Czerwony alarm

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

James Patterson, Marshall Karp
RED ALERT

Tłumaczenie:

Dorota Stadnik

Dla Teresy Patterson, która ma się coraz lepiej

PROLOG

1

Poniżej tatuażu, który na wewnętrznej stronie lewego uda Aubrey Davenport przedstawiał kostuchę, widniały tylko cztery słowa, które mówiły wszystko:

ŚMIERĆ TO MÓJ AFRODYZJAK

Nigdzie w całym mieście jej libido nie mogło znaleźć lepszego ujścia niż w szpitalu zakaźnym Renwick, niszczejącym trzypiętrowym molochu w kształcie litery U, usytuowanym na południowym krańcu Roosevelt Island.

Gmach, niegdyś uznawany za cud architektury neogotyckiej, był teraz jedynie kamiennym truchłem, ostatnią przystanią dla trzynastu tysięcy kobiet, mężczyzn i dzieci, którzy zmarli tu straszną, bolesną śmiercią.

Dla ojców miasta szpital był miejscem historycznym, dla eksploratorów najbardziej nawiedzonym budynkiem w Nowym Jorku. Aubrey Davenport traktowała go jak seksualną mekkę. W ciepły wieczór na początku maja ona i jej ochoczy partner pokonali dwuipółmetrowe ogrodzenie, weszli w butwiejące trzewia kamiennego labiryntu i rozłożyli na ziemi gruby koc.

Aubrey zrzuciła buty, zdjęła podkoszulek, stanik i dżinsy, zostając w samych figach o barwie akwamaryny.

Jej sutki zareagowały na kontakt z chłodnym powietrzem owiewającym piersi. Wciągnęła w nozdrza woń otaczającego ją rozkładu zmieszanego z nutą niesionego wiatrem zapachu rzeki.

Opadła na kolana i zamknęła oczy w oczekiwaniu na partnera.

Zadrżała, gdy bez słowa założył jej pętlę na szyję. Miał długie i szczupłe palce. Jej matka zwykła je nazywać palcami pianisty. „Jak u twojego ojca”.

W dzieciństwie Aubrey zastanawiała się, dlaczego mężczyzna obdarzony dłońmi pianisty nigdy nie grał na tym instrumencie. Nigdy nawet nie próbował. Potem zrozumiała, że długie szczupłe palce służyły Cyrilowi Davenportowi do tworzenia innej muzyki. To crescendo dobiegało w nocy z sypialni jej rodziców.

Poczuła, jak sznur się zaciska. Właściwie nie sznur. To był długi pasek jedwabiu, być może ze szlafroka. Czuła jego miękkość i gładkość, gdy partner opasał nim jej arterię szyjną.

Ujął Aubrey za ramiona i naciskając, sprawił, że powędrowała niżej, aż dotknęła brzuchem koca.

– Wygodnie? – zapytał.

Zaśmiała się. To słowo zawsze uważała za idiotyczne.

– Śmiejesz się – skonstatował. – Życie jest piękne, prawda?

– Uhm – zamruczała.

– Będzie jeszcze piękniej – powiedział, zsuwając jej majtki aż do kostek. Powoli przesunął palce w górę nogi i zatrzymał się w miejscu, gdzie barwnik wniknął w skórę. Kciukiem pogładził spowitą w pelerynę postać i zakreślił łuk wzdłuż kosy, którą śmierć dzierżyła w kościstych szponach.

– Witaj, kostucho – szepnął i oderwał dłoń od nogi Aubrey.

Trzask! Smagnął ją pejczem po nagich pośladkach. Poczuła niezliczone ukłucia palącego bólu. Każda skórzana końcówka pejcza pozostawiła na skórze swój ślad. Aubrey zagryzła wargi i wcisnęła twarz w koc, by stłumić okrzyk.

Ból był przystawką. Głównym daniem była przyjemność. Jej ciało znieruchomiało w oczekiwaniu na następny ruch partnera.

