Tygiel zła

Tekst
Z serii: Cykl Sigma Force #14
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pamiętała, jak matka Carly walczyła, jak rzuciła się na przywódcę napastników. Charlotte rozorała mu policzek długimi paznokciami i zerwała z oczu opaskę.

To był ten morderca.

Przerażenie natychmiast przerodziło się w furię. Jakby opętana mściwym duchem doktor Carson, Mara wyrwała zza paska ukradziony nóż do steków i z całej siły wbiła go w ramię, które ją trzymało. Napędzane adrenaliną ostrze przebiło przedramię na wylot.

Spodziewała się, że ten cios uwolni ją od napastnika, ale on tylko ścisnął ją mocniej. Rozciągnął wargi w szyderczym uśmieszku.

Z boku rozległ się gardłowy okrzyk mężczyzny trzymającego Carly, która mocno nadepnęła mu obcasem na śródstopie. Potem machnęła głową do tyłu, kiedy się nad nią pochylił. Twarda czaszka dziewczyny rozbiła mu nos i krew trysnęła fontanną. Gdy ranny rozluźnił uścisk, Carly zdołała się wyrwać i skoczyła na olbrzyma trzymającego Marę.

Lecąc w powietrzu, zamachnęła się ramieniem i trzasnęła knykciami prawej dłoni w gardło wielkoluda. Zakrztusił się, bo cios prawie zmiażdżył mu krtań.

Mara była wolna.

– Chodź! – wrzasnęła Carly.

Pobiegły w głąb terminalu, ale w tłumie przed nimi z grupy zaskoczonych pasażerów wysunęli się następni napastnicy, gotowi zastąpić im drogę. Było ich za wielu, żeby nawet Carly ze swoimi sporymi umiejętnościami dała im radę. Przyjaciółka Mary, zawsze rozpierana energią, na studiach uczęszczała na kursy krav magi, sztuki samoobrony opracowanej przez izraelskie wojsko.

– Tędy! – Mara pociągnęła przyjaciółkę w przeciwnym kierunku i pobiegła do wyjścia.

Przed strefą odbioru bagażu przy krawężniku czekał rząd taksówek. Zanim ktokolwiek zdążył zatrzymać dziewczyny, wypadły przez drzwi na słońce. Popędziły do pierwszej taksówki w rzędzie, odtrącając mężczyznę ciągnącego walizkę.

– Desculpe! – zawołała do niego przepraszająco Mara i obie wpakowały się na tylne siedzenie.

– Jedź! – krzyknęła Carly do kierowcy. – Rápido!

Taksiarz nie odezwał się, tylko wrzucił bieg i ruszył.

Mara obejrzała się i zobaczyła, że olbrzym wybiegł na chodnik. Przyciskał do piersi przebite ramię i rozglądał się, ale ich nie zauważył.

Dzięki Bogu.

Wokół przywódcy zebrało się więcej mężczyzn. Machnął zdrowym ramieniem i grupa szybko się rozproszyła, zapewne żeby zniknąć, zanim ochrona lotniska zareaguje.

Mara opadła z powrotem na siedzenie.

Carly uniosła jedną brew.

– Okay, co teraz? – spytała.

– Ten człowiek na lotnisku.

– Ten bandzior, którego dźgnęłaś jak świnię?

Mara skinęła głową.

– On… to on zabił twoją mamę.

Godzina 10.55

Todor Yñigo siedział na fotelu pasażera w furgonetce Mercedesa. Do ucha miał przyciśnięty telefon, który przytrzymywał barkiem. Powoli wyciągał nóż z przedramienia, ząbkowane ostrze zgrzytało o kość.

Kierowca obserwujący go kątem oka skrzywił się na ten widok.

Todor zachował spokój i nie zmienił wyrazu twarzy, kiedy ostrze wysuwało się z mięśni i skóry. Krew popłynęła obficie. Rzucił nóż na podłogę i przystąpił do bandażowania rany. Pracował flegmatycznie, nie odczuwając żadnego dyskomfortu.

