RzeczozmęczenieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

Stuffocation. Living More with Less

Copyright © 2013, 2015 by James Wallman

First published by Crux Publishing 2013.

This revised edition published by Penguin Books 2015.

All rights reserved.

Przekład

Katarzyna Dudzik

Redakcja i korekta

Maria Brzozowska, Elżbieta Krok

Skład i okładka

Tomasz Brzozowski

Zdjęcie na okładce

© Shutterstock / Ira Shumejko

Cytatów z Żywotu Briana Monty Pythona © Graham Chapman, John Cleese, Terry Gilliam, Eric Idle, Terry Jones and Michael Palin, 1979 autor użył za zgodą Python (Monty) Pictures Ltd.

Fragmentów The Medium Chill © David Roberts, Grist.org, 2011 autor użył za zgodą Grist Magazine Inc.

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-65743-64-0


Insignis Media

ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków

telefon / fax +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Dla Thiru, Indy-May i Woody’ego

oraz Jacka, Pam, Guya i Elsie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Posiadamy zbyt wiele

Pewnego niedzielnego wrześniowego poranka 2010 roku Ryan Nicodemus obudził się w pokoju, w którym nie znajdowało się nic oprócz łóżka. Na zewnątrz niebo było błękitne. Wiał lekki wiatr. Ludzie rozpoczynali nowy tydzień, sączyli kawę, wsiadali do swoich samochodów, kierowali się na północ, do Dayton, i na południe, do Cincinnati. Dzień jakich wiele.

Nicodemus, Amerykanin irlandzkiego pochodzenia o kwadratowej szczęce, przypominający z wyglądu filmowego gwiazdora Bena Afflecka, wstał i zmrużył oczy. W pokoju nie było żadnej lampki nocnej ani stolika, żadnych zdjęć; nic oprócz łóżka, na którym spał, i prześcieradła, którym się przykrywał.

Odrzucił pościel na bok i stąpając cicho po nakrytej dywanem podłodze, minął puste szafy i wyszedł na korytarz. Dom został ogołocony ze wszystkiego. Słychać było tylko ten niesamowity dźwięk.

„Ta odbijająca się echem od ścian cisza była trochę upiorna” – opowiadał Nicodemus.

Gdybyście to wy się tam obudzili, pomyślelibyście, że wciąż śnicie jakiś surrealistyczny sen. W tym śnie znajdujecie się w dziwnym domu dzień po tym, jak jego właściciele wyprowadzili się i zostawili wszystkie swoje rzeczy w pudłach i workach na śmieci przy schodach.

Nicodemus zszedł na dół. Podniósł pudło, przeczytał napis na etykiecie – „Różności nr 7” – i odłożył je na bok. Podniósł następne „Kuchenne graty nr 2” – i zrobił to samo. Podnosił i odkładał kolejne pudełka, aż znalazł to podpisane „Łazienka nr 1”. Pogrzebał w środku. Wyciągnął żel pod prysznic, pastę do zębów i szczoteczkę. Zabrał się do worków na śmieci i gmerał w nich, aż wyciągnął ręcznik. Mocno je potem związał, zamknął też pudła i poszedł na górę wziąć prysznic.

Woda spływała po jego ciele, a Nicodemus zastanawiał się, jak się teraz czuje. Dziwnie? Lepiej? Dom opróżniony ze wszystkich przedmiotów to dobry czy zły pomysł? Jak widzicie, to nie był sen. To był eksperyment.

Nicodemus miał wówczas dwadzieścia osiem lat i dobrze sobie radził w życiu. Miał dziewczynę, dom i pracę. Zarabiał przeszło sto tysięcy dolarów rocznie, zarządzając sklepami firmy telekomunikacyjnej Cincinnati Bell. Lubił swoją pracę. Lubił ludzi, z którymi pracował. Cieszyło go, gdy widział, jak rozwija się kariera jego pracowników. Pomagał im czasem sprzedać kilka produktów więcej, żeby mogli otrzymać premię lub wygrać motywacyjną wycieczkę na Hawaje. Nosił garnitury Brooks Brothers, buty za trzysta dolarów i krawaty za sto. Miał sto krawatów po sto dolarów każdy. W weekendy wraz z przyjaciółmi ruszał na przejażdżkę swoim quadem wartym osiem tysięcy. Grał na Xboxie i oglądał filmy na 53-calowym samsungu. Jeździł nowiutką toyotą tacomą niebieski metalik – to jeden z tych gadżetów dla dużych chłopców, który wygląda jak powiększony do rozmiarów prawdziwego samochodu zabawkowy pikap.

