RzeczozmęczenieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Korzystając ze strony www.xe.com, przewalutowałem dolary na funty po kursie z 26 września 2014 roku i otrzymałem kwotę 2144 funtów, którą dla wygody zaokrągliłem w dół do 2 tysięcy funtów.

[9] Pisząc ten podrozdział, korzystałem z różnych źródeł, m.in.: Nanci Hellmich, Obesity Can Trim 10 Years off Life, „USA Today”, 17 marca 2009; Moderate Obesity Takes Years off Life Expectancy, oświadczenie prasowe Uniwersytetu Oksfordzkiego, 18 marca 2009; Effects of Obesity and Smoking on U.S. Life Expectancy, „New England Journal of Medicine”, 362: 855–857, 4 marca 2010; Pam Belluck, Children’s Life Expectancy being Cut Short by Obesity, „The New York Times”, 17 marca 2005; Marc Ambinder, Beating Obesity, „The Atlantic”, 13 kwietnia 2010; Stress Kills – Don’t Take It Lightly, „­Heart MD Institute”, www.heartmdinstitute.com, 30 grudnia 2013.

[10] W USA raport naczelnego lekarza kraju o szkodliwości palenia opublikowano w 1964 roku; pierwsze ostrzeżenia na opakowaniach zamieszczono w 1966 roku. W Wielkiej Brytanii pierwsze ostrzeżenia pojawiły się w 1971 roku.

[11] Więcej informacji na ten temat znajdziecie w artykule Abrahama Maslowa A Theory of Human Motivation („Psychological Review”, 50: 370–396, 1943). Pamiętajcie jednak, by nie traktować zbyt dosłownie konstruktu, jakim jest hierarchia potrzeb. Współcześni psycholodzy uważają za istotny i użyteczny jedynie jej podstawowy poziom opisujący potrzeby fizjologiczne.

[12] Najlepszym wprowadzeniem w tematykę masowej konsumpcji prowadzącej do masowej depresji będzie książka Oliviera ­Jamesa Affluenza (Vermilion, Londyn 2007); z kolei książka Alaina de Bottona Status Anxiety (Hamish Hamilton, Londyn 2004) pozwoli wam zapoznać się z koncepcją lęku o status. Publikacje te bardzo różnią się stylem. James to gawędziarz; czytając jego książkę, będziecie się czuć, jakbyście rozmawiali z inteligentnym znajomym. Książka de Bottona to niemal filozoficzna rozprawa. Obie pozycje warto przeczytać. Po więcej informacji na temat klęski nadmiaru zajrzyjcie do rozdziału pierwszego niniejszej książki.

[13] Jeśli chcecie zapoznać się z takim punktem widzenia, przeczytajcie raporty Greenpeace, a także przygotowany na zlecenie ONZ raport Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu; bądźcie też na bieżąco z wiarygodną prasą. Warto również przeczytać książkę Petera H. Diamandisa i Stevena Kottlera Abundance: The Future is Better Than You Think (Free Press, Nowy Jork 2011), którą cechuje fascynujące i niestandardowe podejście do tego tematu.

[14] Czytając o starzejących się społeczeństwach przenoszących swoje zainteresowanie z dóbr materialnych na doświadczenia, przypomnijcie sobie postać Malcolma Forbesa, XX-wiecznego biznesmena, który odnosił ogromne sukcesy i zasłynął powiedzeniem „wygrywa ten, kto umiera z największą liczbą zabawek”. W 1990 roku kiedy Forbes, właściciel wielu dużych, kosztownych zabawek, w tym między innymi 46-metrowego jachtu z lądowiskiem dla helikopterów, umarł niedługo po swoich siedemdziesiątych urodzinach, uczczonych kosztującym dwa miliony dolarów przyjęciem w Maroku, taka postawa nie wydawała się czymś dziwnym. Sporo się od tego czasu zmieniło.

Z wiekiem ludziom zmieniają się priorytety, „rzeczy ulotne stają się ważniejsze od rzeczy materialnych. Ludzie z pokolenia baby boomers wolą dziś zdobywać doświadczenia, a nie przedmioty” – to słowa Matta Thornhilla, eksperta badającego zachowania konsumenckie ludzi starszych, współautora książki Boomer Consumer (Carlsbad, Calif; Linx Corp., 2007) i założyciela firmy doradczej Boomer Project, zajmującej się opracowywaniem strategii marketingowych dla produktów, których grupą docelową są ludzie starsi. Źródło przytoczonego cytatu: Paul Hyman, Baby Boomers: Every Silver Lining Has a Touch of Grey, „CRM Magazine”, luty 2012.

