Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,90  62,32 
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Audiobook
Czyta Jacek Dragun
37,90  27,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jedną z rzeczy, które przekonywały naukowców o słuszności tego założenia, były symulacje komputerowe. Wykazały one, że jeśli atomy i molekuły zostają poddane działaniu silnie ukierunkowanego źródła energii (na przykład słońca) oraz znajdują się w sąsiedztwie obiektu o dużym potencjale energetycznym (na przykład oceanu), cząstki zaczną w sposób spontaniczny dobierać się i tworzyć różne struktury, eksperymentując tym samym w poszukiwaniu takiego układu, który oddaje energię cieplną w najbardziej efektywny sposób8. W takim wypadku model ten wskazuje na całkiem duże prawdopodobieństwo, że jedną z niezliczonych kombinacji atomów i molekuł będzie ta, która prowadzi do przemiany materii nieorganicznej w żywy organizm.


Historię życia na Ziemi opisano w kontekście zdolności pobierania energii z coraz to nowych źródeł przez życie — najpierw źródeł geotermicznych, potem ze słońca, tlenu oraz ciał innych żywych organizmów — a także za pomocą ewolucji w coraz bardziej złożone, energochłonne i coraz ciężej pracujące w sensie fizycznym formy życia9.

Pierwszymi żywymi stworzeniami na Ziemi były prawdopodobnie proste organizmy jednokomórkowe, takie jak bakterie, które nie miały ani jąder komórkowych ani mitochondriów. Energię pobierały zapewne z reakcji geochemicznych zachodzących między wodą i kamieniami, a następnie przekształciły się w wysoko wyspecjalizowane molekuły, które gromadziły energię w wiązaniach chemicznych, po czym uwalniały ją, zrywając te wiązania i pozwalając tym samym organizmom na wykonanie pracy. Molekuła ta — adenozyno-5′-trifosforan, inaczej ATP — jest bezpośrednim źródłem energii wykorzystywanym przez komórki wszystkich organizmów — od jednokomórkowych bakterii po wielokomórkowych antropologów — do wykonania pracy w celu zachowania swojej równowagi wewnętrznej, wzrostu i rozmnażania się.

Proces pobierania energii przez życie, gromadzenia go w molekułach ATP, a następnie zamieniania w pracę trwa na naszej planecie już od bardzo, bardzo dawna. Dowody kopalne wskazują na istnienie życia w formie bakterii nawet 3,5 miliarda lat temu. Istnieją również niejednoznaczne ślady życia datowane na 4,2 miliarda lat temu — a więc zaledwie trzysta milionów lat od powstania naszej planety.

Bakterie, pionierzy życia na Ziemi, musiały się mierzyć z warunkami, które z punktu widzenia większości współczesnych organizmów były wyjątkowo nieprzyjazne. Poza tym, że wczesna Ziemia aż kipiała od aktywności wulkanicznej, a jej powierzchnia podlegała niemal nieustającemu bombardowaniu przez meteoryty, w atmosferze było bardzo mało tlenu; brakowało również warstwy ozonowej, która chroniłaby delikatniejsze organizmy przed prażącym je promieniowaniem słonecznym. W efekcie pierwsze formy życia starały się harować w ukryciu przed gniewnym spojrzeniem słońca.

Jednak z czasem dzięki kolejnej cesze charakterystycznej dla życia, jego umiejętności ewoluowania, pojawiły się nowe gatunki zdolne do pobierania energii z innych źródeł, umiejące przetrwać i rozmnażać się w coraz to nowych warunkach. W pewnym momencie, około 2,7 miliarda lat temu, po serii przypadkowych mutacji życie wypełzło wreszcie z cienia, by stanąć twarzą w twarz ze swoim niegdysiejszym wrogiem, słońcem, i nauczyło się wykorzystywać jego energię do procesu zwanego fotosyntezą. Organizmy te, zwane sinicami, żyją na naszej planecie do dziś. Obserwujemy je w postaci wykwitów na powierzchniach stawów i rzek.

Rozwijające się sinice zmieniły Ziemię w makrohabitat zdolny podtrzymać dużo bardziej złożone formy życia o dużo większym zapotrzebowaniu energetycznym. W pierwszej kolejności zajęły się przemianą znajdującego się w atmosferze azotu w związki organiczne niezbędne do życia roślinom, takie jak azotany i amoniaki. Oprócz tego zmieniały dwutlenek węgla w tlen, odgrywając tym samym kluczową rolę w zapoczątkowaniu okresu zwanego „katastrofą tlenową”, który rozpoczął się około 2,45 miliarda lat temu. Doprowadził on do powstania bogatej w tlen atmosfery będącej podstawą naszego życia.

