Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czasTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,90  62,32 
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Audiobook
Czyta Jacek Dragun
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


James Suzman

Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas


Tytuł oryginału

Work. A History of How We Spend Our Time ISBN 978-83-8202-280-3 Copyright © James Suzman, 2020 Illustrations © Michelle Fava, 2020 Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 All rights reserved Redakcja Magdalena Ciszewska Korekta Blanka Kienitz, Daria Kozierska Skład i opracowanie graficzne Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Fotografia na okładce © Hans Wild/The LIFE Picture Collection via Getty Images Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Z jakiej racji ta ropucha, praca, Ciężkim zadem zgniata mnie i dławi? Czemu precz nie przegonię płaza Ostrymi sprytu widłami? Philip Larkin, Ropuchy (tłum. Stanisław Barańczak)

Wstęp – Problem ekonomiczny


Pierwszą rewolucję przemysłową wypluwały w przestrzeń czarne od sadzy kominy pracujących na węgiel silników parowych; druga iskrzyła się w zamontowanych w ścianach gniazdkach elektrycznych; trzecia natomiast objawiła nam się pod postacią mikroprocesorów. Dzisiaj żyjemy w czasach czwartej rewolucji przemysłowej, której znakiem jest szereg nowych technologii w branży cyfrowej, biologicznej i przemysłowej. Powszechnie uważa się, że jej postęp będzie wykładniczo większy od wszystkich poprzednich. Mimo to nikt nie jest pewien, jak się ona zakończy, skoro coraz więcej zadań w fabrykach, przedsiębiorstwach i naszych domach wykonują zautomatyzowane, cybernetyczno-fizyczne systemy, napędzane algorytmami — nieprzerwanie udoskonalanymi przez technologię uczenia maszynowego.

Dla niektórych wizja zautomatyzowanej przyszłości jest zwiastunem ery obfitującej w wygody zapewniane nam przez roboty. Dla innych to kolejny krok w stronę cybernetycznej dystopii. Jednak dla wielu wizja ta rodzi jedno niezwykle ważne pytanie: Co będzie, jeśli robot odbierze mi pracę?

Dla tych, których zawody nie stoją w obliczu zagrożenia ze strony wszechobecnych innowacji technologicznych, ofensywa pracożerczych robotów objawia się w sposób raczej prozaiczny: są to rozbrzmiewające chórem powitania lub instrukcje zautomatyzowanych kas w supermarketach czy niezdarne algorytmy, które, asystując nam podczas wędrówek po cyfrowym świecie, w równym stopniu pomagają, co irytują.

Jednak dla setek milionów bezrobotnych, którym z trudem udaje się przeżyć na pokrytym blachą falistą marginesie społeczeństw krajów rozwijających się, gdzie wzrost gospodarczy napędzany jest w dużo większym stopniu przez kapitał i najnowsze technologie, skutkiem czego powstaje w nich stosunkowo niewiele nowych miejsc pracy, automatyzacja jest dużo większym powodem do zmartwień. W podobnej sytuacji jest cała rzesza średnio wykwalifikowanych robotników, dla których strajk jest jedynym sposobem ocalenia swojego miejsca pracy przed przejęciem go przez automaty, które nigdy nie strajkują, co jest jedną z ich podstawowych zalet. Groźba utraty stanowiska na ich rzecz wisi również nad wysoko wykwalifikowanymi pracownikami, choć na razie wydaje się ona odległa. Dziś, kiedy sztuczna inteligencja zajmuje się wytwarzaniem jeszcze lepszej sztucznej inteligencji — takiej, której człowiek nie jest w stanie stworzyć — wydaje się, że zostaliśmy oszukani przez nasz własny geniusz, który, realizując swój diabelski plan, przejmie nasze fabryki, biura i miejsca pracy, pozbawi nas zajęcia i odbierze sens naszemu życiu.

W takiej sytuacji obawy są jak najbardziej uzasadnione. Żyjemy przecież po to, aby pracować, a pracujemy po to, żeby żyć. Jesteśmy też w stanie odnaleźć sens, satysfakcję i dumę w praktycznie każdej pracy: od rytmicznej monotonii towarzyszącej myciu podłóg po wykorzystywanie luk w prawie podatkowym. Praca, którą wykonujemy, definiuje również to, kim jesteśmy; daje perspektywy na przyszłość, określa, gdzie i z kim spędzamy większość czasu; reguluje naszą samoocenę; wpływa na naszą hierarchię wartości i orientację polityczną. Zjawisko to jest tak silne, że układamy pieśni na cześć niezłomnych i pracowitych, potępiamy lenistwo nierobów, a obiecywanie pracy wyborcom stało się mantrą powtarzaną przez wszystkich polityków, bez względu na ich przynależność partyjną.

