Cudze pole. Przypadki księdza GroseraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cudze pole. Przypadki księdza Grosera
Cudze pole. Przypadki Księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Cudze pole. Przypadki Księdza Grosera
Cudze pole. Przypadki Księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
25  18,25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Pawłowi Kozackiemu i Michałowi Zioło

z wdzięcznością

Choć niektóre z Przypadków księdza Grosera

mogą się wydać Czytelnikowi dziwnie znajome,

wydarzyły się tylko w mojej wyobraźni.

Autor

Jest tylko jedna rzecz większa od tajemnicy zła.

Fakt istnienia dobra.

G.K. Chesterton



Poranek majowy
1

Postanowił się nie poddawać. Ratunkiem miał być drążek do podciągania się. Dostał go na imieniny od Mackiewicza i aż do tej pory trzymał nierozpakowany w szafie. Zamontował go w metalowej futrynie drzwi do łazienki. W ostatnim czasie zaczął się garbić, kręgosłup dawał znać o sobie. Parę minut codziennych ćwiczeń powinno przywrócić go do pionu.

Zacznie bez szaleństw. Opuścił swobodnie ciało, po półminucie podciągnął się, podkurczając nogi. Nagle wszystko runęło. Żelazny drążek wylądował na jego głowie, a on na kamiennej posadzce. Cała chatka była z drewna, tylko ten kawałek podłogi w łazience zrobiono z marmurowego złomu. Wiedział, gdzie spaść.

Wykrzywił się z bólu. Wstał, obmacując kolana. Na pewno uszkodził sobie rzepki. Rwały go także palce u nóg. Zdjął spodnie i z lękiem dokonał oględzin. Kilka paznokci nabrało fioletowej barwy. Wszedł pod prysznic i puścił zimny strumień. Lekka ulga.

Wytarł się delikatnie i doczłapał do lustra. Jakby chciał szukać w nim ratunku. Tkwił przed nim dobrą minutę, przyglądając się swojej twarzy. Sporo siwych włosów na skroniach. Efekt ostatnich dni czy może wcześniej ich nie dostrzegał? Patrzył w przekrwione oczy, na zmarszczki, jakby w tych oznakach starzenia mógł znaleźć usprawiedliwienie. Zostawić to wszystko czy walczyć? Był zmęczony koniecznością wyboru, którego nie potrafił dokonać.

Za chwilę przyjdzie Zuzanna. To przeważyło. Zdecydował się ogolić.


„Ksiądz pogorzelec i zakonnica w ciąży — uśmiechnął się. — Z tego musi wyniknąć coś radosnego”.

Dwa tygodnie wcześniej wyznała, że tylko jemu ufa. Czy to samo w sobie nie było na tyle śmieszne, by podjąć wyzwanie? Podtrzymywał ją na duchu, mówił, że tylko brak perspektywy powoduje, że nie potrafimy śmiać się z tego, co nas spotyka. „Tam, gdzie widzisz otchłań, będzie biło źródło szczęścia”. Boże, ile w ostatnim czasie wypowiedział mądrych tekstów o mierzeniu się ze złem.

Andrzejowi Walczakowi, klerykowi, który przyszedł pytać, co jest powołaniem kapłana, powiedział, że trzeba zobaczyć sens tam, gdzie inni słyszą tylko chichot diabła. Jaki był sens w tym, że Andrzej został postrzelony przez Norberta, księdza, który zamienił sutannę na mundur policyjny? Wczoraj odwiedził go w szpitalu. Półprzytomnego. Jeśli będzie żył, to najprawdopodobniej na wózku. Nie wiedział, co mu powiedzieć. Na szczęście lekarze nie pozwolili na rozmowę, więc wizyta ograniczyła się do wymiany uśmiechów.

„Lekarzu, uwierz w swoją diagnozę”. Tylu ludziom dawał recepty na nadzieję. A jeśli głosił fałsz i teraz nadszedł czas rozliczenia?

