzem katolickim z Polski, który nas nawiedził? — powiedział Konopiuk.

— Och! — zdziwił się Wacław. — Nie masz żadnych kumpli z okresu, gdy byłeś... nasz, że tak powiem?

— Mam, ale ich strach przed przyjazdem do mnie jest większy niż ciekawość. Po kontakcie z heretykiem mogliby się pożegnać z myślą o probostwie.

— Niemożliwe. Może jednak przesadzasz? — powiedział Wacław, ale bez przekonania. — Ludzie w PRL-u daliby się posiekać, żeby tu trafić.

— Nie wiem, jestem odseparowany... Wiesz, my po przyjeździe do Austrii, a właściwie po pobycie w obozie, zerwaliśmy całkowicie kontakt z Polakami. „Zerwaliśmy” to złe słowo... Po prostu zostaliśmy jedynymi, którzy nie wyjechali do Australii czy Kanady. A potem to już była walka o przetrwanie. Nie szukaliśmy Polaków, tylko każdego szylinga, żeby przeżyć.

Groser potakiwał ze zrozumieniem.

— Nie wiem, czy gustujesz w chińszczyźnie? — spytała Agnieszka, stawiając dymiącą misę na stole.

— Uwielbiam. Zresztą wszystko uwielbiam, oprócz maku, bo mam alergię. Czy naprawdę nie będę wam tutaj sprawiał kłopotu? — spytał Wacław. — To trochę potrwa.

— A to już zależy, jak się będziesz prowadził — stwierdził poważnym tonem Mati.

— Nie będziecie w ogóle wiedzieć, że jestem. Będę sobie czytał i pisał. Bo ja jestem, że się tak wyrażę, pisarzem, gryzipiórkiem — zażartował, mając nadzieję, że usłyszy: „No ależ oczywiście, znamy, czytamy”. Miał podświadomie nadzieję, że Konopiuk się w szpitalu wygłupiał.

Mateusz rozłożył ręce w geście usprawiedliwienia.

— Nigdy o tobie nie słyszeliśmy. Ale nie martw się, na pewno cię polubimy, he, he... Nie bardzo sobie wyobrażam, o czym ksiądz może pisać, bo przecież spowiedzi ujawniać nie może, a własnego życia nie posiada. No, ale teraz już pewnie masz. — Spojrzał z uznaniem na gips.

Wacław słabo się uśmiechnął, czując się lekko zdegradowany.

— Nie przejmuj się. — Agnieszka mrugnęła do Wacka. — On tak ma. Żyje, aby gadać. Wewnętrzny przymus. W ten sposób chce zwrócić na siebie uwagę, to efekt choroby sierocej.

— Dzięki tej chorobie Agula się mną zaopiekowała, he, he — zaśmiał się gospodarz i nalał gościowi pięknie schłodzone piwo, wzdychając znacząco. Wacław z rozkoszą upił łyk. Skomplementował kiwnięciem głowy smak napoju.

— Chińskie... — wyjaśnił Konopiuk. — Mój pierwszy i jedyny proboszcz, jeszcze w Polsce, Bernard Szpilka, wytrzymał ze mną trzy dni. A potem powiedział mi przy śniadaniu: „Księże Mateuszu, Pan Bóg, stwarzając każdego człowieka, daje mu określoną liczbę słów. Kiedy człowiek je wypowie, umiera”.

Wacław zaśmiał się szczerze. Niesłychany kabareciarz z tego Konopiuka. W kilku słowach i tonach potrafił tak namalować postać, że czuło się ją fizycznie. Groserowi zaczęło się wręcz wydawać, że gdzieś już tego Szpilkę spotkał. Szpilka? Nazwisko dość charakterystyczne.

— Dla mnie to nie jest śmieszne... raczej tragiczne, muszę to paplanie tolerować już od piętnastu lat. — Agnieszka pokręciła głową, udając zrezygnowaną. — I niestety, jestem przekonana, że tych słów dostał za dużo. Pierwsza odjadę.

Mati jęknął, zakrywając usta. Agnieszka pokryła kolejne wygłupy męża wzruszeniem ramion.

— O, można? — Groserowi zaśmiała się gębusia do olbrzymich zielonych oliwek nadziewanych czosnkiem, stojących na blacie obok stołu.

— Nie... — Podsunęła mu w zamian talerz z kapustą pekińską. — Oliwki nie pasują. Możesz potem. Ja tu się staram wedle zasad... — powiedziała z wyrzutem. — A tu... perły przed wieprze.