„Gdybym jako osiemnastolatek usłyszał od kogoś, co będę posiadał w wieku dwudziestu ośmiu lat – opowiadał teraz Nicodemus – byłbym najbardziej podekscytowanym osiemnastolatkiem na świecie. Powiedziałbym mu: »Żartujesz sobie? To najcudowniejsze życie, jakie tylko można sobie wyobrazić!«”.

Ale dziesięć lat później Nicodemus już tak nie myślał. Nie był szczęśliwy. Był zagubiony.

„Czułem się jak niewdzięcznik – zwierzył mi się. – Przecież miałem wszystko, czego zawsze pragnąłem”.

Pracował więc dalej i dalej wydawał pieniądze, mając nadzieję, że to uczucie po prostu zniknie. Ale niezależnie od tego, ile zarabiał i ile rzeczy kupował, wciąż czuł to samo. Potem naszła go pewna myśl. Być może popełnił błąd. Być może jego wzór na szczęście był błędny.

Wzór na szczęście

Nicodemus dorastał w biedzie. Jego rodzinne miasto to dwudziestotysięczne Lebanon w stanie Ohio, gdzie średni roczny dochód na głowę mieszkańca wynosi dwadzieścia tysięcy dolarów. Kiedy jego rodzice rozstali się, Nicodemus został w zdewastowanym mieszkaniu z matką zbyt zaprzątniętą alkoholem i narkotykami, żeby zawracać sobie głowę sprzątaniem, karaluchami czy swoim synem. Mając dwanaście lat, wprowadził się do ojca, Erica. Prowadził on niewielką firmę – „Nicodemus – malowanie i tapetowanie”. Był żarliwym świadkiem Jehowy. W jego domu panował idealny porządek. Ryan miotał się jak ryba w sieci między Bogiem swojego ojca a demonami swojej matki – brał narkotyki, chodził do kościoła, objadał się. Chyba nie dało się tego uniknąć.

Podczas wakacji, kiedy pracował dla swojego ojca, Ryan zobaczył, jak ci, którym się powiodło, urządzają swoje domy, i uświadomił sobie, że wydają się cieszyć tym rodzajem szczęścia, którego sam szukał.

Pewnego dnia ojciec i syn, ubrani w drelichy, jak zwykle wykonywali swoją pracę. Dom, który teraz remontowali, był podobny do innych. Wszystko było w nim nowe i nowoczesne, oprócz staromodnego zegara szafkowego w przedpokoju. Kiedy Ryan przygotowywał pomieszczenia, zdejmując ze ścian rodzinne zdjęcia, zauważył, że uwiecznieni na nich ludzie wyglądają na naprawdę szczęśliwych. Tego ranka właściciele domu również wydawali się szczęśliwi. Może naprawdę tacy byli. Ryan rozglądał się wokół i myślał: „to właśnie w takim ładnym, typowym dla klasy średniej domu mieszka szczęście”.

„Tato, ile musiałbym zarabiać, żeby pozwolić sobie na taki dom?” – zapytał.

„Około pięćdziesięciu tysięcy dolarów rocznie, synu” – odpowiedział Eric szorstkim „ojcowskim” tonem.

To było takie proste. Wiadomo było, jak wygląda szczęście – tak jak wnętrze tego domu. I wiadomo było, ile kosztuje – pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Nicodemus dopuścił do tego wielkiego sekretu (szczęście = pięćdziesiąt tysięcy dolarów rocznie) swojego najlepszego przyjaciela, Joshuę Fieldsa Millburna[1].

Dzisiaj Fields Millburn jest szczupły i przystojny. Wygląda jak młodsza wersja aktora Christophera Walkena. Ma gęste blond włosy, które zaczesuje do góry, tak samo jak Walken. Jego uśmiech to coś pomiędzy „proszę, jaki jestem wspaniały” a „proszę, wysłuchaj mnie”. Wówczas jednak niczym nie różnił się od Nicodemusa: był otyłym nastolatkiem z rozbitej rodziny.

Po ukończeniu szkoły Fields Millburn i Nicodemus wypruwali sobie żyły, żeby podstawić właściwe dane do swojego wzoru na szczęście. Kilka lat później osiągnęli w wyniku magiczną kwotę. Co by oznaczało, że powinni być szczęśliwi, prawda? Gdyby tylko życie było takie proste… Fields Millburn wkrótce rozpracował to zagadnienie.

„Wzór jest nieprawidłowy – oznajmił Nicodemusowi pewnego dnia. – Nie uwzględniliśmy inflacji. Być może nie chodzi o pięćdziesiąt tysięcy dolarów, a o osiemdziesiąt tysięcy”.

