RzeczozmęczenieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Następnie Saxbe zebrała fiolki. Dawniej badaczki pobrałyby 720 próbek śliny i każdą z nich osobiście sprawdzałyby na zawartość kortyzolu. Teraz mogły skorzystać z laboratorium, więc wysłały tam fiolki.

Dlaczego mierzono poziom kortyzolu? Wskaźnikiem czego jest ta substancja?

„Zmiany poziomu kortyzolu w ciągu dnia obrazują zmiany w naszym rytmie okołodobowym (rytmie funkcjonowania organizmu – wyjaśnia Saxbe. – Optymalny wzorzec to wysoki poziom kortyzolu zaraz po przebudzeniu, a później jego stopniowe opadanie”.

Jeśli spadek kortyzolu jest niewielki, oznacza to, że ciało nie radzi sobie ze stresem. Wysoki poziom kortyzolu w ciągu dnia jest charakterystyczny dla ludzi odczuwających chroniczne zmęczenie czy cierpiących na zespół stresu pourazowego, wiąże się także ze zwiększonym ryzkiem zgonu. Innymi słowy, jeśli wasz poziom kortyzolu w ciągu dnia zmniejsza się powoli, jest bardziej prawdopodobne, że będziecie się czuć zmęczeni, przygnębieni, a wasza śmierć nastąpi szybciej.

Początkowo najważniejszym odkryciem wydawała się różnica między dobowymi wahaniami kortyzolu u kobiet i u mężczyzn. Wyniki pokazały, że mężczyźni nie odczuwali stresu z powodu nadmiaru. Co ciekawe, a jednocześnie niepokojące, kobiety, które uważały swoje domy za źródło stresu (czyli kobiety używające w trakcie przechadzki po domu takich słów jak „śmieci”, „chaos”, „bałagan”, „zdezorganizowany”, „niewykończony”), miały niebezpiecznie wysoki poziom kortyzolu w ciągu dnia. W ich przypadku zaobserwowano mniej korzystny dla zdrowia, spłaszczony wzorzec wahań tego hormonu – poziom kortyzolu opadał wolniej, niż powinien. W związku z tymi wynikami pojawił się szereg pytań.

Po pierwsze, skąd się wzięła różnica między kobietami a mężczyznami? Czy kobiety reagują całkowicie inaczej? Nie ma w tym momencie jednoznacznej odpowiedzi, ale najprawdopodobniej chodzi o czynniki kulturowe, a nie biologiczne. W naszej kulturze to raczej kobiety biorą odpowiedzialność za dom i dlatego to właśnie one odczuwają stres, kiedy ich domy są zagracone[3].

Czy to oznacza, że nadmiar przedmiotów wywołuje stres?

„Nie potwierdziliśmy istnienia związku przyczynowo-skutkowego – wyjaśnia Saxbe. – Ale i bez takich twardych danych możemy zrozumieć sens naszych obserwacji. Te badania udowodniły jedno – im większy stres odczuwają kobiety i im częściej opisują swoje domy jako zagracone, tym bardziej prawdopodobne jest, że będą miały depresyjny nastrój w ciągu dnia i wieczorem”.

Jaki zatem związek zachodzi między nadmiarem przedmiotów a stresem? Zdaniem Saxbe istnieją trzy możliwości. Pierwsza – nadmiar wywołuje stres. Stoi za tym zjawisko nazywane przez psychologów „obciążeniem allostatycznym” (allostatic load), czyli w tym wypadku wyczerpanie organizmu związane z uwagą poświęcaną niepotrzebnym przedmiotom oraz z porządkowaniem i usuwaniem ich – to właśnie z tym zmagała się Saxbe latem 2013 roku, kiedy pod jej nogami wciąż walały się dziecięce zabawki i kawałki plasteliny. Druga możliwość – stres jest przyczyną zagracenia domu, ponieważ pozbawia kobiety energii potrzebnej do uprzątnięcia niepotrzebnych przedmiotów. Trzecia możliwość to zależność dwukierunkowa – nadmiar wywołuje stres, a stres przyczynia się do zagracenia domu.

Niezależnie od tego, które z tych wyjaśnień jest prawidłowe, mamy tu do czynienia z czymś więcej niż tylko uciążliwym problemem. Historia Ryana Nicodemusa i Joshuy Fieldsa Millburna uświadomiła nam, że posiadając zbyt wiele, narażamy się na stres i długi. Z badań Saxbe i Repetti dowiedzieliśmy się, że zbyt duża liczba przedmiotów może powodować depresję i skracać życie. A jak się zaraz przekonacie, w pewnych szczególnych przypadkach nadmiar może zabijać dużo szybciej.