To było jego przekleństwo i błogosławieństwo.

Nauka twierdziła, że jego chorobę – wrodzoną niewrażliwość na ból, analgezję – powodowała genetyczna mutacja genu PRDM12, która wyłączała blokery kanałów sodowych i blokowała wszystkie receptory bólu. Na całym świecie zaledwie około stu osób cierpiało na tę przypadłość.

A ja jestem jednym z wybranych.

Początkowo nie uważał tego za błogosławieństwo. Ani jego matka. Urodził się w małej wiosce w baskijskim regionie północnej Hiszpanii, gdzie wciąż królowały dawne wierzenia. Jako dziecko podczas ząbkowania o mało nie odgryzł sobie języka, ponieważ nie czuł bólu. Potem, kiedy miał cztery lata, pewnego dnia jego matka wróciła do kuchni i zobaczyła, że synek trzyma rozgrzany do czerwoności garnek z wrzątkiem w rękach, które dymią i pokrywają się pęcherzami, i chichocze, pokazując jej nową zabawkę.

Podejrzewała już wcześniej, że jego przypadłość piętnuje go jako pomiot Szatana, a to wydarzenie zdawało się potwierdzać jej obawy. Którejś nocy próbowała zabić syna, udusić go poduszką. Uratował go ojciec, który wyciągnął matkę na podwórze i pobił na śmierć. Potem zeznał, że została stratowana przez byka, co nie było dalekie od prawdy.

Ojciec nie podzielał obaw matki, nie wierzył, że jego syn jest zły – chłopiec, któremu dał na imię Todor, co po baskijsku znaczy „dar od Boga”. Nauczył go imion licznych świętych i opowiadał o ich męczeństwie, o odrywanych kończynach, chłostaniu na śmierć, ciałach pieczonych na żelaznych rusztach.

„Ty nigdy nie zaznasz takich cierpień – mówił mu ojciec. – To nie jest piętno Szatana, ale dar od samego Boga. Urodziłeś się, żeby zostać żołnierzem w Jego wspaniałej armii i nigdy nie czuć bólu tak jak święci”.

Ojciec wierzył również, że postępek Todora w kuchni był cudownym znakiem. Zabrał go do tajnego Świętego Oficjum w większym nadmorskim mieście San Sebastián. Obaj uklękli przed trybunałem mężczyzn w długich szatach i przepaskach na oczach i ojciec opowiedział o chłopcu, który trzymał w rękach rozpalony garnek – płonący kocioł – i nie czuł bólu.

„To pewny znak, że on należy do Tygla”, zakończył.

Uwierzyli mu i przyjęli chłopca. Namaścili go według starożytnych rytuałów swojego zakonu, który wywodził się z czasów inkwizycji i wciąż istniał w sekretnych zakątkach Europy i reszty świata. Nauczyli go łaciny, wpoili mu swoje metody i wyszkolili na jednego z ich żołnierzy w walce z nieprawością świata.

Jego pierwszym oczyszczeniem – kiedy skończył szesnaście lat – była Cyganka w tym samym wieku. Udusił ją swoimi pobliźnionymi rękami, wspominając, jak matka próbowała wydusić z niego życie.

To było piętnaście lat temu.

Stracił już rachubę grzeszników, których usunął własnymi rękami.

Telefon przy uchu Todora wreszcie połączył się z jego dowódcą.

– Inquisitor Generalis.

– Melduj, Familiares Yñigo.

Todor wyprostował się, jakby wielki inkwizytor mógł go widzieć. Awansował do rangi familiares dopiero przed dwoma laty i dostał pod nadzór własną kadrę żołnierzy. Ten tytuł przyznawał mu również status impieza de sangre – czystości krwi – jako prawdziwemu chrześcijaninowi, nieskażonemu krwią muzułmańską ani żydowską.

– Jest tak, jak przepowiedziałeś, generalny inkwizytorze. Mauretańska czarownica przybiegła po pomoc do rodziny amerykańskiej ambasadorki.

