Na posterunku

Tekst
Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział IV Straszny rok 1942: akcje likwidacyjne

Bo nie ma ugody,

gdzie w jednym kraju żyją dwa żywe narody.

Pragnień im nie odejmiesz, ziemi im nie dodasz –

jeden musi ustąpić! – gość lub gospodarz![1]

Karol Hubert Rostworowski, Antychryst (1925)

Jednym z najtrudniejszych wyzwań stojących przed historykiem Zagłady jest próba opisania mechanizmów, które doprowadziły do tego, że normalni, dalecy od fanatyzmu i ideologicznego zaślepienia ludzie przeistoczyli się w zbrodniarzy gotowych wykonywać najbardziej nieludzkie polecenia przełożonych. Historycy zajmujący się tak zwaną Tätergeschichte – historią sprawców – skupili się w sposób oczywisty na Niemcach. Mówiąc dokładniej, na niemieckich policjantach, członkach batalionów rezerwowych Policji Porządkowej, którzy w latach 1941–1942 wymordowali setki tysięcy Żydów, kobiet, mężczyzn i dzieci. Wybór ten nie był dziełem przypadku. O ile członkowie Einsatzgruppen, czyli mobilnych oddziałów śmierci, rekrutowali się spośród zdeklarowanych hitlerowców, wcześniej już wprawionych w mordowaniu lub też gotowych mordować Żydów, o tyle ludzie wcielani do formacji rezerwowych policji stanowili dość niejednorodną grupę, pochodzili z różnych warstw społecznych o bardzo zróżnicowanym profilu zawodowym. Byli to zazwyczaj mężczyźni nie najmłodsi, trzydziesto- i czterdziestoletni (młodszych brano do Wehrmachtu) i – jak zakładali badacze – mniej podatni na hitlerowską propagandę formującą młodzież w niemieckich szkołach po 1933 roku.

W Niemczech Zachodnich w latach sześćdziesiątych wielu z tych policjantów stanęło przed sądem, oskarżonych o dokonane podczas wojny mordy na Żydach. Christopher R. Browning, studiując zeznania byłych policjantów należących do 101 Policyjnego Batalionu Rezerwy (którzy działali między innymi na terenie okupowanej Polski), doszedł do wniosku, że decyzja o włączeniu się w akcję eksterminacyjną zależała zazwyczaj od nacisku grupy, chęci przynależenia, innymi słowy – od konformizmu danego policjanta[2]. Ważne były też przykład, zachęta bądź nacisk dowódcy. Im bardziej sfanatyzowany nazista stał na czele danego oddziału, tym większe było prawdopodobieństwo, że jego podwładni dadzą się namówić na uczestnictwo w mordach[3]. Dobrym przykładem jest Untersturmführer Max Täubner, dowódca plutonu pomocniczego, którego zadaniem była naprawa ciężarówek poruszającej się na wschód 1 Brygady SS. Przed wyjazdem na front Täubner, zagorzały hitlerowiec, złożył ślubowanie, że na Wschodzie zabije przynajmniej dwadzieścia tysięcy Żydów. Istotnie, w ciągu roku działań na zapleczu frontu wschodniego Täubnerowi udało się tak „zmotywować” podległych mu mechaników samochodowych, stolarzy, ślusarzy i elektryków, że wymordowali oni – na własną rękę i bez odgórnych rozkazów – około trzydziestu tysięcy Żydów.

Napisałem, że zaangażowanie przełożonego zwiększało szanse na to, że podwładni „dadzą się namówić na uczestnictwo w mordach”, gdyż wszyscy mieli możliwość wyboru. Wystarczyło po prostu odmówić – przynależność do plutonów egzekucyjnych była w zasadzie dobrowolna. Za odmowę rozstrzeliwania niewinnych ofiar nie groziły żadne poważniejsze konsekwencje. Najwyżej potępienie ze strony dowodzącego oficera, drwiny i szyderstwa kolegów, czasem przesunięcie do gorszej służby – nic więcej. Mimo to tak niewielu policjantów zdecydowało się odmówić udziału w rozstrzeliwaniu Żydów, że nigdy nie było kłopotów ze skompletowaniem z ochotników pełnego składu plutonów egzekucyjnych.

