Ostatnia odyseja

Tekst
Z serii: Cykl Sigma Force #15
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

NIE WSZYSTKIE OPOWIEŚCI O BOGACH I POTWORACH SĄ FIKCJĄ. ZWŁASZCZA NIE TE ZWIĄZANE Z WOJNAMI, KTÓRE SĄ MOTOREM WYNALAZCZOŚCI.

Lodowa pułapka

Grupa naukowców na Grenlandii znajduje uwięziony w lodowcu pradawny statek. Zgodnie z ich pierwszą teorią jest to łódź wikingów – kolejny dowód na to, że to nie Kolumb odkrył Nowy Świat.

Szokujące odkrycie

Ściągnięta na miejsce archeolog, doktor Elena Cargill, stawia jeszcze śmielszą tezę, która może sprawić, że historię trzeba będzie napisać na nowo. Według niej to arabski statek z dziewiątego wieku. Zanim jednak potwierdzi swoje przypuszczenia, zostaje porwana przez bandytów, zaś statek ujawnia swój przerażający ładunek.

Władza i Leonardo

Nawet jeśli Sigma Force nie byłaby gotowa się tym zająć, to interwencja prezydenta USA przesądza sprawę. Elena Cargill jest bowiem córką wpływowego senatora. Komandor Pierce i jego towarzysze wyruszają więc do Włoch, żeby w tajnej papieskiej bibliotece w Castel Gandolfo poznać nieznane wynalazki Leonarda da Vinci i zbadać tajemnicę kryjącą się za grenlandzkim odkryciem.

Na tropie Odyseusza

Choć agenci Sigmy wciąż nie mają pojęcia, kto jest ich wrogiem, wiedzą, że jest on potężny i dysponuje takimi środkami, że nie mogą czuć się bezpieczni w czasie podróży śladami bohaterów Homera i zmarłego przed wiekami kapitana arabskiego statku – na Sardynię i do Maroka, aż do bram samego piekła…


JAMES ROLLINS

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne m.in. Ekspedycja, Amazonia oraz książki z cyklu SIGMA FORCE zapoczątkowanego w 2004 r. Burzą piaskową których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata, dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy.

jamesrollins.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKA

AMAZONIA

OŁTARZ EDENU

EKSPEDYCJA

PODZIEMNY LABIRYNT

Cykl SIGMA FORCE

BURZA PIASKOWA

MAPA TRZECH MĘDRCÓW

CZARNY ZAKON

WIRUS JUDASZA

OSTATNIA WYROCZNIA

KLUCZ ZAGŁADY

KOLONIA DIABŁA

LINIA KRWI

OKO BOGA

SZÓSTA APOKALIPSA

LABIRYNT KOŚCI

SIÓDMA PLAGA

DIABELSKA KORONA

TYGIEL ZŁA

OSTATNIA ODYSEJA

James Rollins, Grant Blackwood

Cykl z Tuckerem Wayne’em

WYŁĄCZNIK AWARYJNY

James Rollins, Rebecca Cantrell

Cykl ZAKON SANGWINISTÓW

EWANGELIA KRWI

NIEWINNA KREW

DIABELSKA KREW

Tytuł oryginału:

THE LAST ODYSSEY

Copyright © James Czajkowski 2020

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Maria Gębicka-Frąc 2021

Redakcja: Joanna Kumaszewska

Zdjęcia na okładce: Scott Rothstein/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-8215-593-8

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

Podziękowania

Mapa Grenlandii

Notatki z zapisów historycznych

Notatki z zapisów naukowych

CZĘŚĆ PIERWSZA. ATLAS BURZ

1

2

3

4

5

6

7

CZĘŚĆ DRUGA. KLUCZ DEDALA

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

CZĘŚĆ TRZECIA. KUŹNIA HEFAJSTOSA

18

19

20

21

22

23

CZĘŚĆ CZWARTA. SŁUPY HERAKLESA

24

25

26

27

28

29

30

CZĘŚĆ PIĄTA. BRAMY TARTARU

31

32

33

34

35

36

37

38

39

CZĘŚĆ SZÓSTA. PROMETEUSZ ROZKUTY

40

41

42

43

44

 