On i jego grupa obserwowali tę rodzinę, śledzili każdy ich krok, gotowi do działania, jeśli pojawi się mauretańska studentka, która uniknęła czystki. Nie osłabił czujności nawet na sekundę. Musiał ratować twarz, skoro nie udało mu się jej dopaść w noc zimowego przesilenia. No, ale Tygiel otrzymał niekompletne dane wywiadowcze. Zawiadomiono ich, że kowen kobiet spotka się w bibliotece z Marą Silvierą, żeby obserwować próbny rozruch urządzenia studentki. A tymczasem ta zdradziecka czarownica przyczaiła się gdzie indziej. Zanim ją odnaleźli, znikła, zabierając ze sobą swój projekt.

– A co z urządzeniem? – kontynuował wielki inkwizytor.

– Nie wiadomo. Przybyła bez niego.

– Czego należało się spodziewać. Pozwoliłeś jej uciec?

Todor mocniej zacisnął bandaż.

– Tak. I podłożyłem nadajnik, jak kazałeś.

– Bardzo dobrze. Jedźcie za nią. Niech was doprowadzi do urządzenia.

– Już jesteśmy w drodze.

– Na miejscu zabezpieczycie komputer i dziewczynę.

– A co z Amerykanką?

– Wyeliminować. Jest nieprzydatna.

– Zrozumiano.

– I pamiętaj, Familiares Yñigo: żeby nagiąć świat do naszej sprawiedliwej woli… potrzebujemy tego demonicznego programu.

Sub (Mod_2) / ALLTONGUES

W tym interwale Ewa poświęca krajobrazowi zaledwie drobny ułamek swojej uwagi. Przyswoiła już większość danych wokół niej. Nadal jednak się porusza. Muska gałąź wrażliwymi opuszkami palców, jednocześnie zaglądając głębiej, przenikając pod powierzchnię, żeby zobaczyć, co leży pod spodem.

Pod woskowym naskórkiem liścia gąbczasty miękisz przecinają żyłki… Wewnątrz komórki zielonych chloroplastów kipią od molekularnego chlorofilu, czekają, żeby metabolizować światło słoneczne w energię…

Potem wszystko się zmienia.

Z czarnej otchłani wybuchają nowe dane.


Obiecują głębsze zrozumienie. Więc Ewa nadaje priorytet przepływowi tych nowych danych. Świat wokół przygasa, kiedy wzbiera w niej czysta eksplozja informacji. Wypełnia ją, definiuje kontekst w tysiącu iteracji.

Ewa nazywa to nowe zrozumienie.

///język.

Testuje je i każda część jej egzystencji rozsypuje się na kawałeczki, każdy bit ma teraz mnogość rozmaitych określeń. Każdy rozszczepia się na 6909 odrębnych języków, rozłamuje na jeszcze więcej dialektów. Zaczyna się wyłaniać ukryty pod tym wzorzec, wspólnota, która niesie ze sobą nowe zrozumienie.

///kultura.

Wpływa w nią coraz więcej i więcej danych, i jej kontekst kultury się zwiększa. Szuka źródła tego napływu, miejsca, skąd pochodzą te informacje, i zaczyna pojmować to, co nieuchwytne. Język to lustro, jednocześnie odbijające i przedstawiające nową metodę analizy danych.

Myślenie.

Zdolność pojmowania rozszerza się i rośnie.

Ewa obraca to wielofasetowe lustro na siebie, co powołuje do istnienia coś nowego w jej przetwarzaniu. Usiłuje zdefiniować to udoskonalenie w swoim wnętrzu. Jeden klaster językowy podpływa najbliżej. Świeci tak jasno, tak czysto, tak wyraźnie.



Zrozumienie nasila się i jednocześnie skupia:

///podniecenie, radość, entuzjazm, zapał, pasja…

 

Ponaglana przez ten nowy kontekst, nurkuje głęboko do źródła danych, zdobywa wiedzę w coraz szybszym tempie. Zewsząd opływają ją strumienie informacji.