Według Kennetha Gronbacha, autora The Age Curve: How to Profit from the Coming Demographic Storm, który przyjrzał się danym udostępnianym przez amerykańskie Biuro Statystyki Pracy, ludzie kupują najwięcej, kiedy mają około pięćdziesięciu lat. To właśnie w tym okresie życia mają największe zarobki, największe domy i największe wydatki. Źródło cytatu: Hyman, Baby Boomers.

[15] W 2050 roku na świecie będzie żyło 9 miliardów ludzi; dane te pochodzą z książki zredagowanej przez Johna Andrewsa i Daniela Franklina pt. Megachange: The World in 2050 (Economist, Londyn 2011). Według francuskiego Narodowego Instytutu Badań nad Demografią w 2050 roku będzie nas 9,7 miliarda (aktualna liczba ludności to niewiele ponad 7 miliardów).

[16] Przeczytajcie uważnie początkowy fragment artykułu Dominica Wilsona, Alexa L. Kelstona i Swarnali Ahmed Is this the BRICs Decade? („Goldman Sachs’ BRICs Monthly Issue”, 10/03, maj 2010). „W ciągu ostatniej dekady Brazylia, Rosja, Indie i Chiny odcisnęły niezatarte piętno na globalnej ekonomii. W ciągu ostatnich dziesięciu lat to te kraje wypracowały przeszło jedną trzecią wzrostu światowego PKB. Dziesięć lat temu gospodarki tych krajów stanowiły jedną szóstą światowej gospodarki, a obecnie stanowią niemal jedną czwartą (w kategoriach parytetu siły nabywczej). Przypuszczamy, że w następnej dekadzie ten trend stanie się jeszcze wyraźniejszy”.

Przeczytajcie też ostatni akapit artykułu Catherine Wolfram Rising Middle Class Fuels Global Energy Surge zamieszczonego na Bloomberg.com: „Nie ulega wątpliwości, że powiększanie się klasy średniej na całym świecie to pozytywne zjawisko. Jednak jeśli nie opracujemy odpowiednich prognoz i nie stworzymy właściwych planów, możemy wyrządzić ogromne szkody środowisku naturalnemu. Może także dojść wtedy do drastycznych podwyżek cen energii, co trwale pogorszy warunki życia, nad których poprawą obecnie pracujemy”.

[17] Zastanawiając się nad migracją do miast, weźcie pod uwagę fakt, że w 2007 roku człowiek oficjalnie stał się gatunkiem miejskim. Od tej pory przeszło połowa z nas mieszka w miastach. Źródło: Ricky Burdett i Deyan Sudjic, The Endless City: The Urban Age Project, Phaidon Press, Londyn 2007. Pamiętajcie także o tym: „Sto lat temu 2 ludzi na 10 mieszkało w mieście. W 1990 roku w miastach mieszkało mniej niż 40% światowej populacji. W 2030 roku w mieście będzie mieszkało 6 osób na 10, w 2050 roku ten stosunek wzrośnie do 7 osób na 10”. Źródło: Światowa Organizacja Zdrowia.

Warto zwrócić uwagę także na następujące źródła: Ariel Schwartz, We Are Approaching Peak Car Use, „Fast Company”, 5 lipca 2011; Richard Florida, The Great Reset: How the Post-Crash Economy Will Change the Way We Live and Work (HarperBusiness, Nowy Jork 2011). Krótkie wprowadzenie w tę tematykę stanowi artykuł Richarda Floridy The Fading Differentiation between City and Suburb zamieszczony w „Urban Land Magazine” (urbanland.uli.org), styczeń 2013.

[18] Więcej na ten temat w książce Ruth Milkman, Stephanie Luce i Penny Lewis pt. Changing the Subject: A Bottomup Account of Occupy Wall Street in New York City (City University of New York, Nowy Jork 2013).

[19] Artykuł, na którym się opieram, to To Do or to Have? That is the Question autorstwa Toma Gilovicha i Leafa van Bovena. Więcej odniesień do innych badań potwierdzających tezę, że doświadczenia dają nam więcej szczęścia niż dobra materialne, znajdziecie w uwagach do rozdziału ósmego.

[20] Więcej w raporcie wydanym przez McKinsey & Company w listo­padzie 2011 pt. Meeting the World’s Energy, Materials, Food, and Water Needs, a także w artykule Hitting Our Limits? („The Economist”, 14 października 2011).

