Adieu. Przypadki księdza GroseraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Adieu. Przypadki księdza Grosera
Adieu. Przypadki księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Adieu. Przypadki księdza Grosera
Adieu. Przypadki księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Był wtorek, 11 września. Przed południem Wacław wybrał się na grzyby. Nie był zapalonym grzybiarzem, ale potrafił odróżnić prawdziwka od muchmora. Spędził parę godzin w lesie. Grzybów szukał w sposób umiarkowany, za to chłonął chciwie śpiew ptaków i ciszę. Jedno podkreślało drugie. Żadnych zakłócających dźwięków. Co jakiś czas siadał pod drzewem, zamykał oczy i głęboko oddychał. Przed paroma miesiącami rozmawiał z biskupem Darczakiem po jego powrocie z Katynia. I usłyszał, że podobno w tym sosnowym lesie, który stał się mogiłą tysięcy pomordowanych, nie śpiewają żadne ptaki. Dziwnym trafem, kilka dni później przeczytał wiersz: Gorzka jest wieczność bez ptaków i nie mógł połączyć tych dwóch informacji. Dlaczego ci niewinni ludzie mieliby mieć gorzką wieczność?

Wrócił koło południa i zabrał się do obiadu. Co prawda, w lodówce było coś gotowego do podgrzania, ale stwierdził, że Piotr na pewno ucieszy się na kaszę z grzybami. Kilka dni temu wyznał, że nie pamięta, kiedy jadł to danie po raz ostatni. „Wiesz, Wacuś, jak mam chwilę wolną, to lecę do mych pszczółek. Nie ma czasu na grzybki". Groser uwinął się w godzinę, zostawił wszystko gotowe na piecu i poszedł do „salonu" czytać. Biblioteczka kołomorskiej parafii była dla niego prawdziwym rajem. Gromadził ją przez prawie czterdzieści lat proboszcz Ludomir Świerszcz, którego portret wisiał nad ciemnymi regałami. Wacław czuł ogromną sympatię do uśmiechniętego kapłana na obrazie. Dzięki niemu przeczytał już Pod słońcem szatana Bernanosa, a teraz przypominał sobie Czerwony kapelusz Marshalla. Ludomir Świerszcz zgromadził setki woluminów, których Wacław nie połknąłby, nawet gdyby został tu skazany na dożywocie. Prawdziwe szczęście, że dzięki trochę nierealnemu czasowi w Kołomorzu może przenieść się teraz w świat księdza Campbella, nawróconego protestanta, który nie zabiegając wcale o zaszczyty, został arcybiskupem i kardynałem Kościoła katolickiego. Wacław upajał się głębią myśli i poczuciem humoru Marshalla. I zastanawiał się, dlaczego prawie wszyscy mający jako takie pojęcie o pisaniu wyprowadzili się z Kościoła. „Niektórym się wydaje, że jak nauczyli się poprawnie pisać i wierzą w Matkę Boską, to są pisarzami katolickimi" — przypomniał sobie słowa Kowala, ukochanego profesora z seminarium. Czytał właśnie rozdział o podróży Campbella do Hiszpanii i jego kłótni na temat korridy z arcybiskupem San Firmino. Dysputa była prowadzona za pośrednictwem kapelana zaprzątniętego bardziej zajadaniem łososia niż tłumaczeniem.


— Jego Najprzewielebniejsza Ekscelencja sądzi, że zwierzęta zostały stworzone dla człowieka, nie człowiek dla zwierząt. Jego Najprzewielebniejsza Ekscelencja uważa ponadto, że walka byków jest sztuką katolicką.

— Proszę powiedzieć Jego Najprzewielebniejszej Ekscelencji, że przez mgnienie oka zastanawiałem się, czyby od jutra nie wrócić na łono protestantyzmu…

Nagle w drzwiach stanął Piotr i zawołał podekscytowany:

— Chłopie, ty tu sobie spokojnie siedzisz, a tam koniec świata.

— Co się dzieje? — Wacław odłożył książkę, widząc, że Piotr wcale nie żartuje.

— Dwa samoloty z pasażerami na pokładzie uderzyły w najwyższe wieżowce w Nowym Jorku, a trzeci w Pentagon. Panika. Podobno to terroryści arabscy, ale nikt nic nie wie. A my już w ogóle jak ciemnota. Cholera.

Spojrzał na stojący w rogu stołowego telewizor.

