Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,90  62,32 
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Audiobook
Czyta Jacek Dragun
37,90  27,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Historia ewolucji zna wiele przykładów gatunków, które w obliczu zmieniających się warunków zewnętrznych w bardzo krótkim czasie pozbyły się zbędnych, marnujących energię cech. Jednym z przykładów może być ciernik — niewielka ryba pokryta pancerzem chroniącym ją przed drapieżnikami. Gdybyśmy przenieśli populację ciernika do zbiornika wolnego od drapieżników, pancerz zaniknąłby w ciągu zaledwie kilku pokoleń, ponieważ jego wytworzenie jest niezwykle energochłonnym procesem9.

Istnieje jednak wiele przykładów stworzeń posiadających do tej pory pozostałości cech, które od dawna przestały być użyteczne, a mimo to wciąż stanowią ogromny koszt energetyczny dla swoich właścicieli. Strusie, emu i inne nieloty wciąż zachowały śladowe skrzydła, a orki pozostałości po tylnych odnóżach, ludzie natomiast mają mnóstwo takich cech, między innymi bezużyteczne mięśnie uszu, niektóre części układu trawiennego niepełniące już żadnych funkcji oraz kość guziczną, pozostałość po ogonie.

Możliwe, że budowanie i niszczenie gniazd przez wikłacze jest pozostałością po nawyku, który służył kiedyś jakiemuś oczywistemu celowi. Podobną obsesję na punkcie konstruowania gniazd podzielają liczni przedstawiciele innych gatunków ptaków z rodziny wikłaczowatych zamieszkujących Afrykę. Można więc sądzić, że odziedziczyły ją po jakimś wspólnym przodku. Według jeszcze innego intrygującego wyjaśnienia wikłacze nieustannie budują i niszczą swoje gniada tylko dlatego, że chcą w ten sposób spalić nadmiar energii.

Mieszkające na południu Afryki wikłacze maskowe są wszystkożerne. Równie chętnie pożywiają się licznymi odmianami nasion i ziaren, co bogatymi w proteiny insektami. Tymczasem podczas sezonu na budowanie gniazd niemal wcale nie zajmują się poszukiwaniem pożywienia. Przeznaczają na te poszukiwania tak mało czasu, że grupa badawcza, która przez cały trwający osiem miesięcy sezon na budowanie gniazd bardzo uważnie obserwowała zachowanie wikłaczy zmiennych, nie odnotowała żadnych prób pozyskania pożywienia, mimo że ptaki przez cały czas nieustannie zajęte były budowaniem. Badacze uznali, że w tym okresie jedzenie jest tak łatwo dostępne, że wikłacze pożywiały się spontanicznie podczas zbierania materiałów na gniazda, łapiąc dziobami bogate w energię insekty lub zjadając nasiona znalezione podczas zbierania źdźbeł10.

W niezwykle suchym okresie pod koniec zimy życie owadów ustaje niemal całkowicie i aby znaleźć pożywienie, żyjące na południu kontynentu wikłacze maskowe muszą się napracować dużo bardziej niż podczas sezonu na budowę gniazd. Od tego, jak dobrze poradzą sobie w tym trudnym czasie, zależy, które z nich dożyją do kolejnego sezonu, a które nie. Innymi słowy, podstawowym i najbrutalniejszym kryterium doboru naturalnego jest zdolność do przetrwania w najtrudniejszym okresie roku. Problem polega na tym, że te same cechy, które najbardziej przydają się w ciężkich czasach, na przykład zdolność odżywiania się dosłownie wszystkim, co danemu organizmowi uda się znaleźć, mogą się okazać kłopotliwe w okresie, kiedy pożywienia jest pod dostatkiem.

Badacze zaintrygowani tym, że wróblowate, które regularnie korzystają z zainstalowanych w ogrodach karmników, niezmiennie utrzymują szczupłą sylwetkę, zasugerowali, że mimo częstego przejadania się ptaki wykształciły mechanizmy pozwalające im kontrolować wagę i że powściągliwość w jedzeniu bynajmniej nie jest jednym z nich. Zauważyli, że kiedy jedzenia jest pod dostatkiem, wróblowate „ćwiczą” poprzez gwałtowniejsze machanie skrzydłami, latanie i inne regularne aktywności tak samo jak ludzie, którzy wydatkują energię, uprawiając sporty czy biegając11.

