W sieciTekst

Z serii: Kontrowersje
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nicholas Christakis

James Flower

W sieci

Przekład:

Izabela Szybilska-Fiedorowicz




Prawdziwa uczta intelektualna czyli podróż po najważniejszych dziedzinach współczesnej myśli naukowej zaprawiona nutką pikanterii. Nikt, kto w nią wyruszy, nie będzie się nudzić. Rzetelna wiedza, ciekawe idee, poruszające hipotezy, odkrywcze pomysły. Przedstawione tu teorie nikogo nie pozostawią obojętnym!

W SERII UKAZAŁY SIĘ:

Gary Marcus Prowizorka w mózgu. O bylejakości ludzkiego umysłu

Judith Rich Harris Każdy inny. O naturze ludzi i niepowtarzalności człowieka

Nicholas Christakis, James Flower W sieci. Jak sieci społeczne kształtują nasze życie

Dla Eriki, Sebastiana, Lysandra i Eleni

oraz dla Harli, Lucasa i Jaya,

z którymi łączą nas nieprzemijające więzi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Sieci społeczne (social networks) to zjawisko piękne, lecz złożone. Jest tak skomplikowane i zawiłe – a przy tym tak wszechobecne – że warto zadać sobie pytanie, czemu ono w ogóle służy. Dlaczego jesteśmy tak silnie zakorzenieni w sieciach społecznych? Jak one powstają? Jak funkcjonują? Jaki mają na nas wpływ?

Jeżeli chodzi o mnie (Nicholasa), to pytania te nurtowały mnie przez większą część ostatniej dekady. Najpierw zainteresowała mnie sieć społeczna o najprostszej strukturze: para osób, diada. Swoje badania rozpocząłem od par małżeńskich. Jako lekarz zajmujący się śmiertelnie chorymi pacjentami i ich rodzinami zauważyłem, jak potężny i druzgoczący wpływ wywiera na człowieka śmierć drogiego mu małżonka. Zacząłem się zastanawiać, jak to się dzieje, że czasem choroba jednej osoby wywołuje chorobę u drugiej. Uznałem bowiem, że skoro ludzi łączą wzajemne zależności, to dotyczą one również ich zdrowia. Kiedy żona zapada na chorobę albo umiera, z całą pewnością zwiększa się ryzyko śmierci jej męża. W końcu zacząłem zdawać sobie sprawę, że rodzajów diad wartych przebadania jest dużo więcej: pary rodzeństwa, pary przyjaciół lub pary sąsiadów, których łączy (a nie dzieli) płot za domem.

Jednakże to nie owe proste struktury zawierały odpowiedź na pytanie o interesujące naukowców sedno całej tej sprawy. Zasadniczo panowało przekonanie, że – wprost przeciwnie – diady łączą się ze sobą po to, żeby utworzyć rozległe sieci wzajemnych powiązań, które będą się rozciągały daleko w przestrzeni. Żona pewnego mężczyzny ma przyjaciółkę, której mąż pracuje z człowiekiem, który ma brata, który przyjaźni się z... i tak dalej, i tak dalej. Takie łańcuchy rozgałęziają się niczym błyskawice i układając się w zawiłe wzory, oplatają całe społeczeństwo. Wyglądało jednak na to, że sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana. Z każdym krokiem, który robimy w obrębie sieci społecznej, oddalając się od danego człowieka, rośnie w bardzo szybkim tempie liczba więzi łączących nas z innymi ludźmi oraz wzrasta stopień złożoności rozgałęzień. Zastanawiając się nad tą kwestią, zacząłem czytać prace innych specjalistów w zakresie nauk społecznych – od prowadzących samotniczy tryb życia niemieckich uczonych z przełomu XIX i XX wieku po socjologów-wizjonerów z lat siedemdziesiątych XX wieku – którzy studiowali sieci społeczne różnej wielkości: od liczących trzy lub trzydzieści tysięcy osób po nawet trzymilionowe.