Historia nie jest nauką ścisłą (Klio była w końcu jedną z muz), dlatego też wiele w tej dziedzinie zależy od interpretacji, jaką historyk nada zebranym materiałom. Daniel Jonah Goldhagen, inny badacz Zagłady, wziął na warsztat te same akta procesowe, z których wcześniej korzystał Browning. Wnioski, do których doszedł, były jednak skrajnie odmienne. Według Goldhagena tym, co w sposób naturalny kierowało Niemców na drogę masowego mordu, były nie tyle poczucie „frontowego braterstwa” i solidarność grupowa, nie tyle zachęta i presja dowódców, ile głęboko zakorzeniony antysemityzm. Używając współczesnej terminologii, powiedzielibyśmy w ślad za Goldhagenem, że Niemcy „wyssali antysemityzm z mlekiem matki”[4]. Co więcej – jak twierdził Goldhagen – niemiecka kultura, etos narodu niemieckiego przesiąknięte były nie tylko zwykłym antysemityzmem, ale jego szczególnie groźną formą, którą amerykański historyk nazwał „antysemityzmem eliminującym” (ang. eliminationist anti-Semitism). O ile argumenty Browninga zostały przyjęte przez historyków życzliwie, o tyle hipoteza Goldhagena mało kogo przekonała. Teorie wytrychy, które oferują uniwersalny klucz do zrozumienia przeszłości, mają tę wspólną cechę, że tłumaczą nam w bardzo przystępny sposób najbardziej skomplikowane problemy historyczne. Z tego też powodu najczęściej są błędne.

Jeżeli chodzi o hipotezę Goldhagena, szczególne wątpliwości wzbudzała rzekoma powszechność „antysemityzmu eliminującego” jako pojęcia mającego jakikolwiek walor poznawczy i wyjaśniający. Antysemityzm – co do tego historycy byli zgodni – nigdy nie był w Niemczech ideologią dominującą. Wręcz odwrotnie, większość badaczy wskazywała raczej na to, że szczególnie głęboko zakorzeniony antysemityzm występował we wschodniej Europie i na Bałkanach – krótko mówiąc, w najostrzejszej formie uprzedzenia antyżydowskie dawały się zauważyć tam, gdzie żyły miliony wschodnioeuropejskich Żydów, czyli Ostjuden. Czy można wobec tego powiedzieć, że mordercy w niemieckich mundurach w jakiś szczególny sposób różnili się od morderców w mundurach węgierskich, rumuńskich, słowackich czy chorwackich? A czy niemieccy policjanci, mordercy Żydów, czymkolwiek różnili się od policjantów ukraińskich, litewskich lub łotewskich? Czy teoria o niemieckim „antysemityzmie eliminującym” może nam wyjaśnić, dlaczego tysiące Litwinów, Ukraińców czy Polaków, zwykłych ludzi, włączyło się w rabowanie i mordowanie swoich żydowskich sąsiadów? Gdyby „antysemityzm eliminujący” był zjawiskiem wyłącznie niemieckim (a tak twierdził autor Gorliwych katów Hitlera), to przedstawiciele innych nacji powinni być wolni od tego niebezpiecznego bakcyla. Tymczasem wiadomo, że policjanci, żołnierze i cywile wielu różnych narodowości włączyli się w niemiecki plan eksterminacji Żydów bez zwłoki, często z entuzjazmem, a na pewno bez większych oporów. Co więcej, w odróżnieniu od policjantów niemieckich, którzy mordowali nieznanych sobie ludzi daleko od domu, policjanci ukraińscy czy polscy mordowali swoich współobywateli, sąsiadów, niejednokrotnie kolegów i koleżanki z klasy, z podwórka, ze szkoły. Żeby lepiej pojąć mechanizmy, które przekształciły polskich stójkowych, przedwojennych policjantów, ojców rodzin i obrońców porządku publicznego w masowych morderców, będziemy musieli odwołać się do konkretnych przypadków. Do wielu konkretnych przypadków będących odbiciem ewolucji postaw polskich policjantów wobec Żydów w pierwszych miesiącach akcji „Reinhardt”.

Akcja „Reinhardt”

Późnym latem 1941 roku, po przyłączeniu dystryktu Galicja, Generalna Gubernia obejmowała obszar stu pięćdziesięciu tysięcy kilometrów kwadratowych i liczyła nieco ponad siedemnaście milionów mieszkańców. Według niemieckich szacunków dystrykt radomski zamieszkiwało 2,7 miliona osób, krakowski – 3,7 miliona, warszawski – 3,5 miliona, lubelski – 2,5 miliona, a dystrykt Galicja – 4,7 miliona[5]. W 1942 roku na terenie Generalnej Guberni nadal żyły nieco ponad dwa miliony Żydów, przedwojennych polskich obywateli[6]. Blisko milion polskich Żydów mieszkało na terenach wcielonych do Rzeszy, w Bezirk Bialystok oraz na terenach wschodnich, znajdujących się pod bezpośrednią administracją niemiecką. Losy tych ostatnich, choć bezpośrednio powiązane z losami Żydów mieszkających na terenie GG, pozostaną jednak – biorąc pod uwagę ograniczony geograficznie zasięg działań granatowej policji – poza sferą naszego bezpośredniego zainteresowania[7].