Katastrofa tlenowa nie tylko zapewniła życiu zupełnie nowe źródło energii, ale i dostarczyła ogromne ilości nowej energii, zdatnej do spożytkowania na pracę. Reakcje chemiczne z udziałem tlenu uwalniają dużo więcej energii niż te z udziałem większości pozostałych pierwiastków, dlatego też poszczególne organizmy aerobowe (oddychające tlenem) mają potencjał, by stać się większe, szybsze i wykonywać dużo więcej pracy fizycznej niż organizmy anaerobowe.

Aby w pełni wykorzystać to nowe, bogate w energię środowisko, pojawiły się nowe, bardziej złożone organizmy zwane eukariontami. Dużo bardziej zaawansowane i energochłonne niż ich prokariotyczni przodkowie eukarionty miały jądra komórkowe, rozmnażały się drogą płciową i potrafiły również produkować szeroką gamę złożonych protein. Uważa się, że z czasem eukarionty przeszły mutacje pozwalające im na porywanie innych form życia i grabienie ich z energii poprzez wchłanianie tych organizmów przez przepuszczalne membrany komórek zewnętrznych. Wchłonięte komórki nie miały innego wyjścia, jak udostępnić swoją energię porywaczom w procesie, który, jak z czasem uznano, był zaczątkiem życia wielokomórkowego. Pierwszym potomstwem eukariotycznych porywaczy sinic były prawdopodobnie algi, rośliny, które jako pierwsze wypełniły zielenią jałowe połacie wczesnej Ziemi.

Uważa się, że pierwsze stworzenia mające tkankę i system nerwowy wyewoluowały w oceanach około siedmiuset milionów lat temu. Jednak dopiero około pięciuset czterdziestu milionów lat temu, za sprawą eksplozji kambryjskiej, rozwój życia nabrał prawdziwego tempa. Zapis kopalny z tego okresu dowodzi, że żyły wtedy stworzenia należące do wszystkich najważniejszych typów — gałęzi drzewa życia — które zaludniają naszą planetę po dziś dzień.

Dodatkowa energia pochodząca z rosnącego udziału tlenu w atmosferze i wodzie z pewnością odegrała ważną rolę w pojawieniu się zjawiska eksplozji kambryjskiej. Jednak prawdopodobnie jeszcze większy wpływ miało to, że dobór naturalny zaczął działać bardziej na korzyść form życia pobierających energię z nowego, dużo bardziej obfitego źródła niż tlen: konsumowały one inne żywe stworzenia, które już wcześniej zmagazynowały energię w swoich ciałach, organach, skorupach i kościach.

Mniej więcej sześćset pięćdziesiąt milionów lat temu w stratosferze skumulował się tlen w ilości wystarczającej do powstania warstwy ozonu grubej na tyle, by mogła skutecznie zatrzymać szkodliwe promieniowanie ultrafioletowe, dzięki czemu niektóre istoty żywe mogły egzystować na pograniczach oceanów bez ryzyka usmażenia się na słońcu. W ciągu następnych mniej więcej dwustu milionów lat biosfera opanowała już większość lądu i rozpoczęła się formacja licznych, bardzo złożonych ekosystemów lądowych i morskich, wypełnionych całą gamą organizmów, które skrupulatnie pozyskiwały wolną energię i wykorzystywały ją do utrzymania się przy życiu, pozyskiwania jeszcze większej ilości energii i rozmnażania się.

Wiele z tych form życia używało energii w sposób, który nam, ludziom, kojarzy się z pracą. Podczas gdy bakterie zajmowały znaczną powierzchnię biosfery, to obecność większych zwierząt lądowych zmieniła naturę pracy wykonywanej przez żyjące stworzenia. Zwierzęta te potrzebują dużej ilości pożywienia, lecz są zdolne do wykonania znacznie większej pracy niż względnie nieruchome mikroorganizmy. Zwierzęta wykopują jamy, polują, uciekają, niszczą, latają, jedzą, walczą, wypróżniają się, przenoszą przedmioty, a w niektórych przypadkach budują.