— Ależ doceniam, tylko że ja oliwki mogę nawet do słodkiego.

— Dobrze, to za chwilę podam ci babkę do tych oliwek. A teraz skosztuj kapusty, bo to specjalnie dla ciebie przygotowane.

Groser uchwycił dłoń Agnieszki i ucałował przepraszająco. Przyjęła ten gest z absolutnym zrozumieniem i zadowoleniem. Jakby podawanie ręki adoratorom było jej chlebem powszednim.

— Jak to się stało, że upadłeś? — spytała rzeczowo, „odstawiwszy” dłoń na miejsce.

— Z zachwytu. Zapatrzyłem się na Grimming i powiedziałem coś w stylu: „Chwilo, trwaj wiecznie”.

— O, to mamy coś wspólnego. — Uniosła brwi.

— Czemu?

Wstała i podała mu oliwki.

— Trzy lata mieszkaliśmy w Tauplitz u stóp Grimmingu. W obozie przejściowym. Mieliśmy stamtąd jechać do Australii.

2


Agnieszka poszła przygotować spanie, a Mateusz otworzył kolejną butelkę.

— To jest dopiero piwo... Tutejsze — oznajmił i czekał ze wzrokiem wlepionym w Wacława, aż ten weźmie pierwszy łyk. — I co? — domagał się natarczywie aplauzu.

— No... — mruknął z uznaniem Groser.

— Musisz pewnie jutro zawiadomić swojego proboszcza, że twoja eskapada się trochę przedłuży.

— Zostawię mu tą radosną wiadomość na później. — Mina Grosera musiała powiedzieć Konopiukowi wszystko.

— Widzę, że małżeństwo nieidealne. Czyżbyś służył u Szpilki?

— Nie, ale z pewnością u jego kuzyna... też kłujący.

— O, to może powiesz coś więcej. Chętnie posłucham o jego rodzinie.

— Na pewno... Ale najpierw miałeś mi opowiedzieć o tym drzewie.

— Tak, tak. Ta czereśnia. Zasadził ją pierwszy tutejszy proboszcz. Zbudował zresztą kościół i tę plebanię. Bardzo dobry człowiek. Kierował parafią zaledwie trzy lata, a potem usunął go kurator Richard Fromm. Nazista. Nowym proboszczem został Rudolf Untertan, też nazista. Wszystko tu było nazistowskie.

— Oprócz nazwy miasta... — dodał Groser.

— Tak, tego się nie dało ukryć. Miasteczko założyli w jedenastym wieku kupcy żydowscy. Juden–feld. Żydowskie pole. Nie udało się tej nazwy zaorać, choć Austriacy przepędzili Żydów skutecznie już kilka wieków wcześniej. Jak się wybierzemy do miasta, coś ci pokażę. Rarytas antysemicki. Tu się jakoś nie boją, że będą oskarżeni o antysemityzm. Cała średniowieczna Europa taka była. Nie mają z tego tytułu kompleksów.

No ale wracając do tematu... Też były zakusy, by tę wstydliwą nazwę usunąć. W muzeum miejskim jest nawet wystawione pismo samego Josepha Goebbelsa, w którym donosił, że trzeba zmienić tę „podłą nazwę Judenfeld”, ale pisał, że „dokonamy tego już po zakończonej wojnie”. Jak wiesz, popełnił samobójstwo, a więc do sprawy nie wrócił. — Mateusz zatopił usta w piwie. Odstawił szklankę i nagle go olśniło. — Mogę ci pokazać nasz domowy fitness club. Rewelacja... Poćwiczysz tam sobie na razie górne partie. — Zademonstrował imponujący biceps, dając do zrozumienia, „w co naprawdę warto inwestować”. — I saunę. Cholera, że też nie będziesz mógł z niej skorzystać. To jest moje ostatnie dziecko. Do tej pory chodziłem do miejskiej sauny, ale to miało swoje minusy. Kiedyś jeden gościu, nie mając pojęcia, kim jestem, otworzył się „po męsku”. Zaczął się przechwalać swoimi seksualnymi podbojami. Absolutnie nie zdradziłem się z profesją. Na drugi dzień traf chciał, że prowadziłem pogrzeb, a on występował w chórze, który miał umilić nieboszczykowi przejście na drugą stronę. Jak mnie rozpoznał! O Jezu! Ależ pretensje, że go nie ostrzegłem! Następnym razem poinformował wszystkich w saunie, kim jestem. Dramat! Wszyscy stali się tacy grzeczni...