45

46

47

48

49

EPILOG

Nota od autora

Źródła zdjęć, map i ilustracji

Przypisy

1  Okładka

2  O książce

3  Strona tytułowa

4  O autorze

5  Tego autora

6  Strona redakcyjna

7  Spis treści

8  Dedykacja

9  Podziękowania

10  Mapa Grenlandii

11  Notatki z zapisów historycznych

12  Notatki z zapisów naukowych

13  Motto

14  CZĘŚĆ PIERWSZA. ATLAS BURZ 1 2 3 4 5 6 7

15  CZĘŚĆ DRUGA. KLUCZ DEDALA 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17

16  CZĘŚĆ TRZECIA. KUŹNIA HEFAJSTOSA 18 19 20 21 22 23

17  CZĘŚĆ CZWARTA. SŁUPY HERAKLESA 24 25 26 27 28 29 30

18  CZĘŚĆ PIĄTA. BRAMY TARTARU 31 32 33 34 35 36 37 38 39

19  CZĘŚĆ SZÓSTA. PROMETEUSZ ROZKUTY 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49

20  EPILOG

21  Nota od autora

22  Źródła zdjęć, map i ilustracji

23  Przypisy

Do czytelników, którzy wciąż szukają naszych zaginionych światów i większych prawd ukrytych w tym, co nagryzmolono atramentem na papierze.

Dziękuję, że dołączyliście do mnie w tej podróży.

Podziękowania

Podobno Homer napisał kiedyś: „Podróże to jest to”. A ścieżka od pomysłu do opublikowanej powieści jest wyboista. Moja odyseja, która zakończyła się powstaniem tej książki, była łatwiejsza dzięki pomocy szacownego (i cierpliwego) grona pierwszych czytelników, recenzentów i cheerleaderek. Do grupy zwanej Warped Spacers należą: Chris Crowe, Lee Garrett, Matt Bishop, Matt Orr, Leonard Little, Judy Prey, Caroline Williams, John Vester i Amy Rogers. Specjalne podziękowania dla Steve’a Preya za mapę Arktyki. Muszę również wyróżnić Davida Sylviana za wgląd w cyfrowy wszechświat. I Cherei McCarter za podzielenie się ze mną mnóstwem intrygujących koncepcji i ciekawostek, z których kilka znajduje się na tych stronach. I Williamowi Craigowi Reedowi za cenną pomoc w kwestii sprzętu do zwalczania okrętów podwodnych. Oczywiście nic by z tego nie wyszło bez zdumiewającego zespołu nieprześcignionych profesjonalistów z branży. Dziękuję wszystkim w William Morrow za to, że zawsze mogłem liczyć na Wasze wsparcie, w szczególności Liate Stehlik, Danielle Bartlett, Kaitlin Harri, Joshowi Marwellowi, Richardowi Aquanowi i Anie Marii Allessi. Na koniec wyjątkowe wyrazy uznania dla ludzi odgrywających zasadniczą rolę na każdym etapie produkcji: mojej szanownej redaktorce, Lyssie Keusch, i jej pracowitej koleżance Mireyi Chiribodze; i dla wszystkich za ich ciężką pracę; moim agentom Russowi Galenowi i Danny’emu Barorowi (a także jego córce, Heather Baror). I jak zawsze muszę podkreślić, że wszelkie błędy dotyczące faktów czy szczegółów w tej książce – mam nadzieję, że nie jest ich zbyt wiele – biorę na siebie.

Mapa Grenlandii



Notatki z zapisów historycznych

Historia jest płynnym przedsięwzięciem. Opowieści o wydarzeniach zmieniają się w zależności od punktu widzenia. Często zwycięzca snuje opowieść i przekuwa mity w fakty.

Weźmy Iliadę i Odyseję Homera – dwa eposy, które relacjonują przebieg wojny trojańskiej i jej następstwa. Wierzono, że te dwa dzieła powstały w ósmym wieku przed naszą erą, chociaż dzisiaj większość historyków wątpi nawet w samo istnienie Homera. Prawdopodobnie imię Homer było tylko wygodnym pseudonimem używanym przez wielu pieśniarzy, którzy sławili bogów i potwory, opowiadając tę burzliwą historię.

W jakim jednak stopniu te dwa eposy są oparte na wydarzeniach historycznych, a co w nich jest czystą fantazją?