Rupiecie, czyli pułapka na ludzi – kanadyjska Katrina[4]

Zagadnijcie pierwszego z brzegu strażaka w Toronto, gdzie był w piątek 24 września 2010 roku. Odpowie wam od razu. To tak jakby zapytać przeciętnego człowieka, gdzie był 11 września albo w dzień śmierci Johna Kennedy’ego czy księżnej Diany. 24 września 2010 roku trwale zapisał się w zbiorowej pamięci strażaków z Toronto.

W tamten piątek przed północą Miejski Dom Kultury pod wezwaniem Świętego Jakuba w Toronto wyglądał jak obóz dla uchodźców, tyle że byli to uchodźcy z pierwszego świata. Mężczyźni, kobiety, dzieci i staruszkowie, zwiezieni tutaj przez służby ratunkowe, wypełniali korytarze, sale, siłownię, każde pomieszczenie. W przypadku katastrofy zawsze tworzy się takie zbiorowisko; niespokojni i rozczochrani ludzie stali lub siedzieli, pokasłując. Pracownicy Czerwonego Krzyża i jakiś lokalny polityk rozdawali im kawałki pizzy, cząstki pomarańczy i butelki z wodą. Reporterzy wypatrywali w ponadtysięcznym tłumie chętnych do wywiadów. Dziennikarze zadawali pytania i szybko zapisywali odpowiedzi. Niektórzy z ewakuowanych zwijali się w kłębek na wtoczonych do sal łóżkach. Inni, jak John ­Ploeg, skarżyli się, że nie mogą spać na czymś takim. „To wszystko wygląda tak, jakby nad Toronto przetoczyła się Katrina” – powiedział Ploeg, rozglądając się dookoła.

Tego dnia słońce świeciło na bezchmurnym niebie. Było gorąco – temperatura wynosiła 30°C. Wiał całkiem silny wiatr, którego prędkość dochodziła do pięćdziesięciu, a w porywach nawet do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę.

O godzinie piątej po południu straż pożarna w Toronto otrzymała zgłoszenie o pożarze w mieszkaniu. Nie było szczególnych powodów do niepokoju. Gaszenie takiego pożaru trwa zazwyczaj godzinę.

Tego, że ten drobny incydent doprowadzi do ogłoszenia alarmu pożarowego szóstego stopnia (jest to najwyższy stopień zagrożenia pożarowego w klasyfikacji straży pożarnej z Toronto), można się było zacząć domyślać, kiedy strażacy z jednostki nr 313 dotarli na Wellesley Street pod numer 200 i w poszukiwaniu ognia weszli do trzydziestokondygnacyjnego wieżowca, w którym znajdowało się siedemset trzynaście mieszkań. Gdy dotarli na dziewiętnaste piętro, o którym była mowa w telefonicznym zgłoszeniu, zobaczyli, że nie ma tam ognia. Gdzie się w takim razie paliło?

Jak ustalono później w trwającym tydzień oficjalnym śledztwie, pożar zaczął się od papierosa rzuconego na balkon mieszkania numer 2424 na dwudziestym czwartym piętrze. Zazwyczaj taki zbłąkany papieros nie miałby większego znaczenia, jednak to mieszkanie od drzwi wejściowych do drzwi balkonowych wypełnione było najrozmaitszymi szpargałami – głównie stosami książek i dokumentów sądowych zgromadzonych przez właściciela, Stephena Vassileva, podczas procesowania się o jego dawne nieruchomości. Właściwie lokal o numerze 2424 był nie tyle mieszkaniem, co pięćdziesięciometrową beczką prochu z jedną sypialnią.

Strażacy weszli pięć poziomów wyżej – na dwudzieste czwarte piętro – i próbowali podejść do drzwi, ale musieli natychmiast się wycofać; temperatura była tak wysoka, że drzwi mieszkania po drugiej stronie korytarza zaczęły płonąć. „Było tam jak w piekle” – powiedział potem jeden z uczestników akcji.

