Na posterunku

Tekst
Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wykaz skrótów występujących w tekście


SkrótPełna nazwa (niemiecka)Nazwa polska
KdSKommandeur der Sicherheitspolizei und des SDDowództwo Policji Bezpieczeństwa
KdOKommandeur der OrdnungspolizeiDowództwo Policji Porządkowej
HSSPFHöherer SS- und PolizeiführerWyższy dowódca SS i Policji
PPPolnische Polizei des GeneralgouvernementsPolska Policja Generalnego Gubernatorstwa
PPKPolnische KriminalpolizeiPolska Policja Kryminalna
JODJüdischer OrdnungsdienstŻydowska Służba Porządkowa
KripoKriminalpolizeiPolicja Kryminalna
SDSicherheitsdienstSłużba Bezpieczeństwa
GestapoGeheime StaatspolizeiTajna Policja Państwowa
OrpoOrdnungspolizeiPolicja Porządkowa
SchupoSchutzpolizeiPolicja Ochronna
SonderdienstSłużba Specjalna
SipoSicherheitspolizeiPolicja Bezpieczeństwa
DPKDyrekcja Policji Kryminalnej
OWKOddział Wartowniczo-Konwojowy

Rozdział I Początki: wrzesień 1939

W lecie 1939 roku stan osobowy polskiej Policji Państwowej wynosił ośmiuset siedemdziesięciu oficerów i dwadzieścia osiem tysięcy szeregowych, pełniących służbę na ponad dwóch tysiącach siedmiuset posterunkach[1]. W skład PP wchodziły również autonomiczna Policja Województwa Śląskiego oraz wyspecjalizowana policja kryminalna, czyli tak zwana Służba Śledcza[2]. Z punktu widzenia składu narodowościowego – rzecz o niebagatelnym dla nas znaczeniu – policja była organizacją zdecydowanie jednorodną, prawie całkowicie zdominowaną przez żywioł polski. Przedstawicieli mniejszości było wśród funkcjonariuszy PP niewielu. W 1923 roku Polacy wyznania rzymskokatolickiego stanowili dziewięćdziesiąt pięć procent oficerów oraz dziewięćdziesiąt siedem procent niższych funkcjonariuszy i podoficerów. Tu i ówdzie spotkać można było grekokatolików i ewangelików. Wśród ponad tysiąca oficerów policji znalazło się w 1923 roku jedynie dwunastu przedstawicieli wyznania mojżeszowego[3]. Jeżeli chodzi o Żydów, to właściwie jedyna droga przyjęcia do służby i dalszego awansu wiodła przez asymilację i chrzest. Nieliczni neofici przyjęci w policyjne szeregi (jak na przykład pełniący służbę w Lublinie major Józef Szeryński) często podkreślali swój dystans do Żydów oraz niechęć do społeczności, z której się wywiedli. Tę niechęć w pełni podzielali ich dowódcy – wliczając w to najwyższe szeregi policyjnej władzy. Kordian Józef Zamorski, generał brygady Wojska Polskiego i komendant główny Policji Państwowej, notował swoje przemyślenia w dzienniczku. 24 lutego 1934 roku zapisał wrażenia z pobytu w Zakopanem: „Poza tym Żydy, Żydy, Żydy. To jednak kasta czy grupa, czy rasa, której w Polsce dobrze się dzieje. Pyski różowe, wypasione, uśmiechnięte, pełne przeświadczenia o sile pieniądza – no i bezczelność. Chce się krzyczeć: »Heil Hitler«. Te ścierwa za 10 lat nas zaleją, zadławią, zejdziemy do roli żydowskich parobków”[4]. Nie był to jedyny raz, kiedy komendant główny Policji Państwowej wyraził się tak mało pochlebnie o swoich współobywatelach, których godność i bezpieczeństwo z urzędu miał chronić. Natomiast jego przerażająca wizja Polski w 1944 roku jako kraju „zalanego i zdławionego przez Żydów”, w którym Polacy „zeszli do roli żydowskich parobków”, okazała się z gruntu nietrafna. A jakiś wymierny udział w „ostatecznym rozwiązaniu” tej kwestii mieli jego podkomendni.

