Na posterunku

Tekst
Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nadzór policyjny w mniejszych ośrodkach: Opoczno

Uwaga historyków Zagłady skupiła się w znacznym stopniu na wielkich gettach, zazwyczaj zamkniętych i otoczonych murami. Dynamika działań policji granatowej w większych miastach, takich jak Warszawa czy Kraków, odbiegała jednak znacznie od tego, co działo się w małych miasteczkach i na terenach wiejskich. Tutaj kontakty polskiej policji z ludnością żydowską były nie tylko częstsze, bliższe (posterunkowi zwykle świetnie znali swoich żydowskich sąsiadów sprzed wojny), ale dotyczyły również znacznie szerszej sfery zagadnień życia codziennego. Ponadto można postawić tezę, że władza granatowych policjantów nad ludnością żydowską była odwrotnie proporcjonalna do stopnia nadzoru i obecności okupanta. W małych miasteczkach, w których Niemcy pojawiali się rzadko lub gdzie ich nie było wcale, ze zdaniem granatowych musieli się liczyć wszyscy – a już najbardziej Żydzi. Dramat większości Żydów, którym przyszło żyć i umierać w Generalnej Guberni, rozegrał się właśnie tam – w małych gettach, otoczonych nietrudnym do pokonania płotem, lub też w gettach otwartych, gdzie żadna fizyczna przegroda nie rozdzielała ludności żydowskiej od aryjskiej. Oprócz tego we wszystkich dystryktach GG istniały mniejsze skupiska żydowskie, które w ogóle uniknęły skutków niemieckiej polityki koncentracji i gettoizacji. Ich mieszkańców deportowano do większych gett dopiero wiosną i latem 1942 roku, bezpośrednio przed akcjami likwidacyjnymi.

W celu lepszego poznania roli i miejsca granatowej policji w niemieckiej strategii terroru w realiach Polski prowincjonalnej warto sięgnąć po Księgę stacyjną posterunku PP w Opocznie – niewielkim miasteczku położonym w pół drogi między Radomiem a Piotrkowem Trybunalskim[29]. W Księdze oficer dyżurny odnotowywał w odpowiednich kolumnach rodzaj wykonywanej służby, przebieg czynności dokonanych w jej czasie, obecność lub nieobecność poszczególnych funkcjonariuszy oraz dodawał inne uwagi ujęte w rubryce „Zapisy dyżurnych”. W Księdze rzecz jasna próżno szukać zdarzeń, które mogłyby ściągnąć na polskich policjantów niezadowolenie niemieckich władz zwierzchnich.

Według przedwojennych spisów ludności Opoczno liczyło około siedmiu tysięcy mieszkańców, z czego połowę stanowili Żydzi. Pod koniec 1940 roku w miasteczku powstało getto, w którym znalazło się około czterech tysięcy dwustu Żydów: prócz miejscowych do „dzielnicy żydowskiej” dosiedlono około tysiąca osób z pobliskich miejscowości. Z biegiem czasu getto stało się śmiertelną pułapką, a koszmarne warunki sanitarne i niewystarczające racje żywnościowe przyczyniły się do wybuchu epidemii tyfusu i licznych wypadków śmierci głodowej. Getto opoczyńskie likwidowano w dwóch etapach: pierwsza akcja likwidacyjna miała miejsce na jesieni 1942 roku, druga – w styczniu 1943. Getto zlikwidowano ze zwykłą w takich wypadkach brutalnością, a większość mieszkańców wysłano do obozu zagłady w Treblince. Warto odnotować, że getto w Opocznie było gettem otwartym; od strony aryjskiej Żydów nie oddzielały ani mur, ani płot, ani zasieki z drutu kolczastego. Obok posterunku PP w Opocznie znajdował się także posterunek niemieckiej żandarmerii[30], na którym służyło około dziesięciu funkcjonariuszy. Jego dowódca wraz z zastępcą raz w miesiącu dokonywali inspekcji posterunku granatowej policji, dawali wykłady, prowadzili musztrę oraz przeprowadzali przegląd broni polskich policjantów.