Strażacy z jednostki 313 zadzwonili po wsparcie i lepszy sprzęt. Koniec końców pożar gasiło trzystu strażaków i dwadzieścia siedem pojazdów gaśniczych. Na miejscu zamiast zwykłych półtoracalowych węży strażacy musieli użyć większych, o średnicy dwóch i pół cala, oraz wielkoprzepływowej armatki wodnej. Jest to niezbędne w ekstremalnych sytuacjach urządzenie, które w ciągu minuty wytwarza strumień wody o objętości trzydziestu wanien. Walcząc z temperaturą panującą w tym piekle, strażacy podłączyli węże do armatki wodnej i pompowali całą rzekę wody prosto w ogień. Jednocześnie rozpylali wodę na siebie, żeby uchronić swoje kombinezony przed stopieniem, a swoją skórę przed oparzeniami.

Temperatura panująca na korytarzu była przerażająca, jednak strażacy musieli także pamiętać o dymie i wyziewach. Zatrucie dymem jest głównym powodem zgonów w trakcie pożarów w budynkach mieszkalnych. W tym wypadku dym był tak gęsty i rozprzestrzeniał się tak szybko, że uwięził ludzi w mieszkaniach aż do jedenastego piętra, trzynaście pięter niżej od miejsca wybuchu pożaru. Podczas gdy część strażaków walczyła z ogniem, inni robili wszystko, żeby zapewnić bezpieczeństwo mieszkańcom wieżowca. Rozproszyli się po całym budynku od parteru po trzydzieste piętro i pukali do drzwi, żeby upewnić się, że wszyscy zostali zabrani z płonącego budynku i przewiezieni do miejskiego domu kultury. Jeśli nie było odpowiedzi – jak zdarzyło się w około dwustu przypadkach – wyważali drzwi.

Na dwudziestym czwartym piętrze strażacy pompowali kolejne litry wody, ale w mieszkaniu nr 2424 wciąż szalał ogień. Dzień przeszedł w noc, a pomarańczowe płomienie wciąż lizały zewnętrzne ściany budynku. Powietrze w korytarzu przypominającym przedsionek piekła nadal pozostawało niebezpiecznie gorące. Obecny na miejscu David Sheen, dowódca strażaków z Toronto, w wywiadzie dla „Toronto Star” tak podsumował sytuację: „Dostajemy po tyłku”. Jednak około jedenastej w nocy szala zwycięstwa przechyliła się na drugą stronę. „Wygrywamy tę wojnę” – oznajmił Sheen. Niedługo po tym ogień został opanowany. O godzinie pierwszej – osiem godzin od wezwania straży – odwołano alarm.

Siedemnaście osób: trzech strażaków i czternastu mieszkańców, w tym miesięczne niemowlę, trafiło do szpitala z powodu oparzeń, przegrzania organizmu i zatrucia dymem. Na szczęście wszyscy zostali wypisani jeszcze tej samej nocy. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu straży pożarnej nie było ofiar śmiertelnych.

Dlaczego pożar, który powinien zostać ugaszony w godzinę przez kilku strażaków, stał się przyczyną ogłoszenia alarmu pożarowego szóstego stopnia, zagroził życiu ponad tysiąca osób, a jego opanowanie wymagało dwudziestu siedmiu wozów strażackich, trzystu strażaków i ośmiu godzin walki? Złożyło się na to wiele czynników, między innymi silny wiatr czy brak zraszaczy w budynku, jednak najprostszą odpowiedź można zamknąć w trzech słowach – zbyt wiele rzeczy.

 

Zbieracz ukryty w każdym z nas[5]

Zanim wybuchł pożar, właściciel mieszkania numer 2424 Stephen Vassilev i jego kot Fonzy mogliby zostać gwiazdami pewnego rodzaju programów telewizyjnych, które zdobyły popularność w ostatnich latach – tak zwanych hoarding shows. Było ich już tyle, że nawet w ich wypadku można chyba mówić o pewnym nadmiarze. Od jednoodcinkowych programów dokumentalnych takich jak Obsessive Compulsive Hoarder (Obsesyjny zbieracz) i Help! I’m a Hoarder (Ratunku! Jestem zbieraczem), po ciągnące się przez kilka sezonów programy Hoarding: Buried Alive (Zbierac­two – pogrzebani żywcem), Extreme Clutter (Ekstremalne zagracenie), The Hoarder Next Door (Zbieracz z sąsiedztwa) i Hoarders (Zbieracze). Ten ostatni program okazał się najpopularniejszym show w historii amerykańskiej stacji telewizyjnej A&E od emisji jego pierwszego odcinka w 2009 roku.