Jeden z ulubionych rodzajów pożywienia wikłacza daje nam pewien wgląd w kolejny zestaw zachowań, który często uważamy za unikalny dla rodzaju ludzkiego i który symbolizuje dwa najważniejsze momenty w historii, gdy chodzi o nasz związek z pracą: umiejętność uprawiania i produkowania żywności oraz zdolność do współpracy w ogromnych miastach.


Leżącą w Afryce Południowej pustynię Kalahari zamieszkują populacje najbardziej wytrwałych łowców-zbieraczy na świecie. Jest to również dom jednego z najstarszych rodów zajmujących się rolnictwem, który trudni się uprawą roli i zamieszkuje miasta trzydzieści milionów lat dłużej niż nasz gatunek.

Ślady tych starożytnych społeczności rolniczych to miliony imponujących budowli wyposażonych w kanały wentylacyjne, farmy miejskie, szkółki młodych roślin i kwatery królewskie, wszystkie połączone siecią doskonale utrzymanych arterii. Miasta te — niektóre istniejące od setek lat — zbudowane zostały ze złotych, białych i czerwonych piasków pustyni Kalahari. Ich najwyższe, mierzące nawet do dwóch metrów budynki pną się ku niebu z gracją przywodzącą na myśl iglice zaprojektowanej przez Gaudíego bazyliki Sagrada Familia w Barcelonie.

I podobnie jak Barcelona miasta te są domem dla milionów bezsennych mieszkańców, z których każdy ma do wykonania konkretną robotę. Pomijając to, że mieszkańcy ci są od nas dużo mniejsi, za ich motywacją stoi etyka pracy, o której nie śnili nawet najpracowitsi przedstawiciele homo sapiens. Termity, bo o nich mowa, rezygnują ze snu na rzecz pracy i pracują bez wytchnienia aż do śmierci.

Większość termitów to robotnicy ręczni. Ślepe, nie posiadające skrzydeł, utrzymują i konstruują najważniejsze komory i pomieszczenia, pilnują, by system wentylacyjny działał sprawnie i optymalnie, a także żywią, poją i doglądają przedstawicieli innych kast — żołnierzy i reproduktorów. Do ich obowiązków często należy również prowadzenie hodowli grzybów. Farmy grzybów znajdują się tuż pod kwaterami królowej. To tam termity uprawiają i produkują żywność dla całej kolonii. Każdej nocy termity opuszczają kopiec i udają się na zwiad. Wracają tylko wówczas, gdy ich żołądki wypełnione są trawą i wiórkami drewna. Po powrocie kierują się prosto do farm. Tam zwracają częściowo strawioną trawę oraz drewno i przystępują do lepienia przypominających labirynt konstrukcji wypełnionych zarodnikami grzybów. Odpowiednia, regulowana temperatura powietrza w ciemnych wnętrzach kopca to wymarzone warunki do ich uprawy. Z czasem grzyby rozpuszczą twardą celulozę znajdującą się w trawie i drewnie, przemieniając ją w bogate w energię, łatwe do strawienia przez termity pożywienie.

Również termity żołnierze całkowicie oddają się swojej pracy. Kiedy tylko włączy się alarm ostrzegający przed intruzami — w postaci sygnałów zapachowych przekazywanych przez termity w taki sposób, aby żołnierze mogli podążać ich śladem do miejsca wezwania — natychmiast spieszą do akcji i bez wahania poświęcają życie w obronie kolonii. A ich miasta państwa mają wielu wrogów. Jednym z najczęściej najeżdżających je intruzów są mrówki. Podobnie jak termity nie baczą na życie jednostek, ich wyłącznym celem jest pokonanie dużo większych termitów za sprawą przewagi liczebnej. Istnieją też dużo więksi drapieżnicy. Wśród nich są na przykład pokryte pancerzem łuskowce, wyposażone w długie języki mrówniki o dziwacznie umięśnionej przedniej części tułowia i pazurach, którymi rozrywają twarde jak głaz ściany kopca z taką łatwością, jakby te były wykonane z papieru, a także otocjony wielkouche, które wykorzystują swój nadzwyczaj czuły słuch do lokalizowania robotników, wychodzących nocą w poszukiwaniu materiału potrzebnego do nawożenia farm.