Przez stulecia historycy nie wierzyli nawet w istnienie Troi – wielkiego miasta obleganego przez Greków i zdobytego, jak podaje Iliada, dzięki podstępnemu darowi w postaci konia trojańskiego. Troję uważano za mityczne miejsce, za wytwór wyobraźni Homera. Tak było do czasu, gdy pod koniec dziewiętnastego wieku niemiecki archeolog amator Heinrich Schliemann rozkopał wzgórze po tureckiej stronie Hisarliku i odsłonił ruiny dużego miasta. Prace trwały wiele lat, ale w końcu ten zagrzebany kompleks został uznany za zaginioną Troję.

I tak oto mit stał się historią.

A co z Odyseją, opowieścią o wielkim bohaterze wojennym Odyseuszu i jego pełnej zdradliwych przygód dziesięcioletniej podróży na ojczystą wyspę Itakę? To opowieść o trudach i destrukcji, o kolosalnych potworach i czarodziejkach, o zesłanych przez boga burzach i syrenach doprowadzających mężczyzn do szaleństwa. Historycy i archeolodzy nadal jednak analizują Odyseję; szukają tropów, próbują odtworzyć na mapie trasę okrętu Odyseusza, a nawet przypisują miejsca geograficzne do tych wspomnianych w eposie.

Przykład: nieco ponad dziesięć lat temu brytyjski konsultant do spraw zarządzania, Robert Bittlestone, użył współczesnych narzędzi geologicznych, żeby określić położenie rodzinnej Itaki Odyseusza, dokąd wielki wojownik powrócił po swojej epickiej podróży. Archeolodzy już odrzucili dzisiejszą wyspę Itakę, gdyż nie pasuje ona do opisu zamieszczonego w Odysei. Bittlestone zaproponował nową – popartą dowodami – teorię, w której wskazuje grecki półwysep Paliki jako prawdziwą antyczną Itakę. Jego dowody były tak przekonujące, że James Diggle, profesor greki i łaciny z Cambridge, oznajmił: To przekonujące i poparte przez geologię (…) analiza ukształtowania terenu wykazuje nadzwyczajne podobieństwa.

Pojawił się więc dowód, że wypadki opowiedziane w Odysei mają prawdziwy historyczny punkt wyjścia (miasto Troja) i punkt końcowy (Itaka). Takie odkrycia rodzą pytanie: A co ze wszystkim pomiędzy? Jaka część eposów Homera o bogach i potworach może być prawdą?

Obecnie chętnie się przyjmuje – mimo pytania o istnienie Homera – że te historie są relacjami z wielkiej wojny, która naprawdę się toczyła. Co więcej, eposy rzucają światło na tak zwane greckie wieki ciemne, burzliwy okres, który widział upadek trzech cywilizacji epoki brązu: greckiej kultury mykeńskiej, imperium Hetytów i Nowego Państwa egipskiego. Jak i dlaczego do tego doszło? Ostatnie odkrycia ujawniają, że w regionie śródziemnomorskim stoczono szereg bitew. Walki były tak powszechne, że niektórzy historycy sądzą, iż doszło wówczas do pierwszej wielkiej wojny globalnej, nazywanej zerową wojną światową. Większą część tej mrocznej wojny wciąż spowija tajemnica, chociaż niektórzy archeolodzy są przekonani, że brała w niej udział czwarta cywilizacja, która pokonała pozostałe trzy – i zniknęła w mrokach przeszłości.

Jeśli to prawda, kim byli ci zdobywcy? Czy opowieści Homera zawierają wskazówki dotyczące ich pochodzenia i tego, co się z nimi stało? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć na tych stronach i rzucą one nowe światło na kolejną wojnę światową grożącą nam dzisiaj. Więc uważajcie to za przestrogę – nie wszystkie opowieści o bogach i potworach są fikcją.

Notatki z zapisów naukowych

My, ludzie, jesteśmy ciekawską gromadą. Niestety, ciekawość czasami ściąga na nas więcej kłopotów, niż daje nam korzyści. Zwłaszcza w dziedzinie wynalazków. Koło weszło do powszechnego użytku około 3500 r. p.n.e. i od tamtej pory nie przestaliśmy wprowadzać innowacji mających na celu poprawienie naszego życia i lepsze jego zrozumienie. Stare porzekadło „Potrzeba jest matką wynalazków” jest prawdą dzisiaj, tak jak było pięć i pół tysiąca lat temu.