[21] Szukając przykładów technologicznych nowinek ułatwiających przejście z posiadania rzeczy do kolekcjonowania doświadczeń, pomyślcie o sukcesie Spotify, Zipcar czy Kindle’a. Informację o tym znalazłem w różnych źródłach, między innymi w artykule All Eyes on the Sharing Economy („The Economist”, 9 marca 2013).

[22] Ludzie pragną wielu rzeczy. Skupiłem się na tych czterech, ponieważ uważam, że są to najbardziej uniwersalne ludzkie pragnienia. Więcej na ten temat w książce Alaina de Bottona Status Anxiety (Penguin, Londyn 2005), książce Romana Krznarica How to Find Fulfilling Work (Macmillan, Londyn 2012), w artykule naukowym napisanym przez Tima Kassera na zlecenie The Bellagio Initiative pt. Values and Human Wellbeing (listopad 2011), w książce Geoffreya Millera Teoria szpanu. Seks, ewolucja i zachowania klienta (Prószyński i S-ka, Warszawa 2010), w artykule S. H. Schwartza Universals in the Content and Structure of Va­lues: Theory and Empirical Tests in 20 Countries (w: M. Zanna (red.), Advances in Experimental Social Psychology, vol. 25, Academic Press, Nowy Jork 1992), a także w książce Stevena Reissa Who am I? (Berkley Books, Nowy Jork 2000).

Część I

Problem: rzeczozmęczenie

 

Rozdział 1

Antropolożka i klęska nadmiaru[1]

Latem 2000 roku ktoś zapukał do drzwi gabinetu Jeanne Arnold. Spodziewała się, że jest to jeden z jej studentów lub doktorantów z pytaniem dotyczącym metodyki lub prawidłowości wyciągania wniosków na temat jakiegoś wykopaliska archeologicznego. W tamtym czasie Jeanne Arnold miała natapirowaną fryzurę, a szpakowate, zaczesane do tyłu włosy opadały jej na ramiona; nosiła też duże okulary w metalowych oprawkach stylizowanych na lata osiemdziesiąte.

Jeanne spojrzała znad swoich papierów i uśmiechnęła się, widząc Elinor Ochs, koleżankę z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. „Masz może minutkę?” – zapytała Ochs, choć tak naprawdę powinna była zapytać: „Masz może dziesięć lat?”.

Ochs wyjaśniła, że przygotowuje projekt badawczy. Przyszła, by zapytać, czy Jeanne nie byłaby przypadkiem zainteresowana współpracą. Kompletowała właśnie zespół naukowców, który miał się zająć dokumentowaniem życia ludzi w XXI wieku. Naukowcy mieli korzystać z tych samych metod co antropolodzy badający plemiona w Afryce czy archeolodzy analizujący pozostałości po wymarłych cywilizacjach – takie jak inkaskie ruiny w Ameryce Południowej. Planowane badania miały być prowadzone na miejscu, w Los Angeles, a obiekty badań z całą pewnością nie byłyby „wymarłe”. Miał to być pierwszy tego typu projekt. No, może przeprowadzono już jedno czy dwa podobne badania, na przykład w Nowym Jorku, gdzie przyglądano się, jakie dzieła sztuki sprzedają się najlepiej. Jednak żadne z dotychczasowych badań nie było tak ambitne jak to. Zamiast próbować zrozumieć ludzi, analizując tylko jeden aspekt ich życia, planowano przeprowadzić szeroko zakrojone badania, żeby ostatecznie sporządzić raport o tym, jak żyli ludzie na początku XXI wieku. Zdaniem Ochs w tym projekcie bardzo przydałby się ekspert w dziedzinie kultury materialnej. Arnold miała jednak wątpliwości. Opowieść Elinor brzmiała fascynująco, jej badania rzeczywiście mogłyby okazać się przełomowe, ale Jeanne chyba nie byłaby właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

Jeanne Arnold specjalizowała się w badaniu przeszłości, a nie teraźniejszości. To przeszłość była jej pasją. Bakcyla połknęła jeszcze jako mała dziewczynka. Długie letnie wakacje spędzała w lesie przy swoim rodzinnym domu w Great Lakes. Wykopywała z ziemi szkarłupnie, roślinne skamieniałości i groty strzał.

„Same drobiazgi – wspomina Arnold. – Nic, co mogłoby zainteresować prawdziwego archeologa czy paleontologa”.