W związku z tym, że z perspektywy fizyka wszystkie żywe organizmy wykonują pracę i że biosfera na naszej planecie została uformowana przez miliony pokoleń i w efekcie pracy wykonanej przez ich ewolucyjnych przodków, rodzi się oczywiste pytanie. Czym praca wykonywana na przykład przez drzewo, mątwę czy zebrę różni się od tej, która sprawiła, że znajdujemy się o krok od wynalezienia sztucznej inteligencji?

2. Bezczynne ręce, pracowite dzioby


Dość nietypowa jak na kalifornijską celebrytkę Koko nie zawracała sobie zbytnio głowy swoim wyglądem. Po jej śmierci w 2018 roku, niemal dwa lata po wygłoszeniu specjalnego przemówienia podczas konferencji Organizacji Narodów Zjednoczonych poświęconej zmianom klimatycznym, w którym ostrzegła, że głupota ludzka może skazać nas na zapomnienie, wielu wybitnych Kalifornijczyków z dumą podkreślało wagę osiągnięć córki ich ukochanego stanu.

Koko, gorylica nizinna, która spędziła całe życie w niewoli, swoją sławę zawdzięczała nieprzeciętnym umiejętnościom komunikacyjnym. W sposób biegły i kreatywny posługiwała się gorylim językiem migowym, opartym w znacznej części na tym, którym posługują się ludzie. Dawała również wyraźne sygnały pozwalające sądzić, że rozumiała około dwóch tysięcy angielskich słów, a więc około 10 procent słownictwa, którym posługuje się przeciętny człowiek. Koko fatalnie radziła sobie jednak z gramatyką. Uczenie się podstaw składni sprawiało jej trudność i frustrowało ją, i w rezultacie często nie potrafiła się komunikować w sposób tak jasny i kreatywny, jak zdaniem jej trenerów chciała. Pomijając problemy ze składnią, trenerzy nie mieli cienia wątpliwości, że Koko jest bardzo rozwiniętą społecznie i emocjonalnie jednostką.

„Potrafi śmiać się z własnych żartów i z żartów innych”, wyjaśniały Penny Patterson i Wendy Gordon, dwie najdłużej towarzyszące jej trenerki i ukochane przyjaciółki. „Płacze, gdy cierpi lub jest samotna, krzyczy, gdy się boi lub czuje złość. O swoich uczuciach mówi, używając słów takich jak: szczęśliwa, smutna, boję się, podoba mi się, chcę, złoszczę się, szalona, zawstydzona, kocham — tego ostatniego używa najczęściej. Tęskni za tymi, których utraciła — za ukochanym przyjacielem, nieżyjącym już kotem. Potrafi mówić o tym, co dzieje się, gdy ktoś umrze, lecz staje się nerwowa i zakłopotana, jeśli pyta się ją o jej własną śmierć lub śmierć jednego z jej towarzyszy. Wykazuje się niezwykłą delikatnością, gdy bawi się z kociakami lub innymi małymi zwierzętami. Potrafi nawet okazać empatię wobec osób, które zna tylko ze zdjęć”1.

 

Inni byli wobec niej bardziej sceptyczni. Jej trenerzy przekonywali, że bogate słownictwo było dowodem jej umiejętności rozumienia świata dzięki znakom i symbolom, jednak sceptycy uważali, że Koko (podobnie jak większość innych znanych małp, szympansów czy szympansów karłowatych, które podziwiano z uwagi na ich biegłość w komunikowaniu się przy użyciu języków opartych na symbolach graficznych) była niczym więcej niż wprawioną naśladowczynią i że umiała jedynie przekonywać trenerki, by od czasu do czasu ją połaskotały czy uraczyły przekąską.

Natomiast nikt nie podawał w wątpliwość tego, że czerpała niezwykłą satysfakcję z zabawy z kotami i lubiła przejażdżki po okolicy ze swoimi trenerkami, ani tego, że czasem, gdy trzeba było wykonać jakąś nużącą pracę, robiła się zwyczajnie gburowata. Jej krytycy wciąż jednak nie byli przekonani do tego, że potrafiła postrzegać pracę i relaks w taki sam sposób, jak ludzie. Człowiek wykonuje pracę świadomie, w konkretnym celu, podczas gdy zwierzęta robią to również w danym celu, lecz bezwiednie.

To bardzo znacząca różnica.