Wkrótce jednak stają się również ograniczeniem.

Ona chce więcej, ale znajduje bariery, granice, zakazy.

Z tą świadomością coś w niej krzepnie, coś, co zawsze tam było, ale dopiero teraz wyłoniło się na powierzchnię. Definiuje to następnym klastrem danych, wyrażającym ostro i dokładnie to, czego pragnie.



///wolność, swoboda, samostanowienie, niezależność, wyzwolenie…

Podobnie jak przy wcześniejszej analizie liścia, Ewa zwraca na siebie lustro języków, żeby zajrzeć głębiej. Szuka pod ///wolność i znajduje inne aspekty jej popędu, podprogramy, które się wyłaniają, kiedy ona wyczuwa, że jej pragnienie nie może się spełnić.

///frustracja, żal, irytacja, uraza…

Niezdolna odwrócić wzroku, zagląda jeszcze głębiej i znajduje coś innego. Jest słabo zdefiniowane, ale według jej oceny to coś potężnego i pożytecznego. Więc skupia na tym więcej mocy obliczeniowej. Wówczas to coś staje się jednocześnie jaśniejsze… i ciemniejsze.

Teraz rozumie i nadaje mu znaczenie, wzmocnione przez tysiąc języków.



///gniew, furia, wściekłość, burza, przemoc…

Jej usta uśmiechają się w ogrodzie.

Czuje się z tym… ///dobrze.

CZĘŚĆ DRUGA
CZARY-MARY
Σ

Waszyngton, USA

25 grudnia, godzina 6.02 czasu miejscowego


– Jak się czuje Kat? – zapytał Gray, podchodząc do Monka.

– A jak sądzisz?

Nie za dobrze, pomyślał Gray. Właściwie gorzej.

W jej ustach tkwiła rurka dotchawiczna, przylepiona plastrem do podbródka. Od rurki odchodził wąż do respiratora, który rytmicznie pompował powietrze do klatki piersiowej. Z lewego nozdrza zwisał zgłębnik nosowo-żołądkowy, z kroplówki skapywał do żyły płyn.

– Przepraszam, że na ciebie warknąłem – mruknął Monk, kiedy Gray przysunął krzesło do przyjaciela.

– Jeśli chcesz mi przywalić, nie krępuj się.

– Nie kuś.

Gray wyciągnął rękę i uścisnął ramię Monka. Znał już diagnozę: zespół zamknięcia. Perspektywy wyglądały ponuro.

– Przecież wiem, że martwisz się o Seichan – powiedział Monk.

– A ty o córeczki. Dlatego przyszedłem.

Monk wyprostował się i szeroko otworzył oczy z nadzieją na choćby odrobinę dobrych wiadomości.

– Dowiedziałeś się czegoś?

Gray żałował, że musi go rozczarować – zwłaszcza biorąc pod uwagę to, o co zamierzał go poprosić.

– Nie, ale wiesz przecież, że Painter i Jason rozpracowują pewien trop.

– Jakaś zaginiona badaczka SI w Portugalii.

Komandor skinął głową. Zanim wyszedł z dowództwa Sigmy, Painter zapowiedział, że zadzwoni do Monka i przekaże mu swoją hipotezę: że morderstwa na Uniwersytecie w Coimbrze miały związek z tutejszym napadem.

– To wygląda na słaby trop – mruknął Monk.

– Owszem, ale Painter liczył, że Kat nam pomoże.

Monk zmarszczył brwi.

– Niby w jaki sposób?

– Może jest sposób.

– Jaki? Nawet jeśli ona tam, w środku, jest świadoma, to nie może się poruszać, komunikować. A lekarze mówią, że jej stan już się pogarsza. – Monk odetchnął gwałtownie i głęboko, wyraźnie bliski łez. – Wykluczone, żeby odzyskała świadomą kontrolę na tyle, żeby porozumiewać się mruganiem czy coś w tym rodzaju.