Zrozumiałem, że chcąc badać tak skomplikowane zagadnienie, lepsze efekty uzyskam, jeżeli podejmę współpracę z innym dociekliwym badaczem. Okazało się, że James Fowler, pracujący tak jak ja na Harvardzie, również zajmował się sieciami społecznymi, ale badał je z zupełnie innej perspektywy. Mimo że przez kilka lat pracowaliśmy w sąsiadujących ze sobą budynkach akademickich, nie znaliśmy się. Dopiero w 2002 roku przedstawił nas sobie wspólny znajomy, politolog Gary King. Innymi słowy, naszą podróż rozpoczęliśmy jako znajomi znajomego. Gary uznał, że możemy mieć takie same zainteresowania naukowe, i miał rację. Zresztą już sam fakt, że poznaliśmy się dzięki wspólnej sieci społecznej, w sposób obrazowy dowodzi słuszności naszej głównej tezy o tym, jak i dlaczego funkcjonują sieci społeczne i jakie przynoszą nam korzyści.

James poświęcił wiele lat studiów pochodzeniu ludzkich przekonań politycznych i analizie wpływu, jaki wywierała na innych próba rozwiązywania danego problemu społecznego lub politycznego przez konkretną osobę. W jaki sposób ludzie dogadywali się ze sobą, aby móc osiągnąć to, czego nie udało im się zrealizować w pojedynkę? Poza tym James podzielał moje zainteresowanie innymi kwestiami, które stanowiły kluczową część całej historii: altruizmem i dobrocią, a zatem czynnikami, bez których żadna sieć społeczna nie mogłaby się rozwinąć i przetrwać.

Kiedy zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać nad faktem wzajemnego powiązania ludzi w ramach rozległych sieci społecznych, uświadomiliśmy sobie, że oddziaływanie społeczne nie dotyczy tylko osób, które bezpośrednio znamy. Jeżeli wywieramy wpływ na naszych przyjaciół, a oni na swoich, to z czasem nasze działania mogą w jakiś sposób wpłynąć na ludzi, których nigdy nie spotkaliśmy. Naszą pracę rozpoczęliśmy od analizy różnych konsekwencji takiego oddziaływania w zakresie zdrowia. Zauważyliśmy, że jeżeli przyjaciel przyjaciela naszego przyjaciela przybiera na wadze, tyjemy również my. Odkryliśmy, że jeśli przyjaciel przyjaciela naszego przyjaciela rzuca palenie, my także przestajemy palić. Ustaliliśmy, że jeżeli przyjaciel przyjaciela naszego przyjaciela czuje się szczęśliwy, my też stajemy się szczęśliwi.

W końcu zdaliśmy sobie sprawę, że powstawaniem i funkcjonowaniem sieci społecznych rządzą pewne podstawowe zasady. Doszliśmy do wniosku, że jeżeli chcemy zbadać działanie sieci, to musimy także zrozumieć, w jaki sposób są one skonstruowane. Nie można na przykład przyjaźnić się z absolutnie każdym. Ludzi, którzy chcą nawiązywać określone rodzaje relacji społecznych, i to w odpowiedniej liczbie, ograniczają: położenie geograficzne, status społeczno-ekonomiczny, infrastruktura techniczna, a nawet geny. Kluczem do zrozumienia ludzi jest zrozumienie łączących ich więzi; właśnie dlatego zwróciliśmy na nie uwagę.

Nasze zainteresowanie tą tematyką podzielało wielu innych badaczy, którzy w ciągu ostatnich dziesięciu lat osiągnęli znaczący postęp w dziedzinie matematyki sieci i przyczynili się do poszerzenia wiedzy naukowej w tym zakresie. Kiedy zaczęliśmy zgłębiać problematykę powiązań międzyludzkich, okazało się, że to samo robią inżynierowie badający sieci tworzone przez elektrownie, neurolodzy studiujący sieci neuronowe, genetycy analizujący sieci genów i fizycy obserwujący sieci wszystkiego, co się da. Może ich sieci także są atrakcyjne, myśleliśmy, ale nasze są ciekawsze: dużo bardziej złożone i znacznie logiczniejsze. Przecież węzły, czyli miejsca, w których przecinają się linie naszych sieci, to myślące istoty ludzkie. A ludzie potrafią podejmować decyzje, które potencjalnie mogą rzutować na kształt sieci, nawet jeśli są w nich głęboko osadzeni i podlegają ich wpływom. Sieć ludzka bowiem żyje swoim własnym życiem.

