Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,90  62,32 
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Audiobook
Czyta Jacek Dragun
37,90  27,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Część pierwsza – Początek
1. Żyć znaczy pracować


Pewnego popołudnia, wiosną 1994 roku, pogoda była tak upalna, że nawet biegające w sandałach dzieci przemykały tylko z jednego zacienionego miejsca w drugie. Powietrze stało w miejscu, a tumany kurzu wzbijane przez koła Land Cruisera, którym misjonarz wjeżdżał właśnie piaszczystą drogą do obozu przesiedleńczego Skoonheid Resettlement Camp na pustyni Kalahari, wisiały w powietrzu jeszcze długo po tym, kiedy samochód się zatrzymał.

Dla niespełna dwustu szukających schronienia przed słońcem Buszmenów Ju/’hoansi wizyty misjonarzy dawały wytchnienie od monotonnego wyczekiwania na dostawy przyznawanej im przez rząd żywności. Były również dużo ciekawsze od włóczenia się po pustyni od jednego rancza do drugiego w nadziei, że uda im się przekonać jakiegoś białego rolnika, aby dał im pracę. Po pięćdziesięciu latach życia pod batem hodowców bydła, którzy ukradli im ich ziemię, nawet najbardziej sceptyczni członkowie najwytrwalszej społeczności łowców-zbieraczy na świecie wierzyli, że rozsądnie jest posłuchać tego, co mają do powiedzenia ci ziemscy wysłannicy czczonego przez farmerów Boga. Niektórym ich słowa przynosiły nawet pewne ukojenie.

Słońce opadało już powoli nad horyzontem, kiedy misjonarz wysiadł z Land Cruisera, wszedł na bagażnik, który posłużył mu za mównicę, i zaczął zwoływać wiernych. Było wciąż niewymownie gorąco, toteż zebrani usadowili się w postrzępionym cieniu akacji. Jedyną wadą tego pomysłu było to, że kiedy słońce opadało niżej, cień drzewa oddalał się od niego, toteż całe zgromadzenie musiało co jakiś czas zmieniać swoje miejsce. To natomiast wiązało się z ciągłym wstawaniem, siadaniem, przepychaniem się i trącaniem łokciami. Nabożeństwo trwało, a cień wydłużał się. W efekcie wierni coraz bardziej oddalali się od zaimprowizowanego przy samym drzewie podwyższenia, a misjonarz był zmuszony niemal wydzierać się przez większość prawionego przez siebie kazania.

Sceneria dodała nabożeństwu biblijnej wręcz powagi. Słońce nie tylko mieniło się nad głową misjonarza niczym zmuszająca do zmrużenia oczu aureola, ale i podobnie jak księżyc, który miał niebawem wzejść na wschodzie, oraz zgromadzeni pod drzewem wierni, było jednym z głównych bohaterów opowieści, którą misjonarz miał właśnie wygłosić: Księgi Rodzaju. O upadku pierwszych ludzi.

Opowieść tę rozpoczął od przypomnienia zgromadzonym, że zebrali się, by czcić Boga w niedzielę, ponieważ Bóg pracował przez sześć dni bez przerwy, aby stworzyć niebo, ziemię, oceany, słońce, księżyc, ptaki, zwierzęta, ryby i tak dalej, a odpoczął dopiero dnia siódmego, kiedy jego praca była skończona. Przypomniał im o tym dlatego, że ludzie zostali stworzeni na Jego podobieństwo i że oczekuje się od nich, że również będą harować przez sześć dni, a odpoczywać siódmego dnia, oraz że będą okazywali wdzięczność za liczne błogosławieństwa, jakimi obdarzył ich Pan.

Wstęp ten spotkał się z kilkoma potaknięciami i cichym amen ze strony jednego lub dwóch co bardziej entuzjastycznych członków zgromadzenia. Jednak większość z nich nie potrafiła jednoznacznie wskazać, za jakie to błogosławieństwa miała być wdzięczna. Wiedzieli, co to ciężka praca, i rozumieli, jak ważny jest czas na odpoczynek, jednak nie mieli pojęcia, co to znaczy cieszyć się z materialnych owoców swojej pracy. To za sprawą ich umęczonych rąk przez ostatnie półwiecze te jałowe ziemie zamieniły się w dochodowe rancza. Przez ten czas farmerzy, bardzo skorzy do leczenia Buszmenów Ju/’hoansi z opieszałości za pomocą bicza, pozwalali im na odpoczynek w każdą niedzielę.