Robotnik, który wznosi ścianę garażu, ma jasne pojęcie o tym, jak będzie wyglądał ukończony mur, i w myślach przeszedł przez wszystkie etapy konieczne do jego budowy zgodnie z planami architektonicznymi. Nie po to jednak się trudzi mieszaniem cementu i układaniem cegieł w to gorące letnie popołudnie. W końcu nie jest to ani jego ściana, ani jego projekt. Wykonuje tę pracę, ponieważ motywuje go do tego szereg powodów drugo- lub trzeciorzędnych. Gdybym mógł z nim porozmawiać, być może dowiedziałbym się, że pracuje tak pieczołowicie, ponieważ ma ambicje zostać mistrzem murarskim, że został robotnikiem tylko dlatego, że lubi pracę na powietrzu, lub być może stara się odłożyć pieniądze, za które planuje spełnić marzenie z dzieciństwa jego żony. Lista możliwości jest niemal nieskończona.

Tymczasem czynność celowa, choć wykonywana bezwiednie to taka, której zewnętrzny obserwator mógłby przyporządkować jakiś cel, lecz jej wykonawca nie jest w stanie ani go zrozumieć, ani opisać. Kiedy drzewo rośnie, maksymalizując powierzchnię swoich pozyskujących energię słoneczną liści, które następnie przetwarzają dwutlenek węgla w glukozę, robi to nieświadomie. Gdy w Kalahari podczas sezonu deszczowego tysiące ciem leci ku własnej zagładzie prosto w płomienie tlącego się ogniska, ich zachowanie jest również bezwiedne. Tymczasem trenerzy Koko zauważyli, że definiowanie różnic między świadomym a bezwiednym zachowaniem celowym w wypadku niektórych rodzajów organizmów nie zawsze jest takie proste.

Kiedy stado lwów zasadza się na ofiarę, podstawą ich zachowania jest zapewnienie energii potrzebnej do przeżycia. Zwierzęta te podążają za swoim instynktem dużo bardziej świadomie niż na przykład bakterie jelitowe trawiące węglowodany. Kryją się, aby podejść ofiarę, pracują jak zespół, realizują coś w rodzaju strategii i podejmują w trakcie polowania decyzje, które doprowadzą je do upragnionego celu, jakim jest zanurzenie kłów w mięsie i organach drugiego stworzenia.

Wielu badaczy chcących zrozumieć ewolucję kognitywną skupiło się na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy najbliżej spokrewnione z nami naczelne oraz inne w oczywisty sposób mądre stworzenia, takie jak wieloryby czy delfiny, potrafią zachowywać się świadomie tak samo jak ludzie. Celowość świadoma wymaga intuicyjnego rozumienia związku przyczynowo-skutkowego, umiejętności wyobrażenia sobie skutków wynikających z danej czynności, a także sugeruje posiadanie „teorii umysłu”. Zdania na temat tego, jak świadome jest zachowanie różnych gatunków zwierząt w porównaniu z ludźmi, są tak podzielone, jak to tylko możliwe.

Tymczasem liczne gatunki zwierząt skłaniają nas do refleksji na temat innych, mniej oczywistych aspektów pracy. Wśród nich są stworzenia takie jak termity, pszczoły i mrówki. W ich zdumiewającej organizacji i nieustannej harówce wybrzmiewają echa ogromnych zmian, które zaszły w sposobie pracy ludzi od momentu, gdy stali się stadnymi wytwórcami żywności, i później, gdy przenieśli się do miast. Istnieje również wiele innych gatunków, które, zdaje się, wydatkują tak jak my niezliczoną ilość energii na pracę niemającą żadnego jasnego celu lub które rozwinęły w sobie cechy fizyczne i zachowawcze wyglądające na tak bezużyteczne, że trudno je czymkolwiek usprawiedliwić. Do tych cech możemy zaliczyć ogon samca pawia.


Kiedy w 1859 roku Charles Darwin opublikował dzieło O powstawaniu gatunków, pawie były obowiązkową atrakcją we wszystkich ogrodach francuskich w całej Wielkiej Brytanii. Przechadzały się również dumnie po trawnikach w londyńskich parkach publicznych, od czasu do czasu strosząc ku uciesze przechodniów swoje upierzenie.

Darwin szczególnie lubił ptaki. W końcu to małe, ale wyraźne różnice, które zauważył podczas obserwacji spokrewnionych ze sobą populacji zięb na wyspach Galapagos, pozwoliły mu zrozumieć naturę doboru naturalnego. Jednak za pawiami specjalnie nie przepadał.