Wypada zadać sobie w tym miejscu pytanie, w jaki sposób władze okupacyjne – przy tak skromnej obecności Niemców w miasteczku – mogły nadzorować „niewidzialną” granicę getta. W jaki sposób wprowadzały w życie i egzekwowały rozporządzenia dotyczące Żydów oraz nakładane na nich restrykcje? Jakie czynniki przyczyniły się do tego, że Żydzi – przynajmniej ci, którzy mogli nosić się z takim zamiarem – nie byli w stanie uciec ze śmiertelnej pułapki, jaką stało się getto, i szukać pomocy wśród polskich sąsiadów? Księga stacyjna posterunku PP z Opoczna dostarcza nam wielu – choć niepełnych i nie do końca zadowalających – odpowiedzi na te pytania. W Księdze (skądinąd jednym z nielicznych tego typu dokumentów zachowanych w archiwach) są niestety spore luki. Brakuje w niej tomu obejmującego miesiące od września 1942 do lutego 1943 roku, czyli kluczowy z punktu widzenia losów żydowskich okres likwidacji getta. Niemniej przeto Księga, w której odnaleźć można codzienne wpisy z pracy funkcjonariuszy, jest źródłem niezwykle cennym i bogatym w informacje.


Żydzi Opoczna, 1941 (?)

Źródło: Archiwum Yad Vashem

Na „odcinku polskim” funkcjonariusze PP – tak w Opocznie, jak i innych miastach GG – zajmowali się przede wszystkim utrzymaniem porządku i bezpieczeństwa publicznego oraz walką z pospolitą przestępczością. Działania te, biorąc poprawkę na warunki wojenne i okupacyjne, niewiele odbiegały od rutyny służbowej lat wcześniejszych. Sytuacja zmieniła się na początku 1940 roku, kiedy w zakres obowiązków polskich policjantów weszła pomoc w mobilizowaniu ludności do wyjazdów na roboty do Rzeszy. W pierwszych miesiącach okupacji chętnych było tak wielu, że rekrutacja nie stanowiła problemu. Później, od wiosny 1940 roku, w miarę napływania do GG wieści o podłych warunkach pracy „u bauera”, ochotników było coraz mniej, a PP zmuszona została przez Niemców do ścigania uchylających się i odstawiania ich do punktów zbornych. I tak na przykład Kreishauptmann (starosta powiatowy) Krasnegostawu pisał zimą, na przełomie 1940 i 1941 roku, do Krakowa: „Wśród polskiej ludności daje się zauważyć silne zaniepokojenie z powodu wysyłki ludzi do prac rolnych w Rzeszy. Ochotników jest coraz to mniej”[31]. Równocześnie do zadań policji doszły „kontrole kontyngentowe” – czyli ściąganie od chłopów wyznaczonych danin mięsa i zboża. Gorliwość w ściąganiu kontyngentów oraz w ściganiu ludzi typowanych do wyjazdu na roboty stała się probierzem patriotyzmu danego funkcjonariusza. Tym bardziej że już na początku 1942 roku chłopów zalegających z odstawianiem kontyngentów zaczęto wysyłać do obozów koncentracyjnych[32]. Sprawy walki z podziemiem wysunęły się na pierwszy plan dopiero w 1943 roku, kiedy konspiracja objęła szerokie rzesze polskiego społeczeństwa, kiedy nasiliły się akcje ruchu oporu i kiedy odpowiednio wzrósł terror okupanta. Nie ulega natomiast wątpliwości, że działania PP skierowane przeciwko Żydom w niewielkim tylko stopniu zaprzątały uwagę rodzących się struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