Ukryte piękno sieci i tkwiąca w nich moc wyjaśniania niezrozumiałych dotychczas zjawisk to czynniki, które pociągają naukowców. Tymczasem o sieciach myślą również zwykli ludzie. W dużej mierze dzięki doprowadzeniu Internetu do domów uzmysłowili sobie, jak wiele rzeczy może być ze sobą powiązanych. Zaczęli kolokwialnie mówić o „byciu w Sieci” i w końcu używać skrótu www na określenie „sieci ogólnoświatowej” (ang. World Wide Web). (Wariacją na temat zjawiska sieci był hit kinowy Matrix). Ludzie uświadomili sobie nagle, że są połączeni ze sobą tak jak ich komputery. Takie połączenia nabrały wyraźnie społecznego charakteru, i to do tego stopnia, że obecnie prawie każdy zna portale społecznościowe, takie jak Facebook czy MySpace.

Kiedy zagłębiliśmy się bardziej w badania nad sieciami, zaczęliśmy je postrzegać jako rodzaj ludzkiego nadorganizmu. Sieci rozrastają się i rozwijają. W ich obrębie przepływają i poruszają się najróżniejsze rzeczy. Taki nadorganizm ma swoistą budowę i własny sposób funkcjonowania – z uporem dążyliśmy do zrozumienia obu tych spraw.

Postrzeganie siebie jako części nadorganizmu pozwala nam zrozumieć i zobaczyć w nowym świetle nasze działania, wybory i doświadczenia. Skoro fakt bycia głęboko zanurzonym w sieciach społecznych oddziałuje na nas i skoro osoby związane z nami blisko lub daleko wywierają na nas pewien wpływ, to nieodzownie tracimy jakąś część kontroli nad swoimi decyzjami. Taka utrata kontroli może wywoływać wyjątkowo silne reakcje u ludzi, którzy nagle zauważają, że ich sąsiedzi czy wręcz obce osoby są w stanie inspirować zachowania mające wydźwięk moralny i reperkusje społeczne, jak również wpływać na rezultaty takich działań. Świadomość ta ma jednak także drugie dno: otóż ludzie umieją pokonywać swoje ograniczenia. W niniejszej książce stawiamy tezę, że wzajemne powiązanie nie tylko stanowi naturalną i niezbędną część naszego życia, ale jest także siłą popychającą nas ku dobru. Skoro mózg może dokonywać rzeczy, z którymi nie radzi sobie pojedynczy neuron, to sieci społeczne zdolne są do działań niewykonalnych dla jednej osoby.

 

Od dziesiątków, a nawet setek lat poważne ludzkie rozterki – dotyczące życia i śmierci, bogactwa i ubóstwa, sprawiedliwego i niesprawiedliwego postępowania – sprowadza się do dyskusji o odpowiedzialności indywidualnej i odpowiedzialności zbiorowej. Naukowcy, filozofowie i inni badacze zjawisk społecznych dzielą się zwykle na dwa obozy: tych, którzy uważają, że jednostka ma władzę nad swoim przeznaczeniem, i tych, którzy sądzą, że to pewne siły społeczne (od braku dostępu do dobrych szkół publicznych po nieuczciwe władze) odpowiadają za wszystko, co się im przytrafia.

Naszym zdaniem w tej dyskusji brakuje trzeciego czynnika. Opierając się na przeprowadzonych przez nas badaniach i na rozmaitych doświadczeniach życiowych – takich jak poznanie naszych żon, spotkanie siebie nawzajem, opieka nad śmiertelnie chorymi pacjentami czy budowanie latryn w biednych wioskach – uważamy, że największe znaczenie mają nasze więzi z innymi ludźmi. Jeżeli socjologia sieci społecznych znajdzie powiązanie między badaniami nad jednostkami a badaniami nad zbiorowościami, to będzie mogła wiele powiedzieć o ludzkim doświadczeniu. W tej książce koncentrujemy się na tym, co nas łączy z innymi osobami i w jaki sposób fakt ten oddziałuje na emocje, życie seksualne, zdrowie, politykę, finanse, ewolucję i technikę. Przede wszystkim jednak mówimy tutaj o tym, co dokładnie czyni nas jednostkami ludzkimi. Aby wiedzieć, kim jesteśmy, musimy zrozumieć, w jaki sposób jesteśmy ze sobą powiązani.