Z Zuzanną widział się na krótko przed spaleniem kaplicy. Wspomniał jej wówczas o możliwości opieki nad kobietą mieszkającą w Trzewnej, miasteczku oddalonym o 80 kilometrów. Po śmierci męża została sama. Zuzanna najpierw zareagowała na tę propozycję entuzjastycznie, lecz gdy dowiedziała się, że adres kobiety Wacław dostał z hospicjum, zgasła, a raczej odskoczyła jak oparzona. Hospicjum oznaczało dla niej spotkania z Łucją — jej byłą współsiostrą, oraz Pawłem, który był tam kapelanem.

„Niech ksiądz nie pyta. Nie mogę przyjąć niczego, co… ma choć odrobinę wspólnego z moim byłym zgromadzeniem”.

O dziewiątej rozległo się pukanie do drzwi. Otworzył zamaszyście, by dodać sobie animuszu. Zaniemówił. W drzwiach stała siostra Zuzanna. A właściwie — uzmysłowił sobie — słowo „siostra” było już nie na miejscu. Stała przed nim atrakcyjna młoda dziewczyna, o krótkich ciemnoblond włosach i dużych niebieskich oczach. Ubrana była w letnią sukienkę do kolan. Zgrabna sylwetka, z której Groser szybko zdjął wzrok. Starał się przywołać w pamięci jej widok w habicie i nie potrafił.

— Siadaj. Napijesz się herbaty?

Skinęła głową.

— Zjesz śniadanie… — w porę przypomniał sobie, że Zuzanna już nie jada w klasztorze i może być głodna.

Tylko potaknęła.

— Gdzie właściwie mieszkasz? — spytał.

— Różnie… Teraz wracam od mojej siostry. Z Ostródy.

— Możesz się u niej zaczepić?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

— Miałam taką nadzieję. Siostra z mężem często wyjeżdżają, dawali mi klucze do mieszkania, żebym czasem doglądnęła, ale… Pech. Kilka dni temu wynajęli je komuś na stałe. Sami wyjeżdżają do Szwecji na parę lat. Szwagier dostał kontrakt.

— Powiedziałaś siostrze, co z tobą?

— Nie wszystko… Tylko że odeszłam. Chciałam, ale jak się dowiedziałam, że wynajęli mieszkanie… Pomyślałam, że to byłby jakiś szantaż. Nie wiedzieliby, co zrobić.— Zuzanna nagle chwyciła się za głowę. — Ale ja głupia, niech mi ksiądz przede wszystkim powie, co tu się stało.

— Tu? Ano nic. Nawiedziło mnie trochę plag egipskich.

Zauważyła, że dziwnie utyka.

— Ale co? Niech ksiądz mówi po kolei.

— Szło bardzo dobrze… Tylko dziesięć dni temu ktoś podpalił kaplicę. Niby wiadomo kto. Facet nazywa się Bocian. To ojciec Agatki, takiej dziewczynki, co tu przychodziła, bo trzymała u mnie psa. Ojciec nie cierpiał tego psa i powiedział, że go zabije. No i parę dni temu zabili Sabę. Podrzucili jej zmielone szkło.

Zuzanna zasłoniła usta.

— Kto? Ten Bocian?

— Nie, on siedzi w więzieniu. Bocian, myślę, jest tylko pionkiem w tym wszystkim. Już wcześniej dostawałem pogróżki, że mam się stąd wynosić, bo jak nie, to mi spalą budę.

Tak. A jeszcze wcześniej, w czasie pożaru, policjant ranił kleryka, którego ojciec podarował drewno na tę kaplicę…

— I? — zapytała Zuzanna.

— Nie wiadomo, czy będzie mógł chodzić.

— I co ksiądz teraz pocznie?

Wacław wzniósł oczy do nieba.

— Nie wiem, najpierw musimy zająć się tobą.

Popatrzył na Zuzannę. Przypomniał sobie słowa, które powiedział jej rok temu, na pożegnanie po powrocie z Francji. Poznali się w autokarze. „Oby nam nie przyszło razem pracować”. Mówił to żartem, ale dobrze czuł, jaką pokusą dla mężczyzny jest jej uroda.

— Powiedz mi, z czego chcesz żyć.

— Dostałam trochę pieniędzy od siostry. Przyrzekła mi, że będzie się ze mną kontaktować. Pytać, czy daję sobie radę. Kupiła mi komórkę.

