Tygiel zła

Tekst
Z serii: Cykl Sigma Force #14
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wpadł do kuchni, gdzie ślady walki były wyraźniejsze. Drzwi lodówki stały otworem. Porozrzucane noże, garnki i potłuczone talerze zaśmiecały podłogę i centralną wyspę. Drzwi szafki wisiały na jednym zawiasie.

W pierwszej chwili nie dostrzegł Graya, ale kiedy ominął kuchenną wyspę, zobaczył, że przyjaciel klęczy na drewnianej podłodze. Przed nim leżało bezwładne ciało.

Oddech uwiązł Monkowi w piersi.

Kat…

– Ona żyje… słaby puls, ale oddycha – powiedział Gray, wstając.

Monk runął na podłogę. Instynktownie wyciągnął ręce, żeby przytulić żonę do piersi, lecz przyjaciel go powstrzymał.

– Nie ruszaj jej.

Monk o mało go nie uderzył; koniecznie chciał w coś walnąć, ale wiedział, że Gray ma rację.

Na ramionach Kat widniały liczne rany, z których sączyła się krew. Ciemne strumyczki wypływały z jej nozdrzy i lewego ucha. Oczy miała półotwarte, ale źrenice wywrócone w głąb. Monk kątem oka dostrzegł kuchenny tłuczek z nierdzewnej stali. Do jednego końca ciężkiego narzędzia przykleiły się zlepione krwią kasztanowe włosy – pasujące kolorem do włosów Kat.

Delikatnie ujął obiema rękami nadgarstek żony. Palce protezy odnalazły puls. Wyhodowana w laboratorium skóra była znacznie bardziej wrażliwa od prawdziwej. Zmierzył częstotliwość bicia serca Kat, wyobrażając sobie każdy skurcz komory i przedsionka. Przesunął protezę na palec wskazujący żony i ujął czubek w swoje dwa palce. Myślą aktywował małą podczerwoną diodę w jednym palcu i fotodetektor w drugim. Światło przeniknęło przez czubek palca Kat, umożliwiając wykonanie prymitywnej pulsoksymetrii, czyli zmierzenie nasycenia krwi tlenem.

Dziewięćdziesiąt dwa procent.

Nie za dobrze, ale na razie wystarczy. Gdyby poziom tlenu jeszcze bardziej spadł, Kat potrzebowałaby dotlenienia.

Monk był w Beretach sanitariuszem. Od tamtego czasu rozwinął swoje umiejętności; specjalizował się w medycynie i biotechnologii. On i Gray – a także Kat i Seichan – pracowali w Sigma Force, tajnej grupie działającej pod auspicjami DARPA, agencji badań i rozwoju Departamentu Obrony. Z wyjątkiem dziewczyny Graya wszyscy służyli dawniej w Siłach Specjalnych, zostali w sekrecie zwerbowani przez Sigmę i wyszkoleni w rozmaitych dziedzinach nauki, żeby działając jako agenci terenowi DARPA, chronić Stany Zjednoczone i cały świat przed wszelkimi zagrożeniami.

Gray miał już w ręce szyfrowany telefon satelitarny i dzwonił do dowództwa Sigmy.

– Seichan? – zapytał Monk.

Jego przyjaciel, którego twarz była maską furii i strachu, pokręcił głową.

Monk spojrzał na kuchenne drzwi, otwarte na ciemne podwórze. Wiedział, że żona walczyłaby jak diabeł wcielony, żeby chronić ich córki.

– Czy Seichan mogła uciec z dziewczynkami, podczas gdy Kat powstrzymywała tamtych? – spytał.

Gray wyjrzał w noc.

– To samo pomyślałem. Wołałem Seichan, kiedy już sprawdziłem, co z Kat. – Pokręcił głową. – Jeśli uciekła, to niedaleko.

Czyli musiałaby go usłyszeć.

– Może ten, kto to zrobił, ścigał ją – podsunął Monk. – Zmusił ją, żeby uciekła dalej.

– Może. – W głosie Graya nie było jednak nadziei.

Co znaczyło, że raczej nie.

Monk rozumiał. Seichan była dawną zabójczynią, równie sprawną jak Kat, jeśli nie bardziej. Ale w ósmym miesiącu, prowadząc dwójkę przerażonych dzieci, nie mogła uciec daleko przed pościgiem.

Musieli założyć, że Seichan i dziewczynki zostały porwane.

Ale przez kogo? I dlaczego?