ROZDZIAŁ 1

Zaplątani w sieć


W latach czterdziestych XIX wieku Anton-Claudio Peretti, góral z korsykańskiej wioski Levie, nabrał przekonania, że jego żona Maria-Angelina ma romans z innym mężczyzną i, co gorsza, ich córka nie jest jego dzieckiem. Maria oświadczyła Antonowi, że od niego odchodzi, i przygotowała się do opuszczenia domu, w czym pomagał jej brat Corto. Jeszcze tego samego wieczoru Anton zastrzelił swoją żonę i córkę, a następnie zbiegł w góry. Corto, pozbawiony tak niespodziewanie rodziny, marzył tylko o jednym: żeby zabić Antona. Nie mógł go jednak nigdzie znaleźć. W imię bezlitosnej równowagi, która dla mieszkańców tych terenów miała sens, Corto zabił więc brata Antona – Francesca, i bratanka – Aristotela.

Ale nie koniec na tym. Pięć lat później Giacomo, brat zmarłego Aristotela, wziął odwet za śmierć brata i ojca, mordując brata Corta. Giacomo chciał również zabić ojca Corta, lecz ten zmarł wcześniej z przyczyn naturalnych, nie dając Giacomowi satysfakcji z odebrania mu życia[1]. W tym śmiertelnym cyklu Giacoma i brata Corta dzielił całkiem spory dystans: Giacomo był synem Francesca, brata Antona, który ożenił się z Marią, ta zaś była siostrą Corta, którego brat stał się celem morderczej furii Giacoma.

Tego rodzaju zachowań nie spotyka się wyłącznie w miejscach oddalonych od nas pod względem historycznym lub geograficznym. Przyjrzyjmy się kolejnemu przykładowi, bliższemu naszym czasom: późną wiosną 2002 roku Kimmy, tancerka egzotyczna z St. Louis, zostawiła na przechowanie u przyjaciółki torebkę zawierającą 900 dolarów – całe jej oszczędności – i wyszła coś załatwić. Kiedy wróciła po odbiór, okazało się, że przyjaciółka i torebka zniknęły. Jednakże tydzień później kuzynka Kimmy zauważyła chłopaka złodziejki torebki w pobliskim sklepie i powiadomiła o tym krewną. Kimmy natychmiast pojawiła się na miejscu z żelaznym prętem w ręce. Ze złością zaatakowała przyjaciela swojej byłej przyjaciółki. Po jakimś czasie zauważyła z dumą, że „skopała tyłek chłopakowi [przyjaciółki] (...). Wiem, że coś zrobiłam [żeby wyrównać rachunki]. Przynajmniej tyle mogłam zrobić”[2].

Przypadki takie jak ten są trudne do zrozumienia. Cóż bowiem mieli z tym wszystkim wspólnego brat i bratanek Antona oraz chłopak przyjaciółki Kimmy? Czemu miało służyć zranienie lub zabicie niewinnej osoby? Nawet jeśli założymy, że ludzie popełniają zabójstwa pod wpływem zupełnie niepojętych reguł, jakimi rządzi się przemoc, to jaki sens mogą mieć takie postępki tydzień lub pięć lat później? Czym należy je tłumaczyć?