Właśnie w tej chwili zadzwonił telefon Grosera.

— Witam księdza. Mówi Gawrolik. Słyszał już ksiądz o Skrytym?

— Co?

— No nie żyje. Wylew i po człowieku.

Poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Dał znać Zuzannie, że wychodzi na dwór.

— Wiadomo coś więcej? — spytał Wacław.

— Nie, w telewizji podali tylko suchą informację. Ksiądz chyba był z nim jakoś związany?

— Tak… — Wacław nie mógł uwierzyć.

— Dzwonię, bo książka jest już po korektach. Jutro możemy wysyłać ją do drukarni. Ale pytanie, czy nie chciałby ksiądz czegoś dopisać? Jakiegoś epilogu. Jest taka możliwość.

— Nie myślałem o tym. Prawdę powiedziawszy, zupełnie nie mam głowy…

— Spokojnie. Wstrzymamy się kilka dni.

— A może byśmy się zobaczyli? — Groserowi wpadło nagle do głowy, że może Gawrolik zatrudniłby Zuzannę.

— Świetnie.

Zakończył rozmowę. Próbował zachować spokój. Ta wiadomość stawiała pod znakiem zapytania jego plany. Skryty finansował budowę „Przytuliska”, schroniska dla bezdomnych, wokół którego miał zrodzić się jego kościół.

Anonimowymi pogróżkami próbowano odwieść go od budowy. Nie posłuchał. Jeszcze przed podpaleniem kaplicy uderzono w Skrytego, aresztując go pod pozorem malwersacji i oszukiwania państwa. Spisek przeciw najuczciwszemu biznesmenowi. Skryty po wyjściu za kaucją uczestniczył we „mszy nadziei” na pogorzelisku. Zapewniał Grosera, że jego aresztowanie nie miało żadnego związku z budową „Przytuliska”, a przede wszystkim wierzył, iż te wypadki kryją głębszy sens. „Wiele razy w życiu się bałem… leżałem jak sparaliżowany, gdy moją firmę chcieli wykończyć na giełdzie. Cud, że nie dostałem zawału. A teraz, kiedy mnie zamknęli w celi, pierwszą myślą było, że skoro zaufałem Bogu, to On mnie poprowadzi najlepszą z możliwych dróg”.

Otrząsnął się. Musi wrócić do Zuzanny. Nie, nie powie jej, że właśnie dowiedział się o śmierci człowieka, u którego, jak myślał, znajdzie dla niej pracę.

— Coś się stało? — wyczuła jego minorowy nastrój.

Pokręcił głową.

— Dzwonił mój wydawca, Witold Gawrolik.

— Wydaje coś ksiądz?

— Tak. Cudze pole. Mówiłem ci chyba… Gdy byłem we Francji, przez dwa tygodnie oczyszczałem u trapistów ich pole z kamieni, a potem się okazało, że moja praca nie miała sensu, bo czyściłem pole należące do kogoś innego — zachęcił gestem Zuzannę, by jadła. — Orientowałaś się, czy przysługują ci jakieś zasiłki?

 

— Nie.

— Mam przyjaciela w Fundacji Pomocy Samotnej Matce. Jeśli chcesz, spotkamy się tu czy u niego, i zobaczymy, co da się zrobić. Daj mi swój numer. A gdzie ty w ogóle mieszkasz?

— Niech się ksiądz nie martwi. Wynajmuję tanio pokój. Jedna studentka zwolniła na lato…

Przez uchylone okno dobiegł trzask drzwiczek samochodu. Groser wyjrzał. Dostrzegła jego zdenerwowanie.

— Policja. Pewnie znowu jakieś przesłuchania w związku z tym pożarem.

Zuzanna poderwała się z miejsca.

— Pójdę już…

Nie protestował. Za dużo waliło mu się na głowę.

— Odezwę się — zapewnił ją.

Po drodze minęła się z Norbertem Pospiesznym.

Policjant uścisnął Groserowi dłoń, bez słowa. Wszedł do środka i usiadł.

— Słyszałeś już o Skrytym?

Potaknął.

Norbert pokręcił głową.

— Cholera, jak wojna, to na wszystkich frontach, jak pokój, to w suterenie.