W sierpniu 1939 roku premier Felicjan Sławoj Składkowski wydał Policji Państwowej szereg rozkazów mających na celu przygotowanie kraju do nadciągającego konfliktu z Niemcami. Wydawanie poleceń policji przychodziło Sławojowi o tyle łatwo, że od 1936 roku oprócz funkcji szefa rządu piastował także stanowisko ministra spraw wewnętrznych. Jeden z rozkazów Składkowskiego wydanych w przededniu wojny nakładał na funkcjonariuszy policji obowiązek skontrolowania płotów otaczających gospodarstwa i obejścia. Zadanie funkcjonariuszy było proste: należało upomnieć gospodarzy, żeby sztachety były od siebie należycie oddalone. Logika rozkazu premiera była porażająco prosta: ażurowe płoty miały gwarantować szybsze rozpraszanie się gazów bojowych, których użycia spodziewano się po nacierających Niemcach[5]. Kalkulacja premiera była, jak wiemy, chybiona, ale tysiące policjantów miały w ostatnich dniach pokoju ręce pełne roboty, przygotowując w ten sposób siebie (oraz kraj) do wojny. W pierwszych dniach września, zgodnie z kolejnym rozkazem premiera, funkcjonariusze z większości okręgów policyjnych zaczęli wycofywać się na wschód. W chaosie działań wojennych nie był to jednak odwrót zorganizowany, co więcej, w niektórych rejonach kraju (na przykład w Warszawie i na Pomorzu) policjanci pozostali na miejscu. Jak to opisał kapral Władysław Wesołowski, którego wybuch wojny zaskoczył na posterunku w Gosławicach (powiat koniński): „Ze względu na bezorganizację posterunki policji rozwiązały się i każden z policjantów ewakuował się na wschód, w kierunku Warszawy”[6]. Wesołowskiego (który już niebawem powrócił w rodzinne strony) spotkamy ponownie cztery lata później, tym razem na posterunku w Racławicach pod Krakowem.

Funkcjonariusze pełniący służbę na północnym zachodzie kraju zostali odcięci od dowództwa w następstwie błyskawicznych postępów ofensywy niemieckiej, a policjanci w Warszawie pozostali na służbie w wyniku specjalnego porozumienia między komendantem stołecznej policji podpułkownikiem Marianem Kozielewskim a prezydentem miasta Stefanem Starzyńskim[7]. 10 września 1939 roku w warunkach pogłębiającego się chaosu wydane zostało zarządzenie premiera o militaryzacji PP. Nie miało ono jednak większego znaczenia, gdyż dowództwo policji straciło już w tym czasie niemal całkowicie łączność z wycofującymi się na wschód grupami policjantów. W wielu miejscach formacje policyjne przyłączyły się do wojska i wzięły udział w walkach z Niemcami, a – po 17 września – w starciach z wojskami sowieckimi. W trakcie całej kampanii wrześniowej zginąć mogło od dwóch i pół tysiąca do trzech tysięcy policjantów, a około dziesięciu tysięcy dostało się do niewoli sowieckiej[8]. Z tej liczby niecałe sześć tysięcy trafiło do obozu w Ostaszkowie, skąd zostali wywiezieni na śmierć wiosną 1940 roku. Część policjantów z terenów wschodnich przedostała się – w pierwszych miesiącach okupacji – na niemiecką stronę kordonu. Na terenach okupowanych przez Niemców pozostało około dziesięciu tysięcy funkcjonariuszy PP.

Policja niemiecka w podbitej Polsce[9]

W niemieckich planach ataku na Polskę siłom policyjnym przypadła ważna rola. W sierpniu 1939 roku do poszczególnych armii niemieckich dołączono dwadzieścia jeden batalionów policji, których zadaniem miało być utrzymywanie porządku na zapleczu frontu. Dowodził nimi generał Kurt Daluege, komendant Policji Porządkowej (Befehlshaber der Ordnungspolizei). Oprócz tego ponad osiem tysięcy policjantów wcielono bezpośrednio do armii, aby wzmocnić siły żandarmerii wojskowej[10]. Od 6 września na terenie Polski rozpoczęły działalność tak zwane Grupy Operacyjne (Einsatzgruppen), których zadaniem było zaprowadzenie drogą terroru niemieckich porządków na świeżo podbitych terenach. Einsatzgruppe IIB oraz Einsatzgruppe IV – w skład której weszli członkowie Gestapo, SD (Służby Bezpieczeństwa) i Kripo (Policji Kryminalnej) – pojawiły się w Warszawie już 29 września 1939 roku[11]. W ciągu kilku dni od kapitulacji Warszawy w mieście oraz jego okolicach rozlokowało się – poza wspomnianymi policjantami – sto dwadzieścia tysięcy żołnierzy Wehrmachtu[12]. Natomiast 4 października 1939 roku, w ślad za Wehrmachtem i Grupami Operacyjnymi, do Warszawy przybyły ekipy berlińskiej Policji Kryminalnej, których zadaniem było przejęcie nadzoru nad polską policją[13]. W ten sposób rozpoczął się niezwykle szybki proces podporządkowania Niemcom polskich sił porządkowych, bez których pomocy okupant nie był w stanie zapobiec narastaniu chaosu na podbitych terenach.