Mamy skłonność do uznawania takich sytuacji, jak waśnie rodzin pionierów amerykańskich[3], za zjawiska osobliwe i niedorzeczne. Z kolei wyniszczające walki między plemionami szyickimi i sunnickimi, cyklicznie dokonywane zabójstwa w Irlandii Północnej czy biorące się z chęci odwetu wojny gangów z amerykańskich miast tłumaczymy zacofaniem. Tymczasem pełen zawziętości sposób myślenia, który jest źródłem przemocy, ma korzenie jeszcze w starożytności. Nie chodzi tylko o to, że sam impuls do szukania pomsty jest pradawny, ani też o to, że tego rodzaju przemoc stanowi wyraz solidarności grupowej („Jesteśmy Hatfieldami, więc nienawidzimy McCoyów”), lecz o to, że przemoc – zarówno w łagodnej, jak i skrajnej formie, może się przenosić za pośrednictwem więzi społecznych; dzieje się tak, odkąd gatunek ludzki pojawił się na afrykańskiej sawannie. Poza tym przemoc może się rozprzestrzeniać w sposób ukierunkowany (branie odwetu na winowajcach) albo uogólniony (robienie krzywdy osobom niezaangażowanym, które przypadkiem znalazły się w pobliżu). W każdej z tych sytuacji pojedyncze morderstwo może wywołać serię dalszych zabójstw. Akty agresji najczęściej rozszerzają się w kierunku odśrodkowym – od punktu zapalnego; tak jest w wypadku bójki w pubie, która rozpętuje się, kiedy ktoś się zamachnie, by uderzyć drugiego człowieka, ale ten się uchyli i cios trafi w trzeciego. Wkrótce wszyscy biorą się za czuby (co zresztą powiela dobrze znany stereotyp; jego źródłem jest głęboko zakorzenione pragnienie, żeby dać pełne ujście agresji). Niekiedy takie epidemie przemocy – czy to w śródziemnomorskich wsiach, czy między miejskimi gangami – mogą przetrwać kilkadziesiąt lat[4].

Przekonanie o zbiorowej winie i konieczności zbiorowej pomsty, które leży u podstaw spirali przemocy, wydaje się dziwne tylko wówczas, gdy uznajemy odpowiedzialność za atrybut jednostki. Tymczasem w wielu środowiskach moralność jest cechą kolektywną, a nie indywidualną. Jeszcze jeden czynnik nasuwa myśl o grupowej naturze przemocy: zwykle jest ona zjawiskiem powszechnym, a nie prywatnym. Do dwóch trzecich aktów przemocy międzyludzkiej dochodzi na oczach osób postronnych; wśród młodych ludzi stosunek ten wynosi blisko trzy czwarte[5].

A jeżeli tak, to może wybuchy wzajemnej przemocy nie powinny nas w ogóle zaskakiwać. Mówi się często, że „przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem”, a „wróg mojego wroga jest moim wrogiem”, nic więc dziwnego, iż przyjaciel mojego wroga staje się również moim wrogiem. Takie aforyzmy nie tylko zawierają pewne ponadczasowe prawdy na temat animozji i sympatii, ale także wskazują na podstawowy aspekt naszego człowieczeństwa: więź. Mimo że Giacomo i Kimmy działali w pojedynkę, ich czyny pokazują, w jak prosty sposób poczucie odpowiedzialności i chęci odwetu może przenosić się na kolejne osoby za pośrednictwem więzi społecznych.

Tak naprawdę nie musimy nawet szukać skomplikowanych wzorów, na których podstawie szerzy się przemoc, ponieważ za większość aktów agresji w naszym społeczeństwie odpowiada osoba znajdująca się na samym początku łańcucha: przemoc rodzi się na etapie pierwszego kroku od jednej osoby do drugiej. Jeżeli chcemy wytłumaczyć naturę zbrodni i nie wyjść na krótkowzrocznych, to nie możemy skupiać się wyłącznie na sprawcy – na stanie jego umysłu – na jego palcu naciskającym spust – ponieważ morderstwo rzadko bywa przypadkowym aktem, do którego dochodzi między obcymi sobie ludźmi. W Stanach Zjednoczonych w 75% wszystkich zabójstw biorą udział osoby, które znały się, często bardzo dobrze, przed morderstwem. Dlatego jeżeli chcesz wiedzieć, kto mógłby cię zabić, przyjrzyj się ludziom, którzy cię otaczają.