Tymczasem „front żydowski” – jak to określali niektórzy polscy kronikarze[33] – przekształcił się w jedno z ważniejszych pól działania PP, gdyż granatowi policjanci stali się jednym z głównych elementów sprawczych w łańcuchu antyżydowskich działań okupanta. Jak wiemy, już od zimy 1939 roku w zakres obowiązków Polnische Polizei weszło egzekwowanie „ustawy opaskowej”. W Opocznie, jak wynika z Księgi stacyjnej, zaowocowało to zatrzymaniem Adama Wajnberga oraz Rywki Rosenblum, którzy poruszali się po miasteczku bez przepisanych prawem opasek[34]. W kolejnych dniach za to samo wykroczenie zatrzymano – i ukarano mandatami wysokości trzech złotych – Faję Furmana, Ariego Pereca i Chaima Mendelsona. Nie była to wówczas poważna kwota, lecz mandaty i grzywny zaczęły niebawem rosnąć, a boleśniejsze od nich było samo zatrzymanie, któremu niejednokrotnie towarzyszyło krótkie osadzenie w areszcie. Jak pamiętamy, od początku 1941 roku Żydzi zatrzymywani bez opasek musieli liczyć się nie tylko z wysokimi grzywnami, lecz także z wielomiesięcznymi, a nawet paroletnimi wyrokami więzienia. Od końca 1941 roku – o czym będzie jeszcze szczegółowo mowa – za brak opaski zaczęła grozić kara śmierci[35]. Działania polskich policjantów z Opoczna musiały uzmysłowić żydowskim mieszkańcom miasteczka, że reguły współżycia społecznego gruntownie się zmieniły i że ludność „niearyjska” znalazła się poza sferą wzajemnych zobowiązań.

Od czasu do czasu odnajdujemy w Księdze wpisy o zatrzymaniu Żydów, których wina polegała na tym, że nosili brudne opaski. Co ciekawe, granatowi przejawili w tym zakresie własną inicjatywę, gdyż rozporządzenia niemieckie nie wspominały o stanie czystości opasek „z gwiazdą syjońską”. Jak można więc założyć, zastrzeżenia w tym względzie zależały od wrażliwości estetycznej polskich funkcjonariuszy, którzy w sposób równie złośliwy, co arbitralny nakładali na Żydów mandaty i grzywny. Już niebawem do „spraw opaskowych” dołączyły zarzuty o nielegalne przebywanie poza granicami getta – zarówno z opaską, jak i bez niej. W lecie 1941 roku w kronice działań opoczyńskiej policji odnotowano rewizje w domach żydowskich w pobliskiej Przysusze oraz aresztowania handlarzy żydowskich, którzy przybyli do miasta bez przepustek[36]. Karanie Żydów poruszających się bez opasek stanowiło jedno z pierwszych, ale nie jedynych działań PP skierowanych przeciwko ludności żydowskiej. Od końca 1940 roku polscy policjanci włączyli się w egzekwowanie „zarządzeń higienicznych” okupanta i przystąpili do regularnych kontroli warunków sanitarnych panujących w gettach. Najczęściej chodziło tutaj o obejmowanie kwarantanną domów żydowskich, w których znaleziono chorych na tyfus. Kwarantanny, których zasadniczą częścią była dezynsekcja (zazwyczaj łącząca się z niszczeniem ubrań i innych przedmiotów), otwierały pole do szeroko zakrojonej korupcji – pisał o niej we wstrząsających reportażach Perec Opoczyński[37]. Sprawa kontroli sanitarnych zostanie szerzej opisana w rozdziale poświęconym sytuacji w Warszawie[38].


Żydzi Opoczna, 1941 (?)