Następnie misjonarz opowiedział im, że gdy Pan powierzył Adamowi i Ewie opiekę nad Edenem, zostali oni skuszeni przez węża do popełnienia grzechu śmiertelnego, w następstwie czego Wszechmogący „przeklął ziemię” i wygnał dzieci Adama i Ewy, skazując je na życie wypełnione ciężką pracą w polu.

Ta konkretna opowieść pochodząca z Biblii była bardziej zrozumiała dla Ju/’hoansi niż wiele innych, jakie słyszeli wcześniej — i to nie tylko dlatego, że rozumieli, co to znaczy być kuszonym do przespania się z kimś, z kim nie powinno się tego robić. Widzieli w niej odzwierciedlenie ich własnego losu. Wszyscy starzy Ju/’hoansi w obozie Skoonheid pamiętali czasy, kiedy byli panami na własnej ziemi, a ich życie polegało wyłącznie na polowaniu na dzikie zwierzęta i zbieraniu dzikich owoców, bulw i roślin. Wspominali, że w tamtych czasach ich pustynne otoczenie, podobnie jak Eden, niemal zawsze gwarantowało im dość pożywienia za cenę zaledwie kilku godzin pracy wykonywanej doraźnie, według potrzeb. Teraz niektórzy gdybali, że być może to przez jakiś grzech śmiertelny, który popełnili, począwszy od lat dwudziestych XX wieku, do Kalahari zaczęli zjeżdżać, najpierw pojedynczo, a następnie całymi hordami, biali farmerzy i policja kolonialna ze swoimi końmi, strzelbami, pompami wodnymi, drutami kolczastymi, bydłem oraz dziwnymi prawami, i zawłaszczyli sobie całą ziemię.

Z kolei biali farmerzy szybko się przekonali, że uprawianie ziemi w tak wrogo nastawionym wobec wielkoskalowego rolnictwa środowisku, jakim było Kalahari, będzie wymagało sporo wysiłku. Wobec tego, aby złapać i zmusić do pracy „dzikich” Buszmenów, zaczęli organizować komanda, które brały ich dzieci jako zakładników, zapewniając sobie w ten sposób posłuszeństwo ich rodziców, i poprzez regularne batożenie edukowali ich o „zaletach ciężkiej pracy”. Pozbawieni swoich ziem Ju/’hoansi nauczyli się, że aby przeżyć, podobnie jak Adam i Ewa musieli harować na farmach należących do białych.

Żyli tak przez trzydzieści lat. Jednak kiedy w 1990 roku Namibia uzyskała niepodległość od Republiki Południowej Afryki, dzięki postępom w technologii farmy stały się bardziej wydajne, a ich funkcjonowanie opierało się w mniejszym stopniu na pracy ręcznej niż kiedyś. Natomiast kiedy nowy rząd zmusił właścicieli rancz do traktowania Ju/’hoansi jak normalnych pracowników, wypłacania im należnych wynagrodzeń i zapewniania dachu nad głową, wielu rolników po prostu wygoniło ich ze swoich ziem. Wyliczyli bowiem, że dużo ekonomiczniej i łatwiej będzie zainwestować w odpowiednie maszyny i prowadzić gospodarstwa przy pomocy tak małej liczby pracowników, jak to tylko możliwe. W rezultacie jedynymi opcjami, jakie pozostały Ju/’hoansi, było rozbijanie obozów przy drogach, koczowanie na obrzeżach zamieszkałych przez lud Herero wiosek lub udanie się do jednego z dwóch obozów przesiedleńczych, gdzie do roboty nie było właściwie nic poza siedzeniem i czekaniem na racje żywności.

W tym miejscu opowieść o upadku człowieka przestała mieć dla Ju/’hoansi jakikolwiek sens. Bo skoro podobnie jak Adam i Ewa zostali wygnani przez Boga, by spędzić życie na pracy w polu, dlaczego teraz zostali ponownie wygnani z tych pól przez farmerów, którzy stwierdzili, że nie mają z nich więcej pożytku?


Sigmund Freud był przekonany, że wszystkie mitologie tego świata — wliczając biblijną opowieść o Adamie i Ewie — kryją w sobie sekrety związane z „rozwojem psychoseksualnym”. Z kolei jego kolega i rywal Carl Gustav Jung twierdził, że mity to nic innego jak esencja „nieświadomości zbiorowej”. Natomiast Claude Lévi-Strauss, wybitna postać dwudziestowiecznej antropologii kulturowej, postrzegał wszystkie mity jako zawiły zbiór puzzli, których ułożenie pozwoli nam poznać „struktury głębokie” ludzkiego umysłu.