Ostatnią kastą są reproduktorzy, królowie i królowe, będący w takim samym stopniu niewolnikami swoich ról, co wszystkie inne termity. I król, i królowa są znacznie więksi od reszty, nawet od żołnierzy, a ich jedynym zadaniem jest się rozmnażać. Ukryci w bezpiecznej, osadzonej głęboko w kopcu komnacie, wiodą życie wypełnione seksualną harówką; obowiązkiem króla jest pieczołowite zapładnianie wszystkich zniesionych przez królową jaj. Biolodzy są zdania, że poza samą reprodukcją królowa ma prawdopodobnie jeszcze co najmniej jeden królewski obowiązek do wypełnienia. To ona przyporządkowuje funkcje nowym mieszkańcom, wydzielając feromony, które hamują lub przyspieszają ekspresję genów charakterystycznych dla robotników, żołnierzy lub przyszłej elity królewskiej12.

Gatunki termitów, które budują kopce, występujące również w Ameryce Południowej i Australii, przetrwały dzięki umiejętności dostosowywania otoczenia do swoich potrzeb. Trudno jest ustalić, w którym momencie ich ewolucyjni przodkowie wkroczyli na ścieżkę komunalizmu, przedkładając dobro wspólnoty ponad dobro jednostki. Jest natomiast pewne, że zmiana ta nie zaszła za sprawą pojedynczej mutacji, która uczyniła z nich dbających o dobro populacji robotników, oddanych parze królewskiej i chronionych przez żołnierzy gotowych poświęcić swoje życie za kopiec. Był to proces stopniowy. Tak jak każda innowacja w projekcie kopca modyfikowała mechanizm doboru naturalnego i wpływała na rozwój ewolucyjny termitów, tak każda nowa cecha, która rozwinęła się u tych stworzeń, miała swoje odbicie w dodatkowych zmianach w konstrukcji ich miast. W efekcie powstało sprzężenie zwrotne oddziaływań, które na drodze ewolucji spowodowało wytworzenie się bardzo silnej więzi między termitami a pracą, którą wykonywały, by zmienić otoczenie na adekwatne do ich potrzeb.

Gatunki łączące się w złożone wielopokoleniowe społeczności, w których jednostki pracują wspólnie, by zaspokoić potrzeby energetyczne, rozmnażają się, mają często różne role do spełnienia, a czasem nawet poświęcają się dla dobra drużyny, nazywane są eusocjalnymi. Przedrostek „eu” pochodzi z greckiego słowa εὖ, oznaczającego „dobry”, i dodano go dla podkreślenia tak widocznego u tych gatunków altruizmu.

W świecie natury eusocjalność jest bardzo rzadkim zjawiskiem, nawet wśród owadów. Wszystkie gatunki termitów są do pewnego stopnia eusocjalne, lecz zaledwie niecałe 10 procent pszczół, a także bardzo niewielka liczba gatunków os wykazuje się prawdziwą eusocjalnością. Poza światem insektów cecha ta jest jeszcze rzadsza. Istnieją dowody na to, że jedynym prawdziwe „eusocjalnym” orgazmem morskim są krewetki alpheidae, które słyną bardziej z łomotu, jaki potrafią spuścić dzięki szybkim jak błyskawica szczypcom, niż ze skomplikowanego życia społecznego. I chociaż niektóre ssaki o bardzo rozwiniętych regułach społecznych, takie jak żyjące na Kalahari likaony pstre — które polują w grupach, aby zapewnić jedzenie rozpłodowej samicy alfa — ocierają się o eusocjalność, wśród kręgowców występują tylko dwa prawdziwie eusocjalne gatunki zwierząt: zamieszkujący Afrykę Wschodnią golec piaskowy oraz występujący na Kalahari zęboszczur kolonijny. Oba te podziemne stworzenia bardzo mocno modyfikują swoje bezpośrednie otoczenie. A także, podobnie jak termity, żyją w zhierarchizowanych społecznościach, natomiast za reprodukcję odpowiada tylko jedna para osobników. Przeznaczeniem najbardziej eusocjalnych golców jest rola „robotnika”, a więc obowiązek zapewnienia pożywienia sobie oraz „parze królewskiej”, budowania i utrzymywania infrastruktury, a także odstraszanie (lub stanie się ofiarą) drapieżników.