Jednym wprawnym ruchem zgiął jej nogi w kolanach, przysunął je w stronę głowy, złapał luźny koniec postronka okalającego jej szyję i związał nim jej kostki.

– Ręka – rzucił władczo.

Aubrey, która trzymała dotąd prawą rękę na brzuchu, powędrowała nią w dół między nogi.

– Życie jest piękne – powtórzył. – Spraw, żeby było jeszcze piękniejsze.

Rozchyliła palcami fałdy skóry i wsunęła je do środka, drażniąc zakończenia nerwowe. Połączenie mężczyzny z pejczem, woni rozkładu i nieodparta świadomość obecności trzynastu tysięcy martwych dusz sprawiły, że zakręciło jej się w głowie.

On coś powiedział, ale nie wychwyciła słów zagłuszonych jej własnym ciężkim oddechem. Potem nastąpił moment, od którego nie było odwrotu. Poczuła w ciele wzbierającą falę zadowolenia, a potem z niemal chirurgiczną precyzją powoli opuściła nogi ku ziemi.

Jedwabna lina na szyi ścisnęła mocniej tętnicę szyjną. Pod wpływem nagłego braku tlenu i wzrostu stężenia dwutlenku węgla doznała zawrotu głowy. Znalazła się na granicy halucynacji. Orgazm napłynął falami. Łapała oddech otwartymi ustami, ale wszechogarniająca euforia była tak uzależniająca, że Aubrey zwiększyła ucisk wokół szyi, wiedząc, że wytrzyma jeszcze kilka sekund.

Gdyby erotyczne podduszanie należało do kategorii dyscyplin olimpijskich, Aubrey Davenport byłaby zawodniczką światowej klasy. U progu utraty świadomości zwolniła śmiertelny uścisk i przycisnęła stopy do pośladków.

Tyle że pętla wcale się nie poluzowała. Wręcz przeciwnie – zacisnęła się jeszcze bardziej. Audrey ogarnęła panika. Przewróciła się na bok, przyłożyła ręce do gardła i zacisnęła je na jedwabiu, walcząc o haust powietrza. Nie mogła jednak zaczerpnąć oddechu.

Nigdy nie popełniała błędów. Materiał musiał się o coś zaczepić. Sięgnęła za szyję, rozpaczliwie próbując poluzować pętlę, i natrafiła na dłoń mężczyzny. Pociągnął gwałtownie za jedwabny pasek. Mocne szarpnięcie spowodowało, że Aubrey bezładnie wyrzuciła ramiona w górę.

Potem, za słaba już na walkę, osunęła się na koc. Pociemniało jej w oczach, straciła nadzieję. Kiedy śmierć wyłoniła się z ciemności, by zabrać ją ze sobą, łzy popłynęły jej po policzkach, ponieważ w ostatnich sekundach życia Aubrey Davenport w końcu zrozumiała, że wcale nie chce umrzeć.

2

W Sali Kotylionowej hotelu Pierre roiło się od najbogatszych nowojorczyków. Wśród nich było kilku bogatszych od niejednego państwa.

Należeli do kategorii najbogatszych pośród najbogatszych, zapraszanych na kolacje w cenie pięćdziesięciu tysięcy dolarów za osobę, kiedy jeden z nich chciał wyciągnąć od nich pieniądze na zbożny cel. W tym przypadku rękę wyciągała Fundacja Silver Bullet.

Dziewięciometrowy baner przed salą reklamował szlachetną misję tego wieczoru:

KAMPANIA NA RZECZ POTRZEBUJĄCYCH

Mężczyzna w czarnym krawacie i białej marynarce zajęty nakrywaniem stołów zagotował się ze złości na widok tego napisu. Palcem dla mnie nie kiwnęli, pomyślał, a jestem najbardziej potrzebującym w tej sali.

