Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,90  62,32 
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Audiobook
Czyta Jacek Dragun
37,90  27,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Homo sapiens — ze swoimi superplastycznymi korami nowymi i świetnie współpracującymi zmysłami — to prawdziwe żarłoki wśród informacjożerców. Mamy wyjątkowo dobrze rozwinięte umiejętności pozyskiwania, przetwarzania i porządkowania informacji, a także pozwalamy tym informacjom wpływać na to, kim jesteśmy. Natomiast kiedy zostaniemy ich pozbawieni, tak jak więzień przebywający w izolatce, potrafimy stworzyć fantastyczne, niekiedy bogate w informacje światy, którymi karmimy naszego wewnętrznego informacjożercę.

Prawidłowe funkcjonowanie naszych organów, kończyn czy innych części ciała nie wymaga zbyt wiele pracy ze strony mózgu. Najważniejszym zadaniem, które wypełnia znajdująca się w naszych czaszkach spożywająca ogromne ilości energii tkanka, jest przetwarzanie i porządkowanie informacji. Jesteśmy również bardzo wyjątkowi pod względem ilości ciepła, jakie generują te skądinąd nieruchome przecież organy, kiedy zajmują się rozmyślaniem nad bardzo często trywialnymi informacjami zbieranymi przez nasze zmysły. Dlatego też śnimy, a na jawie przez cały czas szukamy czegoś, co nas pobudzi i zaangażuje, a kiedy zostaniemy tego pozbawieni, cierpimy.

Duże naczelne znacznie odstają od pozostałych zwierząt pod względem zwykłej pracy fizycznej, jaką wykonują ich mózgi tylko podczas samego przetwarzania i organizowania informacji. Natomiast w historii ewolucji każdy skok w wielkości mózgu oznacza wzrost apetytu naszych przodków na informację, jak również wzrost ilości energii potrzebnej do jej przetwarzania.

Z uwagi na to, jak intensywnie komunikują się między sobą przedstawiciele zamieszkującego miasta gatunku homo sapiens, większość badań dotyczących konsekwencji plastyczności na przestrzeni naszej historii ewolucyjnej skupiła się na jej roli w rozwoju umiejętności takich jak język, który umożliwia przekazywanie wiedzy kulturowej oraz pielęgnację skomplikowanych relacji społecznych. Zaskakuje natomiast to, że choć nasi przodkowie stali się biegłymi użytkownikami języków stosunkowo niedawno, dużo mniej uwagi poświęcono umiejętnościom, jakie nabyli, by przetwarzać informacje nieprzekazywane za pomocą mowy. Chodzi tu o informacje, które mogli odbierać przez obserwację, słuch, dotyk oraz interakcję z otaczającym ich światem.

Łowcy-zbieracze z Kalahari nie mieli żadnych wątpliwości, jak istotne jest przekazywanie informacji za pośrednictwem kultury. Na przykład wiedza o tym, które rośliny nadają się do jedzenia i o jakiej porze dojrzewają, albo o tym, które bulwy i melony mają w sobie dość płynu, by ugasić pragnienie łowcy, były kluczowe dla ich przetrwania. Jeśli chodzi o sprawy takie jak łowiectwo, część ważnej wiedzy mogła być przekazywana słownie — na przykład, gdzie można znaleźć larwy chrząszczy liściowych diamphidia potrzebne do zatrucia grotów strzał albo które zwierzęta mają ścięgna najlepiej nadające się do produkcji cięciw. Jednak najważniejszej wiedzy nie dało się przekazać za pomocą słów. Buszmeni przekonywali, że wiedzy tej nie sposób kogoś nauczyć, ponieważ nie mieściła się ona jedynie w ich umysłach, ale również w ich ciałach, i objawiała się umiejętnościami, których nie można było zredukować tylko do słów.

Możemy jedynie spekulować, o jakie umiejętności chodzi. Wśród nich znajdują się zapewne takie jak odnajdywanie drogi czy nawigacja. Podobnie zdolność interpretacji zachowania niebezpiecznych zwierząt czy oceniania ryzyka i radzenia sobie w niebezpiecznych sytuacjach. Natomiast jeśli chodzi o łowców, były to zapewne umiejętności dedukowania szczegółowych informacji choćby z samych śladów zwierząt odciśniętych na piasku, dzięki czemu mogli napełnić swoje żołądki mięsem.