— Zepsuty. Postanowiłem, że nie będę go naprawiać. Złodziej czasu, ale teraz by się przydał. Może to koniec świata. Chyba pójdę po mszy do Motylewskiego. Najbardziej oświecony we wsi. Ciągle zaprasza, chce udzielać rad, jak zaktywizować politycznie parafię. Delikatnie go unikam. Pójdziesz ze mną? Będę się czuł bezpieczniej. To czystej krwi radiomaryjowiec.

Pomimo wstrętu do telewizji Wacław pokiwał twierdząco głową.

4

Na kilka dni wszystko zeszło na dalszy plan. Mówiło się tylko o Manhattanie i Osamie bin Ladenie. Parę osób w parafii zaczęło gorliwiej uczęszczać na codzienne msze, ale szybko oswojono się z kolejnym końcem świata.

Nie minęły dwa tygodnie i Osamę bin Ladena w rozmowach zdystansował Lepper. Zbliżały się wybory do sejmu. Ci, którzy niedawno jeszcze kpili z przywódcy Samoobrony, teraz by dali sobie za niego rękę uciąć.

Motylewski dostrzegł w księdzu Wacławie człowieka, któremu może przekazać swoje polityczne przemyślenia. Nie miał zresztą żadnego wyboru. Chłopi na jego widok uciekali, gdzie się dało. Proboszcz także nauczył mu się wywijać jak ryba. Pozostawali nauczyciele, Dagmara i Krzysztof Wilowscy, jedyna inteligencka para we wsi. Ci jednak mieli poglądy zbliżone do Unii Wolności. Co prawda, teraz ewoluowali i lokowali swoje sympatie w Platformie Obywatelskiej, ale dla Józefa Motylewskiego partia Andrzeja Olechowskiego była tylko kolejnym odcieniem „różowych", a sam jej przywódca człowiekiem wylansowanym przez międzynarodową żydomasonerię.

Groser zapowiadał się na idealną ofiarę. Kulturalny, nie zbywał go dowcipem. Kilka seansów telewizyjnych pozwoliło Motylewskiemu opleść go swą pajęczyną.

Pan Józef sprowadził się do Kołomorza jakieś dwadzieścia lat temu. Nikt wtedy do końca nie wiedział, co to właściwie za człowiek. Chodził regularnie do kościoła, ale wszyscy mówili, że musi mieć z czerwonymi powiązania, bo podobno nawet w stanie wojennym wszystko potrafił załatwić. Ludzie ze wsi mu zazdrościli. Nie chłop, tylko inteligent, a znał się na gospodarce. Kiedy w 1989 wybuchła nowa Polska, Motylewski zameldował się na służbę narodowi. Zaczął objawiać nieznane dotąd oblicze działacza politycznego, i to z heroiczną przeszłością. Kampania wrześniowa, partyzantka, wywózka na Sybir. Był mężem zaufania w komitecie Wałęsy, do czasu ujawnienia papierów „Bolka". Potem nadzieję ujrzał w Janie Olszewskim i całą energię skoncentrował na demaskowaniu zdrajców z Magdalenki, gdzie według niego dokonano piątego rozbioru Polski. Był blisko Radia Maryja, ale nie ukrywał, że i tam jest dużo dzieci PRL-u. Zawiodło go, gdy postawiło w wyborach prezydenckich na malowaną lalę — Mariana Krzaklewskiego. Pozostał jednak wierny ojcu Rydzykowi, który był dla niego mężem opatrznościowym. Każdy atak na ojca dyrektora był dla niego tylko potwierdzeniem tezy, że międzynarodowa żydomasoneria wie, kto jako jedyny w Europie może powstrzymać jej plany zniszczenia Polski i chrześcijaństwa. Ojciec Tadeusz — „Nóż wbity w serce Brukseli".