 

Źródło: Archiwum Yad Vashem

Dodatkowe zagrożenie wiązało się z możliwością deportacji chorych i ich rodzin. W ten sposób obłożono kwarantanną, a potem wysiedlono do getta warszawskiego tysiąc Żydów z Kałuszyna (spora miejscowość pod Mińskiem Mazowieckim)[39]. Warto dodać, że powiązanie Żydów z chorobami zakaźnymi (głównie tyfusem) stanowiło jedno z najważniejszych i stałych zadań propagandy niemieckiej w Generalnej Guberni. Hasło „Żyd – wszy – tyfus plamisty” można było zobaczyć na niezliczonych plakatach, znaczkach, obwieszczeniach oraz w kronikach filmowych w kinie, padało nawet w pewnej sztuce wystawianej w „objazdowym teatrze GG”[40]. Po rozpoczęciu likwidacji gett kampania nienawiści prowadzona pod pozorem troski o „higienę ludności aryjsko-chrześcijańskiej” nabrała szczególnie złowrogiego wydźwięku. W piśmie rozesłanym do komendantów powiatowych PP w Radomskiem komendant PP uczulał funkcjonariuszy, by wzmogli czujność na „froncie higienicznym”. Cytując niemieckiego starostę, komendant pisał do swoich podwładnych: „Polecam zwrócić uwagę na wałęsających się żydów bez opasek i [z – J. G.] nieostrzyżonymi brodami, ponieważ ich niechlujny ubiór i długie brody są umiejscowieniem wszelkiego rodzaju brudów i zarazków chorób zakaźnych”[41]. A 9 lipca 1942 roku wydział propagandy urzędu starosty w podkrakowskim Miechowie zwrócił się do wójtów i sołtysów z następującym wezwaniem: „[…] aby panowie wójtowie i sołtysi wpłynęli na miejscowych proboszczów, aby duchowni w dalszym ciągu zachęcali ludność aryjsko-chrześcijańską do jak największej higieny! Polskiej ludności w mieście i na wsi trzeba przypominać, żeby nie utrzymywała żadnych kontaktów z Żydami. Żydzi są nosicielami wszelkich zaraz!!”[42].

Wróćmy jednak do lat poprzednich i do Opoczna. Niewidoczny, ale bardzo skuteczny pierścień nadzoru zaciśnięty przez polską policję wokół tamtejszych Żydów przyczynił się do dramatycznego pogorszenia sytuacji żywnościowej mieszkańców getta. Jedną z najczęściej stosowanych metod represji było zatrzymywanie żydowskich handlarzy próbujących przemycić do miasta żywność z okolicznych wsi. Na ślady korupcji, która towarzyszyła aresztowaniom czy też zatrzymaniom Żydów szmuglujących żywność, można natrafić praktycznie we wszystkich ówczesnych relacjach żydowskich świadków. We wpisach w Księdze stacyjnej widać wiele przykładów grzywien nałożonych na żydowskich handlarzy, a można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że odnotowywano jedynie tych, którzy nie byli w stanie zapłacić powszechnie wymuszanego haraczu[43]. W Opocznie, w związku z tym, że większość mieszkańców była świadoma „korzeni rasowych” swych współobywateli, policja mogła liczyć na pomoc aryjskiej ludności w poszukiwaniu Żydów łamiących wojenne rozporządzenia. Szczególne zagrożenie w tak małej miejscowości stanowiło wszechobecne donosicielstwo. Wyjątkowo ponurą sławę uzyskał na tym polu niejaki Zapolski, człowiek, który świetnie znał stosunki panujące w getcie i którego donosy składane na posterunku żandarmerii stały się przyczyną wielu nieszczęść[44]. Na jesieni 1941 roku Księga stacyjna dokumentuje częste wizyty polskich policjantów w getcie – ich celem był nadzór nad Żydowską Służbą Porządkową (Jüdischer Ordnungsdienst – JOD), czyli tak zwaną żydowską policją. Według przebywającego w opoczyńskim getcie Altera Szymszonowicza żydowscy policjanci rekrutowali się głównie spomiędzy wysiedlonych z Łodzi „lumpów”, którzy z czasem stali się gorliwymi pomocnikami żandarmów i polskich policjantów. W połowie 1941 roku Niemcy zezwolili żydowskim policjantom na noszenie gumowych pałek oraz czapek ozdobionych orzełkiem i gwiazdą Dawida. Na początku 1941 roku JOD w Opocznie utworzył nawet własny areszt, w którym przetrzymywano Żydów za rozmaite wykroczenia – głównie za nieopłacone grzywny. Nadzór nad żydowską policją pozostawał w zgodzie z niemieckimi instrukcjami, które zalecały ścisłe podporządkowanie JOD miejscowym posterunkom PP. W ten sposób władze okupacyjne realizowały znany z innych podbitych krajów schemat polegający na przenoszeniu części nadzoru nad Żydami na instytucje „nieniemieckie”. W Warszawie, gdzie JOD stanowił istotną siłę, podporządkowanie to zostało ujęte w zestawie rozporządzeń, które wyznaczały zakres kompetencji kontrolnych granatowej policji. W mniejszych ośrodkach słowo polskiego posterunkowego miało dla żydowskich policjantów po prostu moc prawa.