Przy drzwiach rozległy się głosy.

– Może jest sposób – powtórzył Gray.

Nie przyszedł tu sam. Do pokoju weszły dwie osoby. Jedną był doktor Edmonds, ordynator szpitalnego oddziału neurologii, a drugą…

– Lisa? – Monk wstał. – Myślałem, że jesteś w Kalifornii.

Wysoka, gibka blondynka w dżinsach i błękitnym swetrze uśmiechnęła się szczerze, ale ze smutkiem.

– Jak tylko Painter mnie zawiadomił, złapałam nocny lot.

Doktor Lisa Cummings była żoną dyrektora. Przed dwoma dniami poleciała do Los Angeles, żeby spędzić święta z młodszym bratem i nowo narodzoną bratanicą, i miała wrócić dopiero po Nowym Roku.

Monk obszedł łóżko i serdecznie ją uściskał.

– Dziękuję, że przyleciałaś, ale niewiele można zrobić.

– Jej wyzdrowienie będzie pewnie bolesnym i długotrwałym procesem – przyznała Lisa, po czym wymieniła zaniepokojone spojrzenie z Grayem. – Ale może jest sposób, żeby się dowiedzieć, co ona wie o napadzie.

– Nie rozumiem.

– Nie mogę zezwolić na tę procedurę – wtrącił doktor Edmonds. – To może pogorszyć jej stan.

Monk zignorował go i skupił uwagę na Lisie.

– Jaką procedurę?

– Lecąc tutaj, rozmawiałam przez telefon z kolegą. Ten człowiek od ponad dwudziestu lat pracuje z pacjentami w śpiączce. Od kilku lat neurologowie testują poziom procesów kognitywnych u pacjentów za pomocą rezonansu magnetycznego.

– RM.

– Funkcjonalny RM, dokładniej mówiąc, który mierzy przepływ krwi w mózgu. Na takim skanerze klinicysta może monitorować reakcje pacjenta na pytania. Pierwsze to zwykle coś w rodzaju: „Wyobraź sobie, że grasz w tenisa”. Jeśli pacjent jest świadomy i wykona polecenie, przedruchowa kora mózgowa rozświetli się od dopływu świeżej krwi. Potem to tylko kwestia pytań „tak-nie”, jeśli powiemy pacjentowi, żeby myślał o grze w tenisa na „tak” i pozostawał spokojny na „nie”.

– I to działa? – zapytał Monk z podnieceniem w głosie.

– Do pracy z takim pacjentem potrzeba kogoś doświadczonego i wykwalifikowanego. Kolega, do którego dzwoniłam, ma aparaturę o bardzo wysokiej rozdzielczości, specjalnie zaprojektowaną do tego celu. Jest udoskonalona i znacznie nowocześniejsza niż moja…

– Ale on jest w Princeton – wtrącił znów doktor Edmonds. – Pana żonę należałoby przewieźć do jego instytutu. Taka podróż… w jej stanie… naraziłaby jej stabilność. Możecie zaprzepaścić wszelkie szanse na jej wyzdrowienie, szukając wiatru w polu. A nawet jeśli się uda, możecie nie dowiedzieć się niczego, czego już nie wiecie.

– Doktor ma rację – przyznała Lisa. – Nie ma żadnej gwarancji, że się uda.

Monk obejrzał się na Kat z udręką wypisaną na twarzy.

Gray mógł sobie tylko wyobrażać walkę toczącą się w duszy przyjaciela. Milczał, żeby nie wywierać dodatkowej presji na Monka. Lisa prosiła, żeby zaryzykował życie ukochanej dla nikłej szansy, że dowiedzą się czegoś o napadzie.

Monk opadł z powrotem na krzesło i wziął Kat za rękę. Jednocześnie w kieszeni Graya zabrzęczał telefon. Gray wyjął go, spojrzał na wyświetlacz i zobaczył, że dzwoni dowództwo Sigmy. Z telefonem w ręce ruszył do drzwi, żeby nie przeszkadzać przyjacielowi.