W gabinecie Józefa Motylewskiego nad biurkiem wisiała lista prawdziwych nazwisk ludzi sprzedających kraj. Nad nią większymi literami było wypisane hasło: „Mądry Żyd to zakonspirowany Żyd". Swego czasu codziennie słał elaboraty do episkopatu i do ojca Rydzyka, wskazując, na jakiego człowieka powinien postawić Kościół. Ostrzegał przed zdrajcami i agentami nie-Polakami. Potem dał już sobie spokój z episkopatem. „Nie pierwszy raz w historii zdradzili naród. Wieszano ich na latarniach. Ostatnio zdradzili w 1953 roku, kiedy podpisali Bierutowi uwięzienie Prymasa Wyszyńskiego". Prawdziwy episkopat to biskupi: Zawitkowski, Frankowski i Tokarczuk. Prymas Glemp z racji swego antyradiomaryjowego kursu był antyprymasem. Dorównywali mu jedynie biskup Pieronek, zwany przez pana Józefa Piekielnikiem, oraz arcybiskup Życiński ochrzczony Żydzińskim.


Tego wieczora Wacław poszedł sam do Motylewskiego. Pan Józef wyciągnął z szafy nalewkę robioną wedle lwowskiej receptury.

Voilà. Tylko tyle mi z rodzinnego miasta zostało — westchnął.

Pan Józef liczył sobie dziewięćdziesiąt lat. Miał gęste, zaczesane do tyłu siwe włosy i nosił wiśniową muszkę. Już sam ubiór skazywał go w Kołomorzu na izolację. Chłopi z tej jego muszki się naśmiewali, ale może dlatego, że budziła w nich respekt. Pochodził ze Lwowa, lecz nigdy po wojnie tam nie pojechał. „Serce by nie wytrzymało".

Józef tylko kręcił głową. Włączył telewizor, ściszając całkowicie głos. Podszedł do stolika i włączył Radio Maryja. Nie musiał go nastawiać, bo słuchał zawsze tylko tej stacji.

— Ich wizja, nasza fonia — uśmiechnął się porozumiewawczo do Grosera.

Po pięciu minutach, kiedy nie było słychać ani ich, ani naszej fonii, tylko Motylewskiego, Wacław wykorzystał moment, gdy na ekranie pojawił się Aleksander Kwaśniewski.

— Panie Józefie, niech go pan na chwilę włączy.

Z ekranu płynęły zapewnienia skierowane do George’a Busha o solidarności polskiego narodu z Amerykanami. Motylewski nie wytrzymał.

— Żyd przemawia w imieniu Polaków. Prezydent. — Motylewski uniósł brwi i z ubolewaniem pokręcił głową.

— Jaki Żyd? — nieopatrznie odezwał się Groser.

— Stolzmann.

Wacław momentalnie zrozumiał, jaką lawinę uruchomił swym pytaniem. Spróbował więc zbagatelizować temat.

— Jak mądry, to niech będzie i Żyd.

— Słusznie, niech sobie będzie, ale niech wyraźnie powie, że się nazywa Stolzmann. Naród ma prawo wiedzieć, kto nim rządzi. Oszust. Oszust. Oszust. — Motylewski upajał się wypowiadanym słowem. — Taki zawsze kłamie. Kłamał, że jest magistrem, kłamał z majątkiem. W Katyniu bolało go kolano, a nie, że był pijany. A jak kazał Siwcowi szydzić z Papieża i całować mu ziemię w Kaliszu… Oszust, bandyta, bluźnierca…! Hańba!

— Panie Józefie, dajmy spokój…

— No jak to? A gdzie honor?! Przecież on dorobił się stanowiska ministerialnego w PZPR, organizacji uznanej za zbrodniczą nawet przez sejm. To ja mam prawo tak mówić. On nie był szeregowym członkiem. Wszystko na kłamstwie. Mydli oczy ludziom swoją Joleczką. Bez wstydu do Papieża, wepchnął się do papamobile i tak sobie dojechał do drugiej prezydentury, ludziom we łbie powywracał. A żona? Aferzystka, która okradała naród przez tę swoją spółkę „Polisa". A teraz królowa, tylko bale charytatywne. Stroi się za takie pieniądze, że połowy z tego na nich nie zbiorą. Niedawno przebrała się za turbinę okrętową. Wstydu nie mają. Naród głoduje, a ona sukienkę za kilkanaście tysięcy.

 

Groser pomyślał o pani Wandzi, gosposi z Mikołaja, która pomimo że też była wierną słuchaczką Radia Maryja, o pani prezydentowej mówiła ze łzami w oczach. Była ona dla niej uosobieniem wszelkich cnót. „Tak jak ona papieża kocha, to własna córka bardziej by nie mogła". Nie podzielił się jednak swym wspomnieniem z Motylewskim, wiedząc od Piotra, że najmniejsza dyskusja z nim nie ma sensu. Nie był zresztą w stanie przerwać jego oracji.