Być może rzeczywiście mitologie mogą rzucić jakieś światło na naszą „nieświadomość zbiorową”, wyjaśnić nasze kompleksy seksualne czy pozwolić zajrzeć do struktur głębokich naszych umysłów. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że możemy się z nich dowiedzieć pewnych uniwersalnych rzeczy o doświadczeniach człowieka. Jedną z nich jest teoria, że świat, w którym żyjemy — bez względu na to, jak idealny był w momencie jego stworzenia — podlega oddziaływaniu chaotycznych sił, a człowiek musi pracować, aby te siły kontrolować.

Tamtego gorącego popołudnia w Skoonheid, wśród ludzi wsłuchanych w słowa misjonarza, znajdowało się kilka osób starej daty. Byli to ostatni z Buszmenów Ju/’hoansi, którzy znaczną część życia spędzili jako łowcy-zbieracze. Z charakterystycznym dla zbieracko-łowieckiego stylu życia stoicyzmem nosili w sobie traumę tamtych chwil, kiedy zostali brutalnie wyrwani ze swojego starego świata i teraz, czekając na śmierć, znajdowali ukojenie w przekazywaniu sobie „opowieści o początku” — mitów Stworzenia — które poznali, gdy byli jeszcze dziećmi.

Zanim pojawili się chrześcijańscy misjonarze i zaczęli głosić swoją wersję tamtych wydarzeń, Ju/’hoansi wierzyli, że stworzenie świata przebiegło w dwóch odrębnych fazach. W pierwszej z nich ich bóg stwórca stworzył samego siebie, swoje żony, małego bożka (trickstera) o imieniu G//aua, świat, deszcz, piorun, dziury w ziemi, które zbierały deszczówkę, rośliny, zwierzęta i wreszcie — ludzi. Zanim jednak dokończył robotę, oddał się innym zajęciom, a nieukończony świat pozostawił w stanie chaotycznej niejednoznaczności. Nie istniały żadne reguły społeczne, zwyczaje, a ludzie podobnie jak zwierzęta zmieniali swoje cielesne postaci z jednych na drugie, żenili się między sobą i oddawali przeróżnym cudacznym czynnościom. Na szczęście stwórca nie porzucił swojego dzieła na zawsze i powrócił, aby je ukończyć. Narzucił reguły i zaprowadził porządek na świecie, wpierw oddzielając od siebie i nazywając poszczególne gatunki, a potem obdarzając każdy z nich odrębnymi zwyczajami, zasadami i cechami.

Wszystkie „opowieści o początku”, które sprawiały tak ogromną radość starcom z Skoonheid, osadzone są w czasie, w którym stwórca, pozostawiwszy swoje dzieło nieukończone, udał się na przedłużony kosmiczny urlop — być może dlatego że, jak zasugerował pewien człowiek, chciał odpocząć podobnie jak Bóg chrześcijański. Większość tych opowieści traktuje o tym, jak pod nieobecność stwórcy trickster G//aua siał chaos i zamęt gdziekolwiek się pojawił. W jednej z nich bożek ów wycina, gotuje i serwuje rodzinie swój własny odbyt, po czym zanosi się śmiechem, kiedy jego krewni chwalą go za przygotowanie pysznego dania. W innych opowieściach gotuje i zjada swoją żonę, gwałci własną matkę, kradnie dzieci rodzicom i dopuszcza się okrutnych morderstw.

 

Jednak, kiedy stwórca wrócił, aby dokończyć swoją pracę, G//aua wcale nie zaprzestał łajdactw, lecz nieustannie starał się podstępem zaburzać porządek świata. Stąd też ­Ju/’­hoansi kojarzyli boga stwórcę z porządkiem, przewidywalnością, zasadami, manierami i konsekwencją, natomiast G//aua z przypadkiem, chaosem, niejednoznacznością, niezgodą i nieporządkiem. Ju/’hoansi winili G//aua za wiele różnych niewyjaśnionych zjawisk. Jego obecność wyczuwali na przykład wtedy, kiedy lwy zaczynały dziwnie się zachowywać; kiedy ktoś zapadł na tajemniczą chorobę; kiedy cięciwa w łuku pękła, oszczep się złamał, albo kiedy jakiś tajemniczy głos przekonał kogoś do legnięcia w łożu z czyimś małżonkiem mimo pełnej świadomości konfliktu, jaki to spowoduje.