2

W czasie pobytu w domu rodzinnym Wargin dokonał co najmniej trzech niebywałych odkryć. Po pierwsze, że ma cudowną siostrę, której prawie nie zna. Zawsze ją miał za trzpiotkę. Jego skromna wiedza okazała się nieaktualna. Marta myślała o życiu głębiej niż jej brat ksiądz. W ciągu paru godzin tak go zauroczyła, że poczuł się wręcz jak w niewoli. On, który całe życie sprawował nad wszystkim kontrolę i do wszystkiego miał dystans, poczuł, że nagle zaczyna mu na czymś cholernie zależeć. Po drugie, odkrył, że Marta jest być może tylko jego siostrą przyrodnią. Może on wcale nie jest synem Jana Palecznego — który, jak przypuszczał, z jego powodu wystąpił z seminarium — lecz synem tajemniczego amanta matki. Zdjęcie i list nowego kandydata na ojca znalazł w jej kuferku. A precyzyjniej rzecz biorąc, nie znalazł listu, tylko kopertę po nim, na której widniał amerykański adres nadawcy, Alojzego W.

Z początku myśl o napisaniu do Ameryki odrzucił jako absurdalną. Od daty stempla na kopercie minęły 33 lata. Czy nadawca nadal mieszka w tym samym miejscu? Czy w ogóle jeszcze żyje? I trudność zasadnicza: jak mógłby sformułować dręczące go pytanie? „Witam, nazywam się Krystian Paleczny. Chciałem zapytać, czy pan jest moim ojcem”.

Jednak ta absurdalna myśl powracała, dręczyła go każdego dnia, a nawet przedostawała się do jego snów. Musi to wyjaśnić. Po wielu dniach przemógł się i chwycił za pióro.

Szanowny Panie, porządkując ostatnio archiwum po mojej zmarłej matce — Irenie Palecznej z domu Michalskiej — znalazłem kilka Pańskich zdjęć. Przypominam sobie, że mama często wymieniała Pana imię. Chętnie bym te fotografie Panu odesłał i — gdyby się Pan zgodził — zapytał o pewne szczegóły dotyczące młodości mojej mamy. Być może umiałby mi Pan wyjaśnić niektóre sprawy. Pozostałem na świecie sam z siostrą i nie potrafimy zrekonstruować przeszłości.

Przepraszam, jeśli ten list trafił nie do tej osoby, do której piszę.

Pomyślał, że wypadałoby przynajmniej zakończenie dopisać po angielsku. Stwierdził jednak, że jeśli list dotrze do Amerykanów, którzy nic nie zrozumieją, to i tak milczenie będzie potwierdzeniem, że przeszłości nie da się już odkopać.

Zastanawiał się, czy powinien o wszystkim poinformować Martę, ale ostatecznie uznał, że jest to jego prywatna sprawa. Alojzy W. w najlepszym czy raczej w najgorszym wypadku mógł być tylko jego ojcem.

Zakleił kopertę i zszedł na dół.

— Idę na pocztę, zaraz wracam — rzucił do siedzącego przy stole Pawła.

— OK.

To OK mówiło bardzo wiele. Jeszcze parę tygodni temu Paweł informację proboszcza skwitowałby jedynie wzdrygnięciem ramion. OK świadczyło o znaczącym ociepleniu stosunków.

W ostatnim czasie w życiu jednego i drugiego zaszły zdarzenia, wobec których dawne „krwawe konflikty” zmieniły się w niewarte uwagi błahostki.

Wrzuciwszy list do skrzynki, Wargin stwierdził, że jednak jest cymbałem. Gdyby choć cokolwiek napisał po angielsku, może otrzymałby odpowiedź o przeprowadzce Alojzego W. Ale… W końcu machnął ręką i zdał się na Opatrzność.

Po powrocie na plebanię zastał przy stole w kuchni nie tylko Pawła, ale i Franka Ognika.

— Witam — podszedł do drugiego wikarego.

Franek podał rękę, omijając wzrokiem proboszcza, i skierował się do drzwi.

— Rozumiesz coś z tego? — spytał Krystian.