Są jak łabędzie, rozmyślał dalej, patrząc, jak suną dostojnie między stołami. Wszyscy tacy eleganccy i majestatyczni, ale pod wpływem zagrożenia bezwzględnie bronią swojego terytorium. I jak łabędzie wszyscy są biali.

Między nimi doliczył się zaledwie sześciu czarnych łabędzi. Natomiast wśród obsługi przeważali kolorowi. Świetnie się w nich wpasował.

Ze spuszczonymi ramionami, z niemal niewidoczną twarzą i parą tanich frajerskich okularów skrywających przenikliwe czarne oczy, był tak przeciętny, że właściwie niedostrzegalny.

Podczas tych trzech godzin, które minęły od włożenia kelnerskiego uniformu, nawiązał tylko jeden bezpośredni kontakt z innym człowiekiem. Był to zamroczony starszy gość o wielkopańskich manierach, który wybełkotał w jego kierunku:

– Ej, ty, gdzie jest męska toaleta?

Krótko po dziewiątej światła przygasły, szmer rozmów ucichł i z głośników popłynął władczy głos Jamesa Earla Jonesa:

– Panie i panowie, powitajmy współzałożyciela i prezesa Fundacji Silver Bullet, pana Princetona Wellsa.

Obsłudze polecono, by podczas prezentacji nie wykonywać żadnych czynności. Posłusznie wykonując instrukcję, pomocnik kelnera cofnął się w pobliże wyjścia ewakuacyjnego, gdy Princeton Wells wchodził na scenę.

Wells był czterdziestolatkiem o chłopięcej powierzchowności. Reprezentował środowisko tak zwanych starych pieniędzy, fortun zbudowanych dawno temu i przekazywanych z pokolenia na pokolenie. A na wypadek, gdyby ktokolwiek w sali podejrzewał, że ktoś równie bogaty i przystojny nie ma pary, Wells zainicjował uroczystość, przedstawiając zgromadzonym swoją obecną dziewczynę Kendę Whithouse.

Kenda Whithouse wstała, pomachała wszystkim i posłała całusa swojemu forsiastemu chłopakowi. Miała zaledwie dwadzieścia trzy lata, była aktorką, która jeszcze nie stanowiła pożywki dla brukowców, ale idealnie wypełniała sobą wieczorową suknię. Ci, którzy znali Princetona Wellsa, nie mieli wątpliwości, że rano ta suknia będzie leżała pomięta na podłodze jego sypialni.

Dokonawszy prezentacji swojej najnowszej zdobyczy, Wells przeszedł do poważniejszego tematu, a mianowicie przypomniał wszystkim zgromadzonym na sali dobroczyńcom, ile dobrego czynią dla ludzi, którzy mieli w życiu mniej szczęścia.

– Nikt lepiej nie wspierał Silver Bullet – stwierdził – niż szacowna pani burmistrz Nowego Jorku, Muriel Sykes.

Wchodząc po schodach na scenę, pierwsza kobieta na tym stanowisku, mająca po czterech miesiącach urzędowania bardzo wysokie poparcie, została powitana gromkimi brawami.

Pomocnik kelnera nie przyłączył się do owacji. Wyjął smartfona z kieszeni marynarki i wpisał sześciocyfrowy kod.

Dwa, dziewięć, jeden, dwa, dziewięć, siedem.

Patrzył na ten ciąg cyfr, widząc w nim moment, w którym jego życie zmieniło się na zawsze. Dwudziesty dziewiąty grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku. Jego palec zawisł nad klawiszem „Wyślij”, gdy przemówiła burmistrz Sykes.

