Nasze wszystkie światła

Tekst
Z serii: Young
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5


– Mamuś? Mamuś! – Catherine pobiegła do swego domu z wyrazem twarzy, jakiego nigdy u niej nie widziałem. Zniknęła za drzwiami, zostawiając mnie na podwórku, i zastanawiałem się, czy mam za nią pójść.

Instynkt podpowiadał, że powinienem być przy niej. Zrobiłem krok, ale policjant zatrzymał mnie, przegradzając mi drogę ręką.

– Jesteś z rodziny?

– Nie, jestem jej przyjacielem. Przyjacielem Catherine.

Potrząsnął głową.

– Musisz zaczekać na zewnątrz.

– Ale… – Nacisnąłem na jego rękę, lecz jego palce wbiły mi się w skórę.

– Powiedziałem: zaczekaj tutaj.

Spojrzałem na niego gniewnie, jednak on zaśmiał się krótko, niewzruszony.

– Pewnie jesteś dzieciakiem Kay Youngblood.

– No i co? – warknąłem.

– Elliott? – Przy krawężniku stała mama. Z rąk zrobiła przy ustach zaimprowizowaną tubę. – Elliott!

Obejrzałem się na dom, po czym podbiegłem do żelaznej czarnej furtki. Mimo że słońce było już nisko na niebie, pot ściekał mi kropelkami po głowie. Powietrze było niemal zbyt gęste, by oddychać.

– Co ty tu robisz? – zapytałem, chwytając za ostre zakończenia czarnej furtki Calhounów.

Oczy mamy przesunęły się po policjancie i sanitariuszach, po czym powędrowały w górę, na dom. Jego widok wyraźnie ją niepokoił.

– Co tu się dzieje?

– Chyba coś z tatą Catherine. Nie wpuścili mnie do środka.

– Musimy iść. Chodź.

Zmarszczyłem brwi i potrząsnąłem głową.

– Nie mogę teraz pójść. Stało się coś złego. Muszę się upewnić, że nic jej nie jest.

– Komu?

– Catherine – odparłem niecierpliwie. Odwróciłem się, żeby zająć poprzednie miejsce, ale mama złapała mnie za rękaw.

– Elliott, chodź ze mną. Ale już.

– Dlaczego?

– Bo wyjeżdżamy.

– Co? – zapytałem z paniką. – Ale mieliśmy jechać dopiero jutro.

– Zmiana planów!

Wyszarpnąłem rękę.

– Nie wyjeżdżam! Nie mogę jej teraz zostawić! Patrz tylko, co się dzieje! – Obiema rękami pokazałem ambulans.

Mama wyprostowała się, gotowa do ataku.

– Nie waż się ze mną szarpać. Nie jesteś jeszcze na tyle duży, Elliotcie Youngblood.

Cofnąłem się. Miała rację. Niewiele rzeczy było bardziej przerażających niż moja mama, gdy czuła się traktowana bez szacunku.

– Przepraszam, mamo. Muszę zostać. Tak należy postąpić.

Uniosła ręce i opuściła je ciężko wzdłuż ciała.

– Ledwie znasz tę dziewczynę.

– Jest moją przyjaciółką i zamierzam sprawdzić, czy nic jej się nie stało. O co to halo?

Mama zmarszczyła brwi.

– To miasto jest toksyczne, Elliott. Nie możesz zostać. Ostrzegałam cię przed zawieraniem przyjaźni, zwłaszcza z dziewczynami. Skąd mogłam wiedzieć, że wpadniesz prosto na Catherine Calhoun?

– Co? O czym ty mówisz?

– Dzwoniłam dzisiaj do Leigh, żeby umówić dla ciebie pikap. Opowiedziała mi o dziewczynie od Calhounów. Powiedziała, ile z nią spędzasz czasu. Nie zostaniesz tu, Elliott. Ani ze względu na nią, ani ze względu na ciotkę, ani w ogóle.

– Chcę zostać, mamo. Chcę tutaj chodzić do szkoły. Zaprzyjaźniłem się i…

– Wiedziałam! – Skinęła ręką w dół ulicy. – To nie jest twoje miejsce, Elliott. – Oddychała ciężko i widziałem, że jest gotowa postawić mi ultimatum, jak zawsze robiła z tatą. – Jeśli chcesz tutaj jeszcze wrócić, zanim skończysz osiemnaście lat, rusz tyłek, maszeruj do wujostwa i pakuj się.

Ramiona mi opadły.