 

Ludzie od zawsze zauważali analogie między swoim stylem życia, a życiem świata przyrody. A jeśli już mowa o szlachetnej pracy, insekty okazują się bardzo bogatym źródłem metafor. Stąd też w Nowym Testamencie napisano: „Idź do mrówki, leniwcze, przypatrz się jej drogom”13, a mówiąc o pracowitości często odnosimy się również do pszczół. Jednak dopiero od okresu oświecenia w Europie i później, po publikacji w 1859 roku O powstawaniu gatunków Darwina, gdy ludzie szukali usprawiedliwienia dla swojego postępowania, zaczęli się odwoływać do doboru naturalnego, uznawszy go za nadrzędne prawo natury. W ten bardzo wymowny, lecz niefortunny sposób, określenie doboru naturalnego przez Herberta Spencera jako „przetrwania najsilniejszych”, stało się potoczną definicją tego mechanizmu.


W 1879 roku Herbert Spencer ubolewał nad tym, „jak często przeinaczone słowa mogą prowadzić do wypaczonych idei”14. Pisał wówczas o jawnej hipokryzji „ludzi cywilizowanych”, którzy tak często zachowują się nieludzko wobec innych, a tak chętnie oskarżają ich o barbarzyństwo. Mógłby jednak równie dobrze napisać to o swoich słynnych słowach, które stały się później popularnym podsumowaniem teorii ewolucji Darwina.

Istnieje niewiele wyrażeń, których interpretacja zrodziła tak nietrafne idee, jak słowa „przeżycie najsilniejszych” nieustannie przytaczane w celu usprawiedliwienia przejęć korporacji, ludobójstwa, wojen kolonialnych czy sprzeczek na placu zabaw, by wymienić tylko kilka z nich. Nawet jeśli Spencer rzeczywiście wierzył, że rodzaj ludzki zajmuje najwyższą pozycję w królestwie zwierząt, wypowiadając te słowa, nie miał na myśli stworzeń najsilniejszych, najmądrzejszych i najciężej pracujących, lecz te organizmy, które na drodze ewolucji najlepiej dostosowały się do konkretnych warunków zewnętrznych, i to, że one przetrwają kosztem gatunków, które nie zdołały się dostosować. Dlatego z punktu widzenia Spencera lew, antylopa gnu, pchła, która jedzie na gapę, ukryta w uchu lwa, czy nawet trawa, którą gnu pożarła tuż przed tym, jak pozbawiony wszelkich skrupułów lew zmiażdżył szczękami jej gardło — wszystkie one na swój sposób się dopasowały.

Nawet jeśli Spencer nieumyślnie opisał ewolucję jako zjawisko przypominające brutalną walkę na śmierć i życie, był przekonany, że organizmy rywalizują o energię w taki sam sposób, jak sklepy w centrum miasta rywalizują ze sobą o klientelę. W przeciwieństwie do Darwina uważał również, że cechy, które dany organizm nabył za życia, mogły być przekazywane potomstwu, postrzegając tym samym ewolucję jako napęd jeszcze bardziej skomplikowanego i wyrachowanego procesu, w którym z czasem „niedopasowani” byli eliminowani przez dopasowanych. Oznaczało to, że był równie zawziętym zwolennikiem lokalnych rządów i wolnego rynku, jak zaciekłym krytykiem socjalizmu i ogólnie idei państwa opiekuńczego, które, jak uważał, tłamsiło rozwój człowieka i co gorsza w sztuczny sposób podtrzymywało reguły „przetrwania najsilniejszych”15.

Darwin również uważał, że rywalizacja o energię leżała w sercu „walki o byt”. Nie był jednak zdania, że jej napędem była wyłącznie ewolucja. Oprócz tego, że za sprawą doboru płciowego wiele gatunków rozwinęło ostentacyjne, marnujące energię cechy, tylko z powodu subiektywnego „pojęcia o pięknie”16, przekonywał, że na dobór naturalny miało również wpływ zjawisko wzajemnego przystosowania się. Zwracał uwagę na to, że większość roślin polega na ptakach i pszczołach w kwestii zapylania i rozsiewania nasion, na to, jak ważne dla pasożytów jest zdrowie ich gospodarzy, oraz na to, jak bardzo padlinożercy są uzależnieni od drapieżników.

„Owo wspaniałe przystosowanie najwyraźniej widzimy u dzięcioła i jemioły”, wyjaśniał w O powstawaniu gatunków, „a tylko nieco mniej wyraźnie u marnego pasożyta, przyczepionego do włosów czworonogów lub do piór ptaków”17.