U podłoża tego leży przekonanie, że wszyscy jesteśmy stworzeni do pracy i że przeznaczenie naszego gatunku zostało ukształtowane przez wyjątkowe połączenie poczucia celu, inteligencji i pracowitości, które umożliwiło nam stworzenie społeczeństw będących czymś więcej niż tylko sumą swoich składowych.

Nasze obawy związane ze zautomatyzowaną przyszłością kontrastują z optymizmem wielu intelektualistów i marzycieli, którzy już od pierwszych dni rewolucji przemysłowej wierzyli, że automatyzacja jest kluczem do gospodarczej utopii. Wśród nich byli na przykład Adam Smith, jeden z ojców założycieli ekonomii, który w 1776 roku składał hołd „bardzo pięknym maszynom”, wierząc, że „ułatwią i skrócą pracę”1, czy Oscar Wilde, który sto lat później fantazjował o przyszłości, w której „maszyny będą wykonywały całą konieczną i nieprzyjemną pracę”2. Żaden z nich nie podszedł do tego tematu równie wyczerpująco, jak najbardziej wpływowy ekonomista XX wieku John Maynard Keynes. Już w 1930 roku przewidział, że na początku XXI wieku wzrost kapitału, zwiększona wydajność i postęp technologiczny powinny umieścić nas w przedsionku gospodarczej „ziemi obiecanej”, na której będą spełnione podstawowe potrzeby wszystkich ludzi i gdzie nikt nie będzie musiał pracować dłużej niż piętnaście godzin tygodniowo.

Wskazane przez Keynesa warunki wydajności i wzrostu kapitału konieczne do znalezienia się na tej ziemi obiecanej spełniliśmy już kilka dekad temu. Jest jednak jasne, że rodzaj ludzki nie jest jeszcze gotowy na to, by przejść na ekonomiczną emeryturę. Większość z nas wciąż pracuje równie ciężko, jak nasi dziadkowie i pradziadkowie, a rządy są wciąż równie obsesyjnie skupione na wzroście gospodarczym i kwestii zatrudnienia, jak przez większość najnowszej historii. Mało tego, z powodu licznych prywatnych i państwowych funduszy emerytalnych uginających się pod ciężarem zobowiązań wobec starzejących się społeczeństw od wielu z nas oczekuje się, że będziemy pracować o niemal dekadę dłużej niż pięćdziesiąt lat temu; poza tym mimo niespotykanych wcześniej postępów w technologii i wydajności w niektórych z najlepiej rozwiniętych gospodarczo krajach, takich jak Japonia czy Korea Południowa, odnotowuje się rocznie setki możliwych do uniknięcia zgonów spowodowanych przeciążającymi pracowników nadgodzinami.

Wydaje się, że rodzaj ludzki nie jest jeszcze gotowy do przejścia na zbiorową emeryturę. Aby zrozumieć, dlaczego tak jest, trzeba sobie uświadomić, że nasz związek z pracą jest dużo bardziej interesujący i absorbujący, niż sądzili tradycyjni ekonomiści.


Keynes uważał, że dotarcie do gospodarczej ziemi obiecanej będzie największym osiągnięciem naszego gatunku, ponieważ rozwiążemy tym samym „najpilniejszy problem rasy ludzkiej (…) [istniejący] od samego początku życia w jego najbardziej prymitywnej formie”.

Ów „pilny problem” był przez klasycznych ekonomistów nazywany „problemem ekonomicznym”, a czasami „problemem niedoboru”. Jego podstawą jest założenie, że jako ludzie jesteśmy stworzeniami racjonalnymi o nienasyconych apetytach, dlatego też ilość zasobów jest po prostu niewystarczająca do ich zaspokojenia i w rezultacie panuje ich niedobór. Założenie, że mamy nieskończone potrzeby i że wszystkie zasoby są ograniczone, leży u podstaw definicji nauki, jaką jest ekonomia, której zadaniem jest rozstrzygnięcie, w jaki sposób rozdzielać owe niewystarczające zasoby, aby zaspokoić ludzkie potrzeby i pragnienia. Założenie to jest również fundamentem systemów rynkowego, finansowego i walutowego. Z punktu widzenia ekonomistów niedobór jest siłą, która napędza naszą pracę, ponieważ jedynie przez pracę — wytwarzanie, produkowanie i handlowanie ograniczonymi zasobami — możemy zniwelować różnicę, jaka dzieli nasze najwyraźniej nieograniczone pragnienia i niewystarczające środki.