Teraz wszystko nabrało sensu. Przecież inflacja sprawia, że wszystko kosztuje więcej, a zwłaszcza te rzeczy, których pragniecie najbardziej, te naprawdę fajne. A jeśli cena fajnych rzeczy rośnie, więcej też kosztuje fajne życie.

Zatem wciąż pracowali, wydawali i rywalizowali. Nicodemus kupił stusiedemdziesięciometrowy dom. Dom Fieldsa Millburna miał przeszło sto osiemdziesiąt metrów. Nicodemus jeździł toyotą, Fields Millburn – lexusem. Nicodemus posiadał sto krawatów. Fields Millburn krawatów akurat nie miał aż tylu, posiadał za to siedemdziesiąt koszul Brooks Brothers i piętnaście garniturów z tejże firmy – o trzy więcej niż Nicodemus.

Nieważne jednak, ile zarobili ani co sobie kupili, ani że mieli więcej niż wcześniej, ani czy jeden miał więcej niż ten drugi. Za każdym razem pojawiał się przed nimi następny skorygowany o wartość inflacji cel; ich wzór nie działał. Było tak, jakby próbowali chwycić garniec złota na końcu tęczy. W końcu Fields Millburn zadał sobie kolejne pytanie: a jeśli muszą uwzględnić nie tylko inflację? A może ich wzór na szczęście jest całkowicie błędny?

 

„Oczekiwałem, że pewne rzeczy przyniosą mi szczęście, ale tak się nie stało – opowiadał mi teraz Fields Millburn. – W rzeczywistości było na odwrót. Nie byłem szczęśliwy. Byłem zestresowany, niezadowolony, wpadłem w długi. Byłem tym wszystkim przytłoczony. W końcu pojawiła się u mnie depresja”.

Mniej więcej w tym samym czasie natknął się w internecie na ludzi, którzy mieli zupełnie inną wizję szczęścia. Mówiono o nich „minimaliści”. Uważali, że najlepszy sposób na osiągnięcie szczęścia to mieć mniej, nie więcej. Jeśli to zadziałało w ich przypadku, być może mogło zadziałać także u niego. Warto było spróbować.

A gdyby koniec końców takie rozwiązanie okazało się nieskuteczne, a oni dowiedzieliby się o tym już po wyrzuceniu wszystkich swoich rzeczy? Przyjaciele przygotowali zatem plan. Żeby przekonać się, czy będą szczęśliwsi, posiadając mniej przedmiotów, postanowili przeprowadzić eksperyment. Spakowali wszystkie rzeczy w domu Nicodemusa do pudeł i worków – jak przy przeprowadzce. Za każdym razem, kiedy Nicodemus czegoś potrzebował, musiał wyciągnąć to z powrotem. Eksperyment miał trwać dwadzieścia jeden dni. Przeczytali, że właśnie tyle czasu potrzeba, żeby wyrobić w sobie nowy nawyk. Po upływie tego czasu Nicodemus miał dowiedzieć się, jak wielu rzeczy naprawdę potrzebuje i czy jest szczęśliwszy, posiadając mniej.

I tak właśnie było. Nigdy nie wypakował wszystkich rzeczy upchniętych w pudłach i workach. Choć kilka z nich oczywiście wyjął. Kiedy obudził się tego ranka w ciszy odbijającej się echem od ścian, poszedł po szczoteczkę do zębów, pastę i ubrania, w których miał pójść do pracy. Wyciągnął jeszcze nóż, widelec, łyżkę i talerz, ponieważ potrzebował tych rzeczy każdego dnia.

Ale kiedy minął dziesiąty dzień, Nicodemus nie wydobył już niczego więcej. W tym momencie zdał sobie sprawę, że ma wszystko, czego potrzebuje. To nie echo w pustym domu było dziwne. Dziwne było marnotrawstwo.

„Uświadomiłem sobie, że używałem zaledwie niewielkiego procentu rzeczy, które posiadałem – wspomina. – Było coś surrealistycznego w tym, jak wiele wydałem na niepotrzebne zakupy”.

Martwił się, co pomyśli o tym wszystkim jego dziewczyna, ale ona uznała, że to całkiem zabawne.

„Weszła do salonu z szerokim uśmiechem na twarzy – opowiadał Nicodemus – i zapytała: »Kochanie, nie widziałeś gdzieś łyżki?«”.