W naszej sieci społecznej znajdują się także ludzie, którzy mogą nam ocalić życie. „14 marca 2002 roku oddałam prawą nerkę mężowi mojej najlepszej przyjaciółki” – napisała po zabiegu transplantacji Cathy na forum internetowym, na którym swoimi doświadczeniami dzielą się „żyjący dawcy” organów. Poprzedniego lata podczas szczerej rozmowy z przyjaciółką Cathy dowiedziała się, że u jej męża zaostrzyła się choroba nerek i potrzebuje on przeszczepu, bo inaczej umrze. Ogarnięta potrzebą niesienia pomocy Cathy poddała się serii badań medycznych i psychologicznych. Wraz z otrzymywaniem kolejnych pozytywnych wyników i wraz z rosnącym prawdopodobieństwem przeszczepu Cathy stawała się coraz bardziej podekscytowana. „To doświadczenie dało mi największą satysfakcję w życiu – pisała. – Tak się cieszę, że mogłam pomóc mężowi mojej najlepszej przyjaciółki. Żona odzyskała męża. Synowie mają na powrót tatę (...). Jest to sytuacja, w której wszyscy są wygrani. Wszyscy coś zyskujemy. Ja zaś mogłam dać komuś dar życia”[6].

Podobnych historii jest bez liku. Co więcej, tego rodzaju „oddanie narządu ze wskazaniem biorcy” może nawet dotyczyć ludzi, których łączą raczej wątłe więzi, na przykład pracownika kawiarni i stałego klienta. Niekiedy dochodzi do serii przekazań organów, która w luźny sposób przypomina łańcuch zbrodni w rodzinie Perettich. John Lavis, sześćdziesięciodwuletni mieszkaniec miejscowości Mississauga w stanie Ontario w Kanadzie, ojciec czworga dzieci i dziadek trojga wnucząt, w 1995 roku umierał na niewydolność krążenia. Podczas operacji wszczepienia potrójnych bajpasów jego serce przestało bić, więc mężczyźnie przeszczepiono sztuczne serce do czasu, aż znajdzie się dawca. Niespotykany łut szczęścia sprawił, że stało się to już osiem dni później, gdy John Lavis był u progu śmierci. Dokonano transplantacji serca. Córka Lavisa tak to wspominała: „Nasza rodzina odczuwała ogromną wdzięczność. [Mój ojciec] otrzymał największy dar: zwrócono mu życie”. Pod wpływem tego doświadczenia dzieci Lavisa podpisały zgodę na oddanie narządów po śmierci, chcąc zrobić chociaż tyle, aby odwdzięczyć się losowi. W 2007 roku syn Lavisa Dan zginął w wypadku przy pracy. Decyzja Dana o oddaniu organów okazała się dobrodziejstwem dla ośmiu osób. Kobieta, której przeszczepiono jego serce, napisała do rodziny Lavisów, dziękując im za „darowanie jej nowego życia”[7]. W tym samym roku w Stanach Zjednoczonych powstał (koordynowany przez służbę zdrowia) podobny łańcuch, złożony – w co aż trudno uwierzyć – z dziesięciu ogniw, czyli niespokrewnionych dobrowolnych dawców nerek, który ocalił życie wielu osobom[8].

Więzi powstałe w obrębie sieci społecznej mogą przynosić – i jak się okaże, zwykle przynoszą – korzyści, które stanowią dokładne przeciwieństwo przemocy. Bywa, że służą jako rodzaj pasów transmisyjnych dla altruistycznych zachowań, którymi dane osoby spłacają dług wdzięczności, ale nie bezpośrednio tam, gdzie go zaciągnęły, lecz u innych ludzi. Rola, jaką powiązania społeczne mogą odgrywać w procesie szerzenia zarówno dobrych, jak i złych uczynków, przyczyniła się nawet do stworzenia nowatorskich strategii rozwiązywania problemów społecznych. Na przykład kilka amerykańskich miast wdrożyło programy z udziałem zespołów tak zwanych poskromicieli przemoc (violence interrupters). Osoby te, doskonale znające prawo ulicy, często byli członkowie gangów, starają się zapobiec zabijaniu przez przerwanie łańcucha wendety. Czuwają przy łóżkach ofiar lub udają się do ich rodzin bądź przyjaciół, przekonując ich, aby odstąpili od zemsty. Jeżeli uda im się skłonić chociaż jedną osobę do zrezygnowania z przemocy, to przeżyć może wiele innych.