Ludzie starej daty nie mieli wątpliwości, że wąż z opowieści misjonarza, który skusił Adama i Ewę, to nikt inny jak trickster G//aua w swoich licznych postaciach. Szerzenie kłamstw, przekonywanie ludzi do ulegania zakazanych żądzom, a następnie przypatrywanie się z radością rujnującym ich życie konsekwencjom było właśnie tym, w czym lubował się G//aua.

Ju/’hoansi są jednym z wielu ludów, które pod postacią wygadanego węża z Edenu rozpoznały swoich własnych mitycznych wichrzycieli. To z winy tricksterów, wichrzycieli i niszczycieli — takich jak Loki, krnąbrny syn Odyna, kojot i kruk w wielu kulturach rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, lub Anansi, wybuchowy, zmiennokształtny pająk, który pojawia się w licznych zachodnioafrykańskich i karaibskich mitologiach — ludzie od początku dziejów mieli ręce pełne roboty.

Nie przypadkiem motywem mitów jest nieustanne napięcie między porządkiem a chaosem. Przecież nawet naukowcy wskazują na wszechobecny związek między nieporządkiem a pracą. Po raz pierwszy wspomniano o nim podczas radosnych czasów oświecenia w Europie Zachodniej.


Gaspard-Gustave Coriolis uwielbiał grać w bilard — było to hobby, któremu oddawał się całymi godzinami w ramach swoich „badań” praktycznych. Ich rezultaty opublikował w Théorie mathématique des effets du jeu de billard, książce, która do dziś pozostaje biblią wszystkich miłośników bilarda i snookera. Coriolis urodził się w trakcie rewolucji, wiosną 1792 roku — w tym samym roku, w którym Zgromadzenie Narodowe obaliło monarchię, a jego członkowie wywlekli króla Ludwika XVI i Marię Antoninę z Pałacu Wersalskiego i odprowadzili na spotkanie z gilotyną. Coriolis był jednak rewolucjonistą innego rodzaju. Należał do tych mężczyzn i kobiet, którzy jako pierwsi odrzucili religijne dogmaty i by wyjaśnić prawa rządzące światem, zwrócili się ku rozumowi, potędze matematyki i rygorowi metody naukowej. To oni, odkrywszy sposoby na wykorzystanie transformacyjnej energii paliw kopalnych, dali początek rewolucji przemysłowej.

Coriolis został zapamiętany dzięki tak zwanemu „efektowi Coriolisa”, bez którego współcześni meteorolodzy nie potrafiliby w żaden sensowny sposób wyjaśnić nieustannie zmieniających się stanów pogodowych ani też kaprysów prądów morskich. Dla nas liczy się to, że wprowadził on do słownictwa naukowego termin „praca”.

Zainteresowanie Coriolisa bilardem było czymś więcej niż satysfakcją z kliknięcia, jakie wydawały zderzające się ze sobą bile z kości słoniowej, czy dreszczykiem emocji, który przeszywał go, gdy jedna z nich, uderzona kijem, trafiała prosto do łuzy. Dla niego bilard odzwierciedlał potężną moc objaśniania, jaką miała matematyka, natomiast stół bilardowy był przestrzenią, w której ludzie tacy jak on mogli obserwować, majstrować i bawić się niektórymi fundamentalnymi prawami świata fizyki. Oprócz tego, że obracające się bile przywodziły mu na myśl ciała niebieskie, których ruchy opisał Galileusz, za każdym razem, kiedy opierał kij bilardowy o swoją dłoń, wkraczał w świat geometrii, rządzony prawami sformułowanymi przez Euklidesa, Pitagorasa i Archimedesa. I za każdym razem, gdy biała bila napędzana energią przekazaną przez jego ramię uderzała w inne bile, te skrupulatnie przestrzegały praw dotyczących masy, ruchu i siły opisanych niemal sto lat wcześniej przez Sir Isaaca Newtona. Ich zachowanie rodziło również szereg pytań związanych z tarciem, sprężystością i transferem energii.

Nie zaskakuje, że największy wkład Coriolisa w naukę i matematykę dotyczył efektów ruchu obracającej się sfery: energia kinetyczna wynikająca z ruchu ciała takiego jak kula bilardowa oraz proces przekazania energii z ramienia przez kij bilardowy, która sprawiała, że biała bila toczyła się po stole.