– Jeżeli teraz ją zostawię, nie będzie chciała, żebym wrócił – powiedziałem prosząco.

Mamie zwęziły się oczy.

– Wiedziałam. Ta dziewczyna jest dla ciebie więcej niż przyjaciółką, prawda? Ostatnie, czego ci trzeba, to żeby zaszła z tobą w ciążę! Oni nigdy nie zostawią tej piekielnej nory. Utkniesz tutaj na zawsze z tą małą zdzirą!

Poczułem, jak drgają mi mięśnie szczęki.

– Ona nie jest taka!

– Cholera, Elliott! – Wsadziła sobie palce we włosy i przytrzymała ręce na czubku głowy. Zrobiła kilka kroków tam i z powrotem, po czym odwróciła się do mnie. – Wiem, że tego teraz nie rozumiesz, ale później podziękujesz mi za to, że trzymałam cię z dala od tego miejsca.

– Podoba mi się tu!

Znowu machnęła ręką w dół ulicy.

– Idź. Już. Bo inaczej nie przyjedziesz tu nigdy więcej.

– Mamo, proszę! – Gestem wskazałem dom.

– Jazda! – wrzasnęła.

Westchnąłem, zerkając na policjanta, który był już wyraźnie rozbawiony moją wymianą zdań z mamą.

– Mógłby jej pan powiedzieć? Proszę przekazać Catherine, że musiałem iść. I że wrócę.

– Zawlokę cię do samochodu, przysięgam Panu Bogu – wycedziła mama przez zęby.

Policjant uniósł brew.

– Lepiej idź, chłopcze. Ona nie żartuje.

Wyszedłem przez furtkę i minąwszy mamę, ruszyłem ostro w stronę domu wujostwa. Mama nadążała z trudem, jej narzekanie nie przedzierało się przez chmurę myśli, które kłębiły mi się w głowie. Poproszę ciotkę Leigh, żeby zabrała mnie do szpitala, i tam spotkam się z Catherine. Ciotka pomoże mi wyjaśnić, dlaczego musiałem iść. Było mi niedobrze. Catherine poczuje się urażona, będzie jej tak przykro, gdy wyjdzie, a mnie tam nie będzie.

– Co się dzieje? – zapytała ciotka Leigh z ganku.

Wspiąłem się po schodkach, minąłem ją, szarpnąłem drzwi i zatrzasnąłem je za sobą.

– Coś ty zrobiła?

– Ja? – Mama natychmiast przybrała defensywny ton. – To nie ja pozwalałam mu się uganiać za córką Calhounów bez nadzoru!

– Kay, to tylko dzieci. Elliott jest dobrym chłopcem, nigdy by…

– Nie pamiętasz, jacy są chłopcy w tym wieku?! – wrzasnęła mama. – Wiesz, że nie chcę, żeby tu zostawał i żebyś ty przymykała oko, jak włóczy się i Bóg wie co z nią robi! Ona na pewno chce, żeby też tutaj został. Jak myślisz, co zrobi, aby go zatrzymać? Pamiętasz Amber Philips?

– Tak – odpowiedziała cicho ciotka. – Ona i Paul mieszkają przy naszej ulicy.

– On kończył szkołę, ona była w niższej klasie i martwiła się, że Paul znajdzie sobie w college’u jakąś inną. Ile ich dziecko ma teraz lat?

– Coleson jest na studiach, Kay – odparła ciotka Leigh. Całe lata ćwiczyła, jak sobie radzić z humorami mamy. – Powiedziałaś Elliottowi, że może zostać do jutra.

– No, ale jestem tu dzisiaj, więc wyjedzie już dziś.

– Kay, jesteś tu mile widziana. Przenocuj. Co za różnica jeden dzień? Pozwól mu się pożegnać.

Mama wycelowała palcem w ciotkę.

– Wiem, co knujesz. Ale to mój syn, nie twój! – Zwróciła się do mnie: – Wyjeżdżamy. Nie spędzisz z tą dziewczyną od Calhounów ani minuty dłużej. Tylko tego nam trzeba, żebyś jej zrobił dziecko, a potem utknął tutaj na zawsze.

– Kay! – upomniała ją ciotka.

– Wiesz, przez co John i ja przechodziliśmy, dorastając tutaj. Dręczenie, znęcanie, rasizm! Naprawdę chcesz tego dla Elliotta?

– Nie, ale… – Ciotka próbowała znaleźć argumenty, lecz jej się nie udało.

Błagałem ją wzrokiem o pomoc.