Już kilka godzin po zmierzchu piaski pustyni Kalahari pokrywają liczne ślady zwierząt, które niczym setki liter o różnych czcionkach i wielkościach tworzą plątaninę chaotycznie przecinających się linii. Dla niemal wszystkich gatunków zamieszkujących Kalahari, noc to najbardziej pracowity czas, a ich nocne przygody wypisane są na piasku i dostępne dla wszystkich, którzy potrafią je odczytać.

Kiedy słońce wznosi się coraz wyżej, a cienie stają się coraz krótsze, ślady stają się coraz mniej widoczne i trudniejsze do odczytania. Jednak dla wprawionego tropiciela nie ma to większego znaczenia. Podobnie jak my podczas czytania zdania, w którym brakuje kilku wyrazów, lub słuchania znajomych słów, ale wypowiadanych z obcym akcentem, tropiciele używają intuicji, dzięki której najpierw wyszukują, a następnie oddzielają świeże ślady od tych pozostawionych wcześniej.

Dla wyprawiających się na łowy Buszmenów Ju/’hoansi ślady stanowią niekończące się źródło rozrywki, a odciski stóp człowieka obserwują z równą uwagą jak ślady zwierząt — co znacznie utrudnia życie w społecznościach Ju/’hoansi zarówno potajemnym kochankom, jak i złodziejom.

Dorośli bardzo często dzielą się historiami odczytanymi ze śladów z dziećmi, jednak nie starają się zbytnio uczyć ich, jak owe ślady odczytywać. Zamiast tego milcząco zachęcają je do samodzielnej nauki poprzez obserwację i interakcję z otaczającym je światem. Dzieci uzbrojone w miniłuki i strzały spędzały całe dnie na tropieniu i polowaniu na liczne insekty, jaszczurki, ptactwo i gryzonie, które przemykały przez ich obozowiska. Dzięki temu, jak wyjaśniali dorośli przedstawiciele Ju/’hoansi, uczono chłopców „widzieć” i przygotowywano ich do okresu dojrzewania, w którym mieli zacząć stopniowo nabywać bardziej elitarnej zdolności przechodzenia do świata percepcji dowolnego zwierzęcia, które tropili — zdolność ta decydowała o tym, czy polowanie zakończy się powodzeniem, czy porażką.

Łowcy Ju/’hoansi postrzegają pustynię jako potężne interaktywne płótno ożywiane przez opowieści przeróżnych zwierząt, których nocne eskapady zapisują się na jego piaszczystej powierzchni. Tak jak poezja, ślady składają się z gramatyki, metryki i słownictwa. Jednak podobnie jak w wypadku poezji interpretacja jest dużo bardziej skomplikowana i zniuansowana niż tylko odczytanie i podążanie za słowami. Aby rozszyfrować kolejne warstwy znaczenia z poszczególnych śladów i ustalić, kto i kiedy je zostawił, co zwierzę robiło, i przewidzieć, dokąd mogło się przemieszczać i w jakim celu, łowcy muszą postrzegać świat z perspektywy tego zwierzęcia.

Ju/’hoansi nie oceniają wprawy łowcy w kontekście jego wytrwałości czy celności podczas strzelania z łuku. O jego wprawie świadczy po pierwsze umiejętność odnalezienia zwierzyny — często po tropieniu ciągnącym się przez wiele kilometrów — a po drugie umiejętność podejścia jej na odległość gwarantującą dobrą pozycję do strzału. Buszmeni uważają, że aby to uczynić, należy wejść w umysł zwierzęcia i postrzegać świat jego zmysłami. Jest to możliwe wyłącznie dzięki odczytaniu jego śladów.

Większość powierzchni Kalahari nie pokrywają góry ani wzniesienia, z których można by wypatrzyć pasącą się zwierzynę, a busz jest zwykle tak gęsty, że widoczność wynosi nie więcej niż kilka metrów. Można tu upolować duże zwierzęta łowne, takie jak eland, oryks czy bawolec, bez konieczności używania broni czy narzędzi. Konieczna jest jednak umiejętność odczytywania historii wypisanych na piasku.