 

Ale czy zawsze będzie aktualne? Czy kiedyś postęp stanie w miejscu? Niektórzy są przekonani, że już dotarliśmy do tego punktu zwrotnego. Tyler Cowen, ekonomista z Uniwersytetu George’a Masona, napisał manifest Wielka stagnacja, w którym stwierdza, że już osiągnęliśmy szczyt rozwoju, w pełni wykorzystując tanią energię i zdobycze epoki przemysłowej. Uważa, że nasz czas szybkiego rozwoju zbliża się do końca.

Czy na pewno? Niewątpliwie w dziejach zdarzały się okresy technicznej stagnacji, głównie dlatego, że społeczeństwa z własnej woli decydowały się na rezygnację z dotychczasowych zdobyczy. Tak zrobili Chińczycy po epoce Ming, a ich śladem w czternastym wieku poszedł świat arabski. Wydaje się jednak, że gdy jedna część świata gasi płomień innowacji, wznieca go inna. Kiedy świat arabski pogrążał się w mroku, kraje Europy przejęły porzuconą przez niego pochodnię i rozpoczęły epokę renesansu.

Dla zilustrowania: od ósmego do czternastego wieku – w okresie zwanym złotym wiekiem islamu – arabscy uczeni dowiedli, że są mistrzami projektowania i wynalazczości. Jednym z najwybitniejszych był Ismail al-Dżazari (1136–1206), który konstruował różnego rodzaju urządzenia, od zegarów wodnych po skomplikowane automaty, stosując komponenty i metody, jakich świat jeszcze nie widział. Świadectwem jego geniuszu jest Księga wiedzy o przemyślnych urządzeniach mechanicznych, zawierająca szkice ponad stu wynalazków. Al-Dżazari stał się znany jako Leonardo da Vinci świata arabskiego.

Uważa się, że Leonardo znał – a nawet „pożyczał” – pomysły al-Dżazariego, który zmarł dwa stulecia przed jego narodzinami. Czerpiąc z dokonań muzułmańskiego wynalazcy, poniósł pochodnię innowacji, gdy przygasł płomień złotego wieku islamu. Co więcej, wpływ al-Dżazariego na Leonarda okazał się – jak niebawem odkryjecie – znacznie większy, niż ktokolwiek sobie wyobrażał.

Taka jest ścieżka innowacji, przechodzących z ręki do ręki, z jednego kraju do drugiego, z jednego stulecia w następne.

Na koniec wróćmy do tego starego porzekadła, „Potrzeba jest matką wynalazków”. Jeśli to prawda, nasuwa się pytanie: Co jest największym motorem wynalazczości?

Odpowiedź zawiera się w jednym słowie.

Wojna.

βουλοίμην κ’ ἐπάρουρος ἐὼν θητευέμεν ἄλλῳ,

ἀνδρὶ παρ’ ἀκλήρῳ, ᾧ μὴ βίοτος πολὺς εἴη,

ἢ πᾶσιν νεκύεσσι καταφθιμένοισιν ἀνάσσειν.

Wolałbym do dzierżawcy iść pod biedną strzechę

Na parobka, i w roli grzebać z ciężkim znojem,

Niż tu panować nad tym cieniów marnych rojem!

Spotkanie Odyseusza z duszą Achillesa

Homer, Odyseja, przeł. Lucjan Siemieński

Szczęśliwi będą ci, którzy nadstawiają ucha na słowa umarłych.

Leonardo da Vinci

10 grudnia, 1515

Rzym, Italia

Artysta pochylił się nad odciętą głową. Nadziana na szpic makabryczna dekoracja stała na stole jego pracowni, idealnie oświetlona promieniami porannego słońca. Właśnie ze względu na cudowne światło postanowił zamieszkać w Belwederze. Willa stała w obrębie Watykanu, na terenach uważanych za święte, on jednak bez chwili wahania wprawnie ciął skórę na policzku martwej dziewczyny. Biedaczka zmarła przed siedemnastymi urodzinami.

Tragedia, ale taka, która czyniła ją doskonałym okazem.