— Ja traktuję księdza jak syna. Pokładam w księdzu nadzieję. Przecież ksiądz tu się nie znalazł przez przypadek. Ja już od życia nic nie potrzebuję, ale chodzi mi o naród. On musi poznać prawdę. Musi wiedzieć, skąd się wziął w Polsce Stolzmann alias Kwaśniewski. Musi wiedzieć, że nie żaden Skalski, ale Lineker, nie Borowski, ale Bermann, nie Suchocka, ale Silberstein, nie Michnik, a Szechter, nie Balcerowicz, tylko Bucholz. Trzeba zdemaskować tę judeobolszewię. To jest misja wobec narodu. Ten naród nic nie rozumie. Kumunistów — pan Józef, pomimo swej bardzo pięknej polszczyzny, zawsze kaleczył to słowo — ciemiężycieli wybrali do władzy. Ale kto wybrał? To nie Polacy, to tubylcy mówiący po polsku, jak to świetnie nazwał ojciec Tadeusz. Sowieci wiedzieli, że najpierw trzeba naród pozbawić świadomości. Księże Wacławie, ja widzę, że ksiądz ma wpływ na tych ludzi. Dlatego ksiądz musi mi pomóc, to znaczy ja pomogę księdzu. Niech sobie ksiądz wyobrazi, że przy każdej parafii powstanie małe kółko uświadomienia narodowego, w którym ludzie będą poznawać prawdziwą historię z książek Roberta Nowaka i Henryka Pająka.

— Panie Motylewski, bardzo lubię do pana przychodzić, ale ja się na tych sprawach nie znam…

— Ja księdza wszystkiego nauczę. Założymy partię. Antyjudeobolszewicka Jedność Narodu Polskiego. No, nazwę można jeszcze przedyskutować.

Wacław w końcu nie wytrzymał. Bardzo grzecznie oznajmił, że jako ksiądz nie może być nawet słuchaczem w jego partii. Chce być z każdym człowiekiem.

— Panie Józefie, granice dobra i zła nie biegną granicami narodów, ale ludzi. Drażni mnie ten przedrostek „anty".

Motylewski wysłuchał ze spokojem Grosera, jak stary nauczyciel słucha naiwnych pytań ucznia, żeby potem pokazać mu prostą odpowiedź.

— Ksiądz ma obowiązek służenia prawdzie. My mamy misję. Zdemaskowanie Żydów — wrogów narodu polskiego. Oni mają w Talmudzie zapisane zniszczenie naszego narodu.

— Panie Józefie, przyszedłem tu dowiedzieć się, co w Ameryce, a pan mi o Żydach. — Wacław spróbował odegrać rolę obrażonego gościa, wszystko, byle się wyzwolić.

— A co? Te zamachy to też robota Żydów. Kto na tym skorzystał najwięcej? Cztery tysiące Żydów do roboty nie przyszło w tym World Center.

Wacław wstał. Złożył ręce niczym mnich buddyjski, skłonił głowę i wyszedł, zostawiając osłupiałego Motylewskiego.


Piotra nie było na plebanii. Groser wyciągnął klucz spod doniczki i wszedł do środka. W stołowym zapadł się w fotelu. Przy jego nogach ułożył się Aron, pies plebanijny. Skrzyżowanie buldoga z jamnikiem i wilczurem.

Spojrzał na uśmiechniętego proboszcza wiszącego na ścianie. Odwzajemnił uśmiech. „Wiem, wiem. Polska leży między Radiem Maryja a »Gazetą Wyborczą«, tak samo jak między Tatrami i Bałtykiem. A pośrodku jeszcze dziesiątki innych krajobrazów".

Nie minęło pięć minut, jak usłyszał otwierane drzwi.

— Co? Widzę, że Motylewski cię zdołował.

Do pokoju wszedł Piotr, zapalając światło.

— Bez przesady — odparł Wacław — gdyby mnie takie rzeczy miały dołować, to bym musiał zmienić profesję. Zastanawiam się w ogóle, czy nie grzeszę, zażywając wczasów, gdy inni wykańczają się jak papier ścierny.