W początkach listopada 1939 roku operujące w Polsce Einsatzgruppen zostały przekształcone (bądź połączyły się) w pion Dowództwa Policji Bezpieczeństwa (Kommandeur der Sicherheitspolizei und des SD – KdS) oraz Dowództwa Policji Porządkowej (Kommandeur der Ordnungspolizei – KdO). KdS dzielił się na kilka wydziałów; interesujące nas referaty Gestapo weszły do Wydziału IV, a Kripo – do Wydziału V[14].

Generalna Gubernia – nie bez racji nazwana przez Hansa Franka Nebenland des Reiches (dosłownie: „kraj przyległy do Rzeszy”) – była tworem sensu stricto policyjnym. Wzorce maszyny terroru budowanej w Niemczech od 1933 roku zostały – z pewnymi modyfikacjami – przeniesione także tutaj. W Rzeszy policję podzielono na dwa najważniejsze piony: Policję Bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei – Sipo) oraz Policję Porządkową (Ordnungspolizei – Orpo). W ramach tej ostatniej znalazły się dwie formacje: Policja Ochronna (Schutzpolizei – Schupo), którą rozlokowano w miastach, oraz żandarmeria (Gendarmerie) pełniąca służbę głównie na terenach wiejskich i w małych miasteczkach (poniżej pięciu tysięcy mieszkańców). Taki podział obowiązywał w Rzeszy oraz na terenach wcielonych do Rzeszy po podboju Polski (Eingegliederte Ostgebiete). W samej Generalnej Guberni zachowano tę strukturę, ale wprowadzono do niej zmiany będące wynikiem adaptacji do miejscowych warunków. Adaptacja ta dotyczyła przede wszystkim sposobu „zagospodarowania” przedwojennych polskich sił policyjnych, które były niezbędne do opanowania wojennego chaosu i przywrócenia bezpieczeństwa publicznego. Niecałe pięć tysięcy niemieckich funkcjonariuszy Orpo rozlokowanych w pierwszych miesiącach okupacji w GG, pozbawionych oparcia we wrogo nastawionej ludności i nieznających języka polskiego, nie mogło sprostać nałożonym na nich zadaniom.

 

Od początku okupacji było więc jasne, że własnymi siłami Niemcy nie będą w stanie kontrolować bezpieczeństwa i zapanować nad towarzyszącymi wojnie chaosem i przemocą[15]. Przyznał to sam wyższy dowódca SS i Policji (Höherer SS- und Polizeiführer – HSSPF) w GG Friedrich-Wilhelm Krüger, który oświadczył Hansowi Frankowi, że o ile siły policji niemieckiej utrzymają porządek w miastach, o tyle na terenach wiejskich sytuacja – bez użycia polskiej policji – może się szybko pogorszyć. Dopiero w lecie 1940 roku Orpo sformowało trzynaście kompanii żandarmerii, z których oddelegowano do każdego powiatu po jednym plutonie. To właśnie tym żandarmom przypadło sprawowanie nadzoru nad wiejskimi posterunkami PP. W maju 1940 roku Hans Frank powołał do życia Sonderdienst (Służbę Specjalną) – organizację o charakterze paramilitarnym i quasi-policyjnym, w której skład weszli folksdojcze. Sonderdienst, którego liczebność na terenie GG nie przekroczyła dwóch i pół tysiąca ludzi, nie odegrał w historii terroru większej roli, lecz wypada o nim wspomnieć, gdyż wielu członków organizacji – z racji świetnej znajomości języka polskiego – zostało później bądź wcielonych do granatowej policji, bądź też oddelegowanych do współpracy z polskimi funkcjonariuszami[16]. Nieco gorzej było w Sonderdienst ze znajomością języka niemieckiego – wielu niemieckich urzędników skarżyło się centrali, że polscy folksdojcze z oddziałów Służby Specjalnej nie potrafią sklecić najprostszego zdania w języku urzędowym GG. Podobną ocenę wystawił im Julian Piwowarski, przed wojną burmistrz Miechowa, a podczas wojny wójt pobliskiej gminy: „30 marca 1940 r. utworzono pomocniczą policję niemiecką, rekrutującą się z Niemców polskich – pisał. – Policja ta, prócz upijania się, żadnych działań policyjnych nie umiała wykonywać, tylko przy spotkaniu z Żydami – znęcać się nad nimi”[17].