Od wiosny 1942 do wiosny 1943 roku ogromna większość polskich Żydów została wymordowana w obozach zagłady, a uciekinierzy zaczęli ukrywać się, schodząc do podziemia, lub też – w nielicznych przypadkach – walczyli o przeżycie na aryjskich papierach. Stosunkowo wielu czekało na śmierć w nadal czynnych Julagach (Judenlager – obóz pracy dla Żydów) i w kilku gettach szczątkowych (Restghetto). Tak jedne, jak i drugie Niemcy stopniowo likwidowali – wiosną, latem i jesienią 1943 roku. Ta część zagłady polskich Żydów znana jest w historii jako akcja „Reinhardt”[8]. Nazwę tę nadali procesowi eksterminacji Niemcy, chcąc w ten sposób uhonorować Reinharda Heydricha, jednego z architektów „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, który zginął od kul czeskich zamachowców w czerwcu 1942 roku. Wśród historyków zajmujących się tematem eksterminacji polskich Żydów pokutuje przekonanie, że do czasu likwidacji gett w 1942 roku ludność miejscowa oraz miejscowe polskie organizacje i instytucje nie miały nic (lub prawie nic) do powiedzenia w kwestii życia i śmierci Żydów. Amerykański historyk Timothy Snyder twierdził swego czasu, że ludność terenów wschodnich, w latach 1939–1941 znajdujących się pod okupacją sowiecką, przyłączyła się do procesu eksterminacji o wiele bardziej ochoczo niż ludność polska na zachodzie: „W okupowanym ZSRR Żydów zaczęto zabijać od razu po kontakcie z wojskami niemieckimi. W okupowanej Polsce Holocaust rozpoczął się ponad dwa lata po inwazji niemieckiej i w znacznej części odbywał się w izolacji od miejscowej ludności”[9]. Amerykański historyk jest w błędzie: opis Zagłady w gettach GG nie powinien ograniczać się wyłącznie do analizy doświadczenia żydowskiego losu z kilku gett odciętych murem, takich jak getta w Warszawie czy Krakowie – choć nawet w tych wypadkach (jak wskażemy w dalszej części książki) nie było mowy o izolacji. Ogromna większość polskich Żydów żyła w gettach otwartych bądź półotwartych – takich jak opisane getto w Opocznie – gdzie fizyczne odcięcie od strony aryjskiej (drewniane płoty, drut kolczasty) było czynnikiem o wiele mniej istotnym od izolacji psychologicznej. No i trzeba pamiętać, że setki tysięcy polskich Żydów w ogóle uniknęły zamknięcia w gettach; znaleźli się oni w dzielnicach zamkniętych dopiero wiosną i latem 1942 roku, w przededniu deportacji do obozów zagłady. O izolacji tych Żydów nie było więc mowy. Co istotniejsze, deportacje polskich Żydów – czyli tak zwane akcje likwidacyjne (Aktionen) – które przeprowadzano według jednakowego scenariusza w setkach polskich miejscowości, stały się publicznym spektaklem oglądanym przez miliony Polaków. Akcje, które stanowiły orgie przemocy i w trakcie których ulice polskich miast i miasteczek całkiem dosłownie spłynęły krwią, odbyły się przy aktywnym współudziale wielu Polaków, którzy na różne sposoby przyczynili się do śmierci swoich żydowskich sąsiadów. Tysiące „gapiów” towarzyszyły pędzonym do transportów śmierci Żydom w ostatniej drodze, tysiące innych wzięło udział w przeszukiwaniach dopiero co opróżnionych gett, rabując żydowskie mienie i wyciągając z bunkrów i schowków ukrywających się przed śmiercią Żydów. A oprócz „gapiów” w proces eksterminacji w sposób bardziej zorganizowany włączyli się – lub też zostali włączeni przez Niemców pod przymusem – strażacy, junacy z Baudienstu[10] oraz – w pierwszym rzędzie – funkcjonariusze granatowej policji.