Gray omiótł wzrokiem bałagan w kuchni.

– Atak był szybki i dobrze skoordynowany, jednocześnie od frontu i od tyłu – ocenił.

– Więc to nie jakieś miejscowe ćpuny, próbujące ukraść prezenty…

– Nie. Mam broń poukrywaną w całym domu. Seichan widocznie została od razu obezwładniona albo bała się strzelaniny przy dziewczynkach.

Monk kiwnął głową. U siebie zastosował podobne środki ostrożności – smutna konieczność przy tego rodzaju pracy.

Połączywszy się z dowództwem Sigmy, Gray aktywował głośnik, żeby Monk wszystko słyszał. Wkrótce miał na linii Paintera Crowe’a, dyrektora Sigmy, i zwięźle opisał mu, co się stało.

W oddali syreny rozbrzmiewały echem wśród zimnej nocy, coraz głośniej.

– Zabierz Kat do szpitala – polecił Painter. – Zadbaj o jej bezpieczeństwo… a potem… Gray, potrzebuję cię tu natychmiast.

Gray wymienił spojrzenie z Monkiem.

– Dlaczego?

– Zważywszy na czas tego ataku, to nie może być zbieg okoliczności – odparł dyrektor.

– Co to znaczy? – spytał Gray, marszcząc brwi.

Monk nachylił się bliżej do telefonu. Pragnął… nie, potrzebował odpowiedzi. Klęcząc przy boku Kat, miał widok na salon i przewróconą choinkę. Jego wzrok przyciągnął błysk kryształu na drewnianej podłodze, odbijającego migotliwe światło lampek z ganku.

To był anioł, roztrzaskany, z połamanymi skrzydłami.

Monk mocniej ścisnął palce Kat.

Painter nie ofiarował żadnej pociechy, żadnego ukojenia. Zamiast tego w głosie dyrektora brzmiało zmartwienie.

– Po prostu tu przyjedźcie.

2

Lizbona, Portugalia

25 grudnia, godzina 5.17 czasu miejscowego

Myślę, więc jestem.

Mara Silviera skrzywiła się na te słowa René Descartes’a, siedemnastowiecznego francuskiego filozofa: Cogito ergo sum.

– Gdyby to było takie proste – wymamrotała.

Zgarbiła się nad laptopem przy biurku w hotelowym pokoju i niezdarnie próbowała podłączyć kabel USB-C biegnący do czarnej skrzynki na podłodze.

Wyściełana kaseta chroniła tuzin dwuipółcalowych półprzewodnikowych twardych dysków PM1633a, każdy o pojemności szesnastu terabajtów. Mara modliła się, żeby nie zostały uszkodzone i żeby dane na nich ocalały. Pamiętała swoją panikę cztery noce wcześniej. Po ataku na bibliotekę próbowała zabezpieczyć swoją pracę. Trzęsąc się od płaczu, ze wzrokiem zaćmionym przez łzy, gorączkowo wyrywała twarde dyski z klastra Milipeia w pracowni komputerowej Uniwersytetu w Coimbrze.

Jeszcze teraz wspomnienie strzałów dzwoniło jej w uszach. Oddech zaczął rzęzić jej w gardle. Usiłowała zmusić swoje palce, żeby wpięły kabel USB-C do laptopa. Łzy zebrały jej się pod powiekami. Widziała śmierć pięciu kobiet, które były jej mentorkami, które przyznały jej pełne stypendium ufundowane przez ich organizację, Bruxas International. Miała wtedy zaledwie szesnaście lat, niewiele widziała świata poza swoją rodzinną wioską O Cebreiro. Maleńka galicyjska osada, przycupnięta wysoko w górach północno-zachodniej Hiszpanii, sięgała korzeniami aż do czasów Celtów. Domy – w większości okrągłe chaty kryte strzechą, zwane pallozas – stały przy brukowanych kocimi łbami uliczkach.

Jednak nowoczesność dotarła do tej starożytnej wioski za pośrednictwem łącza satelitarnego i internetu. Otworzyła przed samotną, nieśmiałą dziewczyną – która w wieku sześciu lat straciła matkę zmarłą na raka i którą później wychowywał pogrążony w żałobie ojciec – okno na świat. Dorastając, Mara fatalnie sepleniła, toteż wśród rówieśników przeważnie milczała. Spędzała większość czasu z nosem w książkach i odnajdywała głos tylko w chat roomach i na Facebooku. Świat stał przed nią otworem, więc poszerzała słownictwo, żeby komunikować się z jak największym gronem: najpierw języki romańskie, potem arabski, chiński i rosyjski. Chociaż na pierwszy rzut oka tak bardzo się różniły, szybko dostrzegła prawidłowości we wzorcach mowy, w dykcji, nawet w słowach i zwrotach, wspólnotę ukrytą pod tym wszystkim, której oprócz niej nikt chyba nie widział.