Jeśli wy też należycie do milionów widzów tego typu programów, jest całkiem prawdopodobne, że byliście rozbawieni, zdumieni i zaszokowani tym, jak wiele rzeczy może zgromadzić jedna osoba, jak bohaterom programu udaje się funkcjonować mimo bałaganu, a także jak wiele reklamówek, kapsli od butelek i zepsutych lodówek uznają oni za warte przechowywania. Mogło być wam także przykro, kiedy widzieliście, jak bardzo osoby te straciły kontakt z rzeczywistością; może mieliście też nadzieję, że kiedyś się z tego otrząsną.

Takie reakcje to znakomity bodziec do rozpoczęcia niezobowiązującej biurowej rozmowy. I to dzięki takim odczuciom widzowie wciąż wracają przed telewizory (a stacje nadają jeszcze więcej takich programów). Uważam jednak, że istnieje ważniejszy powód, dla którego tak wielu z nas wciąż ogląda programy o zbieractwie – ponieważ przemawiają one do zbieracza czającego się w każdym z nas. Im więcej dowiadywałem się o chorobliwym zbieractwie, tym bardziej docierało do mnie, że również i ja jestem zbieraczem. A kiedy i wy zagłębicie się w tę tematykę, również możecie odkryć w sobie zbieracza.

Aż do lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku niewielu ekspertów zajmowało się zbieractwem. Zjawisko to było uważane za jedną z dziewięciu oznak zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego, występującą jednak dość rzadko, przede wszystkim u osób bardzo zaburzonych i pochodzących z bogatych rodzin. Powodem tego była głównie niechlubna historia dwóch braci odludków – Langley’ego i Homera Collyerów.

Obaj bracia Collyerowie zmarli w marcu 1947 roku. Kiedy policja weszła do ich trzypiętrowego dwunastopokojowego domu z brunatnego piaskowca w Nowym Jorku, znalazła tam sto dwadzieścia ton różnych przedmiotów ułożonych w niemal sięgające sufitu stosy (brakowało do niego tylko jakieś pół metra). Były tam między innymi gazety, parasole, cynowe puszki, żyrandole, nadwozie powozu konnego, zardzewiały rower, czternaście fortepianów, jeden z pierwszych aparatów rentgenowskich, szczątki dwugłowego płodu, ford model T, kajak, a pośród tego wszystkiego – tunel umożliwiający poruszanie się po domu i pułapki zastawione na intruzów. Jeśli ktoś nieproszony ośmieliłby się wejść do domu, na jego głowę spadłyby bele gazet i kamienie. W jednej z takich pułapek zginął Langley.

Historia dwóch ekscentrycznych zbieraczy zafascynowała ludzi. W tamtym czasie tysiące nowojorczyków przychodziło obserwować, jak ze starej posiadłości wynoszone są rzeczy. Do dnia dzisiejszego strażacy ze Wschodniego Wybrzeża nazywają domy zbieraczy „rezydencjami Collyerów”. Collyerowie stali się tematem wielu artykułów, książek i filmów. Na początku lat dziewięćdziesiątych ich przypadek zainspirował studentkę psychologii Rachel Gross do przeprowadzenia badań nad zbieractwem wraz z jej profesorem, uznanym specjalistą od zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych, Randym Frostem. Kiedy w 1993 roku opublikowali wyniki swoich badań, zmienili powszechne przekonania na temat zbieractwa.

Obecnie dzięki dwóm dekadom badań wiemy, że zbieractwo to dość częsta przypadłość. Specjaliści uważają, że występuje dwa razy częściej niż zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne. Zbieractwem dotkniętych jest od dwóch do sześciu procent populacji krajów rozwiniętych – w Stanach Zjednoczonych około osiemnastu milionów, a w Wielkiej Brytanii trzy i pół miliona. Nic dziwnego, że telewizyjne programy o zbieraczach mają tak liczną widownię.