Powiązania między nami oddziałują na każdy aspekt naszego codziennego życia. Rzadko spotykane wydarzenia, takie jak morderstwa albo oddawanie narządów, to tylko wierzchołek góry lodowej. Bo przecież to, jak się czujemy, co wiemy, kogo poślubiamy, to, czy chorujemy, ile zarabiamy i czy głosujemy, zależy od łączących nas więzi. Za pośrednictwem sieci społecznych przenoszą się szczęście, hojność i miłość. Sieci nigdy nie znikają i zawsze wywierają zarówno delikatny, jak i potężny wpływ na nasze decyzje, działania, myśli, uczucia, a nawet pragnienia. W dodatku owe powiązania nie kończą się na znanych nam osobach. Nawet znajomi znajomych naszych znajomych, ukryci za naszym horyzontem społecznym, mogą wprawić w ruch reakcję łańcuchową, która ostatecznie dosięgnie również nas, nadciągając niczym fala z odległych lądów, żeby zalać brzegi naszego życia.

 

Brygada wiaderkowa i drzewka telefoniczne

Wyobraź sobie, że pali się twój dom. Na szczęście nieopodal płynie bystra rzeczka. Problem w tym, że jesteś sam. Biegasz w tę i z powrotem nad rzekę z wiadrem w ręce, dźwigając litr wody za litrem, po czym chlustasz nią na płonący dom. Niestety twoje zabiegi są daremne. Bez pomocy innych ludzi nie przyniesiesz tyle wody, aby móc ugasić morze ognia.

A teraz pomyśl, że jednak nie jesteś sam. Masz stu sąsiadów i na szczęście wszyscy czują potrzebę, żeby ci pomóc. Tak się składa, że każdy z nich ma wiadro. Jeżeli sąsiedzi są wystarczająco silni, będą mogli biegać nad rzeczkę i wylewać – jakkolwiek bez ładu i składu – wiadra wody na płomienie. Setka ludzi gaszących twój dom to wyraźny postęp w stosunku do działania w pojedynkę. Problem w tym, że gdy twoi sąsiedzi zaczną ci pomagać, stracą mnóstwo czasu na bieganie wte i wewte. Poza tym część szybko się zmęczy; inni potkną się po drodze i rozleją dużo wody; a jeszcze ktoś zabłądzi, próbując trafić do twojego domu. Jeżeli każdy taki pomocnik będzie działał na własną rękę, twój dom wkrótce spłonie do szczętu.

Historia ta jednak wcale nie musi się tak skończyć, można bowiem wprowadzić do niej szczególną formę organizacji społecznej: brygadę wiaderkową (bucket brigade). Stu twoich sąsiadów powinno stanąć jeden za drugim, tworząc łańcuch prowadzący od rzeki do domu, i zacząć przekazywać sobie wiadra – pełne wody w kierunku domu, a puste w stronę rzeki. Ustawienie się w takim porządku sprawi, że ludzie nie będą tracić czasu i energii na chodzenie w tę i z powrotem nad rzekę; poza tym dzięki niemu słabsze osoby, które nie mogłyby pokonywać długich dystansów lub dźwigać ciężkiego wiadra, znajdą miejsce dla siebie. Setka ludzi ustawionych w ten sposób może wykonać tę samą pracę, co dwieście osób biegających chaotycznie.

Właściwie dlaczego grupa ludzi tak uszeregowanych jest skuteczniejsza niż taka sama – albo nawet większa – grupa osób, które działają oddzielnie? Jak to się dokładnie dzieje, że całość staje się większa niż suma jej części składowych? Skąd się bierze ta „większa” część? To niezwykłe, że można zwiększyć efektywność ludzi o tyle, ile wynosi ich liczebność, po prostu za pomocą ustawienia ich w innym porządku. Ale co tak naprawdę decyduje o tym, że łączenie ludzi w grupy o szczególnych konfiguracjach sprawia, iż są oni w stanie robić więcej rzeczy i inne rzeczy, niż mogą jednostki?