Dzisiaj żaden Ju/’hoansi nie stosuje już techniki polowania uporczywego. Obecnie wszyscy coraz mniej liczni aktywni łowcy w Nyae-Nyae preferują polowanie na dużą zwierzynę za pomocą łuków i zatrutych strzał. Większość z nich jest już w średnim wieku i choć wciąż są sprawni, polowanie uporczywe jest przeznaczone dla młodych, „głodniejszych” mężczyzn. W latach pięćdziesiątych XX wieku kilku myśliwych wciąż było mistrzami tego typu polowania, sztuki prawdopodobnie tak starej, jak nasz gatunek, a może nawet i starszej. Sztuka ta również przypomina nam, jak wiele pracy, potrzebnej naszym przodkom do zaspokojenia ich potrzeb energetycznych, było wykonywanej przez ich mózgi i polegało na zbieraniu, filtrowaniu, przetwarzaniu i rozważaniu informacji sensorycznych dostarczanych przez otaczający ich świat.

Ewolucyjny wyścig zbrojeń w Kalahari sprawił, że najważniejsze zwierzęta łowne stały się szybkie i zwrotne, a większość polujących na nie drapieżników rozwinęła ostre pazury, stała się odrobinę szybsza i silniejsza. Jednak poza kilkoma wyjątkami ani drapieżnik, ani ofiara nie mogą się pochwalić dużą wytrzymałością. Zwierzęta takie jak lwy czy antylopy gnu nie pocą się, więc schłodzenie ciała po próbie ucieczki lub zabicia ofiary zajmuje im dużo czasu. Kiedy lew atakuje kudu albo gepard rzuca się na skocznika antylopiego, powodzenie ataku rozstrzyga się w ciągu zaledwie kilku energochłonnych sekund. Jeśli atakowanemu uda się uciec, zarówno ofiara, jak i drapieżnik będą potrzebowali trochę czasu, aby odpocząć, ochłonąć i dojść do zmysłów.

Człowiek nigdy nie wygra na krótkim dystansie ani z goniącym go lwem, ani z uciekającą przed nim antylopą. Jednak człowiek nie ma sierści i może się pocić. Jest stworzeniem dwunożnym, robi długie, proste kroki i jeśli jest taka potrzeba, potrafi biec regularnym tempem przez długie godziny.

Polowanie uporczywe to bardzo prosty koncept. W pierwszej kolejności należy znaleźć odpowiednie zwierzę, najlepiej takie, które dźwiga dodatkowy ciężar w postaci poroża, a następnie podążać za nim nieubłaganie, nie pozwalając mu na odpoczynek, nawodnienie i schłodzenie się, aż wreszcie odwodnione, przegrzane i zdezorientowane zwierzę zamiera, staje się duchem samego siebie i pozwala łowcy podejść i zwyczajnie je uśmiercić.

W latach pięćdziesiątych XX wieku Ju/’hoansi polowali w ten sposób wyłącznie na płytkich terenach depresyjnych, w których gromadziła się woda z letnich deszczy. Otaczało je lepkie, kleiste błoto, które wysuszone stawało się twarde niczym beton. Dla elanda, największej antylopy w Afryce, zwierzęcia o najsmaczniejszym zdaniem Ju/’hoansi mięsie, błoto stanowi nie lada problem. Kiedy elandy piją wodę z niecki, błoto dostaje się do szczelin w ich kopytach. Później zasycha i rozsadza je, sprawiając, że bieganie staje się bardzo bolesne. Ślady pozostawione przez obłocone kopyta są bardzo łatwe do wypatrzenia w suchym piasku otaczającym nieckę.

 

Polowanie uporczywe stosowano wyłącznie w bardzo upalne dni, kiedy temperatura powietrza sięgała czterdziestu stopni Celsjusza, a co wrażliwsze zwierzęta myślały wyłącznie o tym, żeby znaleźć cień i nie oddawać się żadnym zbędnym czynnościom. Łowca podejmował trop elanda, a następnie podążał za nim swobodnym, rytmicznym truchtem. W przeciwieństwie do polowania z użyciem łuku łowcy zależało na tym, aby zwierzę spanikowało i podążyło w stronę buszu tak szybko, jak to tylko możliwe. Wtedy, po przebiegnięciu kilku kilometrów, eland pewny, że udało mu uciec przez zagrożeniem, znajdował cień, w którym mógł złapać oddech i poczekać, aż ból w kopytach ustanie. Jednak po krótkim czasie łowcy podążający konsekwentnie jego śladem znów się pojawiali w polu widzenia i zmuszali go do kolejnego sprintu. Po trzech, czterech godzinach około trzydziestu, czterdziestu kilometrów dalej skrajnie wyczerpany eland, cierpiący na skurcze i niemogący już znieść bólu posklejanych palców, oddaje się w ręce myśliwych, którzy nie muszą nawet się skradać, tylko kładąc się na szyi antylopy i zatykając dłonią jej pysk i nozdrza, duszą ją.

