Adieu. Przypadki księdza GroseraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Adieu. Przypadki księdza Grosera
Adieu. Przypadki księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Adieu. Przypadki księdza Grosera
Adieu. Przypadki księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Koloratka
1

Wszedł na peron w Krakowie. „Boże święty. Wojna czy co?" Morze głów. Spojrzał na tablicę informacyjną. W tym momencie uświadomił sobie, że kupił bilet na pociąg-legendę — koszmar z Przemyśla do Szczecina. Zrezygnował z ekspresu o 16.40, bo musiałby na niego czekać trzy godziny. Popełnił błąd. Była niedziela i wszyscy wracali po weekendzie.

— Gośka, wskakujemy do I klasy — wydał komendę.

Gośkę spotkał na dworcu, nie zdążyli zamienić z sobą jeszcze zdania poza tym, że jadą oboje do Wrocławia. Chodzili razem do liceum. Nie widział jej chyba ze dwadzieścia lat.

— Głupia sprawa. Nie wiem, czy będę miała na dopłatę. Wszystko straciłam w Krakowie — oznajmiła.

— Tym się nie przejmuj. Już, już — przynaglił Groser.


— Czy są dwa wolne? — spytał, zaglądając do pierwszego z brzegu przedziału. Z drugiego krańca wdzierała się już nawałnica ludzi. Wolał nie ryzykować dalszych poszukiwań.

— To zaljeży. Jedno by się znalazło — rzekł ze wschodnim zaśpiewem gruby mężczyzna z piwem w ręku i w rozchełstanej flanelowej koszuli. Spojrzał przy tym znacząco na Gośkę. Na jego owłosionej klatce piersiowej spoczywał olbrzymi złoty krzyż.

— O, to drugie też będzie wolne — dodała korpulentna kobieta — bo ta pani, co tu siedziała, poszła do córki.

Nie czekając na przyzwolenie Niedźwiedzia, zaczął wpychać Gośkę wraz z bagażami do środka. Uratowani. Padając na siedzenie, potrącił rękę sąsiada. Bryzga spienionego piwa poszła na spodnie Grosera.

— Nie szkodzi — skomentował Niedźwiedź. — Kupi się następne. Szef też się napije.

— Nie, ja dziękuję — odparł Wacław z wymuszonym uśmiechem.

— Spokojnie, ja stawiam. „Królewskie", pięć złoty puszka. Taniutko.

W tym momencie spostrzegł przypatrującego mu się dobrodusznie z naprzeciwka mężczyznę około sześćdziesiątki o twarzy zawodowego boksera po skończonej karierze. Spłaszczony nos ulokowany był na prawym policzku. Po obu stronach jegomościa siedziały starsze panie, obie obfitych kształtów. Jedna ufarbowana na kasztan — ta ich wsparła — i blondynka.

„O Boże, aleśmy trafili!", jęknął Groser w duszy.

— No, to mamy szczęście — rzekł do Gośki.

Smród, ścisk i wspaniałe towarzystwo. Nasączona piwem nogawka nie poprawiała samopoczucia. Wymienił uśmiechy i zaczął się zastanawiać, jak zacząć z Gośką rozmowę. W liceum byli bratnimi duszami. Przez krótki czas między nimi nawet coś było, ale… W tej chwili Niedźwiedź szturchnął go w łokieć, pokazując za oknem okazały cygański budynek.

— Patrz pan. Tamten pałac to wywaliła sobie ta żydowica Suchocka. Ile ona tam forsy utopiła. Sama już tam nie mieszka, tylko trzyma tego swojego synalka, co go z Murzynem zmajstrowała. Teraz UOP go pilnuje za nasze pieniądze… Te, kurwa, Żydy, krwiopijce. Panie, nie ma na świecie gorszego stworzenia jak Żyd! — podniecił się Niedźwiedź i zawinął wolną ręką, jakby miał grzmotnąć w niewidzialny stół.

Wacław chciał od razu zareagować. Zaczął kręcić głową na znak protestu. Tak się składało, że byłą premier znał osobiście i wiedział, że ludowa wyobraźnia przypisywała jej willę w niemal każdej miejscowości Polski. Ale przecież nie o to chodziło. Jak miał jej bronić? Że nie jest Żydówką? W ten sposób przyznałby rację Niedźwiedziowi, że pochodzenie żydowskie samo w sobie jest zbrodnią. Zanim jednak zdołał wypowiedzieć jakiekolwiek słowo, poczuł, jak Gośka gwałtownie ściska go za ramię. Zbliżyła z czułością usta do jego ucha i szepnęła:

— Siedź cicho. Nie dyskutuj.