Jednak to był dopiero początek. Jeanne Arnold dojrzewała, a wraz z nią – jej zainteresowanie odległą przeszłością, w szczególności archeologią i bliźniaczą dyscypliną archeologii – antropologią. Zgłębiała te dwie dziedziny wiedzy na letnim obozie organizowanym przez miejscową uczelnię, a później rozpoczęła studia na Uniwersytecie Kalifornijskim. To właśnie tam w 1980 roku natknęła się na temat swojego życia – plemię Czumaszów, rdzennych mieszkańców Santa Cruz, jednej z wysp w archipelagu Channel Islands u wybrzeży Kalifornii.

Kiedy Arnold opowiada dziś o stanowiskach archeologicznych na terenach Czumaszów, niemal widzicie ją przybywającą po raz pierwszy na wyspę trzydzieści kilka lat temu. Właśnie wysiada z wojskowej łodzi zaopatrzeniowej. Wówczas był to jedyny sposób, żeby dotrzeć na Santa Cruz – łódź, która kursowała raz w tygodniu. Jeanne wspina się na zielone wzgórze, a wiatr rozwiewa jej brązowe włosy. Przechadza się po okolicy w okularach przeciwsłonecznych, przygląda się otoczeniu tak, jak przyglądać mu się może tylko archeolog. Tam gdzie wy lub ja zobaczylibyśmy tylko zagłębienia w ziemi, ona widzi odciski stóp prawdziwych ludzi i wskazówki podpowiadające jej, gdzie Czumaszowie umieścili totemowy słup i szałasy. Gdybyśmy pogrzebali trochę w ziemi, moglibyśmy znaleźć tam rybie szkielety. „To wysypisko śmieci Czumaszów – rzekłaby Arnold. – Nie przejmowali się bałaganem. Resztki żywności wyrzucali na ziemię”. Gdybyśmy szukali dalej, nawet tu, na wzgórzu, z dala od morza, znaleźlibyśmy fragmenty ­muszli i pojedyncze paciorki. W tym momencie Arnold poprosiłaby nas, żebyśmy się zatrzymali. To byłoby już zadanie dla profesjonalistów. Dzięki tym i wielu innym pozostałościom była w stanie wydedukować, jak żyli Czumaszowie, co było dla nich ważne i jak było zorganizowane ich społeczeństwo.

Po przeszło dekadzie gromadzenia i analizowania wytworów kultury materialnej Czumaszów Arnold zdała sobie sprawę, że nie tylko prowadzi wykopaliska, ale pisze nowy rozdział w historii nauki. Przez niemal cały XX wiek powszechnie uważano, że złożone społeczeństwa, w których istnieje ustalona hierarchia z rządzącą elitą i jej urzędnikami, mogły wyłonić się tylko ze społeczności rolniczych (jak na przykład Egipt pod rządami faraonów). Jednak z biegiem lat i z kolejnymi pojawiającymi się dowodami Arnold doszła do wniosku, że Czumaszowie, którzy zajmowali się polowaniem, zbieractwem i rybołówstwem, ale nie uprawiali ziemi, także żyli w złożonym społeczeństwie o strukturze wodzowskiej.

„To oznacza – wyjaśnia Arnold – że złożony system społeczny może się wyłonić nie tylko ze społeczności rolniczych”.

Innymi słowy, badania Arnold pomogły udowodnić, że powszechne przekonanie było mylne i należy je zastąpić teorią, która uwzględnia nowe dowody.

„Znajdzie się kilku zrzędliwych starszych panów, którzy powiedzą, że to ich nie przekonuje – przyznaje Arnold. – Ale jest ich coraz mniej”.

Arnold nie bała się podważyć powszechnych przekonań, jeśli nie zgadzały się z nowymi dowodami. Nic dziwnego, że Elinor Ochs chciała, by ktoś taki jak ona pracował w jej zespole.

Po kilku dniach Arnold zgodziła się na propozycję koleżanki. Następnie ona, a także reszta zespołu CELF (Center on Everyday Lives of Families, Centrum Badania Codziennego Życia Rodzin), czyli antropolodzy, archeolodzy, etnografowie, psycholodzy i fotografowie, opracowali metodykę badań, uzyskali zgodę na ich przeprowadzenie i otrzymali niezbędne fundusze. W 2000 roku zespół ruszył w teren i wkrótce stał się świadkiem klęski nadmiaru, która przybrała rozmiary epidemii.