 

Na początku 1942 roku posterunkowy Lucjan Matusiak dostał awans na zastępcę komendanta granatowej policji w Łochowie, małym miasteczku położonym około pięćdziesięciu kilometrów na północny wschód od Warszawy. Już niebawem Matusiak – policjant z długim przedwojennym stażem – z prostego funkcjonariusza PP przekształcił się w mordercę[11]. Transformacja posterunkowego Matusiaka była bezpośrednio związana z likwidacją niewielkiego (liczącego około tysiąca mieszkańców) getta w pobliskim Łochowie-Baczkach. W czasie pierwszej akcji granatowi policjanci – wśród nich Matusiak – towarzyszyli swym niemieckim kolegom i przełożonym z żandarmerii. Jak można wnioskować z zeznań polskich świadków, przyuczanie do mordów trwało pewien czas. Z początku granatowi policjanci wyciągali Żydów z domów oraz przeczesywali kryjówki w piwnicach i na poddaszach, szukając ukrywających się ofiar. Złapanych Żydów oddawali w ręce żandarmów na rozstrzelanie[12]. Kilka dni później, podczas ostatecznej likwidacji Baczek, Matusiak i jego koledzy w granatowych mundurach zaczęli zabijać już na własną rękę, choć nadal w asyście żandarmów. Polscy policjanci strzelali chaotycznie i niedokładnie, tak że żandarmi niejednokrotnie musieli wkraczać i dobijać poranionych Żydów[13]. Niemniej przeto proces przekształcania się polskich funkcjonariuszy z czeladników zbrodni w pełnoprawnych zabójców postępował szybko. Można powiedzieć, że wielu z nich tak dobrze odnalazło się w nowej roli, że jeszcze przed końcem 1942 roku wydajnością przewyższyli swoich dotychczasowych nauczycieli.

Podczas gdy posterunkowy Matusiak doskonalił swoje umiejętności w Łochowie, jego koledzy z Opoczna ładowali Żydów do transportu śmierci zdążającego do Treblinki. A kiedy pociąg opuścił już stację, granatowi policjanci – jak możemy wyczytać w Księdze stacyjnej posterunku – udali się do getta, aby uniemożliwić miejscowej ludności plądrowanie „opuszczonej własności pożydowskiej”[14].

Z Księgi stacyjnej posterunku PP w Opocznie

18 IX 1942 – W Opocznie, na Błoniu na polecenie Żandarmerii, strzeżenie mienia po wysiedlonych żydach.

28 X 1942 – Służba specjalna w byłej dzielnicy żydowskiej celem utrzymania porządku aby nie chodziła ludność cywilna.

30 X 1942 – Straż w byłej dzielnicy żydowskiej.

1 XI 1942 – Zatrzymano w byłej dzielnicy żydowskiej 4 osoby na kradzieży.

4 XI 1942 – W dzielnicy żydowskiej zatrzymano trzech osobników. (Notatka dyżurnego) Załoga posterunku Białaczów w sile trzech ludzi zgłosili się do eskorty żydów.

W trakcie obławy na żydowskich uciekinierów, posterunek w Opocznie stał się punktem koordynacji działań łapaczy. W jednym z nielicznych zapisów dotyczących polowania na Żydów, które znalazły się w Księdze stacyjnej (zazwyczaj tego typu wydarzeń nie odnotowywano w dokumentacji urzędowej), dyżurny policjant zanotował: „29 X 1942 – o godz. 22:30 sołtys ze wsi Ogonowice powiadomił telefonicznie, że we wsi złapano żyda. Wymienionemu poleciłem wyznaczenie straży i sprowadzenie żyda do aresztu w Opocznie”. Zapiski w księgach stacyjnych (a jak wspomniałem, zachowało się ich niewiele) dają jedynie fragmentaryczny obraz interesujących nas aspektów pracy granatowych policjantów. Jeżeli bowiem chodzi o działania skierowane przeciwko Żydom, funkcjonariusze zachowywali daleko idącą dyskrecję. Jak wynika z zeznań policjantów, na posterunku w Sterdyni (miejscowość położona na północy dystryktu warszawskiego, niedaleko Treblinki) doniesień o ukrywających się Żydach z zasady nie wpisywano do rejestru działań służbowych[15]. Komendant posterunku zlecał poszczególnym policjantom „załatwienie” sprawy w sposób nieformalny, tak aby Niemcy nie żądali dalszych wyjaśnień. O mordzie na Żydzie popełnionym przez polskiego policjanta służącego w Sterdyni będzie mowa nieco dalej.