Piotr jednak, jakby nie słysząc tego zapewnienia, kontynuował wywód na temat Motylewskiego:

— Mówię ci, najlepiej być przy nim głuchym i niemową. Żona mu zmarła pięć lat temu. Podobno nie mogła wytrzymać jego gadania. Córka powiedziała, że ona ma swoje życie tu i teraz i nie będzie żyła upiorami przeszłości. Syn zerwał z nim stosunki, kiedy parę lat temu Motylewski przekazał olbrzymią sumę pieniędzy na Radio Maryja. Wpadł podobno w taki szał, że wrzucił do pieca poezje, które ojciec, narażając życie, przywiózł z Workuty. Obaj się przeklęli. Syn ojca, ojciec syna. Jeden w imię pieniędzy, drugi w imię prawdy narodowej.

Wacław patrzył na Piotra dziwnie mętnym wzrokiem, jak na akwarium, i nic nie mówił.

— Kiedyś spotkał się u mnie z Wilowską i zaczęli dyskutować. Poszedłem zaparzyć herbatę. Takie ekumeniczne spotkanie, chciałem stworzyć dla niego oprawę. Nie zdążyłem, usłyszałem krzyki. Przylatuję. Motylewski już w drzwiach, wychodzi. „Niech ksiądz wytłumaczy tej panience, gdzie był holocaust Polaków. Że ponad milion naszych wymordowali na Wschodzie z udziałem jej ukochanych Żydów" — ukłonił się i wyszedł. Zostawił mi Wilowską, która przez pół godziny płakała w fotelu. Pięć minut rozmowy wystarczyło, żeby się pozabijali, nie zważając na wiek i płeć. Mówię ci, jak ludzie dobiorą się do historii, budzą się demony. Wilowska ma odchył w drugą stronę. Przyszła do mnie, żeby w kościele zbierać podpisy z prośbą o przebaczenie narodowi polskiemu zbrodni w Jedwabnem. Mówię: „Pani Dagmaro, po co krew ludziom psuć. Nie wiadomo, jak do końca było. Komisja dopiero bada te sprawy. A w ogóle, nasi ludzie Żyda na oczy nie widzieli". Opowiedziałem jej ten dowcip o Olisadebe. Znasz go?

— Nie.

— No wiesz: „Kiedy Olisadebe zostanie prawdziwym Polakiem?". „Kiedy przeprosi Żydów za zbrodnię Polaków w Jedwabnem".

— A tak, teraz sobie przypominam. — Groser uśmiechnął się.

— Zrobimy sobie herbaty z konfiturami — zaproponował Piotr i oblizał usta. Przenieśli się do kuchni.

Nastawił czajnik. Zapalił światło w spiżarce i wszedł do tej skarbnicy wszelkich smaków kołomorskiego ogrodu i lasu. Soki, dżemy, grzybki marynowane i suszone. Słoiki z miodem z własnej pasieki. Ludomir Świerszcz był zapalonym pszczelarzem i pozostawił Piotrowi w spadku kilkanaście uli. Siłą rzeczy musiał ten spadek pokochać albo zlikwidować. Odziedziczył też po swoim poprzedniku piwniczkę z imponującą kolekcją win domowej produkcji. Jako że Cybulski alkoholu nie nadużywał, większość gąsiorków i omszałych butelek stała nietknięta do dziś.

— Maliny czy wiśnie?! — krzyknął do Wacława.

— Daj jedno i drugie.

Groser nałożył sobie kilka łyżeczek dżemu z malin i zaczął kosztować, wydając dźwięki świadczące o niebiańskiej rozkoszy podniebienia. Piotr zapalił świece i patrzył z zadowoleniem na przyjaciela. Po chwili sam włożył maliny do swej herbaty i wdychał unoszący się nad szklanką aromat.

— Zgadnij, kogo dzisiaj spotkałem.

Groser pokręcił bezradnie głową.

— Krystiana. Byłem w kurii.

— I co tam u naszego kochanego Watykańczyka? — spytał Wacław, sięgając znów po konfitury. Zahaczył łokciem o łyżeczkę w szklance i herbata wylała się na talerzyk z wiśniami. Stół pokrył się lepką mazią.

— Widzę, że nasz przyjaciel wywołał w tobie duże emocje — zakpił z niego Piotr.

— Przepraszam, nigdy nie grzeszyłem zgrabnością.

Cybulski sięgnął po ścierkę. Wytarłszy stół, powrócił do spotkania z Krystianem.