Jednak problem niedoboru stawia nasz gatunek w bardzo negatywnym świetle. Wydaje się, że ewolucja uczyniła z nas niezwykle samolubne stworzenia, skazane na pragnienia, których nie będziemy w stanie zaspokoić. I choć taka ocena natury ludzkiej może się wydawać oczywista dla większości mieszkańców uprzemysłowionego świata, dla wielu innych, na przykład dla zamieszkujących kotlinę Kalahari w Afryce Południowej Buszmenów Ju/’hoansi, którzy jeszcze pod koniec XX wieku wiedli zbieracko-łowiecki tryb życia, jest ona kompletnie niezrozumiała.

 

Od początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku zbieram informacje o ich często traumatycznych konfrontacjach z nieubłaganie rozprzestrzeniającą się globalną gospodarką. Jest to niekiedy bardzo brutalna opowieść osadzona na granicy dwóch biegunowo różnych stylów życia, z których każdy opiera się na różnych filozofiach społecznych i gospodarczych i zbudowany jest na odmiennych założeniach o niedoborze. Dla Ju/’hoansi gospodarka rynkowa oraz założenia leżące u jej podstaw, dotyczące natury człowieka, są równie zdumiewające, co frustrujące. I nie tylko dla nich. Również inne społeczności, które w XX wieku trudniły się zbieractwem i łowiectwem, od plemienia Hadza z Afryki Wschodniej po zamieszkujących Arktykę Innuitów, mają trudność ze zrozumieniem i dostosowaniem się do norm systemu gospodarczego opartego na teorii niedoboru.

Gdy Keynes przedstawił swoją wersję gospodarczej utopii, badania nad społecznościami zbieracko-łowieckimi były zaledwie drobną częścią dopiero raczkującej dziedziny nauki zwanej antropologią kulturową. Nawet gdyby rzeczywiście chciał się dowiedzieć więcej na temat społeczeństw zbieracko-łowieckich, nie znalazłby zbyt wiele argumentów przeciwstawiających się panującemu w tamtych czasach przekonaniu, że życie w prymitywnych społecznościach polega na nieustannej walce z głodem. Podobnie nie znalazłby żadnych dowodów, które przekonałyby go, że mimo sporadycznych trudności przygoda człowieka to przede wszystkim historia postępu, który napędza nasz pociąg do pracy, produkowania, budowania i handlowania, wynikający z wrodzonej potrzeby rozwiązania problemu ekonomicznego.

Dzisiaj wiemy jednak, że społeczności zbieracko-łowieckie, takie jak Ju/’hoansi, nie zawsze żyły na granicy śmierci głodowej. Przeciwnie — ich członkowie zwykle dobrze się odżywiali; żyli dłużej niż ludzie w społecznościach rolniczych; rzadko pracowali więcej niż piętnaście godzin tygodniowo, a większość czasu przeznaczali na odpoczynek i rekreację. Wiemy również, że mogli prowadzić takie życie, ponieważ zazwyczaj nie magazynowali żywności, nie interesowało ich gromadzenie majątku ani ich status, a pracowali niemal wyłącznie po to, aby zaspokoić doraźne potrzeby materialne. Podczas gdy zgodnie z teorią problemu ekonomicznego wszyscy jesteśmy skazani na wieczny żywot w czyśćcu leżącym między naszymi nieskończonymi pragnieniami a ograniczonymi środkami, członkowie społeczności zbieracko-łowieckich mieli bardzo niewielkie potrzeby materialne, których zaspokojenie wymagało zaledwie kilku godzin pracy. U podstaw ich życia ekonomicznego nie leżało zamartwianie się niedoborem, ale założenie o dostatku. Mamy więc bardzo dobry powód, aby sądzić, że skoro nasi przodkowie trudnili się zbieractwem i łowiectwem przez ponad 95 procent z trzystu tysięcy lat istnienia gatunku homo sapiens, ocena natury ludzkiej, problem niedoboru, a także nasz stosunek do pracy mają swoje korzenie w rolnictwie.