Zadowolony, że ma tyle, ile mu potrzeba, Nicodemus pozbył się zapakowanych w pudła i worki przedmiotów. Część sprzedał na Craigslist i eBayu. Część rozdał. Jego ojciec pojechał do kościoła ciężarówką wypakowaną po brzegi darami. Nicodemus rozpoczął nowe życie z dużo mniejszym zasobem dóbr materialnych.

Wielu z nas na pewnym etapie zastanawiało się, czy jesteśmy naprawdę zadowoleni ze swojego losu; czy nie pracujemy tylko po to, żeby płacić za przedmioty, które posiadamy; czy naprawdę potrzebujemy tych wszystkich rzeczy zagracających nasze domy i życia. Co jakiś czas, żeby uciszyć ten dociekliwy głos, robimy generalne porządki, mniej czasu spędzamy w pracy, a więcej w domu, angażując się w to, co sprawia nam przyjemność – i na tym się kończy. Nicodemus poszedł dalej. Podczas generalnych porządków spakował wszystko, co posiadał, i większość z tego pozostała zamknięta w workach i pudłach, dopóki komuś tego nie oddał. Przestał pragnąć nowych rzeczy. Przestał je kupować. Nie pracował już tyle godzin, żeby zapłacić za przedmioty, których nie potrzebował. Rozpoczął życie, w którym przestał być przytłoczony rzeczami. Zamiast realizować swoje materialistyczne aspiracje, zaczął dążyć do innych celów, takich jak zdrowie i dobre relacje z innymi. To poskutkowało. Obecnie – jak powtórzył mi już wiele razy – jest dużo szczęśliwszy. Dlaczego? Dlaczego mniejsza liczba rzeczy oznacza szczęście? I czy ten nowy wzór na jego osiągnięcie sprawdził się tylko u Nicodemusa, Fieldsa Millburna i garstki im podobnych, czy też ma może szansę zadziałać także i w waszym wypadku?

Czy ty również odczuwasz rzeczozmęczenie?

Rzeczozmęczenie to historia jednego z najbardziej dotkliwych schorzeń współczesności, którego istnienie dopiero zaczynamy sobie uświadamiać. Opowiada o tym, jak wy, ja i całe społeczeństwo, zamiast czuć się bogatsi dzięki przedmiotom, które posiadamy, czujemy się nimi przytłoczeni. Więcej nie oznacza już dla nas, tak jak kiedyś, czegoś pozytywnego; więcej oznacza więcej kłopotów, więcej obowiązków, więcej powinności. W naszym zabieganym, przeładowanym bodźcami świecie więcej nie znaczy już lepiej. Więcej to gorzej. Przeciążeni, duszący się nadmiarem, cierpimy na chorobę, którą ja nazywam rzeczozmęczeniem.

Nicodemus nie jest jedyny. W tej chwili miliony ludzi na całym świecie czują, że posiadają zbyt wiele. Zacznijmy od tego, że blog oraz książki Nicodemusa i Fieldsa Millburna o tym, jak żyć, kupując mniej, mają dwa miliony czytelników rocznie. Dwanaście milionów osób – to łączna liczba mieszkańców Nowego Jorku i Los Angeles albo liczba mieszkańców aglomeracji londyńskiej – widziało w internecie film The Story of Stuff (Opowieść o rzeczach) opowiadający o niszczycielskim wpływie materializmu na środowisko[2]. Po tym jak widzowie tego filmu dowiedzieli się, że na każdy worek śmieci przypada siedemdziesiąt worków zawierających odpady powstałe przy produkowaniu dóbr, których pozostałości ostatecznie trafiły do pierwszego worka, większość z nich prawdopodobnie zechce ograniczyć liczbę przedmiotów w swoim życiu. Osób, które myślą podobnie, jest znacznie więcej.

Politolog Ronald Inglehart od 1970 roku badał postawy ludzi wobec dóbr materialnych. Początkowo przeprowadził badania w sześciu krajach – we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Francji, RFN, Holandii i Belgii. Wyniki pokazały, że dla czterech osób na pięć liczyły się przede wszystkim wartości materialne. Większość ludzi koncentrowała się głównie na tym, ile zarabiają i ile przedmiotów posiadają, a nie na jakości swojego życia[3].

Od tamtej pory politolodzy regularnie przeprowadzali podobne badania w ponad pięćdziesięciu krajach. Wnioski są oczywiste: nie jesteśmy już takimi materialistami jak kiedyś, skoro w dzisiejszych czasach tylko mniej więcej jedna osoba na dwie kieruje się wartościami materialistycznymi. „Obecnie prawie połowa ludzi to postmaterialiści” – twierdzi Inglehart. Może ich być nawet więcej.