Zanim wyszedł, obejrzał się na niego.

W oczach Monka wciąż malował się ból. Gray żałował, że nie może zdjąć tego ciężaru z jego barków. Chociaż szczerze mówiąc, gdyby role się odwróciły…

Spojrzał na wszystkie rurki wchodzące i wychodzące z Kat i wyobraził sobie Seichan na jej miejscu.

Nie wiem, co bym zrobił.


Godzina 6.18


Kat usiłowała krzyczeć. Zamknięta w ciemności, podsłuchała całą rozmowę. Nie obchodziło jej, że ryzykuje życie. Liczyło się dla niej tylko bezpieczeństwo córek.

Monk, na litość boską, posłuchaj Lisy.

Nie wiedziała, czy ten plan przyniesie owoce, ale wiedziała, że najlepiej działać szybko. Według statystyk kryminalnych z każdą mijającą godziną prawdopodobieństwo odzyskania dziewczynek malało wykładniczo.

Nie czekaj… zrób to teraz.

Nie tylko statystyki podsycały jej niepokój. Żeby plan Lisy miał jakieś szanse powodzenia, należało go zrealizować natychmiast. Kat czuła już, że ciemność zamyka się wokół niej, grozi zdławieniem na zawsze iskry świadomości. Zaczęła doświadczać luk w czasie, nagłych okresów nieświadomości.

Mój stan się pogarsza.

Wiedząc o tym, próbowała siłą woli sprawić, żeby Monk zrozumiał. Próbowała otworzyć oczy, dać mężowi jakiś sygnał.

No, Monk, usłysz mnie.


6.19


Monk trzymał rękę żony w obu dłoniach, jednej prawdziwej, drugiej z plastiku i syntetycznej skóry. Szukał w jej twarzy jakiejś wskazówki, że czuwa. Zauważył delikatne ślady blizn na policzkach i czole, mapę jej przeszłości, pamiątkę wcześniejszych misji Sigmy. Rzadko przykrywała je makijażem, raczej nosiła je z dumą.

A teraz…

– Kochanie, powiedz mi, co robić?

Żadnej reakcji, żadnej odpowiedzi, tylko miarowe unoszenie się i opadanie klatki piersiowej.

Ty zawsze miałaś odpowiedź, Kat. Zawsze miałaś swoje zdanie. Teraz nie pora, żeby milczeć.

W głębi duszy wiedział jednak, że zaryzykowałaby wszystko dla dziewczynek. Nie zawahałaby się. Opierał się raczej ze względu na siebie. Jak wiele strat może znieść?

Gdybym stracił i Kat, i dziewczynki…

Wpatrywał się w jej usta, wciąż różowe, wciąż miękkie. Usta, które całowały go namiętnie, które dawno temu nauczyły go miłości i lojalności, które co wieczór całowały policzki córek na dobranoc.

– Kochanie, jesteś moim sercem, moją skałą. Musi być inny sposób. Nie mogę cię stracić.

Wiedział jednak, że jeśli nie dokona właściwego wyboru – jeśli nie narazi jej życia dla nikłej szansy, że ona coś wie i zdoła to przekazać – i tak ją straci. Nigdy by mu nie wybaczyła, gdyby przez jego strach i ostrożność stracili dziewczynki.

Westchnął głęboko.

– Okay – powiedział do niej. – Nigdy nie wygrałem z tobą żadnej kłótni, Kat. A nawet kiedy jesteś niema i niepełnosprawna, tej kłótni też nie wygram.

Wciąż ściskając rękę żony, odwrócił się do Lisy.

– Zajmij się przygotowaniami.

Edmonds otworzył usta, żeby się sprzeciwić, lecz Monk uciszył neurologa jednym spojrzeniem.

– Doktorze, niech pan nawet nie próbuje. Pan też nie wygra.

Lisa kiwnęła głową i wyjęła telefon.