Uświadomienie sobie, że przez większość historii człowieka nasi przodkowie nie przejmowali się niedoborem w takim stopniu, w jakim przejmujemy się nim dzisiaj, przypomina nam, że oprócz rozwiązania problemu ekonomicznego czeka nas jeszcze dużo więcej pracy. Wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę: jako pracę określamy całą gamę codziennych czynności niezwiązanych z pracą zawodową. Możemy na przykład pracować nad naszymi relacjami, kondycją fizyczną czy nawet nad formą rekreacji.

Definiując pracę jako czas i wysiłek poświęcony zaspokojeniu naszych potrzeb i pragnień, ekonomiści pomijają dwie oczywiste kwestie. Po pierwsze, różnica między pracą a rekreacją polega bardzo często wyłącznie na okolicznościach i na tym, czy płaci się nam za wykonanie pewnych czynności, czy sami płacimy, aby móc je wykonywać. Kiedyś dla myśliwego polowanie na łosie było pracą, tymczasem dla wielu myśliwych pierwszego świata to dostarczająca wielu wrażeń i nierzadko bardzo droga rozrywka; dla zawodowego artysty rysowanie jest pracą, jednak dla milionów amatorów rysowanie stanowi odprężającą czynność; dla lobbystów pielęgnowanie relacji z wpływowymi osobami to praca, jednak dla większości ludzi zawieranie znajomości jest czystą przyjemnością. Po drugie, poza energią, którą wydatkujemy, aby zaspokoić nasze najbardziej podstawowe potrzeby — jedzenie, woda, powietrze, ciepło, towarzystwo i bezpieczeństwo — nie istnieją żadne uniwersalne cechy, które pozwoliłyby zdefiniować konieczność. Co więcej, konieczność bardzo często tak płynnie przechodzi w pragnienie, że rozróżnienie ich staje się niemożliwe. W ten sposób dla jednych śniadanie pod postacią rogalika i filiżanki dobrej kawy będzie koniecznością, dla innych luksusem.

Najbardziej wiarygodna definicja „pracy” — taka, z którą zgodziliby się łowcy-zbieracze, ubrani w garnitury maklerzy, utrudzeni farmerzy i wszyscy inni — mówi, że jest to celowo wydatkowana energia i wysiłek poczyniony na rzecz osiągnięcia danego celu. Już w starożytności, kiedy ludzie zaczęli rozróżniać poszczególne elementy otaczającego ich świata i kategoryzować swoje przeżycia pod względem konceptów, słów i wierzeń, niemal na pewno mieli również jako takie pojęcie o tym, czym jest praca.

Praca, podobnie jak rodzicielstwo, muzyka czy żałoba, jest jednym z niewielu konceptów, na których uniwersalność mogli liczyć zarówno antropolodzy, jak i podróżnicy wkraczający na nieznany ląd. Ponieważ tam, gdzie na drodze do porozumienia stoją język czy niezrozumiałe zwyczaje, zwykła pomoc w wykonaniu jakiejś pracy dużo szybciej zniesie dzielące ludzi bariery niż niezręczna wymiana zdań. Pomoc to wyraz dobrej woli i, podobnie jak taniec czy pieśń, tworzy wizję wspólnego celu i poczucie harmonii.

Porzucenie założenia, że problem ekonomiczny jest odwiecznym elementem kondycji człowieka, pozwala nie tylko poszerzyć definicję pracy ponad czynność konieczną do zarabiania na życie, lecz daje nam również nową perspektywę na związek człowieka z pracą, istniejący od samego powstania życia po współczesne, jakże pracowite czasy. Pojawia się również wiele nowych pytań. Dlaczego praca jest dla nas o wiele ważniejsza niż była dla naszych przodków trudniących się zbieractwem i łowiectwem? Dlaczego w dobie niespotykanego wcześniej dostatku tak bardzo skupiamy się na niedoborze?