Groser uśmiechnął się.

— Może później pokażesz mi salkę... Miałeś opowiedzieć o czereśni.

— Aha, no dobrze — rzekł lekko zawiedziony Mateusz. — Ta czereśnia jest czymś w rodzaju drzewa oświecenia. Historia pod nim wzięła zakręt. Ale, jak ci mówiłem, architekt się uparł, żeby w tym miejscu powstał garaż, i przyklasnęło mu całe prezbiterium, to znaczy rada parafialna, a tu, bracie, jak prezbiterium coś uchwali, to ja już nie mam nic do gadania. Ale chociaż w ten sposób je ocaliłem. Która to jest godzina? — Spojrzał na zegarek. — Dziewiąta... Ta opowieść trochę potrwa. Nie wiem, czy masz siły.

— Mam. W szpitalu się dobrze wyspałem.

— Rozumiem, to zacznę od początku. Kiedy tu wylądowałem w 90 roku, zobaczyłem tradycyjny przedwojenny kościółek, wyglądał jak średnia kaplica, a w nim ołtarz-koszmar. Biskup na wstępie mi powiedział, że idę do najbrzydszej parafii w Austrii. Tło ołtarza stanowił olbrzymi fresk ukazujący Jezusa Ukrzyżowanego na Golgocie. Dzieło nadziei nazistowskiego malarstwa Alfreda Hrubescha. Jezus w rzeczywistości wyobrażał Führera. Weź piwo i przejdziemy do mojego pokoju — zarządził nagle.

Po chwili Groser siedział na skórzanym fotelu przy ławie w gabinecie Matiego. Nie dostrzegł raczej pobożnych obrazków. Jego wzrok padł na rząd różnej wielkości drewnianych Żydów stojących na komodzie.

— To miejscowy wyrób? — spytał.

 

— Nie, sprowadziłem z Polski... Ładny ten mój Judenfeld, prawda? — Konopiuk uśmiechnął się szeroko.

Podszedł do biblioteki i wyciągnął album w granatowej oprawie. Rozłożył go na stole.

— Widzisz, to nasz kościół i ołtarz, tak jak wyglądał przed wojną, no zresztą tak samo jak w chwili, gdy tu przyjechałem. Zobacz, Jezus atleta, na krzyżu, ale nie ma żadnej rany. Ręce to właściwie nie wiadomo, czy są przybite do krzyża, czy robią „Heil Hitler”. Podpis z Jana: „Który gładzi grzechy świata”. Adolf Odkupiciel.

Zrobił przerwę, aby Groser mógł spokojnie przyjrzeć się zdjęciu. W tle fresku widać było płonącą synagogę i spadającą roztrzaskaną gwiazdę Dawida.

— Nie mogłem odprawiać przy nim nabożeństwa. Popadałem w schizofrenię. W ławkach starzy naziści, a w ołtarzu Führer. Na szczęście mury kościoła zaczęły pękać, bo był wybudowany za nisko i na słabym fundamencie. Wiadomo było, że nie unikniemy remontu. Postanowiłem wykorzystać sytuację. Ale kurator był czujny. Manfred Untertan. Syn Rudolfa Untertana, nazistowskiego księdza, o którym ci wcześniej wspominałem. Stary Untertan każde dziecko poświęcał Adolfowi i po jego urodzeniu sadził w ogrodzie na jego cześć brzozę. Brzoza w mitologii nazistowskiej odgrywała dużą rolę. Himmler umiłował sobie taki wiersz z okresu romantyzmu, Przy brzozie. Była w nim mowa o decydującej bitwie dziejów między Wschodem a Zachodem. No, nieważne. Po wojnie Rudolf Untertan nie manifestował swoich nazistowskich przekonań. Prowadził wiele dzieł charytatywnych, w parafii przygarniał dzieci z biednych rodzin. Zyskał przydomek ojca sierot. Zawsze był dla nich na plebanii chleb, kakao. Kiedy zmarł, rozpłakały się dzwony zarówno w protestanckim, jak i katolickim kościele. To krąży jak legenda. Gdyby w protestantyzmie byli święci, to pewnie by go wynieśli na ołtarze. Proszę... — Konopiuk otworzył księgę na stronie z podobizną Untertana. Groser jęknął i się przeżegnał.

— Co? — spytał zdziwiony Konopiuk.

— Chryste, brat bliźniak mojego proboszcza! Jak dwie krople wody.