– Nie jestem wielką zwolenniczką wystąpień podczas charytatywnych kolacji, nawet jeśli serwują gościom najdroższą wołowinę świata z Japonii – zaczęła, a wszyscy prócz pomocnika kelnera skwitowali tę uwagę śmiechem. – Drugiego dnia mojego urzędowania spotkałam się z czterema założycielami Fundacji Silver Bullet. Pokazali mi zdjęcie starego opustoszałego magazynu w Bronksie. Zapytałam, kto jest właścicielem tego szkaradzieństwa? I usłyszałam odpowiedź: pani, pani burmistrz. Jeśli sprzeda nam to pani za dolara, zbierzemy taką kwotę, żeby przemienić to miejsce w schronienie dla stu dwudziestu pięciu trwale bezdomnych dorosłych. Przyjęłam ich ofertę, oprawiłam w ramkę dolara, a teraz z radością oznajmiam, że w przyszłym miesiącu ruszamy z inwestycją. Jestem tu dzisiaj, by podziękować państwu za hojne datki i przedstawić jedną z czterech osób, które zapoczątkowały to przedsięwzięcie. To wspaniały architekt, którego wizja przemieni tę ruinę w przepiękny kompleks mieszkalny dla niektórych z naszych najbardziej potrzebujących obywateli. Panie i panowie, powitajmy Dela Fairfaksa.

 

Fairfax, architekt oferujący procent swojej pracy na projekty pro bono, wszedł na scenę, by pochwalić się swoim cudem zaprojektowanym dla ubogich. Przystojny jak model, położył laptopa na mównicy, podniósł pokrywę i powiedział:

– Wiem, jak kochacie wszelkie prezentacje w PowerPoincie, więc przygotowałem dla was jedną. Tylko dziewięćdziesiąt siedem slajdów.

Lekko zalany tłum zareagował gorącymi oklaskami.

– Żartowałem – oznajmił Fairfax. – Princeton ostrzegł mnie, że jeśli pokażę więcej niż pięć, zaczniecie domagać się zwrotu pieniędzy. Obiekt będzie nosić nazwę Tremont Gardens. Najpierw pokażę wam, w jakim stanie jest obecnie.

Podniósł pilota i nacisnął guzik.

Salą Kotylionową wstrząsnęła potężna eksplozja.

Górna część tułowia Dela Fairfaksa poleciała w tył, w stronę ekranu. Strzępy dolnej część ciała, naszpikowanej łożyskami kulkowymi, gwoździami i kawałkami szkła, wybuch rozrzucił po scenie. Zupełnie jakby rozdrabniacz drewna wymknął się spod kontroli.

Sala wypełniła się gęstym dymem, odłamkami i zwierzęcym strachem.

Pomocnik kelnera, znajdujący się w bezpiecznej odległości od sceny, wymknął się wyjściem ewakuacyjnym, zostawiając za sobą istne pandemonium. Czterystu nowojorczyków przeżywało właśnie koszmar, jakiego bali się od jedenastego września dwa tysiące pierwszego roku.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kylie i ja nigdy wcześniej nie pełniliśmy służby jako ochrona osobista pani burmistrz Sykes, ale kiedy zgodziła się wystąpić podczas balu charytatywnego Fundacji Silver Bullet, zamówiła nas na ten wieczór.

Dowiedzieliśmy się o tym od naszej szefowej.

– Pani burmistrz chce osobiście zebrać trochę środków – oznajmiła kapitan Cates. – Za trzy i pół roku będzie się starać o reelekcję. Spędzi wieczór w towarzystwie, zacieśniając stosunki z jej największymi donatorami. Chce pokazać, że nie jest tylko obrończynią biedaków, ale że bardzo dba o krezusów. A czy jest lepszy sposób na zademonstrowanie swojej troski o ich dobro, niż zaangażowanie dwojga najbardziej znanych gliniarzy z NYPD Red?