Uśmiechnięty Bokser z naprzeciwka zdartym, ochrypłym głosem rzucił konfidencjonalnie:

— Proszę się nie krępować. Jak jest ochota przytulić się do mężusia… Ja to rozumiem, tyż jestem człowiek gorący i kochliwy… Gdyby szanownego małżonka nie było, sam bym się panią zaopiekował. — Pokancerowana twarz nabrała słonecznego piękna. — Państwo nie mają za złe, lubię pożartować.

W Groserze się gotowało. „Co za kretyńska sytuacja. Uciec stąd". Spojrzał na korytarz — nie wepchnie się już ani szpilki. Drzwi przedziału były otwarte. Fala dymu papierosowego wdzierała się do środka. Ludzie z korytarza przyglądali się im, jakby wykupili bilety do teatru. „Co robić? Słuchać się nie godzi. Dyskutować z pijanymi się nie da. Zatrzymać pociąg czy co?"

Tymczasem Niedźwiedź kontynuował swoje:

— Przez tych Żydów wszystkie nieszczęścia na świecie. Wszystkie wojny. A Hitler? Czemu wojnę rozpoczął? Żydki go zmusiły. Najpierw mu pieniędzy napożyczali, a potem procentem go zaczęli dusić, że nie miał wyjścia. I, kurna, o mało co by tę zarazę wytępił. Ja bym mu pomógł, piecyk bym zmajstrował i mu pomógł. Tylko on też głupi był, bo niepotrzebnie wojnę z Polakami zaczynał.

— Panie, tak nie uchodzi — odezwała się pulchna pani siedząca pod oknem. — Trochę pan sobie popił i takie rzeczy wygaduje. Ja też Żydów za bardzo nie lubię, ale żeby takie rzeczy wygadywać. Krzyżyk pan nosi, może i do kościoła pan chodzi…


— Jak ja bym raz na tydzień do kościoła nie poszedł, nie ogolił się, mordki kolońską nie posmarował, to bym nie wiedział, że żyję! — rzekł w uniesieniu rozanielony Niedźwiedź. — A nienawidzić mam prawo. Zarazy jednej… Jakby się człowiek nie bronił, to by nas dawno zżarli. Żydki, Ukraińcy… Jeden czort. Pani młoda, to niewiele wie. Ja bym pani opowiedział, jak nas Ukraińcy wyrzynali pod Lwowem. Jak mi zamordowali ojca… Matkę powiesili, język i piersi jej obcięli. Dziesięć lat miałem i na to wszystko patrzałem. To byli ludzie…? To byli, kurwa…

— Ale, Włodziu — wtrącił się Bokser, zamknąwszy oczy i kręcąc głową — tak nie możesz mówić… Wszędzie są dobrzy i źli ludzie. A nasi co z nimi potem robili?

— Ty tam, Kazik, nie pieprz. Komuna ci wodę z mózgu zrobiła. — Niedźwiedź odwrócił się do okna i delektował piwem.

— Panie — szarpnął Wacława za kolano Bokser. — Wyzywa mnie od komucha, bo ja do kościoła nie chodzę. Dobrze wie, że ja do żadnej partii nie należałem. Panie, przez czterdzieści lat żeśmy razem na lokomotywach jeździli. A teraz raz na tydzień zawsze po ten spirytusik do Przemyśla się skoczy.

Znacząco wskazał głową na półki, gdzie stały pokaźne torby.

— Bileciki darmowe. Jakby człowiek miał chęć, to po całej Europie mógłby jeździć. Zobacz, panie, moje ręce, te blizny. Że ja je mam, to cud. Ta łapa wisiała dosłownie na włosku, na tym kawałku skóry. Jucha tak poszła, że by zalała ten przedział.

Pulchna blondyna siedząca obok przewróciła oczami, jakby miała zemdleć. Za to kasztanowa wychyliła się zza ramienia Boksera, chyba w nadziei ujrzenia krwistej sceny.

— Ile to człowiek musiał się naharować, zanim został maszynistą. Panie, słuchaj pan… Ja na religii się znam. W żadnym temacie mnie pan nie zagnie. Panie, ja Biblię tu… ooo!