Był rok 1828, kiedy podczas opisywania tego ostatniego zjawiska, Coriolis po raz pierwszy zastosował termin „praca” do opisania siły potrzebnej do przemieszczenia się obiektu na konkretną odległość1.

Kiedy Coriolis opisał czynność uderzenia bili kijem bilardowym jako wykonanie „pracy”, nie myślał rzecz jasna wyłącznie o bilardzie. Pierwsze ekonomiczne opłacalne silniki parowe zostały wynalezione kilka lat wcześniej, toteż wiedziano już, że ogień miał dużo więcej zastosowań niż przypiekanie mięsa czy topienie żelaza. Nie istniał jednak żaden dość dokładny sposób oszacowania wydajności silników parowych, które napędzały rewolucję przemysłową w Europie. Coriolis zamierzał opisać, zmierzyć i w sposób miarodajny porównać możliwości takich rzeczy, jak koła wodne, wozy konne, silniki parowe i ludzie.

Wielu matematyków i inżynierów już wcześniej odkryło istnienie konceptu odpowiadającego „pracy” Coriolisa. Jednak żaden z nich nie wprowadził odpowiednich terminów, by go opisać. Niektórzy nazwali go „efektem dynamicznym”, inni „siłą roboczą”, a jeszcze inni „siłą napędową”.

Obliczenia Coriolisa zostały bardzo szybko potwierdzone przez ówczesnych naukowców, lecz najbardziej zaimponowała im zaproponowana przez niego terminologia. Wydawało się, że znalazł wreszcie odpowiednie słowo do opisania konceptu, który od lat drażnił ich swoją nieuchwytnością. Poza tym, że termin „praca” nad wyraz trafnie opisywał cel istnienia silników parowych, francuskie słowo travail ma poetyckie brzmienie nieobecne w wielu innych językach. Kojarzy się ono nie tylko z wysiłkiem, ale i z cierpieniem, i dlatego tak trafnie i z namiastką godności przywodziło na myśl niedawne męki francuskiego stanu trzeciego — chłopów — którzy przez tyle lat harowali na rzecz odzianych w peruki arystokratów i monarchów. A łącząc drzemiący w maszynach potencjał z oswobodzeniem chłopów z życia naznaczonego niekończącą się harówką, Coriolis zapoczątkował wizję kontynuowaną później przez Johna Maynarda Keynesa, w której technologia jest naszą przepustką do ziemi obiecanej.

Dzisiaj termin „praca” jest używany do opisywania wszystkich transferów energii, od tych odbywających się w kosmosie podczas formowania się gwiazd i galaktyk, po te na poziomie atomowym. Naukowcy są również zgodni co do tego, że stworzenie wszechświata wymagało wykonania kolosalnej ilości pracy, a tym, co czyni życie tak wyjątkowym i różni stworzenia żywe od rzeczy martwych, są bardzo niecodzienne rodzaje pracy, jakie muszą wykonywać żywe stworzenia.


Organizmy żywe mają liczne cechy, których brakuje przedmiotom martwym. Najbardziej oczywistą cechą jest to, że stworzenia żywe aktywnie pobierają i wydatkują energię, którą łączą atomy w molekuły, a molekuły w komórki, komórki w organy, a organy w ciała; wykorzystują ją, by rosnąć i się rozmnażać; a kiedy skończą wykonywać te czynności, umierają i pozbawione energii, która trzymałaby ich fizyczną postać w całości, ulegają rozkładowi. Inaczej mówiąc, żyć znaczy pracować.

Wszechświat jest wypełniony niezliczoną ilością złożonych i dynamicznych systemów — od planet po galaktyki — o których mówimy czasem, że są „żywe”. Jednak wyjąwszy składające się z komórek organizmy, żadne z nich nie pobierają w sposób świadomy energii z innych źródeł i nie wydatkują jej na pracę, aby utrzymać się przy życiu i rozmnażać. Na przykład „żywa” gwiazda nie uzupełnia swojej energii, pobierając ją z otoczenia. Nie stara się również o wyprodukowanie potomstwa, które z czasem urośnie na jej podobieństwo. Zamiast tego wykonywaną przez siebie pracę napędza, poświęcając własną masę, i gdy ta się wyczerpie, gwiazda „umiera”.