Metodę polowania uporczywego stosowano nie tylko w Afryce. Rdzenni Amerykanie, Pajutowie i Nawahowie, polowali w ten sposób na widłorogi; w Meksyku myśliwi z ludu Tarahumara dusili w ten sposób wyczerpane jelenie gołymi rękami; w Australii niektórzy aborygeni polowali tak na kangury.

Ponieważ metoda ta nie pozostawia po sobie żadnych jednoznacznych śladów materialnych, nie istnieją twarde dowody archeologiczne na to, że korzystali z niej nasi ewolucyjni przodkowie. Jeśli jednak ograniczeni technologicznie homo erectus oraz inne gatunki oprócz poszukiwania żywności na równinach polowali też na żyjące tam zwierzęta, trudno przypuszczać, aby robili to w jakikolwiek inny sposób. I jeśli byli na tyle bystrzy, że patrząc na zwykły kawałek skały, potrafili znaleźć sposób na wykonanie z niego narzędzia takiego jak pięściak, z pewnością umieli się domyślić, że widoczne na ziemi ślady pozostawiło jakieś zwierzę. Dla niektórych antropologów, między innymi również dla znakomitego tropiciela Louisa Liebenberga, ślady odkryte w skamielinach są jednoznaczne. Liebenberg uważa, że homo erectus musiał polować w ten sposób i że ta metoda łowiecka z pewnością odegrała ważną rolę w procesie, w którym zmieniliśmy się w stworzenia dwunożne, rozwinęliśmy umiejętność schładzania naszych ciał przez pocenie się i nauczyliśmy się odnajdywać znaczenie tej najbardziej starożytnej formy pisma.

Liebenberg niemal na pewno ma rację. Umiejętności konieczne do prawidłowego odczytywania śladów pozostawionych na piasku wskazują na celowe działanie, które kojarzymy dziś głównie z ludźmi, oraz na obecność cech kognitywnych pozwalających na używanie gramatyki i składni w dużo bardziej zaawansowany sposób, niż robiła to Koko. Innymi słowy, rozwój umiejętności łowieckich u naszych przodków na skutek doboru naturalnego był nierozerwalnie połączony z rozwojem umiejętności posługiwania się skomplikowanymi formami mowy, jakimi są języki. Co jeszcze ważniejsze, taki rodzaj polowania mógł odegrać istotną rolę w kształtowaniu ducha społecznego oraz inteligencji społecznej, podobnie jak w budowaniu wytrwałości, cierpliwości i determinacji, które wciąż charakteryzują nasze podejście do pracy.

Również inne zdolności, które nie pozostawiły żadnych wyraźnych śladów archeologicznych, musiały mieć wpływ na rosnącą skuteczność metod pozyskiwania pożywienia przez naszych przodków. Być może najważniejszą z tych umiejętności była ta, która nie tylko umożliwiała wykarmienie ich wielkich mózgów, ale również dała początek największej i najważniejszej rewolucji energetycznej w historii człowieka: umiejętność władania ogniem.

4. Inne zalety ognia


Dla Ju/’hoansi ogień jest wielkim transformatorem. Pochodzi od bogów, którzy tworzą go przy użyciu błyskawic, lecz rozniecić go może każdy, kto ma dwa patyki albo krzemień i wie, jak to zrobić. Zmienia surowe w gotowane, ogrzewa zimne ciało, hartuje mokre drewno, aż staje się twarde jak kość, potrafi stopić żelazo. Co więcej, zmienia ciemność w jasność i zniechęca ciekawskie lwy, słonie czy hieny do napastowania śpiących ludzi. Podczas każdej pory suchej płomienie pożarów przetaczają się przez Kalahari, pustosząc ogromne obszary ziemi. Kiedy na martwe trawy spadnie pierwszy letni deszcz, zaczyna się nowy rok i nowe życie.

Szamani Ju/’hoansi utrzymują również, że ogień jest źródłem energii, która podczas uzdrawiających tańców odprawianych w płomieniach przenosi ich do pogrążonego w cieniu świata duchów, i że kiedy stąpają po rozżarzonych węglach, rozpala ich n/um, uzdrawiającą moc, która drzemie w ich brzuchach i podgrzana przejmuje kontrolę nad ich ciałami.