Kiedy kilka lat temu jedna z największych agencji reklamowych na świecie przeprowadziła ankiety w krajach takich jak Wielka Brytania, Francja i Stany Zjednoczone, okazało się, że „konsumenci na rynkach rozwiniętych mają już dosyć nadmiaru”, że są „zmęczeni przymusem gromadzenia” i że połowa z nich w ostatnich latach pozbywała się swoich rzeczy lub przynajmniej się nad tym zastanawiała. Dwie osoby na trzy uważały także, że czułyby się lepiej, gdyby wiodły prostsze życie, czyli – innymi słowy – życie bez tylu rzeczy.

W 2014 roku ta sama agencja powtórzyła badania – wynikało z nich, że „wielu z nas czuje się przytłoczonych nadmiarem posiadanych rzeczy”, „większość z nas mogłaby doskonale obyć się bez prawie całego swojego dobytku” (wyróżnienia użyli autorzy raportu, nie ja) i że „dwie trzecie z nas uważa za niezwykle ważne, żeby przynajmniej raz w roku pozbyć się niechcianych dóbr”.

Jeśli te dane są prawdziwe, oznacza to, że czterdzieści milionów osób w Wielkiej Brytanii i dwieście czterdzieści milionów w Stanach Zjednoczonych aktywnie uczestniczy w procesie „odpoczywania od przedmiotów” i wolałoby, żeby ich życie było prostsze i mniej zagracone[4].

Być może też tak uważacie. Macie już dość nadmiaru? Jesteście zmęczeni przymusem gromadzenia? Czulibyście się bardziej szczęśliwi (tylko szczerze!), gdybyście mieli mniej rzeczy niż obecnie? Przejrzyjcie szuflady, szafki i półki w waszym domu, rozwiązując quiz na następnych stronach, i przekonajcie się, czy tak samo jak Nicodemus i miliony ludzi na całym świecie również odczuwacie rzeczozmęczenie.

Czy masz za dużo rzeczy?

1 Czy przedmioty, które posiadasz: a) sprawiają ci radość; b) sprawiają, że czujesz się zestresowany?

2 Czy w twoim domu: a) wszystko jest na swoim miejscu; b) niektóre pokoje to „rupieciarnie”, nienadające się do użytku z powodu zalegających tam rzeczy, które wymagają uporządkowania?

3 Kiedy ktoś, z kim mieszkasz, przynosi do domu nową rzecz, twoja typowa reakcja to: a) „Dlaczego nie pomyśleliśmy o tym wcześniej?”; b) „Gdzie my to upchniemy?”?

4 Czy: a) posiadasz tylko rzeczy, których regularnie używasz; b) masz również przedmioty, które twoim zdaniem powinna posiadać osoba, jaką chcesz się stać, na przykład klasyki literatury, które powinieneś przeczytać, gitarę, na której z pewnością nauczysz się kiedyś grać, lub ubrania, które będą na ciebie pasować, kiedy schudniesz?

5 Czy: a) z łatwością radzisz sobie z uporządkowaniem swojego dobytku; b) marzysz o tym, żeby w twoim życiu pojawiła się wróżka Rupieciuszka, która poukładałaby to wszystko, potrafiła odgadnąć, czego potrzebujesz, i pozbyła się całej reszty?

6 Czy: a) nosisz wszystkie swoje ubrania; b) masz też rzeczy, których nie założyłeś od roku lub dłużej?

7 Kiedy chcesz powiesić nową sukienką lub koszulę w twojej szafie: a) bez trudu znajdujesz dla niej miejsce; b) musisz rozsunąć ubrania, które już tam wiszą, i szybko wcisnąć nową rzecz, zanim szczelina zniknie?

8 Czy: a) w twoich szufladach panuje porządek; b) kiedy otwierasz szufladę, przedmioty wyskakują z niej, jakby rozpaczliwie potrzebowały powietrza?

9 Kiedy twoja kuchnia lśni czystością jak na zdjęciu z magazynu wnętrzarskiego, to: a) podobnie wygląda wnętrze kuchennych szafek; b) we wnętrzu szafek panuje istny chaos?

10 Jeśli masz garaż, to: a) parkujesz w nim samochód; b) trzymasz w nim tyle rzeczy, że nie ma już na niego miejsca?

11 Czy: a) cały twój dobytek mieści się w twoim domu; b) masz tyle rzeczy, że musisz wynajmować pomieszczenie magazynowe?