Odsłonił mięśnie pod skórą i mrużąc oczy, popatrzył na delikatne włókna ciągnące się od kości jarzmowej do kącika wydatnych ust. Przez godzinę ostrożnie skubał mięśnie pincetą i obserwował, jak blade usta poruszają się w odpowiedzi na jego wysiłki. Przerywał pracę, żeby zwinnymi ruchami lewej ręki szkicować na pergaminie każdą zmianę, jaką spowodował. Odnotował nieznaczny ruch nozdrza martwej kobiety, zmianę zarysu policzka, zmarszczenie dolnej powieki.

Zadowolony, wyprostował się ze strzyknięciem w plecach i podszedł do spoczywającej na sztalugach deski. Podniósł pędzel z końskiego włosia i przyjrzał się lewej stronie niedokończonej twarzy modelki, ukazanej z półprofilu. Bez niej musiał kontynuować pracę z pamięci. W tej chwili nie zwracał uwagi na namalowane loki ani fałdy sukni. Zanurzył pędzel w oliwie i poprawił cień blisko ust, wykorzystując wiedzę zdobytą właśnie dzięki sekcji.

Zadowolony z efektu, odsunął się od obrazu.

Lepiej… znacznie lepiej.

Dwanaście lat temu, gdy mieszkał we Florencji, bogaty kupiec Francesco del Giocondo zamówił u niego portret swojej młodej żony, pięknej i tajemniczej Lisy. Od tamtej pory woził ze sobą jej nieukończony obraz: z Florencji do Mediolanu, z Mediolanu do Rzymu. Nawet teraz nie był gotów pozwolić jej odejść.

Ten parweniusz Michał Anioł – który czasami pomieszkiwał w Belwederze – wyśmiewał jego niechęć do ukończenia obrazu, szydząc z takiego oddania z całą siłą młodzieńczej arogancji.

Nie miało to jednak znaczenia. Leonardo spojrzał w patrzące na niego namalowane oczy. Skóra Lisy zdawała się jarzyć we wpadającym przez okna zimnym porannym świetle i w ciepłym blasku gasnących węgli w kominku.

Od lat, dzięki każdemu okruchowi zdobytej wiedzy, czynię cię piękniejszą, pomyślał.

Ale jeszcze nie skończył.

Drzwi pracowni otworzyły się za jego plecami. Skarga zawiasów przypomniała mu o innych obowiązkach, o pilniejszych zamówieniach, które znów miały go oderwać od jej uśmiechu. Ze złością ścisnął pędzel. Łagodny, przepraszający głos ucznia nieco go uspokoił.

– Mistrzu – odezwał się Francesco – zgromadziłem w pałacowej bibliotece wszystko, co kazałeś.

Leonardo westchnął, odłożył pędzel i po raz kolejny odwrócił się plecami do Lisy.

Grazie, Francesco.

Gdy szedł do wiszącej przy drzwiach podbitej futrem zimowej peleryny, uczeń zatrzymał spojrzenie na częściowo odartej ze skóry dziewczynie. Szeroko otworzył oczy i zbladł, ale powstrzymał się od komentarza.

– Przestań się gapić, Francesco. Z pewnością takie widoki już cię nie wytrącają z równowagi. – Leonardo zarzucił pelerynę na ramiona i ruszył do drzwi. – Jeśli chcesz zostać mistrzem artystą, musisz szukać wiedzy wszędzie tam, gdzie można ją zdobyć.

Francesco skinął głową i wyszedł za nim z pracowni.

Zeszli po kamiennych schodach na dziedziniec Belwederu. Szron pobielił i zmroził trawę. Rześkie powietrze pachniało dymem palonego drewna. Przy nieukończonych skrzydłach po obu stronach dziedzińca stały rusztowania.

Idąc przez dziedziniec, Leonardo był wdzięczny za ten moment, w którym historia jakby czekała na przejście z jednej epoki do następnej. To wrażenie nieuchronnej zmiany przyprawiało go o dreszcz emocji, napełniało energią, rozniecało pełen nadziei ogień w jego piersi.

Wreszcie, z nosem zaczerwienionym z zimna, dotarł ze swoim uczniem do wyniosłego Pałacu Apostolskiego. Kaplicę niedawno pomalował ten przeklęty Michał Anioł.