Pocztówka wydana z okazji dnia policji niemieckiej w Generalnej Guberni, 1940

Źródło NAC

Powstanie policji granatowej,
czyli Polnische Polizei des Generalgouvernements

Dekret powołujący do życia Generalną Gubernię (z początku pełna nazwa GG to Generalne Gubernatorstwo Okupowanych Polskich Terenów) został podpisany przez Hitlera 12, a ogłoszony 24 października 1939 roku[18]. W samym GG odpowiednie rozporządzenia wykonawcze dotyczące „odbudowy administracji”, podpisane przez Hansa Franka, ukazały się czternaście dni później[19]. 30 października 1939 roku Krüger wydał zarządzenie wzywające wszystkich polskich policjantów do podjęcia służby w zreorganizowanej policji, a opornym funkcjonariuszom zagrożono surowymi karami[20]. Oficjalnie i ostatecznie Polska Policja Generalnego Gubernatorstwa powstała 17 grudnia 1939 roku na mocy odpowiedniego zarządzenia gubernatora generalnego Hansa Franka. Zarządzenie Krügera przyniosło spodziewane efekty i już w styczniu 1940 roku stan osobowy PP wyniósł ponad dziesięć tysięcy ludzi, w tym tysiąc stu siedemdziesięciu trzech „kryminalnych”[21]. Po weryfikacji i usunięciu większości wyższych oficerów nowo utworzoną policję granatową podporządkowano KdO, zachowując przy tym jej przedwojenne struktury wewnętrzne oraz opierając się na dotychczasowych funkcjonariuszach.


Odezwa Friedricha-Wilhelma Krügera powołująca polskich policjantów do służby w granatowej policji, 30 października 1939

Źródło: Archiwum Jerzego Kochanowskiego

Jeżeli chodzi o opinię „czynników miarodajnych”, czyli struktur formującego się Polskiego Państwa Podziemnego i rządu na emigracji, to od samego początku przyjęto założenie, że przedwojenni funkcjonariusze mogą podjąć służbę w granatowej policji, nie obawiając się oskarżenia o zdradę narodu. Miało to z jednej strony chronić dobrych i uczciwych policjantów przed represjami Niemców, z drugiej – umożliwić władzom podziemnym zdobywanie informacji na temat planów wroga w dziedzinie bezpieczeństwa. W oczach podziemia (i rządu we Francji) niezwykle ważna była ochrona życia i bytu obywateli zagrożonych przestępczością i zwykłym bandytyzmem. W myśl tego planu polscy funkcjonariusze mieli też w miarę możności chronić rodaków przed terrorem okupanta. Z tego powodu wszystkich „reaktywujących” się policjantów pouczano, że mają zawsze kierować się dobrem narodu polskiego. Natomiast piętnowano młodych ludzi, którzy już w trakcie okupacji decydowali się wstąpić na ochotnika w szeregi PP[22]. Funkcjonariusze przedwojennej policji trafiali do nowej formacji na różne sposoby. Policjanci znajdujący się na służbie w miejscu zamieszkania załatwiali to najprościej – wypełniając odpowiedni formularz w macierzystym posterunku po uzyskaniu poparcia komendanta. Inni, których wojenne losy rzuciły daleko od domu, bądź też ci, którzy mieszkali na terenach wcielonych do Rzeszy, przechodzili przez nieco dłuższą procedurę administracyjną.