Życie wykonuje pracę w sposób aktywy, aby przetrwać, rozwijać się i rozmnażać z uwagi na to, czy też na przekór temu, co niektórzy naukowcy nazywają „nadrzędnym prawem wszechświata”: drugą zasadą termodynamiki, znaną również pod nazwą zasady entropii. Druga zasada termodynamiki mówi, że energia rozkłada się równomiernie w całym wszechświecie. Entropia objawiająca się pod postacią niezliczonych mitologicznych tricksterów nieustannie demontuje każdy ład i porządek, jaki we wszechświecie udaje się zaprowadzić. Z czasem, tak jak miało to miejsce w przypadku Lokiego w mitologii nordyckiej, druga zasada termodynamiki sprawi, że entropia doprowadzi do armagedonu — jednak nie przez unicestwienie wszechświata, ale dlatego, że kiedy osiągnie swój cel, czyli rozprowadzi całą istniejącą energię równomiernie po wszechświecie, nie zostanie już żadna dostępna energia i nie będzie już mogła zostać wykonana żadna praca w fizycznym znaczeniu tego słowa.

Co jakiś czas, ukryty w cieniu trickster mruga do nas porozumiewawczo, pozwalając nam intuicyjnie dostrzec niektóre znamiona entropii. Widzimy ją w niszczejących budowlach i rozkładzie naszych ciał, w upadku cesarstw, w mleku mieszającym się z kawą i w nieustającym wysiłku, który wkładamy w to, by utrzymać porządek w naszym życiu, społecznościach i naszym świecie.


Pionierom rewolucji przemysłowej objawiała się ona w niemożności skonstruowania silnika parowego o stuprocentowej wydajności.

Podczas swoich eksperymentów obserwowali, jak energia cieplna nieuchronnie rozprzestrzenia się równomiernie po całym kotle, a następnie przenika przez metalową obudowę na zewnątrz. Zauważyli również, że energia zawsze przepływa od cieplejszego ciała do zimniejszego i kiedy jej ilość wreszcie się wyrówna, procesu tego nie da się odwrócić bez konieczności zużycia dodatkowej energii. Dlatego właśnie, kiedy herbata w filiżance schłodzi się do temperatury otoczenia, nie jest możliwe, aby odebrała tę energię z otoczenia i ponownie się podgrzała. Stwierdzili także, że aby odwrócić działanie entropii, konieczne jest wykonanie dodatkowej pracy przy użyciu energii pochodzącej spoza systemu. Ponowne podgrzanie herbaty wymagało dodatkowej energii.

Przez pewien czas zasada entropii była postrzegana jako nieokiełznane prawo natury. Wreszcie w latach 1872–1875 austriacki fizyk Ludwig Boltzmann wykonał pierwsze obliczenia. Wykazał, że sposób zachowania energii cieplnej można dokładnie obliczyć za pomocą rachunku prawdopodobieństwa2. Przekonywał, że istnieje nieskończenie więcej kombinacji, w jakich energia może się rozprzestrzenić poprzez tryliony molekuł składających się na łyżeczkę wody, niż tych, w jakich ciepło pozostanie zawarte w zaledwie kilku z nich. Oznacza to, że w poruszających się i nieustannie oddziałujących na siebie cząstkach szansa na równomierne rozprzestrzenienie się energii jest tak ogromna, że można ją uznać za stuprocentową. Jego model matematyczny wykazał, że tak samo będzie w wypadku energii w największym istniejącym zbiorniku, jakim jest cały wszechświat.

Opisując zjawisko entropii za pomocą modelu matematycznego, Boltzmann wykazał jednocześnie, że nie musi ono występować wyłącznie w zagadnieniach inżynierskich, i wyjaśnił, dlaczego dostrzegamy jej działanie w niszczejących budynkach, erozji skał, eksplodujących gwiazdach, rozlanym mleku, filiżankach chłodnej herbaty czy nawet w demokracji.

Stany niskiej entropii są „wysoce uporządkowane”. Podobnie jak sypialnie dzieci, gdy te zostaną zmuszone do posprzątania ich, i odłożenia do odpowiednich szuflad i na odpowiednie półki zabawek, gadżetów, ubrań, książek i tubek z plasteliną. Natomiast stany wysokiej entropii przypominają sytuację zaistniałą kilka godzin później, kiedy wszystkie zabawki zostaną ponownie porozrzucane po całym pokoju, wydawałoby się w całkiem przypadkowy sposób. Według obliczeń Boltzmanna każde możliwe rozstawienie w sensie fizycznym zabawek w pokojach byłoby równie prawdopodobne, gdyby dzieci były niczym więcej, jak tylko urządzeniami, które w sposób losowy rozrzucają wokół siebie rzeczy. Istnieje oczywiście maleńka szansa na to, że dzieci, jako owe urządzenia losowo rozstawiające przedmioty, akurat umieściłyby wszystkie zabawki na swoich miejscach i moglibyśmy uznać, że pokoje zostały posprzątane. Problem polega na tym, że istnieje zdecydowanie więcej sposobów na zrobienie bałaganu w pokoju niż na jego wysprzątanie, stąd szansa na zrobienie bałaganu jest niepomiernie większa i będzie on panował do momentu, gdy rodzice każą dzieciom zrobić porządek — a więc wykonać pracę oraz wydatkować dodatkową energię — i przywrócić w pokojach niski stan entropii.