Badacze doszli do wniosku, że zbieractwo jest wynikiem trzech powiązanych ze sobą przyczyn. Po pierwsze, zbieracze gromadzą zbyt wiele przedmiotów. Niektórzy z nich robią kompulsywne zakupy, niektórzy nie potrafią odmawiać, kiedy ktoś oferuje im darmowe gadżety. Po drugie, pozbywają się zbyt małej liczby przedmiotów. Przechowują rzeczy, bo uznają je za piękne, interesujące lub niezbędne. Trzymają je „na wszelki wypadek” i „bo nigdy nie wiadomo, kiedy coś może ci się przydać”. Nie wyrzucają prezentów ani przedmiotów, które mają dla nich wartość sentymentalną. Po trzecie, nie potrafią zorganizować przestrzeni wokół siebie. Nie wiedzą, co jest ważne, a co nie. Nie wiedzą, jak posegregować swoje rzeczy, ani gdzie je umieścić.

Zastanówcie się nad tym przez chwilę, a myślę, że zrozumiecie, co miałem na myśli, pisząc o zbieraczu ukrytym w każdym z nas. Kto z was nie stanął kiedyś przed takim problemem i nie miał podobnych odczuć? Kto z was w trakcie wielkich porządków nie zachomikował czegoś „na wszelki wypadek”, nawet jeśli wcześniej nie używał tego przez lata? Kto nie trzyma starych ubrań w nadziei, że kiedyś będą znowu pasować albo wrócą do mody? Kto nie ma sprzętu sportowego leżącego od dawna odłogiem lub zdekompletowanych zestawów „zrób to sam”? Przecież jeszcze mogą się przydać. Kto z was, zapytany, dlaczego trzyma jakąś rzecz, nie wykrzyknął: „Bo mi się podoba!”, jakby to miało służyć za całe wytłumaczenie?

Nie ma istotnej różnicy między wami a klinicznie zdiagnozowanymi zbieraczami. To tylko kwestia nasilenia objawów.

„W przypadku zbieractwa możemy mówić o kontinuum – twierdzi Gail Steketee, która wraz z Randym Frostem napisała książkę pod tytułem Stuff (Rzeczy). – Chorobliwe zbieractwo to ekstremalny przejaw tego samego problemu, któremu musi stawić czoła dzisiejsze społeczeństwo. Wszyscy musimy podejmować te same trudne decyzje. Czy kupię tę rzecz? Czy zatrzymam tamtą? Wszyscy przechowujemy przedmioty z tych samych powodów – ponieważ są ładne, ponieważ przypominają nam o czymś, ponieważ są użyteczne. Niektórym osobom wszystko wydaje się ładne, użyteczne i bliskie ich sercu. To właśnie one cierpią na chorobliwe zbieractwo”.

Zapamiętajcie sobie wypowiedź Gail Steketee na temat kontinuum, ponieważ – moim zdaniem – wyjaśnia ona, dlaczego w jednej trzeciej gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych mieszka osoba, która coś kolekcjonuje, dlaczego jeden na dziesięciu Amerykanów wynajmuje dodatkowe pomieszczenie do przechowywania swoich rzeczy i dlaczego jeden Amerykanin na dwudziestu jest zbieraczem.

Wyobraźcie sobie to kontinuum jako odcinek. Jednemu z jego końców przypiszmy zero, drugiemu – liczbę dziesięć. Jeśli zero oznacza ascetę, powiedzmy mnicha, kogoś, kto niczego nie posiada, a dziesięć – zbieracza, którego dom jest tak zapchany rzeczami, że można się po nim poruszać tylko na czworakach, jaka liczba odpowiada wam?

Pytam, ponieważ to ważne, gdzie umiejscawiacie się na tym kontinuum. To ważne, czy jesteście dwójką, piątką czy ósemką, bo – jak pokazują badania Saxbe i Repetti oraz przykład Ryana Nicodemusa i Joshuy Fieldsa Millburna – liczba posiadanych rzeczy oddziałuje na nasz psychiczny dobrostan. To ważne, ponieważ jak uzmysłowiła nam to historia pożaru w mieszkaniu nr 2424, nadmiar przedmiotów może mieć także bardziej bezpośredni i bardziej niebezpieczny wpływ na nasze zdrowie fizy­czne – z powodu roli, jaką odgrywa w zjawisku nazywanym rozgorzeniem.

Rozgorzenie ma miejsce wówczas, gdy w zamkniętej przestrzeni temperatura wzrasta tak bardzo, że wszystko, co się tam znajduje, ulega samozapłonowi. Rozgorzenie spędza strażakom sen z powiek. Wchodząc do pomieszczenia, w którym jeszcze do niego nie doszło, strażak może uratować wszystkie przebywające tam osoby. Po rozgorzeniu będzie już tylko wynosił zwęglone ciała – ale dopiero po jakimś czasie, bo najpierw sam musi jak najszybciej się stamtąd wydostać. Nawet jeśli jest ubrany w termoodporny kombinezon, ogień zabije go w czasie krótszym niż dwie sekundy.