— Dramat... — zaśmiał się Mati. — A jak się nazywa?

— Potocki.

— O cholera! To by pewnie Untertanowi takie powinowactwo zaimponowało. Wiesz, co znaczy ,,Untertan’’ po niemiecku?

— Nie bardzo. Coś pod...

— Poddany.

— Hmm... — Wacław pokiwał głową.

— Po jego śmierci, na początku lat siedemdziesiątych, jego syn Manfred został kuratorem parafii. Nie wiem, czy wiesz, ale pozycja kuratora jest równa z pozycją księdza. Dwuwładza... Niby głosy wszystkich w radzie parafialnej znaczą tyle samo, ale w praktyce wiadomo, że kurator i ksiądz kierują wszystkim. Cwany lis, przeczuwał doskonale, że moje projekty przebudowy kościoła zmierzają do zakrycia fresku. Zamówił więc kontrprojekt. Aha, drobny szczegół, kiedy ubiegałem się o pracę w tutejszej parafii i przedstawiłem swój biznesplan, wszyscy z rady parafialnej głosowali za przyjęciem mnie, z wyjątkiem kuratora Untertana. Nie chciał dopuścić, by pracował tu ksiądz Ausländer, cudzoziemiec. Nie ukrywał swoich ksenofobicznych poglądów. Ale był fair. Kiedy już rada zdecydowała się mnie przyjąć, nie rzucał kłód pod nogi, zachowywał się lojalnie, wręcz kiedyś mi pomógł. Miał szacunek dla urzędu przez wzgląd na swego ojca. Chodziło o rozbudowę plebanii. On tu prawie całe życie przeżył jako dzieciak i młodzieniec. Więc traktuje tę plebanię jak swój dom. Przepraszam, muszę wyjść na chwilę. — Mateusz mrugnął znacząco.

Groser zatopił wzrok w zdjęciu Konopiuków może sprzed dziesięciu lat. Uśmiechnięci, ale w ich uśmiechu jest jakaś niepewność. Oboje w długich włosach. Piękni trzydziestoletni...

— O, widzę, że oglądasz prehistorię. — Wrócił Mateusz. — W Wiedniu na Kärtnerstrasse, he, he. Dramat... — Usiadł. — O czym to ja mówiłem? Ach, no więc była walka na projekty. Jeden mój i drugi popierany przez Untertana. Wiedziałem, że gdy dojdzie do dyskusji na forum rady parafialnej, mój projekt ma marne szanse. Nie mogłem oczywiście ujawnić podstawowego zarzutu, że Jezus-Aryjczyk to obłęd. Ołtarz był oficjalnie uznany za zabytek, a więc objęty ochroną. Część parafian darzyła go sporym kultem, przy nim się wychowali. Mogłem argumentować tylko potrzebami natury architektoniczno-technicznej i że przy koniecznym podniesieniu terenu o ponad metr Jezusowi „obcięłoby nogi”. Wiedziałem, że Manfred nie popuści. Parę tygodni wcześniej byliśmy w Obersdorfie na święcie Gustawa Adolfa, postaci szanowanej przez luteranów. To są takie nasze Dni Kościoła, jak niemiecki Kirchentag. Podszedł tam do niego jeden z parafian i powiedział mu do ucha, ale najwyraźniej tak, żebym usłyszał: „Pamiętaj, nie możesz dopuścić do zniszczenia ołtarza, bo w ten sposób zmarnujesz spuściznę swojego ojca”.

Zadzwonił telefon. Konopiuk spojrzał na zegarek. Za pięć dziesiąta. Chwilę się wahał, w końcu jednak odebrał.

No, ja, aber das ist jetzt unmöglich... Vielleicht. — Mati wyraźnie zniechęcał rozmówcę.

Odłożywszy słuchawkę, wypuścił teatralnie powietrze z płuc.

— Silikony.

— Co?

— Moja wielbicielka. Dzwoni do mnie dwa razy na tydzień i zawierza mi wszystkie najintymniejsze sekrety łącznie z seksualnymi. Kiedyś na pocztówce napisała mi, że ma problem, czy wszczepić sobie silikony. Aguś to przeczytała i tak już ją ochrzciła.

— I nie jest zazdrosna?

— Kto?

— No żona...