Gdyby ogień pozwolił szamanom przenieść się w czasie do starożytnej przeszłości, ujrzeliby w jego płomieniach, jak nasi przodkowie zmniejszyli ilość czasu i wysiłku, które musieli poświęcać na pozyskiwanie pożywienia, oraz w jaki sposób wpłynęło to na rozwój języka, kultury, opowieści, muzyki i sztuki, a także odwróciło parametry doboru naturalnego i seksualnego, czyniąc z nas jedyny gatunek, którego to mózg, a nie muskuły, ma większy wpływ na to, czy znajdziemy dla siebie partnera seksualnego. Zobaczyliby również, w jaki sposób, ofiarując naszym przodkom czas na rekreację, język i kulturę, ogień dał początek temu okropnemu, całkowitemu przeciwieństwu wypoczynku: konceptowi „pracy”.


Strącanie owoców z drzewa przy użyciu kija wymaga mniej pracy i nie jest tak ryzykowne, jak wspinanie się na drzewo i ręczne zbieranie ich z gałęzi, podobnie jak rozcinanie skóry martwego mastodonta siłą skoncentrowaną na ostrzu płatka obsydianu wymaga mniej wysiłku niż rozrywanie jej zębami, które znacznie lepiej nadają się do miażdżenia miękkich owoców czy zamieniania warzyw na łatwą do strawienia papkę. Pojawienie się w kulturze człowieka narzędzi znacznie rozszerzyło zakres pożywienia dostępnego dla naszych ewolucyjnych przodków, czyniąc ich przeciwieństwem większości pozostałych gatunków, które zaspokajały swoje potrzeby energetyczne, korzystając z bardzo wąskich niszy ekologicznych. Jednak w wypadku energii żadne fizyczne narzędzie nie doras­ta do pięt najważniejszemu narzędziu w ewolucyjnej historii człowieka, jakim jest ogień.

Około dwóch milionów lat temu australopitek potrafił pozyskiwać energię wyłącznie w sposób pośredni. Podobnie jak wiele innych gatunków spożywał w tym celu rośliny, które drogą fotosyntezy już wcześniej pozyskały, zmagazynowały i przetworzyły energię pochodzącą w większości z promieni słonecznych w łatwiejsze do spożycia formy, takie jak liście, owoce czy bulwy. Potem, około półtora milion lat temu, homo habilis rozszerzył ten model, dodając do swojego menu organizmy, które już wcześniej skoncentrowały składniki odżywcze i energię z roślin, zamieniając je w mięso, organy, tłuszcz i kości. Była to pierwsza rewolucja energetyczna naszego gatunku, ponieważ dodatkowe składniki odżywcze i energia dostarczane przez mięso, tłuszcz i kości przyczyniły się do zwiększenia mózgów homo habilis. Dzięki niej człowiek stał się mniej zależny od ubogich w energię źródeł pożywienia i tym samym mógł przeznaczyć mniej czasu na jego poszukiwanie. Jednak surowe mięso, tłuszcz i kości same w sobie nie wystarczały, aby wyżywić tak duże i energochłonne mózgi homo sapiens. Aby to umożliwić, konieczne było gotowanie jedzenia, a do gotowania niezbędny był ogień. Jego wynalezienie dało początek prawdopodobnie największej rewolucji energetycznej w historii człowieka.

Nie da się dzisiaj stwierdzić, jaki był pierwszy impuls, który skłonił naszych przodków do nauki posługiwania się ogniem. Może był nim upajający zapach spalonego mięsa, który wypełniał ich nozdrza, kiedy przeszukiwali strawione przez pożary ziemie, a może zahipnotyzowało ich śmiercionośne piękno płomieni. Nie wiemy również, który z naszych ewolucyjnych przodków pierwszy opanował ogień i kiedy to uczynił.

Podniesienie ze spalonej ziemi żarzącego się węgla i wykorzystanie go do zbudowania mniejszego paleniska, na którym można podgrzać mięso, to jedna rzecz. Ale umiejętność rozpalenia ognia w dowolnym momencie i tym samym zyskanie dostępu do niemal nieograniczonego źródła energii, to już coś zupełnie innego. Z kolei władanie ogniem nie stałoby się możliwe, gdyby w którymś momencie w odległej przeszłości nasi przodkowie nie zaczęli majstrować, wykorzystywać i celowo przetwarzać otaczające je przedmioty. Odkrycie sposobu na rozniecenie ognia musiało następować wielokrotnie, a każde z tych wydarzeń było niemal na pewno szczęśliwym przypadkiem, który wydarzył się w trakcie wykonywania lub wykorzystywania jakiegoś narzędzia w zupełnie innym celu. Niektóre populacje mogły się nauczyć rozniecać ogień podczas odkruszania odłupków z bogatej w żelazo skały, na przykład zawierającej piryt, który iskrzy się pod wpływem uderzeń. Jednak bardziej prawdopodobne jest, że nasi przodkowie odkryli sekret tworzenia ognia podczas konstruowania czegoś, co wymagało pocierania o siebie dwóch kawałków drewna.