– Dzięki, ale nie – odparła Kylie. – Czy ona nie wie, że już spędzamy sześćdziesiąt godzin w tygodniu, zapewniając superochronę nadmiernie uprzywilejowanym wybrańcom losu? A teraz jeszcze zaprasza nas na jakiś snobistyczny…

– Czy ja użyłam słowa „zaprasza”? – przerwała jej szefowa. – Kiedy ostatni raz czytałam regulamin naszego wydziału, nie znalazłam tam ani jednego zdania na temat „zaproszeń” w hierarchii służbowej. Pani burmistrz zażyczyła sobie, żebym przydzieliła jej do ochrony detektywów Kylie MacDonald i Zacha Jordana. Czujcie się przydzieleni. I nie musicie mi dziękować.

Myślałem, że to będzie najnudniejszy wieczór tego tygodnia. I miałem rację. Do chwili, w której podium wyleciało w powietrze.

To była jedna z tych nagłych i widowiskowych eksplozji. Oślepiający błysk, ogłuszający huk, gęsty dym, smród substancji chemicznej, latające kawałki drewna, szkła, metalu i Dela Fairfaksa.

Bomba wybuchła, gdy burmistrz Sykes zeszła ze sceny i wróciła na miejsce. Mieliśmy ją z Kylie na wyciągnięcie ręki i natychmiast ściągnęliśmy z krzesła, a potem, osłaniając własnymi ciałami, przez chaos torowaliśmy drogę do uprzednio ustalonego wyjścia.

Co najmniej pięćdziesiąt innych zdesperowanych osób wpadło na ten sam pomysł.

Wrzasnąłem do krótkofalówki, przekrzykując hałas:

– Explorer, tu Red One. Vanguard jest bezpieczny. Egress Alfa zablokowane. Kierujemy się w stronę Bravo.

Zrobiliśmy w tył zwrot i pchnęliśmy panią burmistrz w kierunku kuchni. Mieliśmy wolną drogę. Ogromne stalowe centrum operacyjno-kulinarne hotelowego bankietu dla milionerów było niemal puste. Prócz kilku maruderów personel zdołał uciec tylnymi drzwiami przeciwpożarowymi i zejść po schodach do szatni dla pracowników.

Tam wielu z nich uznało, że są już bezpieczni. Co najmniej dwudziestka stała w korytarzu, a niemal każdy z telefonem przy uchu.

– NYPD. Z drogi! Z drogi, do jasnej cholery! – krzyczała Kylie, gdy łokciami torowaliśmy sobie drogę między nimi.

Hotelowy ochroniarz na nasz widok otworzył metalowe drzwi prowadzące na zewnątrz. Poczuwszy chłód powietrza i dźwięki swojego miasta, pani burmistrz przystanęła.

– Jestem na to za stara. Pozwólcie mi złapać oddech – powiedziała.

– Przykro mi, pani burmistrz, ale nie tutaj – odparła stanowczo Kylie. – Jeszcze tylko trzydzieści metrów. Niech pani idzie. Albo zaniesiemy panią z Zachem do auta.

Burmistrz Sykes rzuciła jej nieokreślone spojrzenie, które mogło oznaczać wszystko, od pogardy do wdzięczności.

– Nikt… – wydyszała – nie nosi… Muriel Sykes. Prowadźcie.

Gęsiego weszliśmy w wąską uliczkę i minęliśmy rząd kontenerów na śmieci, a ja wezwałem przez krótkofalówkę ekipę pani burmistrz.

Uliczka wychodziła na Sześćdziesiątą Pierwszą Ulicę między Madison a Piątą Aleją. Kiedy tam dotarliśmy, na chodnik wjechał czarny SUV pani burmistrz. Jej kierowca Charlie wyskoczył z wozu i otworzył szeroko tylne drzwi. Zaoferowałem pani burmistrz pomoc przy wsiadaniu, ale powstrzymała mnie gestem.

– Dalej nie jadę – oznajmiła.

– Proszę pani, nie powinna pani tu być – powiedziała Kylie.

– Jakiś szaleniec właśnie zdetonował bombę w moim mieście, pani detektyw. To moja odpowiedzialność.