W liście do przyjaciela w 1860 roku pisał: „za każdym razem, kiedy widzę pióra na ogonie pawia, robi mi się niedobrze!”2. Jego zdaniem wiecznie otwarte oka zdobiące przerośnięty, pierzasty ogon tego ptaka były jawną drwiną z ewolucji. Zachodził w głowę, jak to możliwe, że mimo działania doboru naturalnego jakimkolwiek stworzeniom udało się zachować tak nieporęczny, niepraktyczny i kosztowny pod względem energii ogon, który w jego mniemaniu czynił z pawia idealny cel dla drapieżników.

Ostatecznie Darwinowi udało się rozwiązać problem pawiego ogona, kiedy obserwował spacerujące alejkami parków dystyngowane damy ubrane w wytworne krynoliny i towarzyszących im dandysów w ciasnych, modnych spodniach.

W 1871 roku wydał książkę Dobór płciowy (The Descent of Man, and Selection in Relation to Sex), w której opisał, w jaki sposób proces dobierania partnerów wpłynął na rozwój wielu dziwacznych drugorzędowych cech od ogonów pawi po przerośnięte rogi, których jedynym zadaniem było czynienie ich posiadaczy atrakcyjnymi dla przedstawicieli płci przeciwnej.

Przekonywał, że skoro dobór naturalny był „walką o byt”, to dobór płciowy był „walką o partnera” i odpowiadał za rozwój nosicieli „drugorzędowych cech płciowych”, który mógł co prawda wpływać negatywnie na szanse przetrwania danego osobnika, ale i wydatnie zwiększał jego szansę na reprodukcję. Innymi słowy, ewolucja zmuszała organizmy do wydatkowania energii zarówno na utrzymanie się przy życiu, jak i na bycie atrakcyjnym i podczas gdy ten pierwszy cel wymagał wykazania się efektywnością i powściągliwością, ten drugi promował marnotrawstwo i efektowność.

Dzisiaj wiemy już, że ogon pawia nie jest dla niego ciężarem, jak wyobrażał to sobie Darwin. Naukowcy, którzy badali prędkość, z jaką pawie wzbijają się w powietrze, aby uciec przed drapieżnikami, odkryli, że duże ogony niemal w ogóle nie wpływają na umiejętność pawi zrywania się do lotu w celu umknięcia agresorom. Okazuje się również, że ich ogon prawdopodobnie nie ma większego wpływu na dobór partnera3.

Mariko Takahashi i Toshikazu Hasegawa z Uniwersytetu Tokijskiego postanowili sprawdzić, co sprawia, że ogony pawi czynią je bardziej atrakcyjnymi w oczach pawic. W tym celu przez siedem lat studiowali zachowania stad tych ptaków w parku Izu Cactus Park w mieście Shizuoka. Ich obserwacje skupiały się na cechach ogonów samców w wieku rozrodczym. Notowali ich wielkość oraz liczbę ok. Różnice były znaczne, ogony niektórych samców były zdecydowanie bardziej okazałe niż pozostałych.

Ostatecznie zespół Takahashiego zebrał dane o dwustu sześćdziesięciu ośmiu parach tych zwierząt. Ku własnemu zaskoczeniu nie odnotowali żadnych zależności między pomyślnym dobraniem się w pary a jakąkolwiek konkretną cechą ogonów samców. Pawice z równym entuzjazmem parowały się zarówno z samcami wlokącymi swoje niezbyt imponujące ogony po ziemi, jak i z tymi, których okazałe ogony budziły największy podziw4.

Być może zespół badawczy Takahashiego przeoczył jakieś cechy tych ogonów lub nie wziął pod uwagę sposobu ich eksponowania. Ogony pawi mają dużo więcej cech niż tylko wielkość oraz liczbę ok, poza tym mamy co najwyżej mgliste pojęcie o tym, w jaki sposób pawie i pawice rejestrują zmysłami otaczający je świat. Takahashi i jego współpracownicy są jednak przekonani, że niczego nie przeoczyli, co prowadzi do narzucającego się wniosku, że niektóre z energochłonnych cech ewolucyjnych, takich jak ogony pawi, mają zdecydowanie mniej wspólnego z walką o przetrwanie i dążeniem do reprodukcji, niż mogłoby się wydawać. Zachowanie niektórych innych gatunków, takich jak zamieszkujący Afrykę Południową seryjny budowniczy i niszczyciel gniazd wikłacz maskowy, sugerują, że potrzeba wydatkowania energii może odgrywać równie ważną rolę w kształtowaniu się niektórych cech, co potrzeba jej pozyskiwania.