Mężczyzna podsunął Wacławowi pod nos wykrzywiony mały palec. Uśmiechnął się przechernie.

— Co, nie wierzy pan? Panie, słuchaj no… — Bokser przy każdej swej kwestii dawał Groserowi znak głową, by się przybliżył. — Ja trzy i pół roku byłem w seminarium. W Krakowie. Ale nie wytrzymałem. No bo, panie, ja jestem pies na kobiety, dusiłem się, ja bez kobiety nie wytrzymam. Pan rozumie. No, czy pan by bez swojej gołąbeczki wytrzymał?

Wacław dopiero teraz uświadomił sobie, że Gośka przez cały czas jest wtulona w jego ramię. Poczuł nagle bijące od niej ciepło. Udawała, że śpi. Jednak nie wytrzymała, podniosła niby zaspaną twarz i uśmiechnęła się do Wacława rozbawiona.

— No… nie — przytaknął Bokserowi Groser. Tym wyznaniem zadowoli Gośkę i dowiedzie, że traktuje wszystko jak urojenie. Potem jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi zaczął dyskutować. — To dlaczego pan poszedł do seminarium?

— A co ja, panie, miał do gadania? Ojciec z proboszczem ustalili i tak musiało być.

— No dobrze, ale w seminarium mieliście jakieś rozmowy wstępne.

— Jakie rozmowy? Panie! Mój proboszcz z rektorem to byli kumple. — Bokser uśmiechnął się, machnął ręką. — Panie kochanieńki, pan nie zna tego świata. Nie chcę tu opowiadać tych wszystkich historii, bo małżonka słucha. Panie, ja się tam napatrzyłem dosyć na zboczenia, i to wszystko. Od tego czasu do kościoła nie chodzę. Zresztą, panie, naprzeciwko mnie mieszkają księża. Garaże do swoich samochodów postawili większe niż kościół. Ja, panie, wolę na rybki skoczyć i tam się pomodlić. Nie, no ja uznaję, że światem rządzi siła wyższa, ale obłudy nie trawię. Jednych szczują przeciw drugim. Ten ksiądz Jankowski, na przykład, pajac jeden, żyje jak magnat. Tylko mercedes, antyki, bursztynowe ołtarze stawia. Czy to Panu Bogu jest potrzebne? Ludzi na tych Żydów napuszcza. Pan Jezus kazał wszystkich kochać. No nie jest tak? A co w kościele mówią…

— I prawidłowo, bo ten naród ciemny jak tabaka w rogu — ocknął się Niedźwiedź. — Bogactwa mu zazdroszczą, Żydki zasrane. Wreszcie te Unie Wolności z sejmu wypieprzą.

— Co ty gadasz? W sondażach nadal wchodzą — obruszył się Bokser.

— Tam srać na sondaże, sami je robią. Nie wejdą za cholere. Po tylu latach ten naród zmądrzał. Ale te Żydki są takie cwane, że ich drzwiami wywalisz, a oknem wlizą. Już wiedzą, że Unia to mumia, to teroz se Platforme wymyślili. No, kurna, nie ma siły na nich. Taki Balcerowicz to ci będzie tak słodziutko pierdolił, że ci się uszy powykręcają. A tju, tju, tju. — Niedźwiedź przybliżył swoją dłoń do twarzy i przemawiał do niej dziecięcym karykaturalnym głosikiem, jakby mu na niej siedział rzeczywiście Balcerowicz o rozmiarach Tomcia Palucha.

 

Bokser tylko mrużył oczy i kręcił głową na wywody kolegi. Zbliżywszy się po raz kolejny do Wacława, szepnął mu na ucho:

— Panie, on tak tylko gada, ale serce ma dobre. Zawsze tak jest, jak wypije. Ja to mam zasadę: na trasie dwa piwka i spokój.

Pulchna blondyna siedząca pod oknem wtrąciła się do dyskusji.

— Jakby tak panów ze sobą skrzyżować, to by dobry człowiek wyszedł. Pan nienawidzi wszystkich, ale wierzący i katolik — zwróciła się do Niedźwiedzia. — A pan niewierzący, ale dobry i wszystkich kocha. — Spojrzała na Boksera.

— Co?! On niewierzący?! — zareagował gwałtownie Niedźwiedź. — Nie ma, kurna, na świecie takiego maszynisty, co by w Boga nie wierzył. W każdej jednej lokomotywie krzyżyk wisi! A pan inteligent wierzy? — Nie wiedzieć czemu zwrócił się Niedźwiedź do Grosera.