Rozgorzenie to – dosłownie – kwestia życia bądź śmierci. Trzydzieści lat temu do rozgorzenia dochodziło po mniej więcej dwudziestu ośmiu, dwudziestu dziewięciu minutach od wybuchu pożaru. Obecnie – z powodu coraz większej liczby przedmiotów w naszych domach, a także dlatego, że spora część z nich wykonana jest z tworzyw sztucznych – rozgorzenie następuje dużo szybciej. Czas, po którym przypadkowa iskra może doprowadzić do śmiercionośnego wybuchu ognia, wynosi teraz od trzech do czterech minut.

To zła wiadomość dla nas wszystkich, a szczególnie dla strażaków i dla tych, którzy mają w domu sporo przedmiotów, ale i dla tych, którzy mieszkają w pobliżu zagraconych mieszkań. Jednak najbardziej powinni bać się faktyczni zbieracze i ich sąsiedzi.

Jak dotąd przeprowadzono tylko jedne badania dotyczące pożarów w domach zbieraczy. Zrobiła to w 2009 roku straż pożarna w Melbourne po tym, jak trzech mieszkańców miasta zginęło w tego typu pożarach. Po przeanalizowaniu pod tym kątem dziesięciu ostatnich lat w raporcie końcowym stwierdzono, że ekstremalne zagęszczenie przedmiotów miało istotny wpływ na przebieg pożaru tylko w jednym przypadku na czterysta. Jednak jeśli chodzi o liczbę spowodowanych przez pożar zgonów, którym można było zapobiec, ekstremalne zagęszczenie przedmiotów było ważnym czynnikiem w jednym przypadku na cztery. Zastanówcie się nad tymi liczbami, a dojdziecie do alarmujących wniosków. Jeśli pożar wybuchnie w wyjątkowo zagraconym mieszkaniu, prawdopodobieństwo, że przebywające tam osoby zginą, jest cztery razy większe niż w przypadku mieszkania niezagraconego.

Nie musicie być zbieraczami z dziewiątką lub dziesiątką na opisanym powyżej kontinuum, żeby ten fakt was poruszył. I nie musicie być ekspertami, żeby uświadomić sobie, co to oznacza. Jeśli wy albo wasi sąsiedzi macie zbyt wiele rzeczy – przede wszystkim chodzi o łatwopalne przedmioty z tworzyw sztucznych, których tak wiele znajduje się obecnie w naszych domach – na ryzyko narażona jest nie tylko wasza ogólna kondycja zdrowotna w dłuższej perspektywie czasu. Jak wynika z wspomnianego wyżej raportu i jak przekonali się strażacy z Toronto w piątek 24 września 2010 roku, nadmiar przedmiotów to zagrożenie śmiertelne – zarówno dla jednostek, jak i ogółu społeczeństwa.

[1] Większość tego rozdziału napisałem, posiłkując się doskonałą, niesamowicie wciągającą i przerażającą książką Jeanne E. Arnold, Anthony’ego P. Graescha, Enzo Ragazziniego i Elinor Ochs pt. ­Life at Home in the Twenty-First Century (Cotsen Institute of Archaeology Press, Los Angeles 2012). Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o Czumaszach, przeczytajcie książkę Jeanne E. Arnold Foundations of Chumash Complexity (Cotsen Institute of Archaeology, Los Angeles 2004). Więcej informacji na temat złożonych społeczeństw – przede wszystkim na temat odkrycia, że złożone społeczeństwa mogą wyłonić się nie tylko ze społeczności rolniczych – znajdziecie w książce Michaela Moseleya pt. Pre-Agricultural Coastal Civilizations in Peru (NC: Carolina Biological Supply Company, Burlington 1977).

[2] Informacje zawarte w tym podrozdziale pochodzą z artykułu Darby Saxbe i Reny Repetti No Place Like Home: Home Tours Correlate with Daily Patterns of Mood and Cortisol („Personality and Social Psychology Bulletin”, vol. 36, nr 1, 2010).