12 Czy „terapia zakupowa”: a) poprawia ci nastrój; b) sprawia, że czujesz się przygnębiony?

13 Czy: a) żyje ci się dobrze w naszej obecnej materialistycznej kulturze; b) martwisz się, że biorąc pod uwagę wpływ naszej kultury na środowisko, jesteśmy jak te przysłowiowe żaby w garnku, które nie czują, że stopniowo podgrzewana woda wkrótce zacznie wrzeć?

14 Czy żyjąc w społeczeństwie, które przykłada taką wagę do posiadanych przedmiotów: a) czujesz się dobrze; b) uważasz, że nie powinno tak być?

15 Przypomnij sobie swój ostatni prezent w tym roku. Być może ciocia Krysia i wujek Staszek wręczyli ci z okazji świąt Bożego Narodzenia pięknie opakowane pudełko. A może twoja mama, choć właściwie jesteś już za duży na prezenty od niej, dała ci na urodziny coś, co, jak sama stwierdziła, będzie dla ciebie idealne. Czy odruchowo pomyślałeś/aś wtedy: a) „Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, co to jest”; b) „O nie, już niczego nie potrzebuję”?

Jeśli zaznaczyłeś/aś b) przy którymkolwiek pytaniu, również i ty odczuwasz jakiś rodzaj rzeczozmęczenia.

Sherlock Holmes i tajemnica Krispy Kreme[5]

Dlaczego zatem wciąż kupujemy nowe rzeczy, skoro mamy więcej, niż potrzebujemy, i nie potrafimy sobie poradzić z tym nadmiarem? Najlepiej zilustruje to historia, którą nazywam „tajemnicą Krispy Kreme”.

W czwartek 14 lutego 2013 roku szkoccy policjanci ­zostali wezwani do – jak się początkowo wydawało – rutynowego zdarzenia. Na obwodnicy przy galerii handlowej Hermiston Gait powstał korek. Korek w innym miejscu nie miałby większego znaczenia, ale galeria Hermiston Gait znajdowała się tuż przed wjazdem na M8, najbardziej ruchliwą autostradę w Wielkiej Brytanii, łączącą dwa największe miasta Szkocji – Edynburg i Glasgow. Na komendzie postanowiono zrobić to, co w takich okolicznościach robi policja na całym świecie, to znaczy ostrzec kierowców, by unikali tego miejsca, oraz wysłać tam kilka wozów patrolowych, żeby funkcjonariusze przyjrzeli się przyczynie problemu – nowo otwartej cukierni z pączkami Krispy Kreme.

Kiedy poprzedniego dnia o godzinie siódmej rano, jeszcze przed wschodem słońca, otworzono ją po raz pierwszy, przed drzwiami stała już trzystuosobowa kolejka. Pracownicy serwowali kawę i firmowe pączki najszybciej, jak potrafili; w ciągu pierwszej godziny obsłużyli czterystu klientów, ustanawiając nowy rekord sieci. Ale nawet takie tempo okazało się niewystarczające. Nieważne, jak bardzo się starali, kolejka przed drzwiami rosła, tak samo jak wydłużała się kolejka samochodów oczekujących na zamówienia przed stanowiskiem dla zmotoryzowanych. Najpierw zakorkowała się galeria handlowa. Chwilę potem opóźnienia w ruchu pojawiły się na pobliskim rondzie. Następnego dnia zablokowany został ruch na drodze dojazdowej do M8. To właśnie wówczas przyjechała policja, by sprawdzić, o co chodzi z całą tą kolejką – i z tymi pączkami.

 

Nie wszyscy byli równie entuzjastycznie nastawieni do otwarcia nowego sklepu co oczekujący w kolejce. „Po prostu oniemiałem” – utyskiwał Tam Fry z brytyjskiego National Obesity Forum (Narodowego Forum ds. Otyłości). – Jeśli Edynburg dzisiaj ma nadwagę, to jutro będzie otyły”. Firmowy pączek w lukrze Krispy Kreme dostarcza organizmowi dwustu siedemnastu kalorii; w jego składzie znajdziemy dwadzieścia dwa gramy węglowodanów i trzynaście gramów tłuszczu. I jest to najmniej kaloryczna pozycja w menu[6]. Mówiąc wprost, pączki Krispy Kreme nie są najzdrowszą przekąską na świecie.

Ludzie kłębiący się przed sklepem dobrze o tym wiedzieli. Ci w samochodach również. Dlaczego zatem przez przeszło dwie godziny tkwili w kolejce, skoro zdawali sobie sprawę, że to, na co czekają, nie wyjdzie im na zdrowie?