Klęska nadmiaru w klasie średniej

Po ustaleniu metodyki i zebraniu budżetu zespół CELF zabrał się do kolejnego zadania – znalezienia rodzin, które byłyby skłonne uczynić swoje życie przedmiotem naukowych dociekań. Chodziło o trzydzieści dwie przeciętne rodziny klasy średniej, typowe dla krajobrazu naszych miast. Osobom uczestniczącym w badaniu wytłumaczono, jakie konsekwencje dla ich życia niesie zaangażowanie się w ten projekt oraz jakie znaczenie ma to dla przedstawicieli nauk społecznych, którzy chcą przyjrzeć się życiu ludzi na początku XXI wieku. Spisano takie dane jak liczba członków gospodarstwa domowego i ich stopień pokrewieństwa, wielkość domu, praca zawodowa osób badanych. W każdej rodzinie było przynajmniej jedno dziecko w wieku od 7 do 12 lat. Wielkość domu wynosiła od 90 do blisko 280 metrów kwadratowych. Wśród zawodów badanych rodziców znalazł się między innymi nauczyciel, prawnik, dentysta, przedsiębiorca, pilot i strażak.

Zespół Ochs rozrysował plany domów i sfotografował ich wnętrza – sypialnie, łazienki, kuchnie, salony, pokoje dziecięce, łazienki dla gości, garaże, ogrody. Pracujący w nim badacze przychodzili wcześnie. Zostawali do późna. Zadawali pytania. Słuchali. Ani na chwilę nie przestawali sporządzać notatek; zapisywali, gdzie badane osoby poszły, co robiły, kiedy i co jadły. Byli jak muchy na ścianie albo szpiegowskie drony, zawsze na miejscu. Byli wyjątkowo ciekawskimi podglądaczami, którym pozwolono na dostęp do każdej części domu. Choć nie przebywali z badanymi cały czas, znaleźli na to sposób. Rodziny otrzymały kamery wideo, żeby mogły nakręcić filmowy pamiętnik.

Czasami było to bardzo obciążające – przynajmniej dla naukowców. Kiedy w jednej z rodzin wybuchła gwałtowna kłótnia, towarzyszący jej badacz nie potrafił sobie z tym poradzić i musiał wyjść na zewnątrz. Nie wyłączył jednak kamery i cały czas obserwował rodzinę przez okno. Gdy jej członkowie przenieśli się do innego pokoju, ruszył za nimi. Obszedł dom dookoła i stanął pod oknem, ciągle obserwując i robiąc notatki.

Badacze zajmowali się nie tylko obserwacją, ale także liczeniem przedmiotów. Kiedy zorientowali się, że wyniki tej inwentaryzacji będą szły w tysiące, postanowili stworzyć na potrzeby projektu zestaw reguł. Miał tego dokonać ktoś, kto przez ponad dwadzieścia lat zebrał, policzył i przeanalizował setki tysięcy przedmiotów – tym kimś była Jeanne Arnold.

Celem Arnold było ujednolicenie stosowanych przez badaczy metod liczenia i uzyskanie weryfikowalnych i poprawnych pod względem naukowym wyników. Pierwsza ustalona przez nią zasada brzmiała: nie zaglądać do szafek i liczyć wyłącznie to, co pozostaje na widoku. Druga zasada: przedmioty nie powinny być liczone bezpośrednio w domu badanej rodziny, tylko na podstawie wykonanych tam zdjęć. W domu badacz mógł zostać rozproszony pytaniem zadanym mu przez badanego lub też po prostu zapomnieć, ile przedmiotów naliczył; poza tym dzięki zdjęciom możliwa była ponowna weryfikacja wyników. Badacze mieli starannie sklejać zdjęcia, żeby uniknąć podwójnego zliczania przedmiotów. Dopiero wtedy mogli zacząć inwentaryzację: ile było tam obrazów? Ile komputerów? Ile krzeseł? Następnie mieli przypisać przedmioty do odpowiednich kategorii.

Naukowcy z CELF zgromadzili ogromną ilość danych – poświęcili na to cztery lata. Siedem lat trwała ich analiza.

„Opis i cyfryzacja danych zajęły nam mnóstwo czasu. Podobnie jak zrozumienie, o co w tym wszystkim chodzi” – wspomina Arnold.

Ostatecznie zgromadzono cztery terabajty danych. Badane rodziny nagrały czterdzieści siedem godzin materiału filmowego. Członkowie zespołu Ochs nakręcili 1540 godzin materiału filmowego i zrobili 19 987 zdjęć. Policzyli też całe mnóstwo rzeczy.