— Co „wierzy?" — odparł zaskoczony.

— No, w Boga!

— Nie — odpowiedział Wacław, chcąc zaprotestować przeciwko paranoi, w której się znalazł.

I w tej chwili Gośka spojrzała na niego zdziwiona, z jakimś wyrzutem. A Niedźwiedź dodał z triumfem:

— Od razu wiedziałem, że komuch…


Stali na peronie we Wrocławiu. Wymaglowani niemiłosiernie i śmierdzący dymem, a Wacław dodatkowo piwem.

— No, tośmy się spotkali — roześmiała się Gośka. — Po dwudziestu latach. Całą drogę ani słowa. Przepraszam za to przytulenie, ale musiałam udawać, że śpię, żeby mi dali spokój. Nadal mieszkasz we Wrocławiu?

— Nie, jestem przejazdem, chcę tylko odwiedzić matkę.

— Ale najpierw wstąpisz do mnie. Zapraszam. Nie wykręcisz się. Musimy sobie wszystko opowiedzieć. Nigdy się taka okazja nie powtórzy. Obrączki nie nosisz. Nie powiesz mi, żeś kawaler?

— W pewnym sensie.

— Rozumiem, ja też już jestem rozwiedziona.

— Widzisz… ja jestem księdzem — uśmiechnął się Wacław.

2

Gośka krzątała się po kuchni, co chwilę zadając pytania.

— Z Grzegorzem masz jakiś kontakt?

— Nie…

— A że Hanka do Stanów wyjechała, to wiesz?

— Nie, Gośka, wiesz, ja zupełnie straciłem kontakt z ludźmi. Po maturze wyjechałem z Wrocławia — rzucił Wacław w kierunku kuchni.

— Zaraz cię podszkolę, kto, z kim i jak daleko zaszedł. — Gośka wyszła z tacą, na której piętrzyły się smakowicie przyrządzone kanapki. — Jeszcze tylko wyciągnę wino, które mi koleżanka przywiozła z Izraela. Carmel, podobno świetne. Trzymałam je na specjalną okazję, no i się nadarzyła.

Zapaliła stojącą na stole świeczkę i zwróciła się do Grosera:

— Jak to się stało?

— Co?

— Że zostałeś księdzem. Nie wyszło ci z kobietami? — Nalała wina do kieliszków.

— Jak widać. — Wacław rozłożył ręce usprawiedliwiająco.

— Nie uwierzę, mogłeś mieć od wyboru do koloru. Pamiętam, była taka Bernadetta z „c". Piękna dziewczyna. Szalała za tobą. Dała ci spokój?

— Tak, została zakonnicą.

— Żartujesz? Z taką urodą na zakonnicę? Co jej się stało? Ach — Gośka pokiwała głową, jakby doznała olśnienia — z rozpaczy za tobą.

— Żadna rozpacz, to powołanie.

— Co to znaczy?

— Że chce się kochać wszystkich…

— To do tego trzeba być księdzem albo zakonnicą?

Groser uśmiechnął się lekko. „Jak tu najprościej wytłumaczyć rzeczy niewytłumaczalne?" Gośka jednak pokręciła głową i zakończyła temat.

— Podziwiam was, ale nie rozumiem tego waszego celibatu. — Dopełniła kieliszki. — W końcu nie muszę rozumieć… Co tam, moje związki z Kościołem są luźne. Kiedyś chodziłam co niedzielę na mszę. Byłam przykładną katoliczką. Na święta do spowiedzi. Do czasu ślubu. Potem wszystko się zmieniło. Mąż do kościoła nie chodził. Nie wywierał na mnie nacisków. W ogóle na tematy religijne ze sobą nie rozmawialiśmy. Jedyna jego religijna deklaracja, którą pamiętam, to że lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować na starość, że się nie grzeszyło. Typowa filozofia używania życia. Nie przeciwstawiałam się. Z czasem sama do kościoła zaczęłam chodzić w zależności od nastroju, pogody…

Gośka przerwała. Wpatrzyła się w swoje kolana i zaczęła gładzić brzeg spódniczki, jakby ją chciała wydłużyć albo wyprasować. Chrząknęła.