– Widzisz? – wrzasnęła mama, wskazując mnie wszystkimi palcami. – Jak on na ciebie patrzy? Jakbyś go miała uratować. Nie jesteś jego matką, Leigh! Proszę cię o pomoc, a ty próbujesz mi go odebrać!

– On jest tutaj szczęśliwy, Kay! – powiedziała ciotka. – Zastanów się trochę nad tym, czego chce Elliott.

– Właśnie o nim myślę! To, że tobie dobrze się żyje w tej zapadłej dziurze, nie oznacza, że pozwolę tu zostać mojemu synowi – wysyczała mama. – Pakuj się, Elliott.

– Mamo…

– Pakuj się, do ciężkiej cholery! Wyjeżdżamy!

– Kay, proszę! – wtrąciła znów ciotka Leigh. – Zaczekaj przynajmniej, aż John wróci do domu. Możemy o tym porozmawiać.

Kiedy się nie ruszyłem, mama, tupiąc głośno, poszła na dół. Ciotka popatrzyła na mnie i rozłożyła ręce. W jej oczach błysnęły łzy.

– Przepraszam. Nie umiem…

– Wiem – odrzekłem. – W porządku. Nie płacz.

Mama pojawiła się znowu, z moją walizką i kilkoma torbami.

– Do wozu. – Zagarnęła mnie w stronę wyjścia.

Zerknąłem przez ramię.

– Dopilnujesz, żeby Catherine się dowiedziała? Powiesz jej, co się stało?

Ciotka kiwnęła głową.

– Postaram się. Kocham cię, Elliott.

Trzasnęły siatkowe drzwi i mama, z ręką na moim ramieniu, poprowadziła mnie do swojego pikapa, toyoty tacoma. Otworzyła drzwi od strony pasażera. Zatrzymałem się, ostatni raz próbując do niej przemówić:

– Mamo. Proszę. Wyjadę z tobą. Pozwól mi się tylko pożegnać. Wyjaśnić.

– Nie. Nie pozwolę, żebyś gnił w tym miejscu.

– Więc czemu w ogóle mnie tu przywiozłaś?! – krzyknąłem.

– Wsiadaj do wozu! – odwrzasnęła, wrzucając moje rzeczy na pakę.

Zająłem miejsce pasażera i trzasnąłem drzwiami. Mama pośpiesznie obeszła samochód od przodu, siadła za kierownicą, uruchomiła silnik i wyjechała na wstecznym. Potoczyliśmy się drogą w przeciwnym kierunku niż dom Calhounów dokładnie w tym momencie, kiedy ruszał spod niego ambulans.

Mapę sufitu w swoim pokoju – każdą rysę, każdą wilgotną plamę, każdy zamalowany paproch i ślad po pająku – miałem wyrytą w pamięci. Kiedy nie gapiłem się w górę, zamartwiając się tym, jak bardzo Catherine musi mnie nienawidzić z każdym mijającym dniem, pisałem do niej listy – próbowałem wyjaśnić, błagać ją o wybaczenie, składać nowe obietnice, które – jak mnie ostrzegła mama – mogły być niemożliwe do spełnienia. Jeden list każdego dnia i właśnie skończyłem siedemnasty.

 

Stłumione, gniewne głosy rodziców sączyły się przez korytarz już drugą godzinę. Kłócili się o to, że się kłócą, i udowadniali sobie nawzajem, które z nich jest gorsze.

– Ale krzyczał do ciebie! Mówisz mi, że to w porządku pozwalać mu na ciebie krzyczeć?! – darł się tata.

– Ciekawe, po kim to ma! – odgryzła się mama.

– O, zamierzasz mi to wyrzucać? Że to niby moja wina? Przede wszystkim to ty go tam wysłałaś. Czemu go tam zawiozłaś, Kay? Właśnie do Oak Creek, skoro przez wszystkie lata twierdziłaś, że chcesz go trzymać z daleka od tego miejsca?

– A gdzie go miałam wysłać? Lepiej tam, niż gdyby został tu i patrzył, jak siedzisz i chlasz całymi dniami!

– O, nie zaczynaj od nowa z tym gównem. Przysięgam Bogu, Kay…

– Co? Fakty ci nie pasują do argumentów? Czego właściwie ode mnie oczekiwałeś? Nie mógł zostać tu i patrzeć na nas, jak… patrzeć na ciebie, jak… Nie miałam wyboru! Teraz jest zakochany w tej przeklętej dziewusze i chce się tam przeprowadzić!

Początkowo tata odpowiadał zbyt cicho, żebym dosłyszał, zaraz jednak przeszedł na cały regulator.