— Coś rozumiem, ale wybacz… Musicie to załatwić między sobą.

Wargin westchnął.

— Trudno, przecież w końcu nie będę latał za smarkaczem. Ile razy mogę wyciągać rękę…

Paweł pokręcił głową.

Odezwała się komórka Wargina.

— Przepraszam — powiedział usprawiedliwiająco i odszedł na bok. — A cześć…!

Paweł z tonu Wargina zorientował się, że dzwoni ktoś wysoki rangą. Skorzystał więc z okazji i wyszedł.

Telefonował biskup Tomasz Praski.

— No jak, Krystianku? Dajesz intrygujące sygnały, a potem milczysz.

— Ano wiesz, sprawa nie wyszła. Nie chciałem ci piuski zawracać.

— Skoro przyjaźń stała się nieaktualna… — prowokował żartobliwie Praski.

— Przestań… Chciałem cię prosić, byś uczestniczył w otwarciu fundacji „Ponad granicami”.

— Zawsze, Krystianku, jestem dla ciebie otwarty.

— Niestety fundacja się zamknęła, zanim się otwarła. Wiesz, jak to w Polsce.

— Krystianku, nie martw się. Zrekompensujemy sobie. Właśnie dzwonię, żeby cię zaprosić w podróż sentymentalną do Włoch. Musimy sprawdzić, czy zostały po nas jakieś ślady. Trzeba też nawiedzić JP II, bo to chyba ostatnia okazja… Kochany, pozmieniaj zamki, gdzie trzeba, i jedziemy. Nie, nie, ty o nic nie musisz się martwić, tylko o umówionej godzinie wyjrzysz przez okno, wsadzimy walizeczkę do kuferka samochodu, który zawiezie nas na lotnisko, i jesteśmy w kraju Dantego i Rafaela. He, he… No wiesz, Krystianku, Rzym bez ciebie to jak Watykan bez papieża. Tak, myślę, że połowa czerwca będzie dobra. Ależ my, łowcy cieni, potrafimy się przecież ochronić przed upałem…

Wargin się rozpromienił. Praski proponuje wspólną wyprawę. Co mu się stało, że sobie przypomniał? Co prawda, na studiach w Rzymie wypili razem trochę wina, można powiedzieć niejedną beczkę, ale potem Tomeczek jakoś zbiskupiał.

Bogowie zesłali pomyślne wiatry. Groser zaprosił do koncelebry. Paweł nie patrzy wilkiem. Odnalazła się siostra. „Krystiana da się kochać!”, wykrzyknął w duchu.

Tylko Ognik jest jak drzazga pod paznokciem, ale ta odrobina goryczki nadaje odpowiednią nutę smakowi życia.

Tak, to chyba nagroda za gesty dobroci, które okazał światu.

Wszedł do swego pokoju. Nalał sobie do kieliszka hennessy. Trzeba uczcić. Za Rzym i… za amerykańską tajemnicę.

Wyciągnął z pudełka na biurku dwa zdjęcia. Jana Palecznego i Alojzego W.

„Irce, ten niegrzeczny Alojzy” — spojrzał z uśmiechem na słowa zapisane na odwrocie. Niegrzeczny, i z tej niegrzeczności ja przyszedłem na świat?

Ułożył zdjęcia obok siebie. „No, który z was? Wszystko na tym świecie jest tajemnicą. Nie podejrzewałem jednak, że będzie nią także kwestia mojego ojca”.

Wargin sięgnał po Dzienniczek siostry Faustyny, który wpadł mu w ręce w czasie pobytu u Marty. Od tamtej pory każdego dnia postanowił czytać choć jedną linijkę. Albo choćby go dotknąć. Stwierdził, że jego natura jest ciągle nieodgadniona. Sceptyk i hedonista — z rozległymi, ciągle odkrywanymi obszarami zabobonności. Miesiąc temu w czasie remontu plebanii znalazł sejf. Wbrew nadziejom nie było tam złota ani innych precjozów, lecz szary obrazek Jezusa Miłosiernego i kilka wypisków z Dzienniczka. A jednak zdało mu się, że ten dziwny sygnał jest adresowany specjalnie do niego. Wymaga odkodowania. Zaraz potem trafił do Marty, znalazł tajemniczą kopertę, a następnie, rzecz niewyobrażalna — wypowiedział walkę szubrawcom: Stodze i jego pachołkowi Motlańskiemu, dziennikarzynie z „Superfaktów”, który próbował wyciągnąć z niego informacje kompromitujące Grosera.