Rozniecenie ognia w ten sposób to skomplikowany proces. Poza odrobiną zręczności konieczne jest również wyczucie i dużo lepsze zrozumienie konceptu przyczynowości niż w wypadku strącania kijem owoców z drzewa czy wypędzania termitów z kopca za pomocą gałązki. Cechy te kojarzymy ze współczesnym homo sapiens, istnieją jednak podstawy, by sądzić, że nasi ewolucyjni przodkowie korzystali z ognia na długo przed tym, jak około trzystu tysięcy lat temu na świecie pojawił się nasz gatunek.


Wonderwerk Cave, w języku afrykanerskim „jaskinia cudów”, położona jest na zbudowanym z dolomitów wzgórzu na północ od niewielkiego miasteczka Kuruman w Republice Południowej Afryki, w półpustynnej Prowincji Przylądkowej Północnej. Swoją nazwę zawdzięcza spalonej słońcem grupie afrykanerów, którzy około dwustu lat temu natrafili w jej wnętrzu na wodę. Zdaniem geologów ów cud jest zjawiskiem jak najbardziej naturalnym. To jednak nie powstrzymuje członków lokalnych kościołów apostolskich przed plądrowaniem jaskini w poszukiwaniu „świętej” wody.

Podczas gdy jaskinia Wonderwerk skłania bogobojnych do wiary w cuda, równie duże zainteresowanie wzbudza wśród paleoantropologów, którzy zajmują ostatnie miejsce w długiej kolejce ludzi poszukujących w niej nadziei i inspiracji.

Jaskinia sięga niemal sto czterdzieści metrów w głąb góry. Jej ściany i sufit łączą się w gładki łuk, który biegnie przez całą jej długość, nadając jaskini kształt wyrytego w skale hangaru. Nawet w najjaśniejsze dni światło dociera do wnętrza na około pięćdziesięciu metrów, dalej panuje absolutna ciemność. Pierwszym świadectwem historycznej wartości jaskini, jakie można zauważyć od razu przy wejściu, są ręcznie wykonane rysunki elandów, strusi, słoni i tajemniczych figur geometrycznych, zdobiące ściany wszędzie tam, gdzie dociera naturalne światło. Wykonali je około siedmiu tysięcy lat temu przodkowie rdzennych południowoafrykańskich łowców. Jednak jaskinia Wonderwerk skrywa o wiele ważniejsze, odkrywające przed nami historię pracy wskazówki niż malowane ręcznie rysunki jej względnie niedawnych mieszkańców.

U wejścia do jaskini straż trzyma wysoki na pięć metrów stalagmit w kształcie zaciśniętej pięści, znacząc jednocześnie miejsce, w którym rozpoczęto prace archeologiczne. Wykopy ciągną się do wnętrza jaskini, sięgając nawet do poziomu siedmiu metrów poniżej dna. Każda warstwa osadowa odkryta przez archeologów była kolejnym rozdziałem w długiej na dwa miliony lat historii naszego gatunku.

Najważniejsze jak dotąd znaleziska z jaskini Wonderwerk datują na milion lat temu. Są wśród nich zwęglone kości i popiół roślinny, najstarsze jednoznaczne dowody na systematyczne używanie ognia przez ludzi gdziekolwiek na świecie. Kości i popiół zostawili po sobie prawdopodobnie przedstawiciele homo erectus — pierwszych ludzi wyprostowanych, których ramiona przypominały swoją proporcją ramiona współczesnego homo sapiens. Ślady te nie tłumaczą jednak, w jaki sposób rozniecano ogień i do czego go używano.