– Tak, pani burmistrz, ale szaleńcy mają barbarzyński zwyczaj detonowania kolejnych bomb nakierowanych na ludzi, którzy właśnie uciekli po pierwszym wybuchu – wyjaśniła Kylie. – A my jesteśmy odpowiedzialni za dotarcie z panią w bezpieczne miejsce.

– Pani burmistrz – Charlie włączył się do rozmowy – pani ludzie już organizują sztab dowodzenia w Park Avenue Armory. Dowiozę tam panią w dwie minuty.

Kryzys został zażegnany. Burmistrz Sykes wsiadła do auta, zamknęła drzwi i opuściła okno.

– Dziękuję państwu – powiedziała.

I tyle. Dwa słowa, po których okno samochodu znowu powędrowało w górę.

W ciągu paru sekund ogromny kuloodporny ford explorer ruszył na pełnym gazie z wyciem syren i sygnałami świetlnymi, wioząc Muriel Sykes na najdłuższą noc jej raczkującej administracji.

– Nienawidzę tych nudnych zadań ochroniarskich – stwierdziła Kylie. – Wracajmy do prawdziwej policyjnej roboty.

Puściliśmy się pędem ciasną uliczką z powrotem do hotelu, a tam schodami na górę do wypełnionej dymem sali balowej.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dołączyliśmy do tych, którzy ruszyli na pomoc rannym. Początkowo byli to tylko policjanci i strażacy, ale kiedy bomba wybucha w miejscu publicznym, wywołuje w ludziach odruch Pawłowa. Wszystkie organy ochrony porządku publicznego zaczęły się ślinić.

W programach informacyjnych o dziesiątej hotel Pierre był już najbardziej znanym w Stanach miejscem przestępstwa. I wszyscy – federalni, policja stanowa, policja nowojorska, strażacy, a nawet wydział narkotyków – chcieli mieć swój udział w akcji.

Na szczęście pył bitwy o wpływy opadł szybciej, niż szara gryząca chmura w Sali Kotylionowej. Kylie i ja dostaliśmy za partnera Howarda Malleya, speca od materiałów wybuchowych z FBI, na którego już kiedyś wpadliśmy.

Malley jest wszystkowidzącym, nieustępliwym i szczerym do bólu śledczym, który potrafi wkurzyć się jak kobra, gdy ktoś się z nim nie zgadza. Krótko mówiąc, w tym względzie przypominał Kylie. Może dlatego go lubiłem.

Włożyliśmy odpowiedni strój – jednorazowe kombinezony, buty, maski na twarz – i weszliśmy do strefy zero. Tył sali był prawie nietknięty. Kompozycje kwiatowe i kieliszki do wina nadal stały na niektórych stołach i czekały na uprzątnięcie.

Podeszliśmy do miejsca, w którym niecałą godzinę temu stali Del Fairfax, Princeton Wells i burmistrz Sykes, schlebiając bogatym dobroczyńcom. W tej części sali wypadły wszystkie okna, odłamki podziurawiły drewno na ścianach, a podłogę pokryły pozostałości po wybuchu, czyli strzępy kotar, lśniące kawałki kryształowego żyrandola, poprzewracane krzesła, sztućce, buty, torebki… Innymi słowy, tysiące puzzli, które składały się na obrazek idealnego wieczoru, a teraz leżały w nieładzie pokryte grubą warstwą kurzu i zbryzgane krwią.

Pośród tego pobojowiska znajdował się człowiek, który miał odnaleźć sens w tym pozornie bezsensownym akcie. Klęczał w jednym końcu dwunastometrowego osmalonego pasa, który jeszcze niedawno był sceną. Malley, łysy agent FBI z siwą brodą, trzymał w prawej ręce pęsetę i wpatrywał się w nią uważnie przez szkło powiększające. Na odgłos naszych kroków podniósł wzrok.