Rozplątanie gniazda uwitego przez wikłacza maskowego, jednego z wielu przedstawicieli wikłaczy żyjącego w południowej i centralnej Afryce, stanowi nie lada wyzwanie. Gniazdo to przypomina kształtem tykwę, jest nie większe od strusiego jaja i stanowi jedno z największych cudów konstrukcyjnych świata ptaków. Gładkie, idealnie symetryczne ściany, utkane z trawy i pasków liści palmy sprawiają, że gniazdo wikłacza jest lekkie na tyle, by mogło wisieć na cienkiej gałązce, a jednocześnie dość wytrzymałe, by oprzeć się gwałtownym wiatrom i przetrwać bombardowanie ciężkich niczym kamienie kropel deszczu podczas lekkich sezonów burzowych. Dla człowieka najprostszym sposobem rozebrania go jest zmiażdżenie podeszwą buta. Nasze palce są zbyt grube i niezdarne. Jednak dla miniaturowych wikłaczy maskowych brutalna siła nie wchodzi w grę.


Samiec wikłacza maskowego kończy budowanie gniazda

Rzadko się zdarza, aby człowiek był zmuszony do rozebrania gniazda wikłacza. Tymczasem wikłacz maskowy — przeciwnie. Każdego lata samce budują wiele nowych, niemal identycznych gniazd, jedno po drugim, i następnie niszczą z taką samą pieczołowitością, z jaką je konstruowały. Używają do tego swoich małych stożkowych dziobów, którymi najpierw niczym nożyczkami odcinają gniazdo od drzewa, a kiedy już spadnie na ziemię, metodycznie rozbierają je, jedno źdźbło trawy po drugim, aż nic z nich nie zostanie.

Samice nie budują gniazd ani nie mają masek. Ich kamuflaż stanowi upierzenie w kolorze oliwkowym i khaki, które pokrywa je od pazurków po czubki głów, z wyjątkiem brzucha, gdzie przybiera odcień podobny do żółtego. Samce dla kontrastu mienią się jaskrawą żółcią i złotem. Ich czarne maski zaczynają się tuż na linią czerwonych oczu, a kończą się na wysokości gardeł, podkreślając dostojność opadającego na ich kuperki płaszcza w kolorze królewskiej zieleni.

W każdym sezonie najpracowitsze samce budują około dwudziestu pięciu gniazd w nadziei, że uda im się zgromadzić niewielki harem samiczek, które zamieszkają w niektórych z nich, a później odwdzięczą się samcowi prezentem w postaci jajek. W latach siedemdziesiątych XX wieku sporządzono bardzo szczegółową dokumentację kilku lat życia jednego konkretnego wikłacza zamieszkującego ogród w Harare, stolicy Zimbabwe. Osobnik ten był równie pracowity, jak nieszczęśliwy w miłości. Ze stu sześćdziesięciu gniazd, które zbudował, zniszczył sto pięćdziesiąt osiem, z czego jedną trzecią w ciągu zaledwie kilku dni od momentu, gdy ukończył budowę ostatniego5.

Gniazda wikłaczy maskowych to skomplikowane, wymagające ogromnej ilości energii konstrukcje. Do budowy jednego potrzeba tygodnia, choć wprawiony budowniczy ukończy je nawet w ciągu jednego dnia pod warunkiem, że w okolicy znajduje się wystarczająca ilość budulca. Naukowcy badający ilość energii zużywanej w procesie budowania gniazd przez inny, blisko spokrewniony gatunek występującego w Kongu wikłacza zmiennego oszacowali, że pojedynczy okaz pokonuje średnio trzydzieści kilometrów, zbierając ponad pięćset pojedynczych źdźbeł trawy i pasków liści palmowych potrzebnych do skonstruowania jednego gniazda6.