Alter Szymszonowicz, znany nam już Żyd z Opoczna, zaczął spisywać swoje wspomnienia w ukryciu pod koniec 1943 roku[16]. Rok wcześniej, pod koniec października 1942 roku, nastąpiła likwidacja opoczyńskiego getta. Tego dnia do pociągów popędzono – jak pisze Szymszonowicz – sześć tysięcy Żydów, a setki zabito na miejscu. Kilkaset osób (jak oceniał autor – około dziesięciu procent ludności) zaszyło się w kryjówkach na terenie opróżnianego getta, skąd sukcesywnie wyciągali ich polscy i żydowscy policjanci, a następnie oddawali żandarmom z komanda likwidacyjnego na śmierć. To wówczas zaczął się ukrywać także sam Szymszonowicz. W grudniu 1942 roku „polski chrześcijanin” doniósł polskiej policji na Szymszonowicza oraz innych ukrywających się, a policja powiadomiła żandarmów. „Moritz [szef żandarmerii – J. G.] – pisał Szymszonowicz – poszedł do żydowskiej policji, rozkazał im przywieźć dwóch braci, drugi brat nazywał się Azriel. Kiedy polska policja przyprowadziła tych braci, Moritz wyprowadził ich na ulicę, po czym gdy dwaj bracia wyszli, strzelił im w kark z rewolweru, zaraz przy budynku policji. Tak dwaj bracia leżeli na ulicy, walcząc około godziny ze śmiercią. Potem morderca przeszedł się jeszcze raz ulicą i zobaczył, że wciąż żyją, i ich dobił”. Na nielicznych Żydów z Opoczna, którym udało się przeżyć pierwszą likwidację, czas przyszedł w styczniu 1943 roku. Szymszonowicz tak to relacjonował: „W poniedziałek 2-go stycznia o godzinie 6-tej rano obudziłem się i wyszedłem na ulicę, widzę, że przy moim domu stoi polski policjant i czegoś pilnuje. Rozglądam się i patrzę na drugą stronę, wszędzie stoją polscy policjanci z pistoletami, kręcą się tam i z powrotem. Było jeszcze dobrze ciemno. Udaję, że nic nie widzę, i zbliżam się do jednego policjanta. Widzę, że jest to obca policja z innego miasta. Wchodzę z powrotem do domu i budzę mojego szwagra Fiszla Horowicza, i mówię mu, że jesteśmy już do końca załatwieni. Jesteśmy na zewnątrz otoczeni ze wszystkich stron przez polską policję. Za jakiś czas ponownie wyszedłem na ulicę i zobaczyłem, że ze wszystkich stron pilnują nas także żandarmi, żebyśmy nigdzie nie uciekli. Tego samego dnia (trzeciego dnia) polscy policjanci sami po cichu zabierali różne rzeczy z domów i zanosili je do swoich mieszkań. Przez szparę na strychu spostrzegłem, jak policjant niesie maszyny do szycia z mieszkania żydowskiego krawca, który mieszkał niedaleko mnie”. Szymszonowiczowi, ukrytemu „na strychu, u chrześcijanina”, udało się przeżyć wojnę. Ostatnie zapiski w dzienniku pochodzą co prawda z lata 1944 roku, ale już po wyzwoleniu wystąpił o przywrócenie własności rodzinnego domu. Dalsze jego losy są mi nieznane.

Na posterunkach w Brzesku Nowym, Miechowie i Działoszycach

W oficjalnych dokumentach granatowej policji zachowało się, jak już wspomnieliśmy, stosunkowo niewiele śladów udziału polskich funkcjonariuszy w akcjach likwidacyjnych. W przypadku Brzeska Nowego pierwszy dokument nawiązujący do nadchodzących akcji pochodzi z 22 sierpnia 1942 roku, kiedy to miejscowe władze zażądały od prezesa lokalnej gminy żydowskiej (pod groźbą powiadomienia niemieckiej żandarmerii) natychmiastowego usunięcia Żydów, którzy napłynęli do miasteczka w ciągu ostatnich paru dni. Chodziło najprawdopodobniej o uciekinierów z pobliskich miejscowości, w których już wcześniej przeprowadzono akcje likwidacyjne. Dziesięć dni później zaczęto wysiedlać Żydów z Działoszyc, Miechowa, Słomnik oraz z innych mniejszych osad. W połowie sierpnia w pobliżu Słomnik, na podmokłych łąkach nad brzegiem rzeczki Szreniawy, powstał obóz przejściowy, do którego spędzono osiem–dziewięć tysięcy Żydów wysiedlonych z Miechowa, Koszyc, Proszowic, Skalbmierza, Skały i samych Słomnik[17]. Setki ludzi zginęły, czekając na dalszy transport, niektórych skierowano do Julagów, a całą resztę wysłano do obozu zagłady w Bełżcu. W tym samym czasie (2–3 września) Niemcy wraz z oddziałami pomocniczymi oraz granatową policją i junakami z Baudienstu przystąpili do likwidacji największego w okolicy getta w Działoszycach. Tamtejszych Żydów, tak jak w Słomnikach, również spędzono na łąkę. W pobliżu Miechowa powstał w ten sposób obóz przejściowy, w którym – w koszmarnych warunkach – stłoczono ponad piętnaście tysięcy ludzi. Oprócz Żydów z Działoszyc znaleźli się tam również Żydzi z Miechowa i Książa Wielkiego. Liquidierungskommando, którego zadaniem było zlikwidowanie getta w Działoszycach, przybyło na miejsce kolejką wąskotorową z Miechowa. Przyjechała wówczas, jak to zaobserwował polski świadek wydarzeń, „pewna ilość niemieckich żandarmów oraz granatowych policjantów jako też junaków, ściągniętych z okolicy”[18].