Dlaczego istnieje tak niewiele doniesień na tak ważny temat? Widzę tu dwie możliwości: albo poruszanie tego zagadnienia narusza interesy właścicieli mediów (podobnie było z odkryciami, jakich dokonała Rachel Carson w latach 60.), albo po prostu nikt nie zwrócił dotychczas uwagi na tę kwestię. Sam nie wiem, jak jest naprawdę.

[3] Więcej na ten temat w artykule Amy Tennery More Women are in the WorkforceSo Why are They Still Doing So Many Chores? (­„Time”, 28 czerwca 2012) oraz w artykule Richarda Changa Moms Feel Overwhelmed by Responsibilities: Poll („Reuters”, 15 czerwca 2011).

[4] Opisując tę historię, sięgałem do różnych źródeł. Były to m.in. artykuły: Highrise Horror autorstwa Williama Stewarta, opublikowany w „Firefighting in Canada”, vol. 54 (8), grudzień 2010; Highrise Blaze Strands 1,200 People autorstwa Kate Allen Kristin Rushowy i Jayme Poisson, opublikowany w „Star” 25 października 2010; The Dangers of Too Much Stuff autorstwa Stephanie Schorow, opublikowany w „National Fire Protection Association Journal” (styczeń/luty 2012). Szczególne podziękowania należą się Stephanie Schorow, która pomogła mi skontaktować się z odpowiednimi osobami i zweryfikować wiele faktów (jednak to ja jestem odpowiedzialny za wszelkie ewentualne przeinaczenia).

 

[5] Przy pisaniu tego podrozdziału źródłem inspiracji oraz informacji była dla mnie książka Randy’ego Frosta i Gail Steketee pt. Stuff: Compulsive Hoarding and the Meaning of Things (Houghton Mifflin, Nowy Jork 2010). Szczególne podziękowania składam Gail Steketee za to, że pomogła mi przy weryfikowaniu informacji (wszystkie ewentualne błędy należy jednak przypisywać wyłącznie mnie).

Korzystałem również z takich źródeł jak: Jack Samuels i in., Prevalence and Correlates of Hoarding Behavior in a Community-Based Sample, „Behaviour Research and Therapy”, 46 (7): 836–844, ­lipiec 2008; Randy Frost, Inheriting the Hoard: Greg’s Story, materiały International OCD Foundation, 2010; Vicky Waltz i Devin Hahn, When Stuff Takes Over – Gail Steketee on Hoarding Compulsion, „BU Today”, 30 kwietnia 2010.

Możecie ocenić, jak bardzo zagracony jest wasz dom, na podstawie zdjęć wykorzystywanych w badaniach naukowych. W tym celu zerknijcie na Wizualną Skalę Bałaganu Randy’ego Frosta dostępną na stronie www.science.smith.edu/departments/PSYCH/rfrost/Hoarding_Images.htm.

Historię braci Collyerów opisałem, korzystając z różnych źródeł. Były to m.in Wikipedia oraz artykuł Andy’ego Newmana Collyers’ Mansion is Code for Firefighters’ Nightmare, „The New York Times”, 5 lipca 2006; artykuł Christophera Graya Streetscapes/128th St. and Fifth Ave., Former Site of the Harlem House Where the Collyer Brothers Kept All That Stuff; Wondering Whether a Park Should Keep Its Name, „The New York Times”, 23 czerwca 2002; artykuł Langley Collyer Dead for Weeks; Police Find Body in Homer’s Room, „Montreal Gazette”, 9 kwietnia 1947.

Więcej informacji na temat zjawiska rozgorzenia znajdziecie w następujących artykułach: Christopher Flatley, Flashover and Backdraft: A Primer, „Fire Engineering”, 1 marca 2005; Jason Poremba, Flashover: Time to Get Out, „FireRescue1.com”, 10 czerwca 2009; Fire Test Video Shows That Hoarders at Greater Risk of Fire Death Brigade Warns, www.london-fire.gov.uk, 15 maja 2014.

Tu możecie zobaczyć, jak dom zbieracza staje w płomieniach: www.youtube.com/watch?v=pPWI24uvs4E; film nakręciła londyńska straż pożarna.

Opis badań naukowych na temat pożarów w domach zbieraczy znajdziecie w artykule Gregory’ego Luciniego, Iana Monka i Christophera Szlatenyiego An Analysis of Fire Incidents Involving Hoarding Households, Worcester Polytechnic Institute, 22 maja 2009 (http://web.cs.wpi.edu/~rek/Projects/MFB_D09.pdf).