— Osiem lat temu zaszłam w ciążę. Nie byłam już taka młoda. No i… usunęłam… Zabiłam… jak mówicie. — Schowała twarz w dłoniach i trwała tak kilkanaście sekund. Potem gwałtownie się wyprostowała. — Nie ma sensu opowiadać, jak to się stało. Nie chcę nikogo oskarżać. Siebie za to wszystko winię, choć on mnie do tego namówił, czy nawet zmusił. Szykowała mu się świetna praca za granicą, dziecko mogło wszystko pokrzyżować. Kiedy dotarło do mnie, co zrobiłam, wpadłam w rozpacz. Ciągle płakałam. — Głos Gośki zaczął drżeć. — Każde zakichane urządzenie ma w sobie bezpieczniki, tylko człowiek może zrobić wszystko, nic go nie powstrzyma…

Groser chciał coś powiedzieć, ale Gośka kontynuowała opowieść, wpatrując się w odległy punkt.

— Mój mąż próbował mnie pocieszać i uspokajać, ale bez skutku. Wściekł się na mnie i powiedział, że nie ma zamiaru patrzeć na moje cierpienie. Zaczął szukać sobie pocieszenia gdzie indziej. I wkrótce wykreślił mnie ze swojego życia. Nawet za bardzo nie protestowałam. Ocknęłam się, gdy wyjechał z Polski. Do kościoła w ogóle przestałam chodzić. Powiedziałam sobie, że tylko ja mogę nieść ten krzyż, który sama sobie sprawiłam. Raz wybrałam się na mszę, ale to, co wtedy usłyszałam, utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę cierpieć. Ręce, które… — Gośka urwała w pół zdania. — Drzwi Kościoła się dla mnie zamknęły. Chciałam nawet po tym kazaniu popełnić samobójstwo. Jakieś dwa lata później była kolęda. Nagle wbrew sobie powiedziałam ministrantom, że przyjmę księdza. Przyszedł jakiś nowy. Nie znałam go. Zaczął się dopytywać o moje związki z parafią. Powiedziałam mu wszystko bez udawania. Czekałam, aż wygłosi mi naukę. Nic. Milczał. Rozryczałam się. A on przytulił mnie i trzymał mnie tak długo, aż się uspokoiłam. Potem powiedział, że Bóg czeka na mnie. A ja, że chyba z moim dzieckiem na kolanach, i znowu zaczęłam ryczeć. „Nigdy nie wiemy, co nas prowadzi do Boga — powiedział. — Nieraz idziemy do Niego przez grzech i upadek". Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas, trudno to zresztą nazwać rozmową. Próbował mnie jakimiś zaklęciami wyciągnąć z rozpaczy. Dał mi nazwisko księdza, który, jak mówił, jest mądrzejszy od niego w tych sprawach i na pewno mi pomoże. Nigdy się do niego nie zgłosiłam. Zjawiła się u mnie przyjaciółka, która miała inny sposób, żeby wyciągnąć mnie z dołka.


Groser się nie odzywał. Podparł dłonią twarz i słuchał.

— Wacek, mam prośbę, zapomnij teraz to wszystko, co ci powiedziałam. Nie, nie próbuj mi mówić nic mądrego. Żadnego pocieszenia ani moralizowania. Jeżeli jesteś w stanie patrzeć na mnie jak na Gośkę, którą znałeś przed laty, proszę bardzo, jeśli nie, to już lepiej idź.

Uśmiechnął się i westchnął.

— A teraz wino włoskie — oznajmiła z werwą Gośka, zmieniając całkowicie nastrój, jakby skończyła się jedna odsłona teatralna. — Żydowskie napełniło ten pokój smutkiem.

Podeszła do szafki i wyciągnęła z niej butelkę chianti.

— Otwórz, a ja doprowadzę się do ładu.

Wróciła po chwili, przebrana. Zdjęła sweter i była teraz w rozpinanej śliwkowej bluzce z krótkim rękawkiem.

— No, to rozlej.

— Może starczy?

— Nie, jeszcze ci wszystkiego o sobie nie powiedziałam. Nie pytasz się, kim w ogóle jestem.

— No właśnie — potwierdził, nie za bardzo wiedząc, co powiedzieć.

Przybrała minę, jakby miała zaraz wystąpić w szkolnym teatrzyku.

— A więc Gosia ukończyła historię z wybitnymi ocenami. Zostałam na uczelni, zrobiłam doktorat, a potem… potem zmieniłam firmę i poszłam do prywatnego wydawnictwa, bo tam znacznie lepiej płacili. Teraz idzie trochę gorzej, ale jakie wymagania może mieć samotna czterdziestoletnia kobieta. Na życie starcza.