Abraham Langner, jeden z ocalałych Żydów, w ten sposób opisał likwidację Działoszyc: „Po obu stronach stali polscy policjanci, my byliśmy w środku. Policjanci stali co dziesięć metrów. Widziałem też czterech Niemców w brązowych mundurach: Schmidt [zastępca Kreishauptmanna – J. G.], szef Gestapo oraz dwóch na koniach. Szef dystryktu nazywał się Beyerlein[19]. Szliśmy rzędami, popędzani przez policjantów. Ktokolwiek wypadał z szeregu lub zostawał z tyłu, ginął od kul. Wciąż słyszeliśmy krzyki i strzały. Ulice były zlane krwią. Tym razem to nie strzelali Niemcy, lecz polska policja. Sam słyszałem, jak niemiecki dowódca mówił im, żeby nie strzelali do ludzi w obrębie miasteczka. Ale komendant polskiej policji nazwiskiem Całowan, facet o krzywych nogach, niebezpieczny morderca, wciąż krzyczał po polsku: »Tylko strzelać!«. Słyszałem go kilka razy. […] do wieczora zginęło w ten sposób 2000 ludzi, zabitych w czasie wysiedlenia”[20]. „Całowan”, o którym wspominał Langner, to znany nam już komendant PP Piotr Sałabun[21]. Relację Langnera potwierdził niedługo po wojnie Jan Łach – gospodarz z pobliskich Jakubowic – któremu sołtys zlecił zjawić się w Działoszycach w dniu akcji z podwodą do transportu Żydów. Z wysokości swojej fury Łach śledził przebieg likwidacji getta, której dokonywała, jak oświadczył, „niemiecka żandarmeria przy pomocy granatowej polskiej policji i junaków służących w tzw. Baudienście”[22]. Żydów łapano na rynku, na ulicach, po domach, a łapaniem zajmowali się polscy policjanci i junacy pod nadzorem żandarmów. Jan Łach powoził jedną z szesnastu podwód, a na każdą furę załadowano w pierwszym rzucie po dwunastu schwytanych Żydów. Gdy już ofiary zostały załadowane na wozy, cały konwój, eskortowany przez polskich policjantów i junaków, ruszył na pobliski kirkut, gdzie grupa żandarmów rozstrzeliwała Żydów, a junacy spychali ciała do wcześniej wykopanych rowów.

Jeżeli chodzi o działania Baudienstu pod Działoszycami, to jeden z ocalałych Żydów napisał po wojnie: „Niemcy zjechali do miasteczka jak huragan, na motocyklach z przyczepami. Chaim-Lezer wszedł na strych zobaczyć, co się dzieje. Z tego to punktu obserwacyjnego ujrzał junaków, którzy otoczyli miasto. Junacy, uzbrojeni w łopaty, łomy i szpadle, ustawili się w kordon, stojąc w odstępach co 3–4 metry, tworząc w ten sposób istny mur. Nie zdziwiło nas to, że junacy ochoczo podjęli się wykonywać brudną robotę za Niemców. […] Nieco później Żydów popędzono z Działoszyc w stronę Miechowa, gdzie kazano im się zatrzymać na podmokłej łące. Teren znów obstawili polscy junacy z Baudienstu, uniemożliwiając Żydom ucieczkę”[23]. Taką samą aktywność wykazali junacy (wespół z policją granatową i Sonderdienst) w pobliskim Książu Wielkim. Chodziło im przede wszystkim o rabunek, ale przy okazji dopuścili się na miejscowych Żydach niesłychanych gwałtów[24]. W specjalnym Dodatkowym sprawozdaniu za miesiąc wrzesień 1942 r. szef krakowskiego Baudienstu podkreślił zresztą rolę junaków i ich udział w miechowskiej Judenaktion[25]. Żydowski pisarz i dziennikarz Mordechaj Canin odwiedził Miechów w 1947 roku. W miasteczku mieszkało wówczas dziesięcioro ocalałych z wojny Żydów. Niektórzy podzielili się z Caninem swoimi wspomnieniami: „Już dzień przed »wysiedleniem« Żydzi wiedzieli, że przyjedzie Sonderkommando zlikwidować miasteczko, ale wszystkie drogi ucieczki były odcięte przez polskich »junaków«, którzy mieli wziąć udział w historycznym spektaklu. »Junacy« zostali zorganizowani przez Niemców w bataliony nazywane Baudienstem. Tego dnia, o którym mówimy, otoczyli miasto. Żydzi przypadkowo dowiedzieli się o rychłym »wysiedleniu« i rozbiegli się na wszystkie strony. Ale »junacy« łapali ich na polach i pędzili z powrotem do miasta. Tych, którzy stawiali opór, zatłukiwali łopatami na śmierć. Na polach wokół leżało wiele żydowskich trupów. Polscy młodzieńcy urządzili sobie zawody sportowe – kto zamorduje więcej Żydów. W tej pierwszej rzezi zginęły setki ofiar”[26].