Lata mijały, stosy materiału dowodowego rosły; niektóre z poczynionych obserwacji i obliczeń zdumiały badaczy. Byli naprawdę zdziwieni, jak mało czasu dorośli spędzają w swoich ogrodach – średnio mniej niż piętnaście minut tygodniowo, nawet jeśli wydali sporo pieniędzy na meble ogrodowe i zestawy do grilla. Byli zaskoczeni „dzieciocentrycznością” wszystkich domów. Trzydzieści jeden rodzin z trzydziestu dwóch trzymało w swoim salonie na dobrze eksponowanym miejscu odznaczenia, wstęgi, trofea, dyplomy i tiary z konkursów piękności, żeby pokazać innym, jak dobrze radzą sobie ich latorośle. Badacze byli też, mówiąc bez ogródek, zszokowani tym, co uchodzi dzieciom płazem. Pewnego razu na przykład matka powiedziała swojemu synkowi i swojej córeczce, że musi wykonać służbowy telefon. „To nie będzie długo trwało – wyjaśniała – ale to bardzo ważna rozmowa z ważnymi ludźmi z pracy”. Zapytała dzieci, czy mog­łyby być cicho przez parę minut. Chwilę po tym jak wystukała numer, synek jak na zawołanie zaczął walić z całych sił w perkusję, a córeczka – grać na trąbce, i to najgłośniej, jak potrafiła.

Jednak przede wszystkim wprawiła ich w osłupienie liczba rzeczy, jaką posiadały badane rodziny. W najmniejszym domu o powierzchni 90 metrów kwadratowych jedynie w dwóch sypialniach i salonie znajdowało się 2260 przedmiotów. I pamiętajmy, że chodzi tylko o te umieszczone na widoku. Ta liczba nie zawiera niczego, co domownicy włożyli do szuflad czy upchnęli w kuchennych szafkach.

Inne domy były podobnie zagracone. Średnio każda rodzina posiadała 39 par butów, 90 płyt DVD lub kaset wideo, 139 zabawek, 212 płyt CD i 438 książek i czasopism. Dziewięć na dziesięć rodzin miało tak dużo rzeczy, że część domowego wyposażenia lądowała w garażu. W przypadku trzech czwartych badanych w ich garażu nie było już miejsca na to, co według projektantów tego pomieszczenia powinno się tam znajdować, czyli samochód.

Nie ulegało wątpliwości, że rodziny te – typowe rodziny klasy średniej – miały dużo rzeczy. Tyle że jeśli się nad tym zastanowić, to „dużo rzeczy” niekoniecznie oznacza nadmiar. „Dużo rzeczy” może oznaczać zbiór książek, nagrań, płyt CD, ubrań czy zabawek, schludnie uporządkowanych, starannie poskładanych, ułożonych w porządku alfabetycznym, według kolorów lub ze względu na rozmiar. Zdaniem Arnold, aby móc mówić o nadmiarze, muszą być spełnione trzy warunki. Pierwszy to duża liczba rzeczy, drugi to bałagan, trzeci to brak przypisanego przedmiotom miejsca – na przykład zabawki walające się po całym domu, od salonu, przez łazienkę i korytarz, aż po garaż.

Z tym wszystkim – to znaczy mnóstwem przedmiotów, bałaganem i brakiem odpowiedniego miejsca dla każdej rzeczy – stykali się w domach uczestników badania naukowcy z CELF; ich zdaniem podobnie wyglądają dziś także domy innych przedstawicieli klasy średniej. Przeprowadzone badanie, najbardziej szczegółowa praca tego typu, pozwoliło na wyciągnięcie wniosków, które zamieścili w końcowym raporcie „Life at Home in the 21st Century” (Życie codzienne w XXI wieku). Z powodu „samej liczby wytworów kultury materialnej”, jakie znajdują się dzisiaj w naszym posiadaniu, a także dlatego, że żyjemy w „najbardziej zasobnym materialnie społeczeństwie na przestrzeni dziejów, w którym dobytek przeciętnej rodziny jest dużo większy niż kiedykolwiek wcześniej”, znajdujemy się w punkcie przełomowym – punkcie „materialnego wysycenia” – i zmagamy się ze „zdumiewającym nadmiarem”. Jako jednostki i jako społeczeństwo doświadczamy „klęski nadmiaru”.

 

Oczywiście pojawia się tu kilka zastrzeżeń dotyczących tego badania i jego wyników. Czy naprawdę możemy uogólniać obserwacje dotyczące trzydziestu dwóch rodzin z Los Angeles na całą klasę średnią w Stanach Zjednoczonych? Zauważcie jednak, że wybrano rodziny, które były typowymi gospodarstwami domowymi z klasy średniej, a ich członkowie wykonywali typowe dla tej klasy społecznej zawody, osiągali typowe przychody, mieszkali w typowych domach, a rodziny te miały typową strukturę. Wybrano je, ponieważ ich życie odzwierciedlało życie podobnych im ludzi. Zespół CELF całymi miesiącami szukał rodzin, które spełniałyby te warunki. Dlatego uważam, że tego typu uogólnienia są nie tylko dopuszczalne, ale nawet wskazane, przynajmniej jeśli chodzi o amerykańskie rodziny klasy średniej.