Przez sto pięćdziesiąt lat, które upłynęły od ukazania się O powstawaniu gatunków Darwina, nasze pojęcie o ewolucyjnym tańcu, który wyznacza role poszczególnym organizmom w różnych ekosystemach, znacznie się rozwinęło. W czasach, gdy Darwin pisał swoją pracę, nikt nie był w stanie zrozumieć działania molekularnych mechanizmów dziedziczności genetycznej; całej gamy interakcji zachodzących nieustannie między niemal niewidocznymi mikroorganizmami (takimi jak bakterie), o których dziś wiemy, że tworzą na naszej planecie biomasę swoim rozmiarem przewyższającą biomasę wszystkich żyjących zwierząt razem wziętych; a także tego, jak bardzo zależą od siebie poszczególne stworzenia na pierwszy rzut oka wydające się nie mieć ze sobą nic wspólnego.

Dlatego biolodzy, oprócz wskazywania na gatunki takie jak termity, które nie rywalizują ze sobą w sposób bezpośredni, opisują ekosystemy tak, aby uwidocznić ogromną, dynamiczną sieć powiązań i wzajemnych zależności między poszczególnymi gatunkami. Owe interakcje dzielimy na trzy rodzaje: mutualizm (związek symbiotyczny, w którym korzyści odnoszą dwa lub więcej gatunków), komensalizm (związek, w którym korzyści odnosi jeden gatunek, lecz nie kosztem pozostałych) oraz parazytyzm (tutaj jeden gatunek odnosi korzyści kosztem gospodarza). Niektórzy naukowcy poszli jeszcze dalej i zasugerowali, że aktywne unikanie rywalizacji może mieć równie duży wpływ na specjację (powstawanie gatunków) w ewolucji, co rywalizacja18.

Bez względu na to, czy aktywne unikanie rywalizacji jest tak samo ważnym czynnikiem w procesie doboru jak sama rywalizacja, nie ma żadnych wątpliwości, że na poglądy Darwina i Spencera miało również wpływ to, że obaj byli mężczyznami sukcesu, posiadali pokaźne majątki i mieszkali w samym sercu największego imperium w historii świata i to w okresie, kiedy rzeczą dla wszystkich oczywistą było, że tym, co napędza świat człowieka, jest niekończąca się rywalizacja między ludźmi, miastami, przedsiębiorstwami, rasami, kulturami, państwami, królestwami, imperiami, a nawet teoriami naukowymi.

Być może najdziwniejsze w teorii mówiącej, że to rywalizacja napędza nasze gospodarki, jest to, że z pozoru krzykliwe i nieustępliwe przedsiębiorstwa i ludzie biznesu swoim postępowaniem dużo bardziej przypominają prawdziwe ekosystemy. To właśnie dlatego na przykład wszystkie duże organizacje stawiają sobie za cel zwiększenie ekonomiczności poprzez współpracę, tak jak czynią to termity w swoich kopcach; dlatego większość właścicieli przedsiębiorstw stara się zawierać ze swoimi klientami i dostawcami towarów i usług obustronnie korzystne układy „win-win”; i wreszcie dlatego, nawet w krajach najbardziej entuzjastycznie wspierających wolne rynki, istnieje wiele praw chroniących konkurencję, zapobiegających zmowom między przedsiębiorstwami, powstawaniu karteli i innym „działaniom wbrew zasadom konkurencji”.

Jednak jest oczywiste, że darwinizm w wersji gospodarczej, politycznej czy innej nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, w jaki sposób biolodzy postrzegają dziś związki między organizmami żyjącymi w naturze. Jest również jasne, i przekonują nas o tym wytrwali budowniczy, czyli wikłacze, że choć udane lub nieudane poszukiwanie energii zawsze będzie miało wpływ na trajektorię ewolucyjną każdego gatunku, wiele trudnych do wyjaśnienia cech i zachowań zwierząt wyewoluowało w okresie nadurodzaju energetycznego, a nie podczas walki o surowce. Po części może to tłumaczyć, dlaczego my, najbogatszy w energię gatunek na świecie, tak ciężko pracujemy.

3. Narzędzia i umiejętności


Na tyle, na ile jesteśmy w stanie stwierdzić, ani wikłacz, ani termity nie są świadome, w jakim celu wykonują pracę. To mało prawdopodobne, by któryś z tych gatunków przystępował do budowania gniazd czy monumentalnych, klimatyzowanych kopców z pełną świadomością efektów swojej pracy. Trudniej jednak jednoznacznie oddzielić świadomość od nieświadomości celu, kiedy mamy do czynienia z gatunkami, które celowo modyfikują przedmioty i zamieniają je w narzędzia następnie używane przez nie do wykonywania różnych zadań.