Oprócz musztrowania żydowskich policjantów polscy funkcjonariusze prowadzili wraz z nimi patrole w dzielnicy żydowskiej. Rewidowali podczas nich domy żydowskie, zajmowali towary, których posiadanie uznali za nielegalne, i nakładali na właścicieli kary pieniężne. Wpisy z Księgi stacyjnej dotyczą rzecz jasna małego wycinka konfiskat – większość zakwestionowanych towarów i walorów omijała drogę służbową i trafiała wprost do kieszeni policjantów. Alter Szymszonowicz w ten sposób opisywał rewizje, aresztowania oraz eskalację kar nakładanych na miejscowych Żydów w pierwszych latach okupacji: „Na początku odbierano Żydom towar za najmniejsze wykroczenie, jak posiadanie towaru czy handlowanie mlekiem, potem za takie drobnostki wyznaczono karę 1000 do 2000 złotych lub trzymiesięczny areszt. Chociaż Żyd nie mógł mieć więcej niż 150 zł, a kara miała wynosić do 2 tys. złotych. W ten sposób polski areszt pełen był więźniów”. Później, jak już odnotowaliśmy, w Opocznie powstał odrębny areszt JOD. Na koniec warto nadmienić, że do obowiązków granatowej policji należał również nadzór nad przestrzeganiem godziny policyjnej w getcie – w tym wypadku polscy policjanci mieli czuwać nad tym, aby Żydzi po godzinie dwudziestej pierwszej nie pojawiali się na ulicach[45].