A co najdziwniejsze, wkrótce koncelebrował z Groserem mszę.

„Musicie posprzątać waszą przyjaźń” — potraktował z przymrużeniem oka testament, który przekazał mu na łożu śmierci biskup Zdzisław. Jednak te słowa zaczynały dziwnie funkcjonować w jego życiu.

3

Nie miała gdzie mieszkać. Owszem, słyszała o kwaterze, którą zwolniła studentka na lato, ale słyszała o tym… parę lat temu z ust koleżanki. Wykorzystała to do zbudowania drobnego kłamstewka, by nie zrzucać odpowiedzialności na Grosera. Postanowiła pójść za radą Wieśki i pojechać do rodziców. Zdecydowała się na to pomimo wielkiego strachu. Przed laty matka nie zgodziła się, by poszła do zakonu. Jako argumentu użyła, że córka jest wielkim zerem, które okryje hańbą i zakon, i rodzinę. Poniżanie nie poskutkowało. Zuzanna była zdeterminowana. Wytworzyła w sobie rodzaj świętej pogardy, którą zatopiła w słowach Jezusa: „Przebaczam ci, bo nie wiesz, co mówisz”. Wyjeżdżając z domu, zamiast błogosławieństwa na drogę usłyszała: „Jedź, jedź. Świat nic nie traci, zakon nic nie zyska”.

Przez parę lat pobytu w zakonie ich stosunki pozornie się ociepliły. Matka w czasie odwiedzin udawała przed przełożonymi Zuzanny kochającą mamusię. Ona jednak nie dawała się na to nabrać i pielęgnowała w sobie matczyne „proroctwo”.

„Zapomnij o wszystkich bzdurach, które usłyszałaś od rodziców — przekonywała ją Wieśka. — Kochali nas tak, jak potrafili. W życiu gada się różne rzeczy, które nie mają nic wspólnego z tym, co naprawdę myślimy. Pojedź do nich, zobaczysz, że cię przygarną”.

Zuzanna nie była pewna, czy siostra wierzy w to, co mówi. Może po prostu chciała w to wierzyć, by ze spokojnym sumieniem wyjechać do Szwecji. I tak jej dużo pomogła. Dała dwa tysiące i przyrzeczenie, że będzie dzwonić.

Jeszcze niedawno nie posłuchałaby jej rady, ale w obecnej sytuacji ustąpiła. Szła na kompromis, bo teraz chodziło nie tylko o nią. Rozpadła się na kilka osób. Ile w niej było zakonnicy, która swe życie ofiarowała Bogu? Ile w niej było nowej kobiety — matki? A ile…?

W czasie pobytu u Wieśki napisała konstytucje swojego „nowego zgromadzenia”.

Boże mój, zakładam dziś mój własny zakon. Chcę się w nim kierować Twoją wolą, choć dziś jeszcze jej dokładnie nie rozpoznaję.

Wiem, że zgrzeszyłam i muszę odpokutować swą winę. Pokuta moja będzie proporcjonalna do winy i będzie trwała do końca mego życia, chyba że dasz mi znak, że Twoja wola jest inna.

Nikt nigdy nie dowie się, co mną kieruje i na czym polega moje cierpienie. Tylko Ty, Panie, znasz moje serce.

Przysięgam urodzić i wychować dziecko w szczęściu — choć sama szczęścia się wyrzekam ze względu na zło, które sprowadziłam na świat.

Wyrzekam się siebie. Będę robić wszystko, żeby ochronić kapłaństwo księdza Pawła. Nikt się nigdy nie dowie, że jest ojcem dziecka.

Podobnie dziecko nigdy się nie dowie, że jego ojcem jest ksiądz.

Przyrzekam Ci, Boże, życie sakramentalne i wypełnienie tych konstytucji. Przyrzekam Ci wierność.