W innych krajach klęska nadmiaru wygląda rzecz jasna inaczej. Ale nawet jeśli uważacie, że przynajmniej pod pewnymi względami najmocniej dotknęła ona mieszkańców USA, to jestem pewien, że reszta postindustrialnego świata odczuwa jej skutki w niewiele mniejszym stopniu – ponieważ wszędzie tam mamy do czynienia z podobną popularnością konsumpcjonizmu. Pomyślcie o stylu życia i domach Brytyjczyków, Francuzów, Japończyków, Niemców, Australijczyków, mieszkańców Hong Kongu, Singapuru czy innego wysokorozwiniętego kraju. Pomyślcie o swoim domu i swoim życiu, o domu i życiu osób, które znacie. Macie dużo przedmiotów? Rozlewają się one po wszystkich pomieszczeniach? Wszędzie panuje bałagan? Rzeczy nie mają swojego miejsca? Zdarzyło się wam powiedzieć: „Mój dom jest kompletnie zagracony”? Wasze dzieci mają zbyt dużo zabawek? Ile, waszym zadaniem, płyt DVD, książek, czasopism i par butów znajduje się w przeciętnym gospodarstwie domowym? Czy w waszym garażu jest jeszcze miejsce na samochód?

Naturalnie nie każdemu dane jest doświadczyć klęski nadmiaru. Setki milionów ubogich chciałoby mieć tego rodzaju problemy. A jednak nasza materialistyczna kultura doprowadziła do tego, że wielu milionom ludzi kończy się miejsce w szafach, szafkach, komodach, a nawet w garażach. Klęska nadmiaru przybrała największe rozmiary w Stanach Zjednoczonych, ojczyźnie konsumpcyjnego stylu życia i miejscu, gdzie jest on najbardziej widoczny. Jednak problem nadmiaru nie jest wyłącznie problemem Ameryki. To problem zamożnej klasy średniej z całego świata.

Czytając to, być może zastanawiacie się, czy „klęska” nie jest zbyt mocnym słowem. Czy nie powinniśmy pojęcia „klęska” zarezerwować wyłącznie dla zjawisk, które stanowią zagrożenie dla psychicznego i fizycznego zdrowia wielu osób? Jak się okazuje, posiadanie zbyt dużej liczby przedmiotów stwarza takie zagrożenie, a zatem słowo „klęska” jest jak najbardziej na miejscu. Według pewnych przełomowych badań, które do tej pory nie budziły większego zainteresowania, nadmiar wiąże się z szeregiem określonych negatywnych skutków. Najbardziej niepokojącym z nich – według psychologów – jest zwiększenie ryzyka zgonu. Mówiąc wprost, w sposób charakterystyczny dla ostrzeżeń dotyczących zdrowia czy nagłówków gazet i bez tego całego naukowego żargonu – nadmiar zabija.

Nadmiar zabija[2]

Latem 2013 roku Darby Saxbe już od jakiegoś czasu żyła na wolniejszych obrotach. Gdybyście mieli okazję z nią wtedy porozmawiać, moglibyście dowiedzieć się, co nadmiar zrobił z jej życiem; nie zabił jej wprawdzie, ale przysporzył wiele zmartwień. „Potrzebujemy więcej miejsca” – powiedziałaby wam najprawdopodobniej przez swój zestaw słuchawkowy Bluetooth, gnając z jednej strony miasta na drugą, żeby odwieźć dwójkę dzieci do szkoły – opiekę nad nimi łączyła z pracą zawodową i poszukiwaniami nowego domu. „Obecnie mieszkamy w niewiarygodnie małym domu (niecałe osiemdziesiąt metrów kwadratowych) i dosłownie toniemy w gratach. Dzieciaki nieustannie wywlekają zabawki z pudełek i roznoszą je po całym domu. Pod nogami stale mam kawałki plasteliny”.

Saxbe jest długowłosą energetyczną brunetką o niebieskich oczach, wykształconą na uniwersytecie zaliczanym do elitarnej Ligi Bluszczowej. Do swojej dziedziny, psychologii, podchodzi z entuzjazmem typowym dla początkujących naukowców – to ten sam zapał, który odczuwała Jeanne Arnold, kiedy lata temu zaczęła zajmować się kulturą Czumaszów. Latem 2013 roku Saxbe zdobyła etat wykładowcy na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles (UCLA). Bez wątpienia pomogła jej w tym praca w zespole CELF razem z doktor Reną Repetti z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Dzięki tej pracy zapoznała się też bliżej z problemem nadmiaru.