Na tę myśl Leonarda ogarnęła irytacja, która przepędziła zimowy chłód. W ubiegłym roku w środku nocy zakradł się z lampą do kaplicy. Obejrzał pracę młodego rywala po kryjomu, nie chcąc mu sprawiać satysfakcji okazywaniem uznania. Pamiętał, jak zadzierał głowę, oglądając sufit z nabożnym podziwem. Nie mógł temu zaradzić: czuł szacunek dla geniuszu, doceniał nowatorskie zastosowanie perspektywy na tak rozległej przestrzeni. Sporządził kilka notatek, czerpiąc z dzieła Michała Anioła tyle wiedzy, ile tylko mógł.

Nieodłączna gorycz związana z młodym artystą przypomniała mu o nauce, jakiej udzielił Francescowi: „Musisz szukać wiedzy wszędzie tam, gdzie można ją zdobyć”. Ale to nie oznaczało, że należy wielbić jej źródło.

Wszedł po pałacowych schodach, skinął głową strażnikom i przestąpił próg.

Może wyczuwając jego irytację, Francesco ruszył pierwszy do skrzydła, w którym mieściła się watykańska biblioteka. Pracował tam nocami, przetrząsając zakurzone półki i szafy, gromadząc materiały, które mistrz pragnął przestudiować przed przystąpieniem do pracy nad następnym zamówieniem.

Czas szybko uciekał.

Leonardo za trzy dni miał wyruszyć z papieżem Leonem X w podróż na północ, do Bolonii, na spotkanie z królem Francji, Franciszkiem I, który oblegał Mediolan. Miało ono dotyczyć spraw państwowych, ale monarcha zażyczył sobie obecności artysty. Dziwnemu żądaniu towarzyszył list.

Król, który znał talent Leonarda, chciał zamówić wielkie dzieło upamiętniające francuskie zwycięstwo. Miał to być złoty mechaniczny lew, który nie tylko będzie chodzić, ale też dzięki mechanizmowi zegarowemu pokazywać ukryty w piersi bukiet lilii, herb Burbonów.

Francesco, nieodłączny towarzysz Leonarda, odgadł jego myśli.

– Naprawdę myślisz, mistrzu, że zdołasz zaprojektować takie urządzenie?

Leonardo spojrzał na młodego człowieka.

– Czyżbym słyszał powątpiewanie w twoim głosie, Francesco? Kwestionujesz moją pomysłowość?

– O… oczywiście, że nie, mistrzu – wyjąkał młodzieniec z policzkami oblanymi szkarłatem.

– Dobrze, bo sam mam wystarczająco wiele wątpliwości – powiedział Leonardo z uśmiechem. – Nawet arogancja ma swoje granice. Wielkie dzieła są zrodzone z równych części boskiego geniuszu i ziemskiej pokory.

– Pokory? – Francesco uniósł brew. – Ty mówisz o pokorze?

Jego mistrz zaśmiał się. Chłopak dobrze go znał.

– Najlepiej pokazywać arogancję publicznie – rzekł Leonardo. – Przekonać cały świat o swojej pewności siebie we wszystkich dążeniach.

– A prywatnie?

– Prywatnie należy poznawać swoje najprawdziwsze ja. Trzeba pokory, żeby rozpoznać własne ograniczenia i wiedzieć, kiedy należy szukać dalszej wiedzy. – Leonardo przypomniał sobie, jak wlepiał oczy w oświetlony przez lampę fresk Michała Anioła i czego to go nauczyło. – Od tego zaczyna się prawdziwy geniusz. Człowiek, który ma wiedzę i wyobraźnię, może zrobić wszystko.

Pośpieszył ku bibliotece, gotów dowieść prawdziwości tego stwierdzenia.

Godzina 10.02

Obym tylko dobrze się spisał, pomyślał Francesco, przytrzymując drzwi dla swojego mistrza, po czym wszedł za nim do papieskiej biblioteki. Modlił się, żeby jego starania nie rozczarowały wielkiego człowieka.

Od chwili, gdy przestąpili próg tego wielkiego pomieszczenia, towarzyszył im stęchły zapach starej skóry i murszejących kartek. Drewniane regały sięgały po sam sufit, a między nimi gdzieniegdzie majaczyły blade duchy marmurowych posągów. Samotna lampa oświetlała szeroki stół, na którym schludnie ustawiono stosy książek, pliki luźnych papierów i piramidę zwojów.