– A ty wydarłaś go stamtąd, nie dając mu się nawet pożegnać. Nic dziwnego, że jest taki zły. Też byłbym wściekły, gdyby ktoś mi to zrobił, akurat kiedy zacząłem się umawiać z dziewczyną. Może byś tak choć raz pomyślała nie tylko o sobie, Kay, co? Nie mogłaś, do cholery, wziąć pod uwagę jego uczuć?

– Zrobiłam to z myślą o nim. Wiesz, jak mnie tam traktowano, kiedy dorastałam. Wiesz, jak traktowano mojego brata. Nie chcę tego dla syna. Nie chcę, żeby tam utknął. I nie udawaj, że nagle cię obchodzi, co on czuje. Jedyne, co cię interesuje, to ta głupia gitara i następna skrzynka piwa.

– Coś, co kocham, może być głupie, okej, ale nie moja gitara!

– Wal się!

– Zakochanie w dziewczynie to nie jest dożywocie, Kay. Pewnie by ze sobą zerwali albo się wynieśli.

– Czy ty mnie nie słuchasz?! – wrzasnęła mama. – Ona jest od Calhounów! Oni nie wyjeżdżają! Mają to miasto na własność! Leigh powiedziała, że Elliott ma obsesję na punkcie tej dziewczyny od lat. A czy dla ciebie nie byłoby super, gdyby się wyniósł? Wtedy nie miałbyś już żadnych codziennych zobowiązań. Mógłbyś sobie udawać, że masz dwadzieścia jeden lat i wielką szansę na zostanie gwiazdą muzyki country.

– Calhounowie nie posiadają tego miasta od czasów, gdy byliśmy w szkole średniej. Boże, aleś ty ciemna.

– Idź do diabła!

Brzęknęło rozbite szkło i tata wrzasnął:

– Oszalałaś?

Wiedziałem, że lepiej nie ruszać się ze swojego pokoju. Była to typowa codzienna przepychanka – może przez pokój przeleciał pilot od telewizora albo kubek – ale zapuszczenie się w tamte rejony domu oznaczałoby wszczęcie wojny. Kilka dni po tym, jak się rozpakowałem w Yukonie, stało się jasne, że gdy się wykłócam z mamą, ściągam niechcianą uwagę taty, a kiedy on starał się mnie usadzić, mama stawała w mojej obronie i naskakiwała na niego. Wcześniej im się nie układało, lecz teraz było o wiele, wiele gorzej.

Mój pokój był bezpieczną przystanią jak zawsze, coś się jednak zmieniło i nie umiałem dociec dlaczego. Niebieskie zasłony nadal wisiały w oknie, wciąż jedynym widokiem była obłażąca z farby ściana domu sąsiadów i ich zardzewiałe urządzenie klimatyzacyjne. Mama sprzątała tu trochę, kiedy mnie nie było, puchary Małej Ligi i Futbolu Młodzików stały odkurzone w tej samej odległości od siebie, co zawsze, napisami do przodu, uszeregowane według dat. Zamiast dodawać otuchy, znajome otoczenie przypominało mi, że jestem w przygnębiającym więzieniu daleko od Catherine i ciągnących się w nieskończoność pól wokół Oak Creek. Tęskniłem za parkiem, za potokiem i za snuciem się po bocznych drogach, za długimi milami spędzanymi tylko na rozmowie i za zabawą w zjadanie lodów, zanim cukier i mleko całkiem zachlapią nam palce.

Trzasnęły frontowe drzwi, więc wstałem i wyjrzałem spoza zasłon. Pikap mamy wyjeżdżał tyłem z tatą za kierownicą. Ona siedziała obok niego i dalej na siebie wrzeszczeli. Kiedy zniknęli mi z pola widzenia, wybiegłem z pokoju, dopadłem frontowych drzwi i popędziłem ulicą do domu Dawsona Fostera. Siatkowe drzwi zagrzechotały, gdy zabębniłem w nie pięścią. Dawson otworzył już po kilku sekundach. Jego zmierzwione blond włosy opadały pierzaście na jedną stronę, a jednocześnie w jakiś sposób przesłaniały mu brązowe oczy. Zmarszczył brwi, zdezorientowany.

– Co?

– Mogę skorzystać z twojego telefonu? – wydyszałem.

– No chyba – odparł, odsuwając się na bok.