Na posterunkach w Brzesku Nowym i w Miechowie

12 kwietnia 1940 roku Hans Frank podjął decyzję o usunięciu Żydów z Krakowa, stolicy GG. Tego samego dnia gubernator generalny odnotował w swoim dzienniku służbowym: „Jeśli autorytet państwa narodowo-socjalistycznego ma być utrzymany, to jest rzeczą niemożliwą, aby reprezentanci tego państwa musieli przy wchodzeniu i wychodzeniu z domu spotykać się z Żydami i aby groziło im niebezpieczeństwo epidemii. Zamierza [szef dystryktu krakowskiego – J. G.] dlatego do dnia 1 listopada 1940 r., o ile do będzie możliwe, uwolnić miasto Kraków od Żydów i podjąć wielką akcję wysiedlenia Żydów […] w Krakowie pozostanie jeszcze może około 5000 albo najwyżej 10 000 Żydów, którzy jako rzemieślnicy są niezbędni, wszyscy inni zaś Żydzi zostaną rozmieszczeni w Guberni Generalnej. Miasto Kraków musi się stać najbardziej oczyszczonym z Żydów miastem Guberni Generalnej”[46]. Do tematu Frank powrócił w sierpniu 1940, kiedy to wygłosił przemówienie o rozbudowie struktur NSDAP na terenie GG: „Jeżeli jakikolwiek Żyd od jutra od północy bez zezwolenia pokaże się tutaj, w Krakowie, zostanie od razu odesłany na roboty przymusowe. Żydzi muszą zniknąć z całej Europy!”[47]. W połowie maja zarządzeniu nadano moc wykonawczą, precyzując zarazem, że Żydzi muszą wynieść się z miasta w ciągu najdalej trzech miesięcy, przy czym nie mogą wziąć ze sobą więcej niż dwadzieścia pięć kilogramów bagażu na osobę. Późną wiosną tego roku rozpoczęły się wysiedlenia, które objęły od trzydziestu do czterdziestu tysięcy krakowskich Żydów. Część skierowała się na teren pobliskiego powiatu miechowskiego, gdzie jednak czekały już na nich nowe rozporządzenia administracji niemieckiej. Miejscowy starosta polecił granatowej policji wzmożenie kontroli oraz objęcie ścisłym nadzorem Żydów wysiedlanych z Krakowa i przybywających na teren powiatu[48]. Kontrola ta wyrażała się między innymi wprowadzeniem – już w kwietniu 1940 roku – zaostrzonej godziny policyjnej dla Żydów przebywających na terenie powiatu[49]. Nadzór nad wysiedlonymi z Krakowa Żydami zakładał – między innymi – konfiskaty „nadmiarowego” majątku, o czym przekonał się rzemieślnik Fiszel Szmajzer, któremu polscy policjanci zarekwirowali resztki skromnego dobytku uratowanego z Krakowa[50]. O tym, co stanowiło „nadmiarowe” dobro, decydowali (tak jak w Opocznie) w sposób arbitralny sami granatowi. Przesiedleńcy musieli się wobec tego liczyć z konfiskatą na przykład „łóżek, krzeseł, stolika drewnianego oraz sześciu paczek herbaty w opakowaniach po 50 g”[51], żeby zacytować tylko kilka punktów z długiej listy przedmiotów zarekwirowanych u Szmajzera. Innych Żydów granatowa policja łapała przy próbach szmuglu żywności z Krakowa i do Krakowa[52]. Entuzjazm granatowej policji podczas konfiskowania własności żydowskiej był tak widoczny, że niekiedy spotykał się z reakcją władz niemieckich. Tak wydarzyło się w wypadku Chany Birnbaum, właścicielki piekarni, której funkcjonariusze PP zabrali worek mąki przeznaczonej na wypiek kartkowego chleba dla ludności żydowskiej. Konfiskata została odwołana dopiero po otrzymaniu pisma z urzędu miechowskiego Kreishauptmanna[53]. W styczniu 1941 roku granatowi policjanci przystąpili do aresztowań Żydów próbujących szmuglować żywność do Krakowa. Owocem tego były liczne mandaty odnotowane w księgach stacyjnych.

W Brzesku Nowym (dziś: Nowe Brzesko), miasteczku położonym niecałe trzydzieści kilometrów od Krakowa, nadzór nad Żydami sprawowali nie tylko starosta i policjanci; los żydowski zależał od czynności (lub też bezczynności) wielu innych osób i instytucji. I tak w marcu 1940 roku wójt gminy Gruszów zażądał od komendanta PP w Brzesku Nowym wyciągnięcia konsekwencji wobec „wójta gminy żydowskiej” (pod tym mianem krył się starszy gminy żydowskiej), który nie umiał dopilnować, aby Żydzi dość licznie stawili się na roboty przymusowe przy oczyszczaniu ulic ze śniegu. Inny wójt również prosił policję (w marcu 1941 roku) o zaaresztowanie Żydów uchylających się od pracy przymusowej[54]. W aktach policji znajdują się także imienne nakazy aresztowania wydane na podstawie doniesień sołtysów na Żydów uchylających się od prac przymusowych. Z biegiem czasu ton pism się zaostrzał – we wrześniu 1941 roku przedsiębiorca meliorujący tereny pod wsią Grobla nieopodal Brzeska zwrócił się do komendanta polskiej policji w następujących słowach: „zawiadamiamy, że jeżeli nasza interwencja u Władzy Miejscowej nie przyniesie oczekiwanych przez nas zmian, zwrócimy się z wymienioną sprawą również do Policji Niemieckiej”[55]. Do pisma dołączono listy imienne Żydów, którzy nie stawili się do pracy. W podobnym duchu utrzymany był list inżyniera Gnoińskiego z Hebdowa, który groził oddaniem sprawy Żydów uchylających się od prac przymusowych w ręce „Władzy Wyższej” w Krakowie[56].