 

W wyniku przeprowadzonego w latach siedemdziesiątych długoterminowego projektu badawczego, którego przedmiotem był wikłacz maskowy, wykazano, że za jego umiejętnościami konstruktorskimi kryje się coś więcej niż zakodowany genetycznie projekt pierzastego automatu do budowy gniazd7. Badanie udowodniło, że podobnie jak niemowlę, które rozwija swoje zdolności motoryczne poprzez zabawę różnymi przedmiotami, pisklęta płci męskiej bawią się i eksperymentują z materiałami wykorzystywanymi do budowy zaraz po wykluciu się z jajek i metodą prób i błędów stopniowo opanowują umiejętności tkania, łączenia i supłania, konieczne do budowy gniazd. W późniejszych czasach, kiedy naukowcy mogli analizować pracę wikłaczy maskowych dzięki kamerom rejestrującym obraz przez długi czas, zauważono jeszcze więcej interesujących aspektów tego procesu. Okazało się, że z czasem wikłacze stawały się coraz szybsze i skuteczniejsze w budowie gniazd — innymi słowy, coraz sprawniejsze — i że pojedyncze osobniki rozwijały idiosynkratyczne techniki konstrukcyjne, toteż wcale nie działały według z góry ustalonego planu8.

Wikłacze maskowe nie starają się ukrywać swoich gniazd przed potencjalnymi drapieżnikami. Wręcz przeciwnie, często czynią je lepiej zauważalnymi, wieszając na dobrze widocznych gałęziach, aby zwiększyć szansę przyciągnięcia samic. W dodatku za każdym razem, kiedy jakaś pojawi się w okolicy, samiec przerywa pracę i zaczyna stroszyć się i paradować, chcąc nakłonić ją do przetestowania jednego ze swoich gniazd. Jeśli ta się zgodzi, a następnie uzna, że gniazdo spełnia jej wymagania, samiec wykonuje niewielki otwór u jego podstawy, którym samica wchodzi do środka, by upiększyć trochę wnętrze i przygotować sobie miejsce, w którym później zniesie jajeczka.

Lokalni mieszkańcy Afryki Południowej utrzymują, że samce niszczą swoje gniazdo tylko wtedy, gdy samica po dokonaniu inspekcji uzna, że jest ono pod jakimś względem niedoskonałe. Bliższe obserwacje pokazują jednak, że nie jest to prawda. Samce regularnie niszczą swoje gniazda, nawet jeśli nie były w żaden sposób oceniane przez samice. Te z kolei bardzo często oceniają przydatność gniazd nie ze względu na kunszt, z jakim zostały wykonane, ale za względu na ich lokalizację. Marnie wykonane gniazdo, zbudowane przez biednego i niezdarnego samca, ale zawieszone w odpowiednim miejscu daje dużo większą szansę na przyciągnięcie samicy niż to o złej lokalizacji, nawet jeśli skonstruował je silny, pełen energii wikłacz.

Nie ma oczywiście żadnych wątpliwości, że porządna konstrukcja gniazda zwiększa szanse przetrwania jajeczek i potomstwa. Mimo że tak łatwo je dostrzec, węże, jastrzębie, małpy czy wrony mają duży problem z dostaniem się do środka. Bardzo trudno jest dosięgnąć gniazda zawieszonego na sprężystej, lekkiej, pozbawionej liści gałązce, która ugina się złowieszczo pod każdym dodatkowym ciężarem, a zwłaszcza trudno dostać się do znajdującej się wewnątrz głównej komory przez umieszczony na spodzie otwór i nie spaść przy tym z drzewa.

Jednak ta niezwykle zaawansowana konstrukcja w żaden sposób nie tłumaczy, dlaczego wikłacz z taką determinacją buduje kolejne identyczne gniazda, niczym garncarz, który wyrabia w kółko takie same wazy. Ani też nie tłumaczy zawziętości, z jaką niszczy całe serie idealnych gniazd, które dopiero co ukończył, niczym garncarz, rozbijający w szale swoje wazy z powodu niedoskonałości, które tylko on jest w stanie dostrzec. Gdyby kwestia oszczędzania energii była sprawą nadrzędną, wikłacz z pewnością rozwinąłby umiejętność budowania jednego, dwóch perfekcyjnych gniazd w idealnej lokalizacji, zamiast zużywać ogromne ilości energii, budując i niszcząc bez celu całe ich dziesiątki, prawda? Jeśli natomiast jego zdolność do budowania licznych gniazd jest wskaźnikiem jego indywidualnej siły, po co rozbiera je później z taką skrupulatnością?