Leonardo podszedł do stołu.

– Widać, że byłeś zajęty, Francesco.

– Zrobiłem, co w mojej mocy – powiedział z westchnieniem chłopak. – Szczególnie trudne było wytropienie tej arabskiej księgi.

Jego mistrz obejrzał się, unosząc brwi.

– Znalazłeś ją?

Francesco z pewną dumą wskazał gruby tom leżący pośrodku zgromadzonych materiałów. Skórzana okładka była podniszczona i sczerniała ze starości, ale złote litery tytułu pozostały jasne i połyskiwały w blasku lampy. Arabskie pismo wyglądało pięknie.

Leonardo zawiesił palec nad tytułem كتاب في معرفة الحيل الهندسية i przeczytał głośno:

Kitab fi ma’rifat al-hijal al-handasija.

Księga wiedzy o przemyślnych urządzeniach mechanicznych – przetłumaczył ściszonym głosem Francesco.

– Została napisana dwa stulecia temu – rzekł Leonardo. – Potrafisz sobie wyobrazić czas, zwany złotym wiekiem islamu, kiedy naukę i nauczanie otaczano najwyższym szacunkiem?

– Z przyjemnością kiedyś odwiedziłbym takie miejsca.

– Ach, mój drogi Francesco, spóźniłeś się. Te ziemie, rozdarte przez wojny, brutalne w swojej ignorancji, pogrążyły się w mroku. Nie znalazłbyś tam radości. – Leonardo opuścił palce na okładkę. – Na szczęście ich dawna wiedza przetrwała.

Otworzył księgę na przypadkowej stronie. Czarny inkaust płynął rzeką arabskiego pisma wokół rysunku, który przedstawiał fontannę z wodą spływającą z dzioba pawia do skomplikowanego mechanizmu dźwigni i bloczków. Francesco wiedział, że księga jest pełna projektów innych urządzeń, w tym podobnych do tego, które król Francji chciał zamówić u jego mistrza.

– Autorem jest Ismail al-Dżazari – dodał Leonardo. – Genialny artysta i naczelny inżynier w pałacu Artuklu. Przypuszczam, że wiedza zawarta w tej księdze pomoże mi zaprojektować złotego lwa dla francuskiego króla.

Zza ich pleców dobiegł głos:

– Może jest inna książka, która również ci pomoże.

Leonardo i jego uczeń odwrócili się ku drzwiom biblioteki, które przez nieuwagę zostawili uchylone. W wejściu stał niski, ale krzepki mężczyzna. Jego skromna biała sutanna i piuska połyskiwały w nikłym świetle. Ze skwapliwością wynikającą z młodego wieku Francesco ukląkł i schylił głowę. Jego mistrz ledwie zdążył ugiąć kolano, gdy mężczyzna w piusce powiedział:

– Wystarczy. Wstańcie.

Francesco wyprostował się, ale stał z pochyloną głową.

– Wasza Świątobliwość.

Papież Leon X ruszył w ich stronę, zostawiwszy dwóch strażników przy drzwiach. Niósł grubą księgę.

– Dowiedziałem się, że twój uczeń przetrząsa nasze biblioteki. I o celu tych poszukiwań. Wygląda na to, że masz zamiar dołożyć starań, żeby zadowolić naszych nowych gości na północy.

– Słyszałem, że król Franciszek potrafi być bardzo wymagający – rzekł Leonardo.

– I wojowniczy – dodał uszczypliwie papież. – Wolałbym, żeby ograniczył swoje zapędy do ziem na północy. Co oznacza, że lepiej nie sprawiać zawodu jego królewskiej mości, żeby nie przyszło mu na myśl zapuścić się dalej na południe ze swoimi żołnierzami. Aby temu zapobiec, postanowiłem wesprzeć cię w twoich wysiłkach.

Papież podszedł do stołu i położył na nim ciężki tom.

– Znaleziono to w Świętym Scrinium.

Francesco zesztywniał z zaskoczenia. Święte Scrinium było prywatną papieską biblioteką, podobno zawierającą zdumiewające pisma, religijne i inne, pochodzące nawet z czasów powstania chrześcijaństwa.