Do rodziców pojechała po rozmowie z Groserem. Wyczuła, że jest dla niego ciężarem.

Nim nacisnęła dzwonek, przeżegnała się. Spojrzała na szyld: „J.H. Królowie”. Wzięła oddech.

W drzwiach stanął ojciec. W spodniach oficerskich na szelkach i białym podkoszulku. Pachniał wodą kolońską. Całe życie tłumił „Przemysławką” zapach wódki. Pił jak zawodowy wojskowy. Nigdy się nie upijał, choć alkohol we krwi miał zawsze. „Kto jest za słaby w krzyżach, niech nie chwyta kieliszka”, powtarzał. A może mu się tylko wydawało, że panuje nad alkoholem?

— Co to, bez habitu? No, wreszcie ktoś poszedł po rozum do głowy, że krępowanie kobiet w czernidła to choroba. Polska to nie kraj muzułmański. A już w lecie tak chodzić, to trzeba mieć… — pokręcił palcem po skroni.

Zuzanna się zawahała.

— No wejdź, wejdź, nie bądź taka delikatna. Matka w pracy.

Poprowadził ją do salonu.

— Na dłużej przyjechałaś?

— Nie wiem. Jeżeli mogę, parę dni bym pobyła…

— Twój pokój jest wolny. Matka jeszcze w zeszłym tygodniu przeglądała twoje ciuchy. Z nadzieją, że wrócisz. — Machnął ręką. Zapalił papierosa. — No, a co ty tak nic nie mówisz? Wszystko w porządku?

Patrzyła na niego chwilę, bojąc się otworzyć przed nim.

— Co!!! — ryknął.

 

Rozpłakała się. Ojciec podszedł do szafki i nalał sobie rakietę. Wypił duszkiem. Runął na fotel, sapiąc.


— Chyba nie… — zacisnęła szczęki.

— A co się dzieje?

— Jestem w ciąży…

— Kto jest ojcem? — rzekł po chwili.

— Pan Nikt.

— Nie wiesz, z kim się zabawiałaś?

Znowu zawahała się, czy nie wybiec z domu.

— Ma już rodzinę.

— Nie ma ojca, nie ma dziecka — bębnił palcami po blacie stołu. — Mówiłaś komuś? Wieśka wie?

— Nie.

— To dobrze. Załatwi się zabieg. Tylko pamiętaj, żadnych niemądrych kroków. Najważniejsze, żeby matka się nie dowiedziała. Nie przeżyłaby.

„Załatwi się zabieg”. Nie on, nie któryś z jego brudnych znajomków. Zabieg załatwi się sam. Najważniejsza jest matka, a raczej ochrona jej nieświadomości. Odkąd Zuzanna tylko mogła zrozumieć pewne rzeczy, wiedziała, że ojciec zdradza matkę, ale jednocześnie ta matka była nietykalnym pomnikiem, świętością.

Spuściła wzrok. Gardziła nim, a może to był raczej bezbrzeżny smutek. Nie była w stanie na niego spojrzeć.

— Skazałbyś na śmierć…? — rzuciła w niego pytaniem.

— Co? — wzruszył ramionami.

— Dziecko.

— A ty nie masz skrupułów, że zamordujesz tą nowiną matkę? Przecież wiesz, że ona tego nie przeżyje — potrząsał głową. — Ostrzegała cię, że okryjesz nas wszystkich wstydem. Ona nie może tego brać na swoje sumienie.

— Ojciec mówi o sumieniu?

— A ty? Ty masz większe prawo? Dlatego że latałaś parę lat w tym śmiesznym fartuszku? Kim ty jesteś…? Kogo chcesz pouczać?

Usłyszeli zgrzyt klucza w zamku. Spojrzał ostrzegawczo na córkę. Po chwili w drzwiach ukazała się matka.

— Zuzia! — wykrzyknęła, składając ręce jak do pacierza. — Jak ślicznie wyglądasz. Możecie już teraz tak chodzić? Co za szczęście! Jakbym przeczuwała, kupiłam ptysie. Ojciec ci nawet herbaty nie zrobił. Musisz mu wybaczyć. Już, już, kochanie. Zaraz sobie zrobimy kawusi.