 

Wróćmy jednak do bezpośredniego przebiegu akcji. Funkcjonariuszy PP w posterunkach na terenie powiatu miechowskiego postawiono w stan gotowości 30 czerwca 1942 roku. Taką przynajmniej datę nosi pismo starosty Alfonsa Kalpersa nakazujące koncentrację Żydów w dziewięciu wybranych dzielnicach żydowskich[27]. Koniec koncentracji przewidziano na 12 lub 13 lipca 1942 roku. Równocześnie urząd niemieckiego starosty przypomniał polskiej policji o karze śmierci przewidzianej zgodnie z paragrafem pierwszym III Rozporządzenia z 15 października 1941 roku dla wszystkich Żydów uchylających się od wysiedlenia oraz dla Polaków udzielających im schronienia. Rozkazy dla policji szły w parze z akcją uświadamiającą skierowaną do polskich burmistrzów oraz sołtysów. W cytowanym wcześniej piśmie bezpośrednio poprzedzającym koncentrację Żydów w wybranych Sammelghettos (gettach zbiorczych) starosta podkreślał zagrożenia związane z epidemią tyfusu[28].

Do sołtysów skierowano również osobny dokument. Podkreślono w nim wprowadzenie przez policję niemiecką zasady odpowiedzialności zbiorowej w stosunku do mieszkańców wsi, na których terenie dojdzie do „aktów przemocy wobec władzy niemieckiej”. Szczególnie surowo będzie się działać tam, „gdzie pojawią się osoby wałęsające się, niemeldowane, nie mające nic wspólnego z przebywaniem tu”[29]. By zapobiec takim wypadkom, policja ponowiła nakaz formowania chłopskich wart nocnych, które miały wychwytywać – i doprowadzać na policję – „wałęsających się ludzi”. Polskich mieszkańców motywowano jednak nie tylko groźbami. Niekiedy wprowadzano amnestię dla tych, którzy sami wydadzą ukrywanych przez siebie Żydów w ręce władz[30].

Część Żydów nie zastosowała się do zarządzeń niemieckich i – pomimo nadzoru polskiej policji – zaczęła szukać ratunku w miejscach lepiej sobie znanych, choć nieznajdujących się na liście miejscowości zatwierdzonych przez władze. W wyniku tego w Brzesku Nowym pojawiło się wielu Żydów z bliższej i dalszej okolicy. Zaniepokojenie tym stanem rzeczy wyraził komendant miejscowego posterunku PP, który wezwał do siebie przewodniczącego nadal istniejącej Rady Żydowskiej i zagroził mu poważnymi konsekwencjami. „Wzywam do usunięcia napływowej ludności [żydowskiej – J. G.] z Brzeska Nowego w terminie do dnia 24 sierpnia 1942 r. do godz. 8-mej – pisał komendant. – Jeżeli w terminie tym wezwanie moje nie zostanie wykonane zgłoszę o tym telefonicznie żandarmerii w Miechowie”[31]. W świetle obowiązującego prawa – a szczególnie paragrafu pierwszego III Rozporządzenia o ograniczeniach pobytu w GG – poinformowanie żandarmerii było równoznaczne z podpisaniem na „nielegalnych” Żydów wyroku śmierci.

Akcję likwidacyjną w samym Brzesku Nowym opisał Stanisław Cęckiewicz, jeden z polskich świadków: „[…] ukazały się obwieszczenia w wielu punktach miasteczka wzywające wszystkich Żydów w oznaczonym dniu i godzinie do stawienia się w Nowym Rynku. Można było jedynie zabrać z sobą ręczny bagaż. Na ten dzień zmobilizowano również nakazem, wszystkich członków Ochotniczej Straży Pożarnej. Nakazano również wójtowi podstawić określoną liczbę podwód (zaprzęgów konnych), które ustawiły się na poboczu drogi Lubelskiej za miasteczkiem, aż do szczytu wzniesienia w stronę Kolonii Hebdowskiej. I zaczęła się akcja. Zgromadzeni nieszczęśliwcy (całe rodziny) z Nowego Rynku ruszyli z tobołkami do podwód, a policjanci granatowi z żołnierzami wermachtu, gestapowcami i strażakami kontrolowali jedno po drugim mieszkania żydowskie. Gestapowcy wskazywali meble i sprzęt, który należy załadować na samochód ciężarowy, którym przyjechali i zawieźć do magazynu (w dawnej cerkwi), opróżnionego ze zboża na ten dzień. Czynności załadunkowe i wyładunkowe należały do obowiązku strażaków”[32].