Szarpnięciem otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Klimatyzacja natychmiast ochłodziła mi skórę. Na wyświechtanej kanapie leżały puste torebki po chipsach, kurz leżał na każdej powierzchni, jego drobiny tańczyły w smudze światła. Miałem ochotę się od nich opędzić, a świadomość, że i tak wciągnę je do płuc, sprawiła, że się zakrztusiłem.

– Wiem. Gorąco jak w piekle – mruknął Dawson. – Mama mówi, że to indiańskie lato*. Co to znaczy?

Rzuciłem mu gniewne spojrzenie, więc już bez słowa wziął telefon ze stolika przy kanapie i podał mi go. Chwyciłem komórkę, starając się przypomnieć sobie numer do ciotki Leigh. Wstukałem cyfry, po czym przyłożyłem telefon do ucha, modląc się, żeby odebrała.

– Halo? – W głosie ciotki już brzmiała podejrzliwość.

– Ciocia Leigh?

– Elliott? Jak tam, zadomowiłeś się? Jak ci leci?

– Nie za dobrze. Jestem uziemiony szlabanami, od kiedy wróciłem.

Westchnęła.

– Kiedy zaczynają się treningi futbolu?

– Jak się miewa pan Calhoun? – zapytałem.

– Słucham?

– Tato Catherine. Wydobrzał?

Zamilkła.

– Przykro mi, Elliott. Pogrzeb był w zeszłym tygodniu.

– Pogrzeb. – Zamknąłem oczy, czując ucisk w piersi. I zaraz zagotowało się we mnie.

– Elliott?

– Jestem tu – wycedziłem przez zęby. – Czy możesz… Mogłabyś pójść do Calhounów? Wyjaśnić Catherine, dlaczego wyjechałem?

– Nikogo nie chcą widzieć. Próbowałam. Przyniosłam zapiekankę i blachę z brownie. Nie otwierają drzwi.

– Nic jej się nie stało? Jest jakiś sposób, żeby to sprawdzić? – zapytałem, trąc sobie kark.

Dawson patrzył, jak chodzę tam i z powrotem, w jego oczach ciekawość mieszała się z niepokojem.

– Nie widziałam jej, Elliott. Nie sądzę, żeby od pogrzebu ktokolwiek widział którąś z nich. Jasne, w mieście się gada. Mavis na pogrzebie zachowywała się bardzo dziwnie i od tamtej pory siedzą zamknięte w tym domu.

– Muszę tam wrócić.

– Czy wkrótce nie zaczyna się futbol?

– Możesz po mnie przyjechać?

– Elliott. – W jej głosie usłyszałem ciężki wyrzut. – Wiesz, że nie mogę. Nawet gdybym spróbowała, ona mi nie pozwoli. To nie jest dobry pomysł. Przykro mi.

Kiwnąłem głową, nie będąc w stanie wykrztusić odpowiedzi.

– Pa, dzieciaku. Kocham cię.

– Ja też cię kocham – szepnąłem i wcisnąłem telefon Dawsonowi.

– Co jest grane? – zapytał. – Ktoś umarł?

– Dzięki, że pozwoliłeś mi zadzwonić, Dawson. Muszę być z powrotem w domu, zanim wrócą moi rodzice.

Wybiegłem na zewnątrz, czując uderzenie upału na twarzy. Spociłem się, zanim dotarłem do naszego ganku. Zamknąłem za sobą drzwi zaledwie kilka minut przed tym, jak na podjeździe z powrotem pojawiło się auto. Wycofałem się do swojego pokoju, trzaskając drzwiami.

Jej tata nie żyje. Tata Catherine umarł, a ja po prostu zniknąłem. Jeżeli przedtem byłem pełen niepokoju, teraz panika sprawiała, że wychodziłem z siebie. Nie chodziło już o to, że Catherine mnie znienawidzi, tylko o to, że nikt nie widział jej ani jej mamy.

– No proszę, ty żyjesz – rzuciła mama, kiedy wypadłem z pokoju. Przeciąłem salon, minąłem kuchnię i popędziłem korytarzem do drzwi od garażu. Tata trzymał tam swoje hantle i sztangę, a ja miałem zakaz wychodzenia z domu. Jedynym sposobem na wyładowanie gniewu było wyciskanie, aż mięśnie zaczną mi drżeć z wyczerpania.

– Hej – odezwała się mama, stając w drzwiach. Oparła się rękami o nadproże i patrzyła, jak ćwiczę.

– Wszystko w porządku?

– Nie – odwarknąłem.

– Co się dzieje?

– Nic – odszczeknąłem, czując już w mięśniach ból.