Zanim stwierdzicie, że odpowiedź jest oczywista (to przecież Szkocja, ojczyzna batoników Mars smażonych w głębokim tłuszczu – sprawa zamknięta), zastanówcie się przez chwilę nad własnym zachowaniem. Wiecie, że Krispy Kreme i inne tego typu produkty to nic dobrego. A jednak co jakiś czas dajecie się skusić. Bywa, że nawet stajecie po nie w kolejce. Dlaczego?

Trudno o kogoś lepszego do rozwikłania tej zagadki niż Brian Wansink, technolog żywności, przedstawiany czasem jako „Sherlock Holmes od jedzenia”. Wansink przez ponad dwie dekady prowadził badania nad tym, dlaczego jemy to, co jemy. Rozwiązanie tajemnicy Krispy Kreme zawiera jego książka Mindless Eating (Bezmyślna dieta). „Zostaliśmy zaprogramowani tak, żeby lubować się w smaku soli, tłuszczu i cukru – napisał. – Tłuste pożywienie zapewniało naszym przodkom rezerwę kaloryczną i umożliwiało przetrwanie w okresach niedoboru żywności. Sól pomagała im zatrzymać wodę w organizmie i uniknąć odwodnienia. Cukier pozwalał odróżniać jadalne jagody od kwaśnych trujących. Dzięki naszemu upodobaniu do smaku soli, cukru i tłuszczu nauczyliśmy się wybierać jedzenie, które w najskuteczniejszy sposób utrzymuje nas przy życiu”.

Przedstawione przez Wansinka wytłumaczenie, dlaczego lubimy niektóre rodzaje pokarmów, odwołuje się do psychologii ewolucyjnej – dziedziny nauk społecznych, która potrafi wyjaśnić także kwestię ilości spożywanego przez nas jedzenia. „Nasz instynkt i miliony lat ewolucji podpowiadają nam, żebyśmy jedli tak często i tak dużo, jak to tylko możliwe” – podsumował Wansink.

Kiedy jedzenie było trudne do zdobycia, takie podejście miało rację bytu, ale w XX wieku straciło już sens. Dzięki kombajnom, nawozom sztucznym oraz odmianom roślin zapewniającym wyższe plony zaczęliśmy produkować nie tylko wystarczającą ilość żywności, ale nawet dużo więcej, niż potrzebowaliśmy.

I tak powstał nowy problem. Chociaż ten automatyczny impuls zachęcający do jedzenia tyle, ile tylko się da, nie jest już konieczny, nie potrafimy go wyłączyć jak światła w pokoju. Wszyscy jesteśmy tak zaprogramowani i wielu z nas zaczęło z tego powodu tyć. Tak wielu, że zdążyliśmy już nazwać ten problem: epidemia otyłości.

Żyjemy w erze obfitości, ale podejmujemy decyzje, posługując się narzędziami psychiki, które powstały w czasach głodu. To dość oczywiste spostrzeżenie, lecz warto o nim przypominać, zwłaszcza teraz, kiedy miliony ludzi zmagają się w swoim życiu z nadmiarem przedmiotów. Psychologia ewolucyjna to klucz do zrozumienia, dlaczego wciąż pragniemy więcej i kupujemy więcej, mimo że wcale „więcej” nie potrzebujemy.

Nasz wiek jest wiekiem dostatku[7]. Wcześniej dobra materialne były kosztowne i trudno dostępne. Na przykład ubrania były na tyle cenne, że przekazywano je z pokolenia na pokolenie. Przed epoką rewolucji przemysłowej zwykła koszula, ze względu na koszt, czas i wysiłek związany z jej wytworzeniem, była niesłychanie droga. Historyczka Eve Fisher obliczyła, że w dzisiejszych czasach byłaby warta dwa tysiące funtów[8]. Obecnie przedmioty – koszule, buty, filiżanki, samochody, okulary, książki, zabawki i wiele innych – są wszechobecne i tanie. Ale, powtórzę to jeszcze raz, nasze wrodzone popędy wciąż działają. W rezultacie miliony z nas wypełniają swoje domy i życia przeróżnymi rzeczami. Przytłoczeni nadmiarem, odczuwamy rzeczozmęczenie – jako jednostki i jako społeczeństwo. Rzeczozmęczenie to odpowiednik epidemii otyłości.