 

Choć istnieje wiele dużo prostszych przykładów na wyjaśnienie tego zjawiska niż analiza bałaganu w pokoju dziecięcym, pomocna w zrozumienia jego skali matematycznej będzie znana wszystkim kostka Rubika. Jest to zabawka logiczna o sześciu różnokolorowych ściankach zbudowanych z dziewięciu kwadratów każda, opartych na centralnych osiach obrotu, dzięki czemu każdą z nich można obracać niezależnie od pozostałych. Liczba ułożeń kostki nierozwiązanej wynosi 43 252 003 274 489 856 000, podczas gdy kombinacja kostki rozwiązanej jest tylko jedna3.


W 1886 roku, cztery lata po pogrzebie Charlesa Darwina w Westminster Abbey, Boltzmanna poproszono o poprowadzenie wykładu w Austriackiej Akademii Nauk. „Gdyby ktoś mnie zapytał, czy nasze stulecie zostanie okrzyknięte wiekiem żelaza czy wiekiem pary i elektryczności”, mówił Boltzmann do zgromadzonych słuchaczy, „odpowiedziałbym bez wahania: zostanie nazwane wiekiem mechanicznego spojrzenia na naturę, wiekiem Darwina”4.

Podobnie jak pochodzący ze starszego pokolenia Charles Darwin, który przekonywał, że to ewolucja, a nie Bóg, jest wyjaśnieniem różnorodności życia na Ziemi, również Boltzmann poprzez swoją pracę podważał autorytet boskiego stwórcy. We wszechświecie rządzonym przez prawa termodynamiki nie było miejsca na boskie przykazania, a losy wszelkich jego elementów były z góry przesądzone.

Podziw Boltzmanna dla Darwina nie brał się wyłącznie z tego, że obaj zadali druzgocący cios dogmatom religijnym. Innym powodem było przekonanie Boltzmanna o tym, że jednym z czynników kształtujących zjawisko ewolucji była właśnie entropia — przekonanie, które do pełnej postaci rozwinął wywodzący się z kolejnego pokolenia laureat Nagrody Nobla w dziedzinie mechaniki kwantowej Erwin Schrödinger, najbardziej znany ze swojego eksperymentu, w którym zamykał wyimaginowane koty w wyimaginowanych pojemnikach.

Schrödinger był przekonany, że istnieje fundamentalna więź między entropią i życiem. Już inni naukowcy przed nim, w tym Boltzmann, wysuwali założenie, że wszystkie organizmy żywe, takie jak konie, ludzie czy hipopotamy, są termodynamicznymi silnikami: podobnie jak silniki parowe wymagały one do pracy paliwa w postaci jedzenia, powietrza i wody, a podczas wykonywania tej pracy przemieniały część tego paliwa w ciepło, które oddawały bezpowrotnie do otoczenia. Jednak dopiero Schrödinger jako pierwszy rozwinął to założenie i sformułował płynące z niego wnioski podczas serii wykładów, których udzielił w 1943 roku w Kolegium Trójcy Świętej w Dublinie.

Ojciec Schrödingera był zapalonym ogrodnikiem amatorem. Fascynowała go zwłaszcza ingerencja w działanie ewolucji poprzez ręczne wybieranie z roślin nasion o specyficznych właściwościach. Zainspirowany ogrodniczymi eksperymentami swojego ojca Schrödinger przejął jego zainteresowanie dziedziczeniem i ewolucją, które żywił jeszcze długo po tym, jak fizyka teoretyczna stała się główną domeną jego pracy naukowej.