Dla przykładu spójrzmy na kapitana Józefa Wraubka, który aż do wybuchu wojny służył w policji w Krakowie. Do rodzinnego miasta powrócił z wojennej tułaczki na początku listopada 1939 roku. Jednym z jego pierwszych kroków było nawiązanie kontaktu z przedwojennymi przełożonymi: podpułkownikiem Wojciechem Staną oraz podpułkownikiem Romanem Sztabą, którzy – z polecenia Niemców – organizowali policję granatową na terenie dystryktu krakowskiego. Wraubek, pomimo początkowych wątpliwości, dał się przekonać, że służba „u Niemca” niekoniecznie musi oznaczać zdradę interesów narodowych: „Sztaba wskazał […] na fakt, że on w porozumieniu i z polecenia władz konspiracyjnych, opartego na zleceniu legalnego za granicą Rządu Polskiego, organizuje okupacyjną Policję na terenie całej Generalnej Guberni” – notował w spisanych po wojnie wspomnieniach[23]. Policja ta, jak zapewniał Wraubka podpułkownik Sztaba – miała „służyć wyłącznie interesom społeczeństwa polskiego” i powstawać w ścisłym porozumieniu ze Służbą Zwycięstwu Polski/Związkiem Walki Zbrojnej.

Nieco inaczej wyglądał początek służby kapitana Alfonsa Pinieckiego, który do 1939 roku pełnił służbę w PP w Poznaniu. Zaraz po wejściu Niemców po Pinieckiego przyszło Gestapo i został zatrzymany jako zakładnik[24]. Zwolniony w listopadzie 1939 roku, otrzymał propozycję „nie do odrzucenia”: albo napisze podanie o przyjęcie do granatowej policji w GG, albo zostanie wysłany do obozu koncentracyjnego. Choć trudno powiedzieć, jak silna była tak naprawdę presja niemiecka – a trzeba pamiętać, że omawiany dokument Piniecki sporządził po wojnie w celu uzyskania rehabilitacji – to nie ulega wątpliwości, że Niemcy byli zainteresowani zasileniem szeregów granatowej policji w GG funkcjonariuszami z ziem wcielonych do Rzeszy. Nie ulega też wątpliwości, że dla wielu policjantów (zwłaszcza ludzi starszych wiekiem i szarżą) wizja bezrobocia po likwidacji polskiej policji na terenach wcielonych stanowiła silną zachętę do wyjazdu. Piniecki napisał podanie o przyjęcie na służbę w GG i wraz z dużą grupą poznańskich policjantów trafił do Krakowa, gdzie z początku objął VI Komisariat na Podgórzu, a potem – jako osoba biegle władająca językiem niemieckim – został oddelegowany jako oficer łącznikowy do kontaktów z policją niemiecką.

Alfons Piniecki przybył do Krakowa wraz z synem Henrykiem, który już niebawem miał pójść w ślady ojca i wybrać karierę policjanta. Ponad cztery lata później, pod koniec okupacji, na obu Pinieckich zwrócił uwagę wywiad AK. W dokumencie zatytułowanym „Lista oficerów i szeregowych PP wysługujących się okupantowi niemieckiemu na terenie G. G.” czytamy: „Piniecki Alfons, kpt. Pol[icji] Kraków – pluton ruchu kołowego i samochodowego przy Franciszkańskiej. Łapówkarz, szantażysta, notoryczny alkoholik. Miał w Dyr[ekcji] Pol[icji] sprawę o łapówki i wymuszenia. Jego 20 letni syn zastrzelił podczas likwidacji ghetta 8 żydów”[25]. Aby zrozumieć dalszą drogę wyższego szarżą oficera PP oraz wybory życiowe jego syna, trzeba jednak najpierw poznać lepiej okupacyjne realia. Do obu Pinieckich wrócimy w dalszej części książki.


Kapitan Alfons Piniecki, 1947

Źródło: AAN

Czesław Zander urodził się pod Poznaniem i karierę policyjną rozpoczął u zarania niepodległości, w 1920 roku[26]. Do wojny służył, nie wyróżniając się niczym szczególnym, na posterunku w Bydgoszczy, a we wrześniu 1939 roku wycofał się pod Warszawę wraz z paroma innymi policjantami. Niebawem dostał się do niewoli niemieckiej, w której spędził kilka miesięcy. Zwolniony, wrócił do domu, gdzie już wkrótce trafił do więzienia, podejrzewany przez Gestapo o udział w znęcaniu się nad ludnością niemiecką podczas tak zwanej krwawej niedzieli. Oczyszczony z zarzutów, Zander dostał ofertę kontynuowania kariery policyjnej w GG, gdzie Niemcy odczuwali dotkliwy brak funkcjonariuszy mówiących po niemiecku. Jesienią 1941 roku znalazł się w Tarnowie i zameldował u majora Ostrowskiego, komendanta lokalnej PP. Stamtąd po złożeniu przysięgi (o której za chwilę) i wyfasowaniu munduru Zander – awansowany tymczasem na starszego posterunkowego – trafił na posterunek w Ciężkowicach, niewielkiej miejscowości położonej w pół drogi między Tarnowem a Nowym Sączem. Ponownie spotkamy bydgoskiego policjanta rok później, w czasie polowania na Żydów, które urządzono w Ciężkowicach jesienią 1942 roku.