Los Żydów z Opoczna czy Brzeska Nowego nie był rzecz jasna niczym wyjątkowym. Nadzór nad gettami otwartymi (czy też Żydami mieszkającymi poza gettem – jak to było w Brzesku) sprawowali nie tylko ludzie i instytucje, którzy aktywnie włączyli się w politykę terroru i – nieco później – eksterminacji, lecz także postronni „świadkowie”, którzy swym strachem przyczynili się do zatrważającej skuteczności rozporządzeń niemieckich. Pojawiali się również ludzie złej woli, którym okupacja dodała skrzydeł – niemiecki terror ofiarował im narzędzia umożliwiające zdobycie władzy i fortuny. Oni też w pierwszym rzędzie nadali niemieckim zarządzeniom moc sprawczą. W Sokołowie Podlaskim (o którym jeszcze kilkakrotnie będzie mowa) tę dziejową szansę wykorzystał niejaki Moczulski, z zawodu kuśnierz, a już niebawem – burmistrz miasta, „który obwieszczał, że wolno [Żydom – J. G.] chodzić tylko do ósmej i po zakazanej godzinie już nie wolno pod groźbą kary śmierci”[57]. Czasem ataki na Żydów nie miały nawet w tle rabunku: w Sokołowie niektórzy młodzi Polacy szybko nauczyli się od Niemców, że Żydów można bezkarnie hańbić i ośmieszać, na przykład obcinając starcom brody[58]. 6 maja 1941 roku starosta powiatowy w Miechowie posunął się dalej i wprowadził zakaz używania przez Żydów „chodników i ścieżek miast i wsi powiatu”[59]. Odtąd Żydzi mieli prawo poruszać się wyłącznie po jezdni czy też, mówiąc dokładniej, brzegiem rynsztoków. Tak jak w innych wypadkach egzekwowaniem rozporządzenia miała się zająć polska policja, o czym zostali powiadomieni specjalnym pismem komendanci wszystkich posterunków PP na terenie powiatu[60].

To, co Niemcy wiedzieli o polskim społeczeństwie (a dotyczy to w równym stopniu jego aryjskich, jak i żydowskich członków), opierało się w dużej mierze na donosach składanych na ręce władz czy też „poufnych informacjach” szeptanych na ucho granatowym policjantom. Do wczesnych delacji antyżydowskich należały na przykład informacje dotyczące obowiązującego od 26 października 1939 roku zakazu uboju rytualnego. Ściganie Żydów podejrzewanych o łamanie tego zakazu również powierzono polskiej policji[61]. 29 kwietnia 1941 roku szef żandarmów z Miechowa zlecił granatowym policjantom wzmocnienie nadzoru nad Żydami opuszczającymi stałe miejsce zamieszkania „w związku z epidemią tyfusu”[62]. W rozkazach PP Żydów i żebraków wałęsających się po terenie powiatu ujęto zresztą razem jako jedną kategorię zagrożenia[63]. Na terenie powiatu miechowskiego powstały specjalne kolumny dezynsekcyjne, w których skład weszli dezynsektorzy, a pomoc miała im zapewnić policja.