Ojciec próbował się uśmiechać.

— Wiesz, że Wiesia wyjeżdża do Szwecji? — matka zarzucała Zuzannę potokiem informacji.

— Wiem.

— Kochanie, czy mam w czymś pomóc? — spytał mąż.

— Niekoniecznie, możesz iść. My tu mamy swoje babskie tematy. — Spojrzała szczęśliwa na córkę.

Skrzyżował spojrzenie z Zuzanną. Ostatnie ostrzeżenie. Pułkownik polskiego wojska. Budził w niej odrazę i pogardę. Tacy jak on mają poprowadzić armię w czasie wojny. On, który nigdy nie odważył się stoczyć bitwy z własną żoną. Do żony nie stosował powiedzenia, że kto nie chce wojny, niech się zbroi. Na tym polu dominowała zasada, że najważniejsze są mądre sojusze. Układ ustabilizowanych kłamstw. Sojusz z żoneczką, która nie jest na tyle przenikliwa, by zająć się jego skokami w bok. Albo o wszystkim wie, tylko jest to jej na rękę. Trep. Drży tylko, żeby nie popsuć sobie układów. Bał się wcześniejszej emerytury. Wywodził się z minionej epoki.

Została w domu na noc. W rozmowie z matką kłamała. Podjęła świadomą grę. W państwie, na terenie którego się znajdujemy, trzeba przestrzegać obowiązującego tam prawa. W domu rodzinnym obowiązywało prawo kłamstwa. A raczej istniał zakaz wypowiadania prawd, które zagrażałyby stabilności rodziny. Małżeństwu.

Zapewniła matkę, że w zgromadzeniu jest jej coraz lepiej. Właśnie jedzie na wakacje, ale chciała ich koniecznie zobaczyć.

Wieczorem wyciągnęła stukartkowy zeszyt w kratkę. Będzie pisała dzienniczek. Tak jak św. Tereska i Faustyna. Jak Groser, który wyznał jej, że od czasu pobytu we Francji stara się robić codzienne zapiski. „To chyba pomaga”. „No to ja też spróbuję” — uśmiechnęła się do niego. Pochwalił jej zamysł.

Ten zeszyt będzie jej jedynym przyjacielem, któremu powierzy całą tajemnicę. Nie może jej trzymać tylko w sobie.

„Wieśka myliła się. Nikt tu na mnie nie czekał. Skłamałam, żeby ochronić PRAWDĘ.

Jutro wyjeżdżam i już nigdy ich nie zobaczę”.

Postanowiła wyjechać rano, gdy ojciec i matka będą w pracy. Chciała uniknąć pożegnania. Leżała w łóżku, czekając, aż wyjdą. Wyszli po siódmej. Wstała i wzięła kąpiel. Potem poszła do kuchni napić się kawy.

Jednak kwadrans po wyjściu matki usłyszała odgłos klucza w zamku.

Ojciec wrócił.

— Siądźmy na chwilę — powiedział pojednawczo. — Wczoraj może powiedziałem coś nie tak, ale byłem w szoku. Przemyślałem sprawę. — Zapalił papierosa. — Oczywiście są inne rozwiązania. Przede wszystkim może ojciec dziecka się jeszcze zastanowi… A jak nie, to możesz przecież dziecko urodzić i oddać do adopcji. Wszędzie teraz o tym mówią. W końcu to nie tak trudno ukryć. Matka będzie myślała, że jesteś w zakonie, nic się nie stanie.

Zuzanna milczała.

— Nic nie mówisz.

Jej oczy zamieniły się w dwie kreski.

— Przecież to jest niegrzeczne — próbował opanować wzburzenie.

— Nie, to jest ohydne — pokręciła głową. — To jest moje dziecko. Nie bój się, matka nigdy się o niczym nie dowie…

Wstała i poszła po torbę.

— Nie odchodź w ten sposób.

Spod przymrużonych powiek dojrzała, jak wyciąga ku niej kopertę. Nie wykonała żadnego ruchu. Spróbował ją przytulić.

— Zostaw mnie! — zaczęła krzyczeć histerycznie. Puścił ją przerażony.

Chwyciła torbę i wybiegła z domu.