Próbowała to wyjaśnić swoim przyjaciołom w mediach społecznościowych, potem im to udowodnić. W tym celu musiała opanować jeszcze inne języki: BASIC, Fortran, COBOL, JavaScript, Python. Pożerała książki, zaliczała kursy internetowe. Dla niej te komputerowe języki stanowiły po prostu kolejny środek komunikacji, narzędzie do przetwarzania myśli i przekazywania ich w taki sposób, żeby inni ją rozumieli.

Dlatego stworzyła aplikację translatorską na iPhone’a i nazwała ją AllTongues. Nie chodziło jej o to, żeby opracować program użytkowy dla ludzi – chociaż spełniał te funkcje znacznie lepiej niż większość ówczesnych programów translatorskich – ale żeby udowodnić zasadniczą tezę: że w mnogości języków ukryta jest wspólna nić, która łączy ludzką myśl i komunikację. Użyła więc tego nowego języka, złożonego z zer i jedynek, żeby pokazać to światu.

I świat to zauważył.

Najpierw Google zaproponował jej pracę, nie wiedząc, że ma dopiero szesnaście lat. Potem Bruxas International zaofiarowało się płacić za jej kształcenie. „Żeby pomóc ci rozwinąć w pełni twój potencjał”, powiedziała jej doktor Charlotte Carson, która przyjechała do O Cebreiro, żeby osobiście złożyć tę ofertę.

Mara pamiętała, jak doktor Carson stanęła, zakurzona i zmęczona po podróży, na progu jej rodzinnego palloza. Wtedy jeszcze nie zdiagnozowano u niej raka i wciąż miała siłę na takie wyprawy. Mara wiedziała, że nie jest jedyną dziewczyną, którą wynalazła Charlotte. Doktor Carson zbierała talenty, pielęgnowała intelekty. Nawet jej dwie córki – Laura i Carly – poszły w ślady matki i wybrały karierę naukową.

Mara bardzo zaprzyjaźniła się z Carly, która też miała dwadzieścia jeden lat. Chociaż przebywały na różnych kontynentach, rozmawiały ze sobą albo esemesowały prawie codziennie. Dyskutowały o nauce, nauczycielach i szkołach, głównie jednak próbowały rozszyfrować tajemnice ludzkiego serca, poczynając od niepojętej głupoty młodych mężczyzn, kończąc na nieznośnej banalności portali randkowych. Podobnie jak w ludzkich językach, istniał jakiś uniwersalny wątek udręki i upokorzenia łączący wszelkie próby stworzenia uczciwego związku miłosnego.

Carly miała pasję, której Mara początkowo nie rozumiała, mianowicie muzykę. Przed poznaniem córki doktor Carson Mara niewiele dbała o najmodniejszych idoli popu czy najnowsze trendy muzyczne. Z czasem jednak – słuchając niezliczonych piosenek przysyłanych przez Carly, odkrywając Pandorę i Spotify i wpadając do króliczej dziury, jaką były te serwisy – Mara została zauroczona. Ponownie dostrzegła wspólne wątki, na przykład matematyczne i wymierne podobieństwo jednego z koncertów Beethovena do najnowszego rapowego kawałka. To skłoniło ją do studiowania teorii muzyki i jej bezpośredniego powiązania z teorią umysłu – koncepcją kluczową dla jej studiów nad sztuczną inteligencją.

 

Właśnie ten niezwykły związek doprowadził do przełomu w jej pracy.

Choć jednak tyle zawdzięczała Carly, nie skontaktowała się jeszcze z przyjaciółką od czasu ataku.

Mara zamknęła oczy, walcząc ze wzbierającą falą rozpaczy. Wiedziała, że jeśli się podda, ta fala ją zatopi. Znowu usłyszała strzały, zobaczyła krew i padające ciała. Widziała, jak umierają jej przyjaciółki. Później uciekała na oślep, lękając się o własne życie. Złapała pociąg do Lizbony, licząc, że zagubi się w zatłoczonym mieście. Na miejscu w ciągu czterech dni trzykrotnie zmieniała hotele, płaciła gotówką i za każdym razem posługiwała się innym fałszywym nazwiskiem.