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że akcja wokół Miechowa postawiła władze niemieckie w obliczu niespodziewanych problemów logistycznych, do których rozwiązania siły własne były najwyraźniej niewystarczające – koncentracja tak wielkiej liczby Żydów zmusiła bowiem policję niemiecką do zmobilizowania wszystkich dostępnych odwodów PP. 31 sierpnia 1942 roku o 16.40 oficer dyżurny posterunku granatowej policji w Brzesku Nowym odebrał telefonogram z komendy PP w Miechowie nakazujący wszystkim posterunkom ochronnym natychmiastowe oddelegowanie funkcjonariuszy do Słomnik. Granatowi policjanci mieli się stawić na miejscu w pełnym umundurowaniu, z bronią, w ciągu pięciu godzin – przed 22.00 tego samego dnia[33]. Dwa dni później zmobilizowano w ten sam sposób posterunki w Igołomi, Wawrzeńczycach, Gruszowie i Kowalach – tym razem funkcjonariusze mieli stawić się na posterunku żandarmerii niemieckiej w Kazimierzy Wielkiej, gdzie również miano przystąpić do „akcji wysiedleńczej”[34]. Warto też podkreślić, że w obu wypadkach żandarmeria wydawała rozkazy „na bieżąco”, do natychmiastowego wykonania.

Bezpośrednio po wysiedleniu Żydów z Brzeska Nowego dla funkcjonariuszy PP nadszedł czas szczególnie intensywnego poszukiwania zbiegów. 12 i 13 listopada granatowi zatrzymali siedemdziesięcioro Żydów nadal ukrywających się na miejscu bądź w okolicy. Po sporządzeniu imiennej listy zatrzymanych (rzecz rzadka w czasie likwidacji gett) policjanci przekazali ofiary w ręce Niemców – na egzekucję lub do transportu[35]. Zachowana imienna lista zdaje się potwierdzać wielokrotnie odnotowane spostrzeżenie, że wśród Żydów chwytanych podczas likwidacji getta większość ofiar stanowiły kobiety i dzieci, ewentualnie ludzie w podeszłym wieku; młodzi mężczyźni mieli większe szanse na (chwilowe) ocalenie.

16 i 27 listopada 1942 roku, kilka dni po zakończeniu polowania na Żydów w Brzesku Nowym, na miejscowym posterunku przeprowadzono kontrolę – inspektorem był starszy sierżant Mikołaj Wojdyła z posterunku w Proszowicach. Sprawdzano wszystko: stan uzbrojenia, zapas amunicji, dyscyplinę funkcjonariuszy, czystość rynsztunku oraz – rzecz jasna – wyniki bieżących zadań w pracy policyjnej[36]. Przeprowadzający inspekcję odnotował w raporcie, że dużo jest do zrobienia: wykrywalność przestępstw pozostawia wiele do życzenia, „funkcjonariusze są przemęczeni akcjami specjalnymi”, połowa z nich jest ciągle delegowana do „posterunków ochronnych” na terenie powiatu, sierżant Wójcik (szef posterunku) jest zawalony robotą urzędową, ale „warunki mieszkaniowe [policjantów – J. G.] są możliwe, szczególnie teraz, po wysiedleniu żydów”[37]. „Warunki mieszkaniowe” policjantów, o których wspominał Wójcik, polepszyły się również dzięki rabowaniu przez funkcjonariuszy PP własności żydowskiej zdeponowanej na posterunkach. Zwracał na to uwagę komendant powiatowy PP w Miechowie, pisząc do swoich podwładnych: „W ostatnim czasie, w związku z likwidacją mienia żydowskiego, wiele posterunków, a przeważnie staraniem Komendantów Obwodowych, zostało zaopatrzonych w sprzęt biurowy i umeblowanie koszarowe. Ponieważ stwierdzono, że niektórzy policjanci, przeznaczone do wyłącznego użytku posterunku meble przywłaszczali sobie, zamienili lub zawładnęli nimi w zamiarze przywłaszczenia, polecam niezwłocznie zarządzić i dopilnować aby wszystek tego rodzaju sprzęt został wpisany do spisu inwentarza danego Posterunku”[38].

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?