Aby odpowiedzieć na te pytania, należy wyraźnie przekroczyć granice tradycyjnej ekonomii i podążyć do świata fizyki, biologii ewolucyjnej i zoologii. Ale co najważniejsze, należy uwzględnić również perspektywę, jakiej dostarcza nam antropologia kulturowa. Tylko przez badanie społeczeństw, które jeszcze w XX wieku trudniły się łowiectwem i zbieractwem, jesteśmy w stanie ożywić odłamki kamieni, wyryte w ścianach obrazy oraz połamane kości, będące jedynym dostępnym w dużych ilościach materiałem, i dowiemy się, jak żyli i pracowali nasi przodkowie. Również tylko dzięki antropologii kulturowej możemy próbować zrozumieć, w jaki sposób praca, którą wykonujemy, kształtuje nasze postrzeganie świata. Na tej drodze dojdziemy też do zaskakujących odkryć, dowiemy się między innymi, że wyzwania, które postrzegaliśmy jako unikalne dla czasów współczesnych, mają korzenie w odległej przeszłości. Przekonamy się na przykład, że nasz stosunek do maszyn przemysłowych przypomina sposób, w jaki wcześni rolnicy postrzegali wozy konne, osły oraz inne zwierzęta juczne, które pomagały im w pracy, a także dowiemy się, dlaczego nasze obawy dotyczące automatyzacji są nad wyraz podobne do tych, które w przeszłości spędzały sen z powiek społeczeństw korzystających z pracy niewolników.


Jeśli chcemy prześledzić historię naszego związku z pracą, musimy podążyć dwiema przecinającymi się ścieżkami. Pierwsza z nich to historia związku człowieka z energią. Przede wszystkim praca zawsze oznacza wymianę energii oraz zdolność wykonywania konkretnych zadań. Są to podstawowe cechy, którymi żywe organizmy różnią się od martwej, nieożywionej materii. Tylko żywe stworzenia aktywnie poszukują i magazynują energię po to, aby żyć, rosnąć i się rozmnażać. Wędrówka tą ścieżką pokaże, że nie jesteśmy jedynym gatunkiem, który regularnie szasta energią albo którego ogarnia apatia i który odczuwa przygnębienie i zniechęcenie, kiedy zostanie pozbawiony celu i nie ma niczego, czym mógłby się zająć. To z kolei rodzi szereg nowych pytań na temat natury pracy, a także tego, co łączy z nią rodzaj ludzki. Na przykład: czy organizmy takie jak bakterie, rośliny czy konie pociągowe również wykonują pracę? Jeśli tak, to czym ich praca różni się od tej, którą wykonują ludzie i zaprojektowane przez nich maszyny? Co to mówi nam na temat sposobu, w jaki pracujemy?

Ścieżka ta ma swój początek w miejscu, w którym źródło energii pierwszy raz zorganizowało ogarnięte chaosem molekuły i doprowadziło do powstania żywych organizmów. Następnie ścieżka rozszerza się, kiedy życie rozprzestrzenia się po całej planecie i ewoluuje na tyle, aby odkrywać nowe źródła energii, między innymi promienie słoneczne, tlen, siłę mięśni, ogień i ostatecznie paliwa kopalne potrzebne do wykonywania pracy.

Druga ścieżka dotyczy ewolucji kulturowej człowieka. Jej pierwszymi fizycznymi osiągnięciami są prymitywne kamienne narzędzia, prastare paleniska i popękane paciorki. Do późniejszych odkryć zaliczymy pracujące z potężną mocą silniki, ogromne miasta, giełdy papierów wartościowych, farmy przemysłowe, państwa narodowe i zastępy energochłonnych maszyn. Jednak ścieżka ta roi się również od licznych niewidzialnych elementów. Wśród nich są idee, koncepty, ambicje, nadzieje, nawyki, rytuały, zwyczaje, instytucje i opowieści — to części składowe kultury i historii. Podążanie tą ścieżką pozwoli nam się dowiedzieć, w jaki sposób w naszych przodkach, którzy z biegiem czasu opanowywali coraz to nowe umiejętności, doskonaliło się poczucie celu, silne do tego stopnia, że jesteśmy dzisiaj w stanie odnaleźć sens, radość i głęboką satysfakcję w czynnościach takich jak budowanie piramid, kopanie dołów czy zwykłe marnowanie czasu. Przekonamy się również, dlaczego praca, którą wykonywali, oraz umiejętności, które nabywali, wpływały na ich interakcję z otaczającym światem oraz sposób, w jaki go odbierali.