Czesław Zander (z lewej), zdjęcie przedwojenne

Źródło: AIPN

Kapral Piotr Kulisz pełnił służbę w Łodzi i po likwidacji polskiej policji znalazł się w podobnej sytuacji jak Piniecki w Poznaniu. Już niebawem przeniósł się na teren GG i – w styczniu 1940 roku – poprosił o przydział do posterunku w Końskich. W kwestionariuszu osobowym opisał przebieg służby w PP i uzyskawszy odpowiednią rekomendację szefa posterunku w Końskich, został przyjęty w szeregi Polnische Polizei des Generalgouvernements. Z biegiem czasu kwestionariusze wzbogaciły się o nowe pytania. Od końca 1940 roku każdy kandydat na granatowego policjanta musiał w szczególności złożyć oświadczenie o pochodzeniu aryjskim. W deklaracji „czystości rasowej” czytamy: „Zgodnie z obowiązkiem zapewniam, że nie są mi znane żadne okoliczności, które uzasadniałyby, że a) moi rodzice i dziadkowie ze strony ojca i matki są pochodzenia żydowskiego, b) że moja (przyszła) żona ze strony rodziców wzgl. dziadków jest pochodzenia żydowskiego”[27]. Natomiast tekst przysięgi składanej przez kandydatów podejmujących służbę w granatowej policji brzmiał następująco: „Zobowiązuję się moje obowiązki służbowe w posłuszeństwie wobec niemieckiej administracji, wiernie i sumiennie wypełniać. Złożoną wobec byłego polskiego państwa lub jego organów lub wobec którejkolwiek politycznej organizacji przysięgę wierności albo przysięgę służbową lub odpowiednim zobowiązaniem służbowym, nie uważam się związanym”[28]. Tekstem wiążącym był oczywiście niemiecki oryginał, a nie kiepskie tłumaczenie na język polski. Spotkania z kiepskimi przekładami z niemieckiego na polski są zresztą rzeczą codzienną dla historyków badających niemieckie akta okupacyjne. Dobrą tego ilustracją może być przemówienie starosty krakowskiego, który w 1944 roku wygłosił coś takiego do polskich przedsiębiorców w stolicy GG: „Próbowano nawet w trzech przypadkach wpływać na mnie przez żony wybitnych mężów, w jednym przypadku opowiadano nawet, że nie trzeba oddawać sił roboczych, ponieważ pani iks przez swego męża miała rzekomo dać mi odpowiednie wskazówki. Rozchodzi się tu o przedsiębiorców, którzy już to całkowicie już to częściowo przeważnie czynni są w niemieckim interesie. Ponieważ jednak próbowano wpływać na mnie na tej krzywej drodze, odmówiłem stanowczo i byłbym nawet odpowiedział na to aresztowaniem. Nie ma u mnie wpływu przez osobiste stosunki ze szkodą rzeczowości i sprawiedliwości […] w każdym razie niech komunistyczni zamachowcy przyjmą do wiadomości: Apel do trwogi nie znajduje w niemieckim sercu żadnego echa”[29].

 

Wracając do policyjnej „przysięgi wierności” oraz do kwestii posłuszeństwa nowej władzy – niektórzy polscy policjanci posuwali swoją gorliwość wobec okupanta nieco dalej, niż było to zalecane i wskazane, czego dowodem jest pismo wystosowane do podwładnych przez komendanta PP z Miechowa. W kwietniu 1940 roku pouczył on funkcjonariuszy, że „hajlowanie”, czyli używanie hitlerowskiego pozdrowienia, jest wyłącznym przywilejem Niemców i – w wypadku polskich policjantów – jego nadużywanie będzie karane więzieniem[30].