Mama obserwowała, jak kończę jeden zestaw ćwiczeń, a potem drugi, i zmarszczki pomiędzy jej brwiami pogłębiały się coraz bardziej. Skrzyżowała ramiona i stała, otoczona oponami od rowerów i półkami z najróżniejszym tałatajstwem.

– Elliott?

Skupiłem się na dźwięku własnego oddechu, próbując samą potężną siłą woli sprawić, by Catherine mnie zrozumiała.

– Elliott!

– Co?! – odwrzasnąłem, upuszczając sztangę na ziemię. Mama podskoczyła na ten głośny dźwięk i zeszła do garażu.

– Co się z tobą dzieje?

– Gdzie jest tata?

– Podrzuciłam go do Grega. A co?

– Wróci?

Zmieszała się moim pytaniem, aż jej się cofnął podbródek.

– Oczywiście.

– Nie udawaj, że nie żarliście się przez cały dzień. Znowu.

Westchnęła.

– Przepraszam. Następnym razem postaramy się robić to ciszej.

– A jaki to ma sens? – prychnąłem.

Zwęziła oczy.

– Jest coś jeszcze.

– Niee.

– Elliott – ostrzegła mnie.

– Tata Catherine nie żyje.

Zmarszczyła brwi.

– Skąd o tym wiesz?

– Po prostu wiem.

– Rozmawiałeś z ciotką Leigh? Jak? Przecież zabrałam ci komórkę. – Kiedy nie odpowiedziałem, wskazała palcem ziemię. – Wymykasz się za moimi plecami?

– Nie dajesz mi za bardzo wyboru.

– Mogłabym powiedzieć to samo o tobie.

Przewróciłem oczami, a jej zadrgała szczęka. Nienawidziła tego.

– Zawlekłaś mnie z powrotem do domu i trzymasz w pokoju pod kluczem, żebym codziennie wysłuchiwał, jak ty i tato wrzeszczycie na siebie. Taki jest twój genialny plan, żebym się tutaj czuł dobrze?

– Wiem, że teraz nie wygląda to różowo…

– Teraz wygląda to paskudnie. Nienawidzę tego miejsca.

– Jesteś tu dopiero od dwóch tygodni.

– Chcę do domu!

Twarz mamy spłonęła czerwienią.

– To jest twój dom! Zostaniesz tutaj!

– Dlaczego nie pozwolisz mi po prostu wyjaśnić Catherine, czemu wyjechałem? Zabraniasz mi nawet sprawdzić, czy nic jej nie jest!

– Dlaczego po prostu nie zapomnisz o tej dziewczynie?

– Bo mi na niej zależy! Jest moją przyjaciółką i cierpi!

Mama zasłoniła sobie oczy, po czym opuściła rękę i skierowała się do drzwi. Zatrzymała się w progu i zerknęła na mnie przez ramię.

– Nie możesz uratować wszystkich.

Spojrzałem na nią spode łba, trzymając gniew na wodzy.

– Chcę tylko uratować ją.

Wyszła, a ja schyliłem się po upuszczoną sztangę. Uniosłem ją nad głowę, opuściłem za sobą i podniosłem powoli. Powtarzałem to, aż zaczęły mi się trząść ramiona. Nie chciałem być taki jak tata – wymachiwać pięściami za każdym razem, gdy ktoś lub coś mnie wkurzy. Tak naturalnie pojawiała się ochota zaatakowania, że czasami mnie to przerażało. Panowanie nad własnym gniewem wymagało nieustannego treningu, zwłaszcza teraz, kiedy trzeba było wymyślić sposób na to, by dostać się do Catherine. Musiałem działać z głową. Musiałem opracować plan i nie pozwolić, żeby emocje mi przeszkodziły.

Opadłem na kolana, sztanga znowu stuknęła o podłogę. Palce wciąż miałem mocno zaciśnięte na drążku, w piersi czułem ucisk, płuca błagały o powietrze, ręce się trzęsły, knykcie ocierały się o betonową posadzkę. W oczach zapiekły mnie łzy, sprawiając, że gniew stał się jeszcze trudniejszy do pokonania. Niedopuszczenie emocji do planu dotarcia do dziewczyny, którą kocham, okazywało się równie niemożliwe, jak sam powrót do Oak Creek.

* Indian summer – ang. dosł. ‘indiańskie lato’, to odpowiednik naszego babiego lata, czyli złotej jesieni, nie ma więc nic wspólnego z lipcowymi czy sierpniowymi upałami; taka wypowiedź świadczy o ignorancji kobiety.