– No proszę, detektywi Jordan i MacDonald. Jak się mają sprawy w oddziale chroniącym tłuste koty?

– Nigdy nie było lepiej – odparła Kylie z kamienną twarzą. – Znalazłeś tu coś?

– Może. – Malley wstał. – Jeśli uznać ten bałagan za stóg siana zajmujący trzysta siedemdziesiąt metrów kwadratowych, to być może znalazłem w nim igłę. Spójrzcie.

Kylie i ja po kolei przyjrzeliśmy się znalezisku zwisającemu z pęsety Malleya. To był kawałek przewodu. Właściwie trzy kawałki – jeden czerwony, jeden biały, jeden niebieski – splecione razem jak warkocz. Cieniutki jak makaron typu nitka i nie dłuższy niż pięć centymetrów.

– To coś znaczy? – zapytałem.

– Powtórzę: być może. Tych, którzy robią bomby, uważamy za masowych morderców. Oni sami lubią myśleć o sobie jak o artystach. I jak wszyscy artyści, czują potrzebę podpisania swojego dzieła. Takie połączenie czerwonego, białego i niebieskiego widzę pierwszy raz, dlatego przyszło mi do głowy, że to może być podpis twórcy tej bomby.

– Czerwony, biały, niebieski – powiedziała Kylie. – Co to oznacza? Śmierć Ameryce?

– Bomba mówi o śmierci. Kabel mówi o gościu, który ją zbudował.

– Czerwony, biały, niebieski – powtórzyła Kylie. – Sądzisz, że to Amerykanin?

– Może być też Litwinem daltonistą. Dobrze byłoby wiedzieć, co symbolizują te kolory, ale bardziej by nam pomogło, gdyby to był faktycznie jego podpis i gdybyśmy mieli go w naszej bazie danych. Zabiorę to do biura i sprawdzę, dokąd nas zaprowadzi ten trop.

– Jakie masz przypuszczenia? – zapytałem.

Malley schował kawałek przewodu do plastikowej torebki, podpisał ją i włożył do pojemnika na dowody.

– To nie był atak terrorysty – odparł.

– Jesteś pewien?

– Nie. Jestem kiepsko opłacanym pracownikiem administracji rządowej, nie Harrym Potterem. Ale zapytałeś o moje przypuszczenia, więc odwołuję się do swojej wiedzy naukowej po dwudziestu minutach myszkowania. Sąd nie uzna tego za dowód, ale w tej chwili uważam, że jedna ofiara śmiertelna i dwudziestu dwóch rannych nie jest dziełem wyszkolonego w Syrii gotowego na wszystko dżihadysty.

– To nie terrorysta? – zapytała Kylie. – Howardzie, ten człowiek swoją bombą skrzywdził dwadzieścioro troje ludzi.

– Pani detektyw mnie nie słuchała – odparł z przekąsem Malley. – Nie powiedziałem, że facet jest amatorem. To najwyższej klasy specjalista. Ale użył ładunku kumulacyjnego do zabicia jednej osoby. Reszta to przypadkowe ofiary. Niektórzy zostali ranni z powodu odrzutu, ale większość odniosła obrażenia w wyniku paniki. Nie zadaję się z milionerami jak wy, ale według mnie w tym tłumie każdy troszczył się wyłącznie się siebie. Byłoby o wiele mniej złamanych kości, gdyby ludzie nie spanikowali. Temu gościowi chodziło o Fairfaksa. To nie był akt terroryzmu. To sprawa osobista.

– Gdyby rzeczywiście chodziło o coś osobistego, nie łatwiej byłoby zamordować go w łóżku? – zapytała Kylie powątpiewająco.

Malley wzruszył ramionami.

– Przypuszczam, że wolał zrobić z tego sprawę publiczną. Nie mam pojęcia, co chciał przez to powiedzieć. – Puścił do nas oko. – Ale to już nie mój problem.

 

Inne książki tego autora