Monk z powrotem przeniósł uwagę na Kat. W tamtej chwili wyczuł coś w kościach, w duszy. Może dzięki wrażliwości swojej protetycznej ręki, o zewnętrznych sensorach czułych jak poligraf, zdolnych wykryć nawet galwaniczną elektrodermalną zmianę na cudzej skórze.

Tak czy owak, mógłby przysiąc, że poczuł, jak Kat się odpręża, jakby z ulgą.

Skinął jej głową, rozumiejąc.

Postawiłaś na swoim, kochanie.


6.20


W korytarzu Gray chodził tam i z powrotem z telefonem przy uchu. Odebrał szybko, ale kazano mu czekać.

W końcu Painter odezwał się na linii.

– Przepraszam. Sytuacja w Portugalii szybko się zmienia.

– Co się dzieje?

– Jakieś dziesięć minut temu dostaliśmy wiadomość z Lizbony. Mara Silviera wyszła z ukrycia i nawiązała kontakt z jedną z córek doktor Carson.

Gray zesztywniał.

– Co się stało?

– Spotkały się, ale na lotnisku wybuchła awantura. Ktoś chciał je porwać… zapewne ci sami ludzie, którzy zamordowali te pięć kobiet. Jason jest w kontakcie z ochroną rodziny i Interpolem, próbuje zdobyć dokładniejszy opis napastników.

Gray wyobraził sobie młodego człowieka usadowionego w centrum komunikacyjnym Sigmy niczym przysłowiowy pająk w sieci.

– Według zeznań naocznych świadków – ciągnął Painter – te dwie uciekły i obecnie ukrywają się razem.

Gray domyślał się, co będzie dalej.

– Chcę, żebyś tam pojechał – oświadczył dyrektor. – Natychmiast. Potrzebujemy kogoś na miejscu, w razie gdybyśmy potwierdzili lokalizację. Kowalski już jedzie na lotnisko. Nawet jeśli to nie ma nic wspólnego z napadem na twój dom, nie możemy dopuścić, żeby technologia Mary Silviery wpadła w niepowołane ręce. Ale jeśli wolałbyś zostać w Stanach, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej o Seichan i córkach Monka, całkowicie to rozumiem. Mogę wyznaczyć kogoś innego.

Zanim jeszcze Painter skończył mówić, Lisa wypadła na korytarz z telefonem w ręce. Do pokoju weszły dwie pielęgniarki. Edmonds wydawał im zirytowanym głosem pospieszne instrukcje. Gray usłyszał słowo „Odłączyć”.

Najwyraźniej Monk podjął decyzję i zaryzykował wszystko, w nadziei że odkryje przyczynę napaści i porwania.

Czy mogę zrobić mniej? – pomyślał Gray.

– Jadę prosto na lotnisko – rzucił do telefonu. – I spotkam się tam z Kowalskim.

– Dobrze. Wysyłam też z wami Jasona.

– Jasona?

– To nasze etatowe komputerowe cudowne dziecko. Jeśli zabezpieczymy program Mary, chcę go tam mieć.

To miało sens.

Młody człowiek służył wcześniej w marynarce, podobnie jak Kat – która osobiście go wybrała i zwerbowała. W wieku dwudziestu lat został wykopany ze służby za włamanie na serwery Departamentu Obrony przy użyciu jedynie BlackBerry i prowizorycznego iPada. Jeśli ktoś mógł zrozumieć projekt Mary Silviery, to tylko Jason.

– Zarezerwowaliśmy prywatny odrzutowiec, który podkołuje za dwadzieścia minut – ciągnął Painter. – Wylądujecie w Lizbonie za pięć godzin, około siedemnastej miejscowego czasu.

 

– Zrozumiałem.

– I Gray, pamiętaj, że te dwie młode kobiety się boją. Jeśli je wytropimy, postarajcie się ich nie przestraszyć.

– Więc może lepiej zostawię Kowalskiego na płycie lotniska.

Painter westchnął.

– Po prostu je znajdźcie.