– To zdobycz z okresu pierwszej krucjaty – wyjaśnił papież. – Perskie dzieło z dziewiątego stulecia po narodzinach naszego Pana, poświęcone urządzeniom mechanicznym. Przyszło mi na myśl, że może ci się przydać, podobnie jak tom znaleziony przez twojego ucznia.

Wielce zaciekawiony Leonardo uniósł okładkę z dawno wytartym tytułem. Zobaczył nazwisko autora i gwałtownie obrócił się twarzą do papieża.

– Banu Musa – przeczytał na głos.

Jego Świątobliwość pokiwał głową.

– Synowie Mojżesza – przełożył.

Francesco chciał zadać pytanie i już otwierał usta, ale onieśmielony, powściągnął język.

Mistrz odczytał jego myśli i udzielił odpowiedzi, lekko obracając się w jego stronę.

– Synowie Mojżesza to trzej perscy bracia, którzy żyli cztery stulecia przed Ismailem al-Dżazarim. Al-Dżazari wymienił ich w swojej księdze, dziękując im za inspirację. Nie przypuszczałem, że jeszcze istnieją jakieś kopie tego dzieła.

– Nie rozumiem – szepnął młodzieniec, podchodząc bliżej. – Co to za tom?

Leonardo położył dłoń na starożytnym piśmie.

– Prawdziwy cud. Księga przemyślnych urządzeń.

– Ale… – Francesco spojrzał na drugą księgę, tę, której poszukiwał z takim mozołem.

– Tak – rzekł Leonardo. – Nasz czcigodny Al-Dżazari nazwał swoje dzieło po tej starszej księdze, tylko lekko zmieniając tytuł. Podobno ci trzej bracia, Synowie Mojżesza, po upadku Cesarstwa Rzymskiego spędzili dziesiątki lat na gromadzeniu i studiowaniu greckich i rzymskich tekstów. Z czasem na podstawie znalezionej w nich wiedzy stworzyli własną księgę wynalazków.

– Braci interesowała nie tylko wiedza naukowa – włączył się do rozmowy papież. Przewertował księgę do końca i wyjął plik luźnych kartek. – Co z nich rozumiesz?

Leonardo zmrużył oczy, patrząc na pożółkłe stronice pokryte pochyłym pismem, po czym pokręcił głową.

– To po arabsku, ale daleko mi do biegłej znajomości tego języka. Może z czasem zdołam…

Papież lekceważąco machnął ręką.

– Zatrudniam arabskich uczonych. Już przełożyli te strony. Wygląda to na jedenastą pieśń większego dzieła poetyckiego. Oto pierwsze wersy: Przybywszy nad brzeg morza, łódź tam zostawioną spychamy najpierw z brzegu w boską otchłań słoną…

Francesco zmarszczył brwi. Dlaczego to brzmi znajomo? – zastanawiał się.

Więc owce na łódź bierzem – kontynuował papież, recytując tłumaczenie z pamięci – a nareszcie sami wsiadamy; zasmuceni lejem łzy żałoby. Wtem od lądu na okręt nasz błękitnodzioby Kirke wiatr nam nasłała…

Chłopak, niepomiernie zaskoczony, wciągnął powietrze ze świstem tak głośnym, że papież urwał w pół zdania.

Imię Kirke… to może oznaczać tylko jedno.

Leonardo przysunął kartki bliżej oczu i potwierdził jego przypuszczenia.

– Mówisz, że to tłumaczenie Odysei Homera?

Jego Świątobliwość skinął głową, wyraźnie rozbawiony.

– Na arabski, sprzed jakichś dziewięciu stuleci.

Francesco wiedział, że jeśli to prawda, to może być najwcześniejsza spisana wersja poematu Homera. Odzyskał mowę.

– Ale dlaczego ta pieśń jest tutaj, utknięta w starożytną księgę o perskich urządzeniach mechanicznych?

– Może nie bez powodu. – Papież pokazał ostatnią stronę.

Widniała na niej wyrysowana jakby w pośpiechu skomplikowana ilustracja. Był to schemat mechanicznej mapy z licznymi kołami zębatymi i drutami, zaopatrzony w nagryzmolone po arabsku notatki. Mapa obejmowała basen Morza Śródziemnego i sięgała kawałek dalej na zachód. Wyglądała na niekompletną, jakby prace nad nią zostały przerwane.