Druga butelka wina zaczynała działać. Oboje czuli, jak coraz szybciej krąży w nich krew. Gośka delikatnie przesunęła się na kanapie. Niby dla zabawy przejechała dłonią jeżyka Wacława.

— Proszę, ani jednego siwego włoska. Ja już od paru lat muszę się farbować. Ten celibat ci jednak sprzyja. Mniej stresów. Jedzonko podane, rachunki płaci kto inny. W sumie mądrze się urządziłeś. Nieważne, co kto robi, byle osiągnął swój cel.

Tym razem ręka Gośki wylądowała na szyi Wacława. Delikatnie odłożył ją na jej kolana i spojrzał na nią przepraszająco.

— O co chodzi? Żałujesz mi odrobiny czułości, a mówisz, że po to zostałeś księdzem, by obdarowywać wszystkich miłością. Boisz się o swój celibat? Celibat to samotność, ja nie chcę ci jej odebrać. Nasze samotności spotkały się jak ptaki w locie i zaraz pofruną w swoich kierunkach. A zresztą celibat narodził się w historii i w historii zginie. Nie znam się na teologii, ale jestem historykiem i coś niecoś na ten temat wiem.

— Gośka, nie żartuj. Nie będziemy teraz dyskutować o celibacie, bo to nie ma sensu, w każdym razie celibat to nie tylko samotność.

Poprawił się na kanapie i nieznacznie odsunął od niej.

— Dlaczego nie mamy rozmawiać? Boisz się, że zabrakłoby ci argumentów?

— Trochę za dużo alkoholu.

In vino veritas. — Na potwierdzenie swych słów Gośka sięgnęła po kieliszek.

— Raczej gorączka zmysłów.

— To chyba wy to tak traktujecie. Dla was wszystko jest seksem. Albo ucieczką od niego. Chcę tylko trochę uczucia. Ale to dla was coś obcego, coś, czego się boicie. Boicie się, że ktoś zdobędzie nad wami władzę.

— Nie boję się uczuć. — Wacław patrzył jej prosto w oczy.

— To dlaczego drżysz o ten swój celibat? Nie masz rodziny, możesz kochać każdego. Na czym ta twoja miłość ma polegać? — Głos Gośki drżał. Wypite wino dawało o sobie znać.

— Chyba najlepiej będzie, jak już pójdę. — Spuścił bezwładnie dłonie na kolana.

— Wacek, nic ci nie zagraża. Możesz zrobić dobry uczynek, ja potrzebuję odrobiny uczucia, która pozwoli mi przeżyć. W imię dawnej… przyjaźni. Raz jeden. Nikt się o tym nie dowie. Możesz być pewien, że nigdy później nie będę cię dręczyć, wydzwaniać. Po prostu los nas dziś zetknął. Chcę, żeby ktoś ze mnie zdjął ten ból. Potrzebuję potwierdzenia, że nie jestem trędowata.

Jej twarz przez moment przypominała buzię mającej się zaraz rozpłakać dziewczynki. Spuścił głowę.

— Nie jesteś trędowata. Masz ranę, która wymaga zupełnie innego leczenia. Chcesz, żebyśmy zadali sobie nowe rany? — powiedział cicho i spojrzał na nią. W jej oczach kołysały się dojrzałe łzy.

Zacisnął z całej siły powieki, żeby wreszcie zniknął ten koszmar. Już drugi raz dzisiaj nie potrafi uciec. Koniec dyskusji. Wstał gwałtownie.

— Słuchaj, Gośka, ja muszę… — zaczął i w tej chwili zobaczył jej piersi. Fala gorąca uderzyła mu gwałtownie do głowy. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Poczuł dotyk rąk na szyi, a potem wilgotne rozpalone usta musnęły jego czoło. Po jego policzku spływały łzy Gośki.

— Tylko ten jeden raz…

Resztką sił odwrócił się i ruszył do drzwi. Po chwili stał na klatce schodowej i wpatrywał się otępiały w zasuszone kwiatki stojące na parapecie. Cofnął się. Zadzwonił raz jeszcze do drzwi. Otworzyły się niemal natychmiast.

— Przepraszam, ale zapomniałem plecaka.

Po paru sekundach orzeźwiło go wieczorne powietrze.