Do tej pory udokumentowano używanie narzędzi przez piętnaście gatunków bezkręgowców, dwadzieścia cztery gatunki ptaków oraz cztery gatunki ssaków nienależących do naczelnych, wśród nich przez słonie i orki1. Najwięcej badań przeprowadzono na używających narzędzi na co dzień dwudziestu dwóch gatunkach małp i pięciu gatunkach małp człekokształtnych, ponieważ z nimi łączy nas najwięcej podobieństw.

Do tej pory homo sapiens są najbardziej twórczym, wprawionym i najwszechstronniej wykorzystującym narzędzia gatunkiem w historii życia. Niemal wszystko, co robimy, wiąże się z wykorzystaniem jakiegoś narzędzia i odbywa w otoczeniu, które w ten czy inny sposób dostosowaliśmy do naszych potrzeb. Większość energii pozyskiwanej ponad tę potrzebną do spełnienia energetycznych potrzeb naszego ciała i reprodukcji wydatkujemy na używanie narzędzi do modyfikowania i przekształcania świata, który nas otacza.

Różne przedmioty wytwarzane przez naszych przodków były kamieniami milowymi w długiej historii pracy. Jednak, aby zrozumieć, jaki rodzaj pracy wykonywali oraz w jaki sposób wpływała ona na przebieg ewolucji naszego gatunku, nie musimy się opierać wyłącznie na tych przedmiotach. Historia nabywania przez homo sapiens coraz to nowych umiejętności, od murarstwa po mikrochirurgię, wypisana jest na naszych rękach, ramionach, ustach, tułowiach, w naszych oczach i mózgach. Dowiadujemy się z niej nie tylko tego, że pod względem fizycznym i neurologicznym jesteśmy produktami pracy wykonywanej przez naszych przodków, ale i tego, że staliśmy się stworzeniami, które zmieniają się przez całe życie w zależności od pracy, którą wykonują. Oznacza to, że skamieniałości naszych przodków również odgrywają bardzo ważną rolę w tej historii.

Ślady genetyczne i archeologiczne wskazują, że ludzie przypominający z wyglądu współczesnego homo sapiens zamieszkiwali Afrykę już co najmniej trzysta tysięcy lat temu. Jednak często trudno określić, czy dany szkielet ludzki należy do jednego z naszych bezpośrednich przodków, czy pochodzi od jednej ze spokrewnionych grup, których istnienie dobiegło końca w jednej ze ślepych uliczek ewolucji. Niemniej jednak paleo­antropolodzy są przekonani, że nasz gatunek, homo sapiens, podobnie jak neandertalczycy i denisowianie, pochodzi od człowieka heidelberskiego (homo heidelbergensis) lub jeszcze starszego hominida, homo antecessor, i pojawił się między trzydziestoma a pięciuset tysiącami lat temu. Uważa się, że człowiek heidelberski wyewoluował z człowieka wyprostowanego (homo erectus) między sześciuset a ośmiuset tysiącami lat temu, ten wyewoluował z jednej z gałęzi człowieka zręcznego (homo habilis) około 1,9 miliona lat temu, a ten z kolei po raz pierwszy pojawił się około 2,5 miliona lat temu i jest następcą australopiteka. Australopitek przypominał z wyglądu zgarbionego nastolatka z gatunku homo sapiens. Jeśli jednak ubralibyśmy człowieka heidelberskiego w dżinsy, koszulkę z krótkim rękawem oraz markowe buty i nałożylibyśmy mu na głowę czapkę z bardzo dużym daszkiem, aby ukryć wystające na oczami łuki brwiowe, to przechadzając się po kampusie uniwersyteckim, przyciągnąłby co najwyżej kilka lekko zdziwionych spojrzeń.

 

Wydedukowanie, jak żyli i zachowywali się nasi przodkowie na podstawie kamiennych narzędzi i innych staroci i bibelotów, które po nich zostały, wymaga nie lada wyobraźni. Jest ona również niezbędna do określenia, jakie opanowali umiejętności kognitywne i fizyczne — takie jak taniec, śpiew, odnajdywanie drogi czy tropienie, które pozostawiają bardzo niewiele śladów materialnych czy archeologicznych. A żadne narzędzie tak intensywnie nie podsycało wyobraźni archeologów, jak najbardziej znane w historii człowieka narzędzie kamienne — pięściak aszelski.