 

Pod koniec czerwca 1941 roku szef Kripo na powiat miechowski nakazał PP zatrzymać wszystkich Żydów przebywających nielegalnie na terenie powiatu i bez zwłoki odstawić ich do dyspozycji policji kryminalnej[64]. Policja kryminalna wykazywała zresztą żywe zainteresowanie „kwestią żydowską”, i to już od samego początku okupacji. Funkcjonariusze przedwojennej polskiej Służby Śledczej wcieleni do Sipo, dzięki informacjom spływającym od rzeszy informatorów, dysponowali wyjątkowym rozpoznaniem sytuacji na „odcinku żydowskim”. W Miechowie na czele PPK stał sierżant Stanisław Kowalski, który w 1940 i 1941 roku wzywał lokalne posterunki PP do rozciągnięcia dokładniejszej kontroli nad miejscowymi oraz dosiedlonymi z Krakowa Żydami[65].

W lipcu 1941 roku granatowa policja w powiecie miechowskim zaczęła obsadzać Polaków na żydowskich gospodarstwach[66]. Trudno powiedzieć, jaki był zasięg rugów; wiadomo jednak, że na pierwszy ogień poszli Żydzi z gminy Kozłów. „Żydowscy rolnicy zostaną wydziedziczeni i wysiedleni” – czytamy w lakonicznie sformułowanym piśmie miechowskiego starosty Schodego[67]. Odpis i tłumaczenie pisma trafiły do posterunków PP ze zleceniem wykonania. Nie wiadomo też, kim byli Polacy (określeni w liście starosty jako „polscy wysiedleńcy”) instalowani pod nadzorem PP w gospodarstwach deportowanych i wydziedziczonych Żydów. Nadmienić trzeba, że podobne zasiedlanie pożydowskich nieruchomości przez „ludność aryjską” odbywało się także w innych dystryktach GG. W Kreishauptmannschafcie Skierniewice, na zachodzie dystryktu warszawskiego, kilka miesięcy wcześniej, w lutym i marcu 1941 roku, „uwolniono” w ten sposób 140 domów i 2134 mieszkania, do których – po „dezynfekcji” – wprowadzono polskich lokatorów[68]. Proces tego „zasiedlania” domów żydowskich przez Polaków, zjawisko, które znacznie poprzedziło „ostateczne rozwiązanie”, nadal nie doczekał się jakiegokolwiek opracowania. Miejsce Żydów deportowanych ze wsi do gett zajmowali okoliczni chłopi, dla których nagłe zniknięcie żydowskich sąsiadów stworzyło nieoczekiwane możliwości awansu materialnego, o jakim do niedawna nie mogli nawet marzyć. Niemcy patrzyli na proces „przewłaszczenia” z niepokojem, gdyż – po pierwsze – zajmowaniu „pożydowskiego” mienia przez polskich chłopów towarzyszyły przemoc i bałagan (a to z kolei „narażało na szwank reputację władzy”), a po drugie – według niemieckich rozporządzeń to skarbiec Rzeszy, a nie polscy chłopi miał być jedynym „spadkobiercą” wywożonych czy też mordowanych Żydów. To, że Niemcy w ogóle dopuszczali Polaków do rabunku, wiązało się z ogromem majątku żydowskiego, liczbą „realności” czekających na nowych właścicieli oraz stosunkowo niewielką liczbą Niemców żyjących w GG i gotowych wziąć udział w grabieży[69]. Polityka niemiecka nie miała na celu, co oczywiste, poprawienia jakości życia rzesz spauperyzowanych Polaków. Na tego rodzaju problemy zwracał uwagę wiosną 1941 roku Kreishauptmann Rzeszowa, skarżąc się na ogromne kłopoty związane z zapędzaniem Żydów do getta oraz na to, że opróżnione przez Żydów miejsca zajmują polscy chłopi[70].