„W dzisiejszych czasach tylu ludzi po prostu tonie w przedmiotach, czują się nimi całkowicie przytłoczeni” – stwierdza Saxbe.

„Tonięcie” i „przytłoczenie” to nie są obiektywne terminy naukowe, z czego Darby Saxbe doskonale zdaje sobie sprawę. Jednak problem osobistego rzeczozmęczenia związanego z domową przestrzenią również trudno ująć w obiektywnych kategoriach. Nie ma konkretnej liczby ani prostej zasady, która mówiłaby „Więcej niż x przedmiotów na metr kwadratowy oznacza nadmiar”. Niektórzy doskonale radzą sobie z mnóstwem przedmiotów. Niektórzy w ogóle nie zwracają uwagi na bałagan. Są także tacy, którym dużo przedmiotów wokół poprawia samopoczucie. Istnieją tylko dwa sposoby, żeby stwierdzić, czy ktoś uważa swoją sytuację za „klęskę nadmiaru”. Należy taką osobę o to zapytać lub zmierzyć jej poziom kortyzolu w ciągu dnia. W badaniach CELF Repetti i Saxbe wykorzystały obie te metody.

Pracowały z trzydziestoma spośród trzydziestu dwóch rodzin zaangażowanych w projekt, wyłącznie z osobami dorosłymi. Każdej uczestniczącej w badaniu parze wręczyły kamerę i poprosiły o sfilmowanie przechadzki po domu, opisanie go własnymi słowami, a także opowiedzenie o rzeczach, które badani uważali za ważne.

Następnie wręczały każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie torbę fiolek, do których badani mieli zbierać próbki swojej śliny w regularnych odstępach czasu. Pierwsza próbka powinna zostać pobrana zaraz po przebudzeniu, kolejna tuż przed zjedzeniem lunchu, następna po wyjściu z pracy i ostatnia przed położeniem się do łóżka. A co w przypadku, gdyby badanym zaschło w ustach z powodu zdenerwowania?

„To proste. Powiedziałyśmy im, żeby pomyśleli o czymś smacznym, to pobudza wydzielanie śliny – opowiada Darby. – W wypadku większości ludzi sprawdza się stek, ponieważ trzeba go dość długo przeżuwać. Ale równie dobrze mogą to być truskawki, nektarynki lub czekolada – każdy rodzaj jedzenia wywoła taki efekt”.

Saxbe i Repetti chciały porównać wyniki obu tych badań i odpowiedzieć na pytanie, czy na podstawie tego, jak ludzie czują się w swoich domach (wskaźnikiem były wypowiedzi badanych), można przewidzieć, jak sobie radzą (lub nie radzą) ze stresem (wskaźnikiem był w tym przypadku poziom kortyzolu). Rezultaty były zdumiewające. Na tyle zdumiewające, że Saxbe dwukrotnie sprawdziła wyniki, aby upewnić się, że odpowiednio je skorygowała, biorąc pod uwagę wpływ takich czynników jak neurotyzm badanych, depresyjny nastrój i poziom zgodności małżeńskiej. Jednak wyniki wciąż mówiły to samo.

Badaczki zebrały nagrany materiał i sporządziły transkrypcje z przechadzek po domu. Każda z nich trwała średnio 15–20 minut. Po obejrzeniu nagrań i ich analizie Saxbe i Repetti uświadomiły sobie, że w trakcie przechadzek z kamerą ludzie poruszali cztery główne tematy. Mówili o rzeczach związanych z naturą, używając takich słów jak „na zewnątrz”, „podwórko”, „grill”, „żywopłot”. Opowiadali o swoim domu jako o miejscu odpoczynku i relaksu słowami takimi jak „wygodny”, „zaciszny”, „przytulny”. Narzekali na niedokończone remonty, a w ich wypowiedziach pojawiały się słowa „naprawa”, „przeróbka”, „odświeżenie”, „niewykończony”. Skarżyli się także na wygląd swoich domów, mówiąc „nadmiar”, „zabałaganiony”, „zagracony”, „niezorganizowany”, „zdezorganizowany”, „chaotyczny”. Repetti i Saxbe za pomocą programu komputerowego policzyły, ile razy uczestnicy badania użyli słów, które można zaliczyć do jednej z tych czterech kategorii.