 

Gdyby jaskinia Wonderwerk była jedynym miejscem, w którym znaleziono dowody na kontrolowane wykorzystanie ognia starsze niż pół miliona lat, można by uznać je za przypadek. Istnieje jednak dużo więcej śladów użycia ognia w innych miejscach i niektóre z nich są dużo starsze niż milion lat. W Parku Narodowym Sibiloi położonym tuż obok jeziora Turkana w Kenii archeolodzy znaleźli dowody na zbieżność występowania hominidów i śladów kontrolowanych palenisk pochodzące sprzed mniej więcej 1,6 miliona lat, jednak przy braku innych przykładów trudno jest stwierdzić, czy paleniska te występowały regularnie.

Istnieją natomiast liczne ślady używania ognia w mniej odległej przeszłości. Archeolodzy znaleźli wiele dowodów na regularne wykorzystywanie ognia przez wczesnych ludzi, którzy czterysta tysięcy lat temu zamieszkiwali jaskinię Qesem w Izraelu. Ich uzupełnieniem są szczątki uzębienia mieszkańców jaskini pochodzące z tego samego okresu. Dzięki nim wiemy, że wszyscy cierpieli na okropny kaszel będący rezultatem wdychania nadmiernej ilości dymu1. Archeolodzy znaleźli bardzo przekonujące dowody kontrolowanego posługiwania się ogniem również w innym wykopalisku w Izraelu. U brzegów leżącego na północ od doliny ryftowej Morza Martwego prajeziora Hula odkryto cały szereg, jak uważają archeolodzy, palenisk zawierających popiół dzikiego jęczmienia, oliwek i winogron oraz fragmenty opalonych kawałków krzemienia. Ich wiek szacowany jest na siedemset dziewięćdziesiąt tysięcy lat2.

Niestety znalezienie jednoznacznych dowodów na kontrolowane wykorzystanie ognia przez naszych pradawnych przodków graniczy z niemożliwością. Pierwszym problemem jest to, że ślady używania ognia są niestety zawsze nadpalone, a popiół rozwiany przez wiatr lub rozmyty przez deszcze. W zasadzie, aby można było odkryć jednoznaczny dowód, ogień musiałby być rozpalany wielokrotnie w tym samym miejscu tak długo, aż utworzyłoby się tyle popiołu, że powstałby ślad umożliwiający rozróżnienie ognia kontrolowanego od roznieconego przypadkiem.

Innym problemem jest to, że wielu „jaskiniowców” tak naprawdę nie żyło w jaskiniach, a więc jedynych miejscach, gdzie popiół i spalone kości miałyby dużą szansę zachować się dłużej niż kilka miesięcy. Większość z nich mieszkała na sawannie i spała pod gołym niebem, osłaniając się jedynie przez zmianami pogodowymi, tak jak wielu łowców zbieraczy jeszcze w XX wieku. Zgodnie z tym, co mówili Buszmeni Ju/’hoansi, nawet najbardziej wygłodniałe nocne drapieżniki trzymają się z dala od porządnie rozpalonego ognia. Innym oczywistym problemem — potwierdziliby to zapewne wszyscy dawni mieszkańcy jaskini Qesem — jest to, że ogień rozpalony w zamkniętej przestrzeni stwarza ryzyko uduszenia się, o ile wcześniej dym nie doprowadzi nas do szaleństwa.


Oprócz spalonych węgielków odkrytych w takich miejscach jak jaskinia Wonderwerk najbardziej przekonującym jak dotąd dowodem na to, że przynajmniej niektóre hominidy opanowały ogień być może już milion lat temu, jest to, że owo osiągnięcie zbiegło się z gwałtownym powiększeniem się mózgu. Pogląd ten szerzy pracujący na Uniwersytecie Harvarda archeolog Richard Wrangham.

Dawniej niż dwa miliony lat temu mózgi australopiteków przypominały swoją wielkością te, które mieszczą się dziś w czaszkach szympansów i goryli. Ich objętość wynosiła od czterystu do sześciuset mililitrów. Homo habilis, pierwszy oficjalny przedstawiciel naszego rodzaju homo, pojawił się około 1,9 miliona lat temu. Jednak jego mózg był tylko odrobinę większy od mózgu australopiteka, jego średnia objętość nieznacznie przekraczała sześćset mililitrów. Jednocześnie ślady kopalne wskazują, że były one inaczej zorganizowane niż mózgi australopiteka, a niektóre ich cechy, kojarzone dziś z charakterystyczną dla człowieka współczesnego neuroplastycznością czy wyższymi funkcjami kognitywnymi (takimi jak na przykład kora nowa), były zdecydowanie bardziej rozwinięte.