Pracownicy kamieniołomu wydobywający żwir w dolinie Sommy, niedaleko miasta Abbeville nauczyli się nasłuchiwać charakterystycznego brzęczenia monet, które zwiastowało wizytę dyrektora urzędu celnego Abbeville Jacques’a Bouchera de Crèvecœur de Perthes. Znudzony pracą Boucher znajdował przyjemność w myszkowaniu w znajdujących się w dolinie żwirowniach w poszukiwaniu „antykwariackich” przedmiotów, które odkryłyby przed nim sekrety starożytnego świata.

Jego regularne wizyty w kamieniołomie zaczęły się w 1830 roku, gdy grupie pracujących tam mężczyzn pokazał znaleziony przez siebie kawałek krzemienia. Kawałek ten o migdałowym kształcie był dwukrotnie większy od dłoni człowieka, jego obie strony były lekko wypukłe, a krawędź zaostrzono na całym obwodzie. Mężczyźni od razu go rozpoznali. Był to jeden z wielu langues de chat, „kocich języków”, które co jakiś czas znajdowali w żwirze, często obok starych kości, i które zazwyczaj, nie zastanawiając się wiele, po prostu wyrzucali. Zgodzili się, aby w przyszłości odkładać je dla niego, o ile oczywiście będzie skłonny okazać wdzięczność w postaci kolejnych monet. Nie minęło wiele czasu, nim niektórzy z nich zaczęli tworzyć bardzo przekonujące podróbki kocich języków, aby wyłudzić trochę pieniędzy od wizytującego dyrektora urzędu celnego2.

W ciągu następnej dekady Boucher zebrał pokaźną kolekcję tych interesujących kamieni — z których bardzo wiele nie było podróbkami — i nabrał przekonania, że ich niemal symetryczne kształty zostały im nadane przez starożytnych ludzi zamieszkujących te tereny u boku wymarłych zwierząt, których kości również znajdowano w żwirowniach.

Boucher nie był pierwszą osobą zastanawiającą się nad pochodzeniem tych dziwnych przedmiotów. Na przykład starożytni Grecy również poznali się na ich zmyślnym wykonaniu, jednak nie umiejąc ustalić ich przeznaczenia, uznali, że były to „piorunowe kamienie” — groty piorunów wystrzelonych w Ziemię przez boga wszystkich bogów Zeusa.

W 1847 roku w trzytomowym dziele Les Antiquités Celtiques et Antédiluviennes Boucher ogłosił teorię, zgodnie z którą kocie języki zostały wytworzone przez dawno już wymarłych przodków. Ku jego ogromnemu rozczarowaniu praca została powszechnie skrytykowana i określona jako naznaczona amatorszczyzną mieszanina niezdarnych opisów i dziwacznych teorii. Charles Darwin uważał na przykład, że cała książka jest „do niczego”3, a jego opinię podzielało wiele prominentnych osobistości związanych z mieszczącą się w Paryżu Francuską Akademią Nauk. Niemniej jednak dzieło Bouchera przekonało kilku członków akademii, w tym młodego doktora medycyny Marcela-Jérôme’a Rigollota, do rozpoczęcia własnych badań nad kocimi językami. Przez kilka kolejnych lat Rigollot realizował strategię Bouchera i nękał pracowników kamieniołomów prośbami o to, aby informowali go o podobnych znaleziskach. Jednak w przeciwieństwie do Bouchera musiał koniecznie wykopać te przedmioty własnoręcznie.

W 1855 roku Rigollot miał już sporządzoną bardzo szczegółową dokumentację kilkuset kocich języków, z których wiele pochodziło z jednego kamieniołomu na granicy gminy Saint-Acheul, niedaleko miasta Amiens. Wiele z nich wydobyto in situ z nienaruszonej warstwy gleby, w której znaleziono również kości starożytnych słoni i nosorożców, w związku z czym Rigollot nie miał żadnych wątpliwości co do starożytnego pochodzenia tych przedmiotów.

Gdyby Jacques Boucher de Crèvecœur de Perthes żył w dzisiejszych czasach, prawdopodobnie mocno by się zirytował na wieść, że to dzięki skrupulatnie udokumentowanym znaleziskom Rigollota kocie języki są dzisiaj powszechnie znane pod nazwą pięściaka aszelskiego czy, co mało zaskakujące, dużego narzędzia do cięcia.