— Od czasów tych silikonów, nie. Dramat... Ale wróćmy do rzeczy. Jakiś czas potem siedzieliśmy z Untertanem w ogrodzie pod naszą czereśnią, gadaliśmy głównie o finansach. Oczywiście sprawa ołtarza była tematem tabu. Każdy z nas udawał, że nie wie, o co chodzi. I w pewnym momencie Aguś przyprowadziła nam gościa. Powiedział, że jest w Judenfeldzie przejazdem. Ostatni raz był tu pięćdziesiąt lat temu. Mieszka w Australii. Mówił po niemiecku dość kulawo. Ma jedno pragnienie, powiedział, chce zobaczyć kościół. W czasie wojny przebywał w Judenfeldzie jako jeniec, Polak. Gdy to usłyszałem, zrobiło mi się miękko. Właściwie powinienem mu się przedstawić, ale coś mi kazało się wstrzymać. Potem pewnie przeszlibyśmy na polski i Untertan nic by nie zrozumiał. Polak kontynuował swoją opowieść o tym, jak pewnego razu postanowił wziąć udział w nabożeństwie. Manfred nastawił uszu. Normalnie jeńcy mogli uczestniczyć tylko w tak zwanych sondern Gottesdienste, specjalnych nabożeństwach, pod gołym niebem albo w barakach. A on z jakichś powodów zapragnął normalnego, żadnego „sondern”. Wszedł do kościoła i stanął pokornie w tyle, za ławkami. No i nagle Rudolf Untertan, który zabierał się do kazania, zobaczył go: „Ty polska świnio! — wrzasnął. — Jeśli się stąd zaraz nie wyniesiesz, zawezwę gestapo i będzie po tobie”. Musiał go skądś znać. A może miał znaczek „P”, nie dopytałem. W każdym razie Polak wtedy wyszedł. Kiedy to opowiedział, zapadła cisza. Manfred nerwowo błądził oczami, cały się rozpadał. Gość odezwał się po jakiejś minucie. „Porządkuję sprawy przed końcem. Pomyślałem... pomyślałem, że sprawdzę, czy mogę. Czy mogę...” — powtórzył. Nie wiadomo, co chciał powiedzieć przez to pytanie. Raczej nie chodziło oto, czy ktoś mu pozwoli wejść. Raczej to było pytanie: czy zdoła przebaczyć, czy może wierzyć po czymś takim. Nie wiedziałem, co powiedzieć, tym bardziej że obok siedział Manfred — Untertan junior, syn Rudolfa. Zaproponowałem kawę. Podziękował, w samochodzie czekała na niego rodzina. Przyjechał tylko wyrównać swój rachunek.

Mateusz nalał sobie piwa i zamilkł.

— No i co? — spytał Wacław.

— No co? Untertan siedział jak sparaliżowany. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. A może bardziej w to, że go nie zdekonspirowałem. Mogłem przecież powiedzieć: „Ma pan tu przed sobą jego syna...” Polak podniósł się i ruszył w kierunku kościoła. Przed wejściem dał mi delikatnie znak ręką, że chce wejść sam. Poczekałem więc na zewnątrz. Po paru minutach wyszedł. Pożegnał się ze mną i ruszył do stojącego na ulicy samochodu. Wyobraź sobie, że w tym wszystkim zapomniałem mu powiedzieć, że jestem z Polski. Chyba gdzieś podświadomie bałem się, że rozmowa się rozwinie i będę musiał wydać Manfreda. A czułem, że on nas obserwuje z przerażeniem. Dopiero gdy gość odjechał, podniósł się. Mijając mnie, podał mi rękę, bez słowa. Nie wiem, bardziej na pożegnanie, czy dziękując, że go nie wsypałem. Nigdy do tej historii nie wróciliśmy. Jedynie na posiedzeniu rady parafialnej zupełnie nieoczekiwanie oświadczył, że wycofuje swój projekt, gdyż ma on uchybienia techniczne. W jakieś pół roku po tej wizycie Jezus nazistowski został zamurowany.

— Ciekawe. Bardzo ciekawe — wyszeptał Groser. — To znaczy, ten fresk został zniszczony?

— Nie, on jest za tym murem, który widziałeś. Ściana płaczu... Mówiłem ci, że ze starego kościoła została tylko ta jedna ściana z freskiem. Zamurowana. O?cjalnie urząd ochrony zabytków chroni w ten sposób malowidło. Gdybym rozwalił tę ścianę, uznano by mnie za barbarzyńcę. A barbarzyńca Ausländer byłby skończony. Każdy ksiądz ewangelicki co dwanaście lat musi w Austrii ubiegać się o odnowienie kontraktu. Nie miałbym szans. To ma swoje błogosławione i ohydne strony.