Nie wiedziała, komu ufać.

Ale to nie strach przed wykryciem powstrzymywał ją przed skontaktowaniem się z Carly.

To było poczucie winy.

One zginęły przeze mnie, z powodu mojej pracy.

Jako niemy świadek w laboratorium komputerowym Mara słyszała niepokojące słowa mężczyzny, który dowodził atakiem: Xénese nie może zaistnieć. To abominacja zrodzona z czarów i nieczystości.

Oddychając ciężko, spojrzała na drugą czarną walizeczkę na podłodze. Była otwarta; w wyściełanym wnętrzu spoczywała kula, którą Carly żartobliwie nazwała piłką futbolową. Analogia była dość trafna. Urządzenie rzeczywiście miało rozmiary przepisowej piłki, powierzchnię pokrywały takie same sześciokątne panele. Jednak nie wykonano ich ze zszywanej skóry, tylko w części z tytanu, a w części z twardego jak diament szafirowego kryształu.

W przypływie pychy Mara nazwała to urządzenie Xénese, galicyjskim słowem oznaczającym „genezę”.

Lecz nazwa pasowała, zważywszy na cel Mary.

Wywieść życie z zimnej próżni nicości.

Czy to dziwne, że takie ambicje przyciągnęły niepożądaną uwagę?

Ponownie zobaczyła szaty i opaski napastników, usłyszała ich usprawiedliwienie mordu, wyrwane z Biblii: Czarownicy żyć nie dozwolisz.

Gniew dodał pewności jej ręce. Charlotte i pozostałe zginęły z powodu jej pracy, ale nie pozwoli, żeby ich śmierć poszła na marne. Wypełniła ją determinacja. Do tej pory uciekała, przerażona, przytłoczona rozpaczą. Ale skończyła z uciekaniem. Dopiero teraz poczuła się na tyle bezpiecznie, żeby sprawdzić status swojej pracy. Pozostało jednak ostatnie zmartwienie. Obawiała się, że wyciągając twarde dyski z uniwersyteckiego klastra Milipei w panicznym pośpiechu, mogła nieodwracalnie uszkodzić program.

Proszę. Jest poranek Bożego Narodzenia. Daj mi ten jeden prezent.

Przez następną godzinę podłączała łańcuchowo do laptopa dyski z zaszyfrowanymi modułami jej programu. Sprawdzała każdy po kolei i odetchnęła z ulgą, kiedy wszystko wydawało się nietknięte. Następnie uruchomiła to, co Carly nazywała „piłką futbolową”. Kiedy prąd elektryczny popłynął przez zasilacz do urządzenia, małe szafirowe okienka rozbłysły lazurową poświatą, świadcząc o udanym zapłonie maleńkich laserów w środku.

– Niech się stanie światło – szepnęła Mara ze smutnym uśmiechem, przypominając sobie, jak często doktor Carson cytowała to zdanie z Księgi Rodzaju, i pamiętając ostrzeżenie mentorki w dniu przed próbnym rozruchem.

Ale nie za wiele światła. Nie chcemy, żebyś wysadziła pracownię w powietrze.

Uśmiech Mary nabrał ciepła na to wspomnienie. Carly niewątpliwie odziedziczyła poczucie humoru po matce.

Następną godzinę Mara poświęciła na kalibrację modułów i głównego urządzenia, przez cały czas monitorując postęp na laptopie. Wiedziała, że piętnastocalowy ekran nie jest w stanie pokazać tego powoli rekonstruowanego, rozległego świata. To jakby próbować ogarnąć cały ogrom Drogi Mlecznej, skupiając teleskop na garstce bladych gwiazd.

Właściwie większość jej pracy była nie tylko niewidoczna, ale również niemal niezrozumiała. Inżynierowie komputerowi nazywali to algorytmiczną „czarną skrzynką”. Wprawdzie instrukcje komputerowe – nazywane algorytmami – dawały się zdefiniować i zrozumieć, jednak dokładne metody, których zaawansowany system używał jako narzędzi do uzyskania odpowiedzi albo wyników, stawały się jeszcze bardziej tajemnicze. Projektanci pewnych wyrafinowanych sieci po prostu nie mogli wiedzieć, co się naprawdę dzieje w tych czarnych skrzynkach. Wprowadzali dane do komputera i odczytywali wyniki wychodzące z drugiej strony. Ale to, co się działo pomiędzy – jakie procesy zachodziły we wnętrzu maszyny – stawało się niepoznawalne.