Rzeczozmęczenie to ryzyko dla zdrowia[9]

Otyłość to jeden z najpoważniejszych problemów, którym musimy stawić czoła jako jednostki i jako społeczeństwo. Nadwaga oznacza większe ryzyko zawału serca, udaru mózgu i cukrzycy typu 2 – bardzo nieprzyjemnej choroby, która może prowadzić do utraty wzroku i amputacji kończyn. Nadwaga oznacza wcześniejszą śmierć. Jeśli jesteście naprawdę otyli, umrzecie nawet dziesięć lat wcześniej. Pomimo tych wszystkich okropnych konsekwencji obecnie dwie trzecie populacji to ludzie otyli lub z nadwagą. Co niepokojące, trudno o porozumienie w kwestii rozwiązania tego gigantycznego problemu, ponieważ nikt nie wie, co tak naprawdę jest przyczyną otyłości (chociaż większość naukowców zgadza się, że winić należy połączenie czynników nazywane „wielką dwójką”, czyli za dużo jedzenia i za mało ruchu). Jeszcze większą obawę budzi wpływ, jaki otyłość może mieć na kolejne pokolenie. Z otyłością zmaga się dziś tak wiele dzieci, że mogą być one pierwszym od stu lat pokoleniem, które będzie żyć krócej od swoich rodziców. Czy uzasadnione jest zatem porównywanie rzeczozmęczenia do otyłości, biorąc pod uwagę skalę zagrożenia, jakie stanowi ta druga?

Moim zdaniem tak. Ponieważ problem rzeczozmęczenia dotyczy podobnej liczby osób co problem otyłości. Ponieważ i rzeczozmęczenie, i otyłość – chociaż istnieje dla nich wiele wytłumaczeń (ewolucyjnych, środowiskowych czy związanych z wykonywaną pracą) – ma swoją „wielką dwójkę”. Co więcej, rzeczozmęczenie, podobnie jak otyłość, szkodzi zarówno jednostkom, jak i całemu społeczeństwu. Zbyt wiele jedzenia i za mało ćwiczeń to zagrożenie dla zdrowia fizycznego pojedynczej osoby i całych populacji – i analogicznie, zbyt wiele przedmiotów i za mało doświadczeń to zagrożenie dla zdrowia psychicznego jednostki i ogólnego dobrostanu społeczeństwa.

Według coraz większej liczby ekspertów i badań, o których opowiem w tej książce, posiadając zbyt wiele, robiąc zbyt mało i prowadząc życie skupione na gromadzeniu dóbr, zaczynamy odczuwać lęk i stres. Najnowsze badania sugerują, że w niektórych przypadkach kończy się to pewnego rodzaju depresją, która może skracać życie. W ekstremalnych przypadkach śmierć może nastąpić dużo szybciej (o czym na dalszych stronach tej książki). Skoro aż dwie trzecie z nas uważa, że posiadamy zbyt wiele, rzeczozmęczenie to nasz poważny problem.

Jak konkretnie zamierzamy go rozwiązać? W naszym nowoczesnym społeczeństwie, kiedy zdajemy sobie sprawę, że jakiś produkt czy aktywność są szkodliwe dla zdrowia, wdrażamy środki zaradcze. Aby chronić nasze zdrowie, władze uchwalają odpowiednie ustawy, prowadzą kampanie informacyjne i zachęcają nas do podejmowania lepszych decyzji. Weźmy na przykład otyłość i informacje żywieniowe na etykietach, które próbują przekonać nas, żebyśmy spożywali mniej niezdrowego jedzenia, takiego jak cukier czy tłuszcze nasycone, a więcej wartościowej żywności – na przykład warzyw. Kolejny przykład to papierosy. Kiedy poznaliśmy prawdę o szkodliwych skutkach palenia, na opakowaniach papierosów pojawiły się ostrzegawcze napisy, takie jak: „Palenie szkodzi tobie i osobom w twoim otoczeniu”[10].

Zastanawiam się, czy w związku z rosnącą liczbą dowodów dokumentujących szkodliwy wpływ zbyt dużej liczby posiadanych rzeczy na naszą psychikę zobaczymy kiedyś etykiety ze szczegółowymi informacjami i ostrzeżeniami również na innych produktach. Być może rząd, coraz bardziej zainteresowany nie tylko naszym zdrowiem fizycznym, ale także psychicznym, wprowadzi obowiązek umieszczania na produktach napisów, które będą nas zachęcać, żebyśmy kupowali te przedmioty, które przyczyniają się do naszego dobrostanu, a unikali tych, które pogarszają nasze samopoczucie. Być może pewnego dnia na produktach, które tylko zaśmiecają nasze domy i przynoszą nam więcej niepokoju i stresu niż szczęścia, znajdą się ostrzeżenia w rodzaju: „Posiadanie zbyt wielu rzeczy może być szkodliwe dla zdrowia”.