Najstarsze ślady czaszek homo erectus pochodzą sprzed 1,8 miliona lat. Ich mózgi były znacznie większe od mózgów homo habilis, co sugeruje, że w tym czasie doszło do jakiegoś wydarzenia, które spowodowało nagłe powiększenie się mózgów homo erectus. Jednakże milion lat panowania homo erectus jako najmądrzejszego z naczelnych nie był okresem znacznego powiększenia się tego organu. Sześćset tysięcy lat temu nastąpiło kolejne gwałtowne przyspieszenie rozrastania się mózgu, które zbiegło się w czasie z pojawieniem się homo heidelbergensis, po czym kilkaset tysięcy lat później na scenę wkroczyli archaiczny homo sapiens oraz neandertalczycy, których mózgi były bardzo często większe niż te, którymi dzisiaj może się pochwalić większość z nas.

Sformułowano cały szereg przeróżnych teorii wyjaśniających te dwa nagłe nasilenia się procesu powiększania się mózgu, lecz tylko jedna z nich uwzględnia ogromne zapotrzebowanie na energię, jakie towarzyszy budowie i utrzymaniu wielkich mózgów i ich kor nowych.

Nasze mózgi stanowią zaledwie 2 procent całkowitej masy ciała, lecz zużywają około 20 procent naszych zasobów energetycznych. U szympansów, których mózgi są mniej więcej trzy razy mniejsze od naszych, wielkość ta wynosi około 12 procent, a w wypadku innych ssaków mieści się między 5 a 10 procent3.

Rozwój i utrzymanie tak dużych mózgów na wegetariańskiej diecie opartej na zbieractwie byłoby niemożliwe. Nawet gdyby goryle i orangutany jadły przez cały czas, kiedy tylko nie śpią, nie byłyby w stanie spełnić ogromnych wymagań energetycznych mózgu tej samej wielkości, co nasze, spożywając jedynie dzikie owoce, liście i bulwy. Do tego niezbędne jest bardziej odżywcze pożywienie. Przejście od homo habilis do homo erectus zbiega się z dowodami archeologicznymi wskazującymi na coraz częstsze pozyskiwanie jedzenia z pożywniejszego źródła. Biorąc pod uwagę niedostateczne dowody na używanie ognia wcześniej niż pół miliona lat temu, wydaje się prawdopodobne, że gotowanie dało początek drugiemu okresowi gwałtownego wzrostu mózgu.

Mięso i organy są bogate w kalorie, aminokwasy i inne składniki odżywcze, ale surowe są oślizgłe, obrzydliwe i trudne do pogryzienia i strawienia. Choć w dzisiejszym uprzemysłowionym świecie dużo ludzi gustuje w szynce z chudego mięsa, wpływ ma na to raczej zdumiewająca kreatywność współczesnego przemysłu żywieniowego, a nie wartość odżywcza tej szynki. Łowcy-zbieracze — i w zasadzie większość populacji przed XX wiekiem — unikali chudego mięsa, takiego jak filet, na rzecz tłustszego, obrzydliwszego i przypominającego dzisiejsze odpady mięsne, ponieważ było ono dużo bardziej odżywcze. I jak zapewne potwierdziłby każdy łowca-zbieracz, połknięcie długiego, żylastego, tłustego ścięgna czy wydobycie całego szpiku z goleni bawołu jest zdecydowanie łatwiejsze, gdy najpierw się je ugotuje.

Gotowanie sprawia, że nie tylko mięso staje się smaczniejsze. Dzięki niemu zakres jadalnych roślin znacznie się rozszerza4. Liczne bulwy, łodygi, liście czy owoce, które na surowo nie dają się strawić, a często są wręcz trujące, po ugotowaniu stają się smaczne i pożywne. Na przykład spożycie surowej pokrzywy to przepis na ból. Lecz gdy ją ugotujemy, otrzymamy zdrową, zaskakująco smaczną zupę. Stąd też w środowisku takim jak Kalahari, gdzie większość roślinożerców jest zmuszona do żywienia się garstką spokrewnionych ze sobą roślin, dzięki ogniowi Ju/’hoansi włączyli do swojej diety ponad sto różnych gatunków roślin (a do tego mogli spożywać mięso pochodzące w zasadzie od wszystkiego, co się rusza), a poprzez gotowanie pozyskiwali z nich dużo więcej energii przy dużo mniejszym wysiłku.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?