Podobnie jak narzędzie, które Boucher pokazał mężczyznom w kamieniołomie, te kamienne narzędzia mają zazwyczaj kształt gruszki lub jajka, ich krawędzie są zaostrzone, a mniej więcej symetryczne, wypukłe boki bardzo dobrze obrobione. Niektóre z nich mają kształt i wielkość odpowiadający przestrzeni, jaka tworzy się między dłońmi, kiedy złożymy je ze sobą, lekko wypukłe i z wyprostowanymi palcami, jakby w nieszczerej intencji odmówienia modlitwy. Natomiast inne są dwa razy większe, grubsze niż zaciśnięta pięść robotnika z kamieniołomu i bardzo ciężkie.

Od tamtej pory dla wielu antykwariuszy, antropologów i archeologów pięściaki były źródłem konsternacji i frustracji.


Działo się tak, ponieważ nigdy nie były one używane jako topory ręczne*. Mimo że sprawiają wrażenie narzędzi solidnych, dobrze wykonanych i przeznaczonych do ciężkiej pracy, trzymanie ich w ręce wiąże się z jednym praktycznym problemem. Nie da się wykonać cięcia z dużą siłą ani żadną z jego naostrzonych krawędzi, ani szpicą bez jednoczesnego wbicia sobie przeciwległej krawędzi w dłoń. Oznacza to, że jeśli spróbujemy przeciąć nim drewnianą belkę lub rozłupać grubą, bogatą w szpik kość, po wykonanej robocie prawdopodobnie przez długi czas nie będziemy w stanie wziąć w dłoń nic innego.


Pięściak kultury aszelskiej

Robotnicy z kamieniołomów w Abbeville odkryli metodą prób i błędów, że wykonanie dobrej podróbki pięściaka aszelskiego nie jest trudnym zadaniem. Archeolodzy zadają wykonanie tego narzędzia podczas zajęć praktycznych na studiach i z upodobaniem obserwują całe pokolenia studentów archeologii i antropologii, którzy kiereszują sobie dłonie podczas warsztatów, próbując stworzyć własnego pięściaka. Nikomu jednak nie udało się ustalić, do czego je wykorzystywano. Gdyby pięściaki były rzadkim znaleziskiem, można by odpuścić sobie ten dylemat. Znaleziono ich jednak tak dużo, że trudno jest nie dojść do przekonania, iż był to uniwersalny gadżet homo erectus.

Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że homo erectus i jego następcy produkowali je nieprzerwanie przez półtora miliona lat, co czyni je prawdopodobnie najdłużej używanymi narzędziami w historii człowieka. Najstarsze pięściaki aszelskie pochodzą z Afryki. Zostały wytworzone ponad 1,6 miliona lat temu. Najmłodsze mają zaledwie sto trzydzieści tysięcy lat. Prawdopodobnie zostały wyciosane przez ostatnich członków populacji homo erectus, których wyparli bardziej rozwinięci pod względem poznawczym homo sapiens oraz neandertalczycy, władający już wtedy włóczniami o długich, wygodnych trzonkach. Podczas gdy przez te półtora miliona lat ludzie stale rozwijali swoje umiejętności, budowa i podstawowe techniki konieczne do wykonania pięściaków pozostały w zasadzie niezmienione.

Nawet najprostsze pięściaki aszelskie odzwierciedlają widoczny postęp, jaki dokonał się w stosunku do niezdarnych prób wykonania narzędzi kamiennych w poprzedniej erze, przez paleontologów nazwanej kulturą olduwajską. Najstarsze wyroby kamienne z tej ery mają około 2,6 miliona lat i odkryto je w wąwozie Olduvai w Tanzanii. Homo habilis (człowiek zręczny) zawdzięcza swoją nazwę narzędziom kultury olduwajskiej. Wydaje się, że za wytwarzanie narzędzi aszelskich odpowiedzialni są wyłącznie posiadający większe mózgi od swoich przodków przedstawiciele homo erectus. Do niedawna sądzono, że narzędzia olduwajskie są pierwszymi dokonanymi przez naszych przodków próbami przemienienia kamieni w przedmioty użyteczne. Pojawiły się natomiast nowe dowody na to, że australopiteki również próbowały swoich sił w kamieniarstwie. W 2011 roku badacze poszukujący wyrobów kultury aszelskiej w okolicach Jeziora Turkana w Wielkim Rowie Wschodnim w Afryce natrafili na narzędzia kamienne, które oszacowali na siedemset tysięcy lat starsze niż wszystkie inne odkryte do tej pory.