Nawet ich twórcy nie pojmowali tego procesu. Zapytano kiedyś inżyniera z IBM, konstruktora Watsona – komputera, który pobił zwycięzcę teleturnieju Va banque – „Czy Watson czasem robi panu niespodzianki?”. Odpowiedź była prosta, lecz niepokojąca: „Och, tak. Och, absolutnie”.

Ale niespodzianki nie kończyły się na Watsonie. W miarę jak budowano coraz bardziej wyrafinowane systemy SI, ich czarne skrzynki stawały się jeszcze bardziej niedostępne i niezbadane.

Niestety Xénese nie stanowiło wyjątku.

W noc zimowego przesilenia – przez niecałe sześćdziesiąt sekund, wystarczające do zamordowania pięciu kobiet – Xénese było całkowicie zrealizowane i kompletne, działało z pełną mocą, wydobywało światło z ciemności, życie z nicości.

Zamiast świętować te narodziny, Mara była zbyt zaszokowana widokiem napaści. Sparaliżowana zgrozą, nie mogła odwrócić wzroku. Niezdarnie wybrała 112, lecz zanim ją połączono ze służbami porządkowymi, jej mentorki już nie żyły. Urywanymi słowami przekazała, co się stało; znowu zaczęła seplenić. Policja kazała jej zostać na miejscu, ale Mara bała się, że zabójcy w czarnych szatach już po nią idą. Więc uciekła i zabrała swoją pracę, nie chcąc ryzykować jej zniszczenia.

Przerażona, zamknęła wtedy wszystko. To była brutalna operacja „na siłę”, cyfrowa aborcja jej tworu. Wyrwała modularne komponenty rozmieszczone na serwerach, zredukowała główny program – zamknięty w rdzeniu Xénese – do kodu źródłowego, jego najbardziej podstawowej formy, skazała go na senną wegetację. Zrobiła to z przykrością, ale to było konieczne, żeby zabezpieczyć źródłowy program do transportu.

Zanim jednak wykonała crash systemu, zauważyła dziwny obraz, który pojawił się na ekranie. Pentagram, symbol Bruxas, wirował szaleńczo w miejscu – po czym rozpadł się i na ekranie został tylko odłamany kawałek. Wyglądał całkiem jak grecka litera sigma. Mara nie miała pojęcia, co to znaczy, wiedziała tylko, że wygenerował to program Xénese.

Ale co oznaczał ten wynik?

Wyobraziła sobie wirujący krąg pentagramu, który wydawał jej się niespokojny – a może w tamtej chwili przeniosła na niego własne przerażenie. Była spanikowana, więc wydawało jej się, że program też panikuje. Jednak Mara nie była jedynym świadkiem masakry w bibliotece. Ktoś jeszcze – albo coś – odbierał transmisję z kamery, cyfrowo zaglądał Marze przez ramię.

Coś, co zostało stworzone przez Xénese.

Cokolwiek się narodziło w tamtej chwili, cokolwiek istniało przez tamte okropne sześćdziesiąt sekund, również było niemym świadkiem tych wydarzeń. Narodziło się we krwi i śmierci.

To były jego dane wejściowe.

Na wyjściu pojawił się ten dziwny symbol.

Ale czy to była usterka? Czy to było celowe? Czy miało jakieś znaczenie?

Jedyny sposób, żeby się dowiedzieć – żeby pojąć rozumowanie tego tworu – to zrekonstruować Xénese, odbudować jego czarną skrzynkę. To jedyna nadzieja na uzyskanie odpowiedzi.

Teraz na ekranie laptopa zajaśniał cyfrowy ogród, wirtualny Eden. Faksymile migotliwego strumienia toczyło się po głazach i skałach przez las wysokich drzew i kwitnących krzewów. W jednym rogu słońce świeciło jasno na błękitnym niebie, po którym mknęły lekkie obłoki.

W swojej kreacji Mara zastosowała wskazówki zaczerpnięte z Biblii.

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię…

Więc starała się zrobić to samo.

Lecz chociaż na ekranie jej kreacja wydawała się taka dokładna i drobiazgowa, stanowiła jedynie cień prawdziwego wirtualnego świata wewnątrz Xénese. Ten świat zawierał algorytmy kodujące dźwięki, zapachy, nawet smaki, szczegóły, których nie można przekazać na ekranie, jedynie doświadczyć, żyjąc wewnątrz.