Jednak dla zrozumienia natury naszego obecnego związku z pracą najważniejsze są punkty przecięcia się obu ścieżek. Pierwszy z tych punktów datuje się na okres mniej więcej miliona lat temu, kiedy człowiek nauczył się wykorzystywać ogień. Poprzez naukę zlecania części swoich zadań energetycznych płomieniom, ludzie zyskali więcej czasu wolnego od konieczności poszukiwania jedzenia, odkryli sposób na chronienie się przed zimnem oraz rozszerzyli dietę, aby lepiej odżywić swoje pochłaniające coraz więcej energii i coraz intensywniej myślące mózgi.

Drugie kluczowe zbliżenie się ścieżek nastąpiło stosunkowo niedawno, lecz miało zdecydowanie większy wpływ na losy człowieka. Około dwunastu tysięcy lat temu nasi przodkowie zaczęli regularnie magazynować jedzenie i eksperymentować z uprawą ziemi, wpływając tym samym na swoje relacje ze środowiskiem, relacje międzyludzkie, a także na niedobór i naturę pracy. Badając ten okres, dowiemy się, że współczesna architektura ekonomiczna, wokół której organizujemy nasze życie zawodowe, ma swoje początki w rolnictwie, a także tego, w jaki sposób nasze postrzeganie równości i statusu wpływa na nasz stosunek do pracy.

Trzeci punkt przecięcia to moment, w którym ludzie zaczęli się osiedlać w miastach. Stało się to około ośmiu tysięcy lat temu, kiedy niektóre społeczeństwa rolnicze zaczęły produkować wystarczająco dużo żywności, by zapewnić jedzenie dla dużych miejskich populacji. Moment ten jest również ważnym rozdziałem w historii pracy — mowa w nim nie o potrzebie gromadzenia energii przez pracę w polu, lecz o konieczności jej wydatkowania. Powstanie miast dało początek licznym nowym umiejętnościom, profesjom i rzemiosłom, które nie miały zastosowania w rolnictwie uprawianym wyłącznie na własne potrzeby czy w społecznościach łowieckich.

Pojawienie się pierwszych dużych osad, następnie miasteczek i wreszcie wielkich miast odegrało również kluczową rolę w kształtowaniu problemu ekonomicznego i zagadnienia niedoboru. Ponieważ potrzeby materialne większości ludzi żyjących w miastach były zaspokajane przez rolników pracujących na terenach wiejskich, mieszkańcy miast swoją niespożytkowaną energię wydatkowali na podniesienie statusu, gromadzenie majątku, rozrywkę, rekreację i dążenie do władzy. Miasta bardzo szybko stały się kolebką nierówności. Proces ten napędzał fakt, że w miastach ludzi nie łączyły intymne więzi rodzinne i społeczne, charakterystyczne dla małych wiejskich społeczności. W rezultacie mieszkańcy miast coraz bardziej wiązali swoją tożsamość z zawodem, jaki wykonywali, i obracali się w środowisku osób trudniących się tym samym, co oni.

 

Czwartym punktem przecięcia się ścieżek jest moment, w którym pojawiły się fabryki i zakłady przemysłowe wypluwające dym z potężnych kominów, kiedy to populacje Europy Zachodniej dotarły do drzemiących od pradawnych czasów źródeł paliw kopalnych i nauczyły się wykorzystywać je do osiągnięcia materialnego dobrobytu o niewyobrażalnych dotychczas rozmiarach. Od tego punktu, datującego na początek XVIII wieku, obie ścieżki zaczynają się gwałtownie rozszerzać. Stają się coraz bardziej zatłoczone, ponieważ następuje nagły wzrost liczby miast i ich rozwój, a także wzrost liczebności populacji zarówno człowieka, jak i zwierząt oraz roślin udomowionych przez naszych przodków. Tłok wynika również z prawdziwego turbodoładowania naszej zbiorowej troski o pracę i niedobór — paradoksalnie będącego efektem dostępu do większej ilości środków i produktów niż kiedykolwiek przedtem. I choć jest zdecydowanie za wcześnie, by móc stwierdzić to na pewno, trudno oprzeć się podejrzeniom, że w przyszłości historycy nie będą rozróżniać pierwszej, drugiej, trzeciej i czwartej rewolucji przemysłowej, lecz właśnie ten moment uznają za kluczowy dla natury relacji między naszym gatunkiem a pracą.