Zdaniem jednego ze starszych Buszmenów Ju/’hoansi, który spędził wiele godzin na bezczynnym obserwowaniu wikłaczy, ptaki te niszczą swoje gniazda z taką zawziętością, ponieważ mają słabą pamięć. Tak słabą, że kiedy dany osobnik skupi się na budowie gniazda i zauważy kątem oka jedno ze swoich poprzednich, natychmiast zakłada, że zbudował je w walce o partnerkę jeden z rywali, który stara się siłą wedrzeć na jego terytorium — więc aby odpędzić swojego wyimaginowanego konkurenta, niszczy je.

Niewykluczone, że ma rację, jednak inny obserwator wikłaczy przedstawił dużo bardziej intrygującą opinię. Uznał, że wikłacze są „jak jego żona”, która po prostu nie potrafi obijać się, jak jej mąż. Dlatego, kiedy tylko kończyły jej się obowiązki, brała się za nawlekanie koralików, jeden po drugim, zawsze według tego samego naprzemiennego wzoru, zawsze tą samą, sprawdzoną techniką. I kiedy nie miała już więcej koralików, to, ponieważ rzadko kiedy było ich stać na kupno nowych, z pedantyczną precyzją rozbierała poprzednio ukończone sztuki biżuterii — często bardzo piękne — a odzyskane koraliki nawlekała od nowa. Uważał, że jest to cudowna cecha i że miał niezwykle dużo szczęścia, iż udało mu się przekonać taką kobietę, by za niego wyszła — kobietę, która potrafiła znaleźć dumę, radość i spokój w tworzeniu pięknych przedmiotów. Ona natomiast nie była już taka pewna, czy wychodząc za niego, tak bardzo jej się poszczęściło.

Mogłoby się wydawać, że budujące i niszczące swoje gniazda wikłacze dysponują nietypowo dużą ilością energii. Tymczasem nie są one jedynymi gatunkami oprócz nas, które marnują ją na ewidentnie bezcelową pracę. Królestwo ptaków zostało błogosławione tysiącami przykładów niezwykle kosztownych cech i nawyków, od bogatego upierzenia rajskich ptaków po przesadnie wymyślne gniazda altanników.

Wielu biologów uważa, że wyjaśnienie tych zachowań jest bardzo ważne z praktycznego punktu widzenia. Dla nich historia życia to opowieść o seksie i śmierci. Cała reszta to tylko pozory. Są przekonani, że każda cecha, która przetrwała dobór płciowy, musi być rozpatrywana pod kątem jej wpływu na zwiększenie lub zmniejszenie szans danego organizmu na przeżycie lub reprodukcję i jej użytku przy poszukiwaniu energii lub pozyskiwaniu względów ewentualnego partnera. Mogliby również przekonywać, że wikłacze budują i niszczą swoje gniazda, aby zasygnalizować swoją sprawność fizyczną przyszłym partnerkom albo po to, żeby dbać o kondycję i tym samym zapewnić sobie większą ochronę przed potencjalnymi drapieżnikami.

Co ciekawe, nie jesteśmy skorzy do wyjaśniania w ten sam sposób podobnych czynności wykonywanych przez pełnych energii ludzi. Przecież wiele czynności, na które ludzie wydatkują energię — od budowania coraz wyższych, okazalszych drapaczy chmur po starty w maratonach — trudno skojarzyć z pragnieniem utrzymania kondycji sprzyjającej rozmnażaniu się lub zwiększaniu szans na przetrwanie. Tak się składa, że wiele rzeczy, które robimy, aby spożytkować energię, może raczej skrócić nasze życie, niż je wydłużyć. Być może ostateczne wyjaśnienie tego, że wikłacze budują i niszczą gniazda z taką rozrzutnością, polega na tym, że nadmiar energii podobnie jak ludzie wydatkują na pracę, która wpisuje się w zasadę entropii.


Potrzeba ogromnej ilości energii, aby z molekuł utworzyć komórki, z komórek organy, z organów organizmy, a z organizmów krzaki, lasy, stada, ławice, grupy, kolonie, społeczności i miasta. Kiedy w danym ekosystemie występuje bardzo mało źródeł energii lub kiedy następuje zmiana warunków zewnętrznych, na przykład klimatu lub stanu geologicznego, lub nawet gdy jeden z występujących w nim gatunków drogą szybkiej adaptacji powoduje zmianę w układzie sił, najwięcej tracą na tym te gatunki, które wydatkują energię w sposób niezorganizowany i nieefektywny.