Przygotowując się do stworzenia Xénese, grała w gry wideo typu „otwarty świat” – Far Cry, Skyrim, Fallout i wiele innych – żeby zrozumieć te symulacje na rozległą cyfrową skalę. Konsultowała się z najlepszymi programistami w tej dziedzinie, by się od nich uczyć, potem zbudowała wąską SI i kazała jej na okrągło grać w te gry, żeby przez powtarzanie przyswoić wszystkie szczegóły. Ten proces – nazywany „maszynowym uczeniem” – jest podstawową metodą, za pomocą której uczą się SI.

I właśnie ta ucząca się maszynowo SI zbudowała wirtualny świat wewnątrz Xénese, tworząc coś znacznie przewyższającego wszystko istniejące do tej pory. Mara uznała za całkiem słuszne, żeby prymitywna SI przyłożyła rękę do własnej ewolucji, zbudowała świat, w którym narodzi się jej następne pokolenie.

Pracowała dalej, zgarbiona nad biurkiem. Gdy wirtualny Eden znowu wyrósł z nicości, wrzuciła Xénese online. W zielonym zagajniku pojawił się niemal amorficzny kształt. Był srebrzysty i rozmyty, ale sylwetka wyglądała całkiem jak ludzka: dwie ręce, dwie nogi, tors i głowa. Lecz podobnie jak wirtualny świat na ekranie, ten kształt – ten duch w maszynie – był w najlepszym razie prymitywnym przybliżeniem, zwykłym awatarem tego, co leżało zwinięte i czekające we wnętrzu Xénese.

Na razie inteligencja ukryta za tym awatarem pewnie tylko mętnie zdawała sobie sprawę ze swojego otoczenia, niczym ślimak próbujący docenić operę Verdiego La Traviata. Pozostawiona samej sobie, uczyłaby się szybko, zbyt szybko. Zanim to się stało, zanim ten rozum rozwinął się w coś zimnego i niepojętego, nawet groźnego, Mara musiała ponownie oblec w ciało i kości tego bezkształtnego ducha, zwrócić mu to, co ukradła, kiedy wyciągnęła twarde dyski. Podprogramy zawarte na tych dyskach miały rozszerzać jej kreację, warstwa po warstwie, moduł po module, dodawać głębię i kontekst – i w końcu może nawet duszę.

Taką miała nadzieję.

I taka była jedyna nadzieja dla świata.

Uruchomiła twardy dysk numer 1, aktywowała pierwszy modularny podprogram.

Jednocześnie wyszeptała wers z Księgi Rodzaju: Stworzył tedy Pan Bóg człowieka z prochu ziemi, i natchnął w oblicze jego dech żywota. I stał się człowiek duszą żywiącą.

Westchnęła. To, co robiła, nie różniło się zbytnio, ale w Biblii Bóg stworzył najpierw Adama, co na wieczność zapewniło mężczyznom dominację nad światem.

I patrzcie, co z tego wynikło!

Dla swojej kreacji Mara wybrała inną drogę.

W rogu ekranu pojawiło się nowe okno, nałożone na wirtualny świat. Pokazywało pikselową reprezentację programu Modułu 1.


Rzędy maleńkich skrzynek oznaczały gniazda kodu i jednocześnie symbolicznie przedstawiały podprogram. Szczegółów tego obrazu jeszcze nie dało się rozróżnić. Ale po włączeniu do głównego programu podprogram wtopi się w ducha na ekranie, a po całkowitym zintegrowaniu modułowy obraz się wyostrzy, działając jak barometr postępu.

Ten konkretny podprogram nie został przez nią napisany, tylko opracowano go w IBM.

Nazywał się „dokrewny program lustrzany”.

Stuknięciem w przycisk Mara zrzuciła moduł do swojego wirtualnego świata. To był pierwszy z wielu, jakie miała dodać. Wyobraziła sobie, że jest jedną z szekspirowskich czarownic, wrzucającą składniki do kotła.

– Podwójmy trudy, a śmiało dalej2 – mruknęła, cytując klasyka.

Porównanie było trafne. Z każdym udanym dodaniem podprogramu jakby budowała zaklęcie, kawałek po kawałku.

Albo w tym szczególnym przypadku…

Bajt po bajcie.

2Makbet, przeł. Leon Ulrich.