Jeszcze zanim Schrödinger wygłosił serię wykładów w Dublinie, które opublikowano później w formie książki Czym jest życie, biologia była sierotą wśród pozostałych nauk przyrodniczych5. Wcześniej naukowcy zadowalali się stwierdzeniem, że życie rządzi się własnymi specyficznymi, niezgłębionymi regułami. Tymczasem Schrödinger był zdania, że biologia zasługuje na to, by być pełnoprawnym członkiem naukowej rodziny. Tamtego wieczoru postanowił przekonać słuchaczy, że nauka o życiu — biologia — jest po prostu kolejną, jakkolwiek skomplikowaną, dziedziną fizyki i chemii. To, że fizykom i chemikom nie udało się do tej pory wyjaśnić fenomenu życia, tłumaczył publiczności, nie jest powodem, by twierdzić, że „są do tego niezdolni”.

Schrödinger opisał niezwykłą jego zdaniem umiejętność gromadzenia informacji i wydawania poleceń przez atomy i molekuły znajdujące się w naszych komórkach — kody DNA i RNA — inspirując w ten sposób całe pokolenie naukowców do poświęcenia swoich karier naukowych zgłębianiu biologicznych podstaw chemii i fizyki. Wśród nich byli wywodzący się z Uniwersytetu Cambridge Francis Crick oraz jego partner James Watson, którzy dziesięć lat później odkryli strukturę podwójnej helisy charakterystyczną dla budowy kodu DNA.

Zachwyt Schrödingera zdolnością „niewielkiej grupy atomów”6 do stworzenia genomu sterującego organizowaniem się trylionów atomów we włosy, wątroby, palce, gałki oczne i tak dalej brał się z tego, że atomy czyniły to wszystko na przekór drugiej zasadzie termodynamiki. W przeciwieństwie do wszystkich pozostałych składowych wszechświata, które zdawały się zmierzać do coraz większego nieuporządkowania, życie, nic sobie z tego nie robiąc, nieustannie gromadziło materię i organizowało ją w zdumiewająco złożone struktury, które gromadziły energię, a następnie się rozmnażały.

Jednak, mimo że organizmy żywe wydawały się z pozoru nieustannie łamać zasadę entropii, Schrödinger wiedział, że życie po prostu nie mogło istnieć w sprzeczności z drugą zasadą termodynamiki. Oznaczało to, że życie musiało w jakiś sposób dokładać się do zjawiska entropii. Wysnuł więc wniosek, że robiło to poprzez wyszukiwanie i ujarzmianie wolnej energii, którą następnie wykorzystywało do pracy, generując ciepło i tym samym powiększając ilość entropii we wszechświecie. Zauważył również, że większe i bardziej złożone organizmy musiały wykonywać więcej pracy, by utrzymać się przy życiu, rozwijać się i rozmnażać, więc w rezultacie struktury złożone, takie jak organizmy żywe, były dużo większymi kontrybutorami energetycznymi we wszechświecie niż na przykład kamienie.


Skoro życie można zdefiniować za pomocą pracy wykonywanej przez żywe stworzenia, to proces przemiany ziemskiej materii nieorganicznej w materię organiczną, żywą, musi się wiązać z jakąś pracą — dawką energii, która uruchamia działanie napędu prymitywnego życia. Nie jest jasne, skąd dokładnie bierze się ta energia. Być może z palca bożego, choć bardziej prawdopodobne jest to, że została uwolniona w trakcie reakcji geochemicznych, od których w początkowym okresie swojego istnieniach kipiała i syczała nasza planeta; lub też z rozpadu materiałów radioaktywnych towarzyszącemu procesowi entropii wczesnej Ziemi.

To, że abiogeneza — proces powstawania życia — wiązała się z pracą, jest prawdopodobnie jej najmniej zagadkowym elementem. Aż do przełomu drugiego i trzeciego tysiąclecia wniosek płynący z danych naukowych wskazywał, że pojawienie się życia jest zjawiskiem tak mało prawdopodobnym, że niemal na pewno jesteśmy jedynymi żywymi organizmami we wszechświecie. Dzisiaj, przynajmniej zdaniem niektórych naukowców, szanse te całkowicie się odwróciły. Są oni coraz bardziej skłonni sądzić, że życie jest zjawiskiem nieuchronnym i że entropia, bożek-trickster, nie jest jego niszczycielem, lecz stwórcą. Pogląd ten opiera się na założeniu, że pojawienie się organizmów żywych jest związane z ich zdolnością do efektywniejszego marnowania energii cieplnej, niż robią to formy nieorganiczne, co wzmacnia rządzącą wszechświatem entropię7.