— Krystianek nieco wyliniał ostatnio, ale trzyma formę. Usteczka ma nadal ponętne. Miejscowe solaria czerpią z niego pewnie niezły dochód. Ani cienia zdeprymowania tym, jak mi się przysłużył. Dyplomata. Uraczył mnie anegdotą z wyższych sfer, ponoć zna ją od szefa. Glemp spotkał się z Millerem i przepraszał go za Radio Maryja, a Miller na to z pełnym zrozumieniem: „Ależ, księże kardynale… My też mamy swoje Radia Maryja".

5

Dwudziestego trzeciego września wybory do sejmu. Wacława czekało spotkanie z Motylewskim, który do czasu powołania swej prawdziwie polskiej partii przystał na kompromis i był mężem zaufania w komitecie LPR-u. Powitał Grosera ciepłym i jednocześnie pełnym żalu spojrzeniem.

— Życzymy dobrego wyboru — rzekł, wzrokiem odprowadzając Wacława do urny.

Groser i Piotr wrzucili bez przekonania swoje głosy na partie mniejszego zła i pragnęli jak najszybciej zapomnieć o spełnionym patriotycznym obowiązku. Żaden z nich nie czuł miłości do polityki. Wieczorem nie próbowali nawet oglądać studia wyborczego. Wystarczy, jak dowiedzą się nazajutrz wszystkiego z radia. Zapalili w stołowym świeczki i zaczęli wspominać czasy seminaryjne. Piotr wydobył z piwnicy antałek wina, nakroił wędlin i udali się w podróż sentymentalną. Na stole pojawiły się albumy z fotografiami. Wszyscy szczupli, niczym prekursorzy anoreksji. Szczupli i długowłosi. Groser niewiele się zmienił. Trochę zmężniał, za to Piotr, zwany w seminarium Cybulą, zwiększył wymiary dwukrotnie. Na każdym zdjęciu przyczepiony do nich ciemny przystojny młodzieniec z niezwykle pełnymi wargami.

— Zobacz naszego Wargina, na tych zdjęciach od razu widać, że natura wyrachowana…

— No, no, Cybula, nie przesadzaj…

— He, he, Cybula. Jak już dawno tego nie słyszałem. — Piotr pokiwał z rozrzewnieniem głową. — Ty nie miałeś jakoś żadnej ksywy. Dopiero sam sobie tego Grosera wymyśliłeś. Zobacz, Norbert. Pamiętasz, jak miał wylecieć za to, że zaprojektował sobie sutannę…? Stanęliśmy w jego obronie jak muszkieterowie. Być może takie było przeznaczenie, a myśmy przyczynili się do jego dramatu. Chłop by miał czysty życiorys. O, patrz, nasza czwórka w komplecie. PKWN.

Podsunął Wacławowi zdjęcie w landrynkowych kolorach, na którym Piotr, Krystian, Wacław i Norbert, przebrani za członków radzieckiego Biura Politycznego, odbierają defiladę na Placu Czerwonym. Scena z napisanego przez Grosera w 1979 roku przedstawienia, w którym Jan Paweł II pielgrzymuje do Moskwy.

— Jako prorok się nie sprawdziłeś — skomentował ze śmiechem zdjęcie Cybula.

Wspominali seminarium, a tymczasem w telewizji dokonywały się istotne przetasowania na scenie politycznej. Wyrósł Lepper i Liga Polskich Rodzin. Odpadły z gry AWS i Unia Wolności. Gdy Wacław dowiedział się na drugi dzień o wyniku wyborów, przypomniał mu się Niedźwiedź i jego sejmowe przepowiednie. Usiadł na werandzie i narysował sobie scenkę ze swej podróży z Krakowa. Boksera, Niedźwiedzia, Gośkę i obie panie Pulchne.

W seminarium bardzo lubił rysować. Ostatnimi laty rzadko sięgał po ołówek. Ale może warto do tego wrócić. Wyczytał kiedyś w pamiętnikach Churchilla, że człowiek powinien znaleźć sobie jakieś hobby, które uruchomi zupełnie inne części jego półkul mózgowych. Bierny wypoczynek nie pomaga. Trzeba zacząć używać bezczynnej półkuli, bo tylko wtedy przestaje pracować ta, którą zwykle przemęczamy. Zluzować fałdy wymyślające słowa, idee i dociążyć te, które tworzą obrazy. Churchill zaczął malować, będąc już dobrze po czterdziestce, i stało się to jego pasją.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?