Żeby móc odpowiedzieć na te pytania i w końcu przejść do bardziej interesujących zagadnień, musimy najpierw objaśnić kilka kluczowych pojęć i koncepcji stosowanych w teorii sieci. Te podstawowe terminy stanowią tło dla poszczególnych historii i bardziej złożonych poglądów, które wkrótce omówimy, analizując zaskakującą moc sieci społecznych, i które ukażą nam pełne spektrum ludzkich doświadczeń.

Na początek powinniśmy wyjaśnić, co rozumiemy przez pojęcie „grupa ludzi”. Grupę można zdefiniować za pomocą jej właściwości (na przykład kobiety, demokraci, prawnicy, biegacze długodystansowi) albo jako określoną zbiorowość złożoną z jednostek, na którą możemy fizycznie wskazać („tamci ludzie, o tam, na prawo, którzy czekają na koncert”). Sieć społeczna to coś zupełnie innego. Chociaż jest ona zbiorem ludzi podobnie jak grupa, to jednak składa się jeszcze z dodatkowego elementu, a mianowicie szczególnego układu powiązań między osobami należącymi do grupy. Takie więzi – oraz konkretny ich wzór – mają często większe znaczenie niż poszczególni ludzie osobno. Umożliwiają grupom dokonywanie rzeczy, którym nie może sprostać zbiorowość niepowiązanych ze sobą osób. Właśnie te więzi tłumaczą, dlaczego całość jest większa od sumy jej części. Z kolei określony układ więzi ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia funkcjonowania samych sieci.

Brygada wiaderkowa, która ratuje dom od płomieni, jest bardzo prostą siecią społeczną. Ma ona budowę liniową, pozbawioną rozgałęzień: każda osoba (z wyjątkiem pierwszej i ostatniej) łączy się z dwiema innymi – ze stojącą przed nią i stojącą za nią. Jeżeli chcemy przekazać jakąś rzecz, na przykład wodę, na większą odległość, to takie rozwiązanie jest bardzo dobre. Jednakże optymalny sposób zorganizowania setki ludzi w sieć zależy w dużej mierze od czekającego ich zadania. To, co jest optymalnym układem dla stu osób chcących ugasić pożar, wcale nie musi być idealne dla ludzi, którzy chcą na przykład osiągnąć jakiś cel wojskowy. Kompania złożona ze stu szeregowców dzieli się zwykle na dziesięć ściśle ze sobą powiązanych dziesięcioosobowych drużyn. Dzięki temu każdy żołnierz wie wszystko o swoich kolegach z drużyny; złym rozwiązaniem byłoby, gdyby znał tylko żołnierza przed sobą i za sobą. Wojsko bardzo się stara, żeby członkowie takich oddziałów dobrze się poznali, bo wówczas w razie potrzeby będą bardziej skłonni oddać życie za siebie nawzajem.

Przyjrzyjmy się jeszcze innemu rodzajowi sieci społecznej: drzewku telefonicznemu (telephone tree). Wyobraź sobie, że musisz się prędko skontaktować z setką osób, aby powiadomić je o odwołanych zajęciach na uczelni. Przed nastaniem nowoczesnych metod komunikacyjnych, przed erą Internetu, taka sytuacja stanowiła prawdziwe wyzwanie, ponieważ nie istniało żadne powszechnie używane źródło aktualnych informacji, do którego wszyscy mieliby dostęp bezpośrednio w domu (na myśl przychodzi tylko bicie dzwonów w wieży kościelnej na rynku miejskim). Każdą osobę należało zawiadomić oddzielnie. Wiele ułatwiał telefon, ale wciąż obdzwonienie setki studentów stanowiłoby dla jednej osoby nadmierne obciążenie. I nawet jeśliby ktoś postanowił zrobić to sam, to dotarcie do ostatnich osób na liście trochę by potrwało – w tym czasie mogłyby one wyjść już z domu na zajęcia. Zrzucenie na jednego człowieka obowiązku zatelefonowania do wszystkich byłoby zarówno nieskuteczne, jak i kłopotliwe.

Dlatego najlepiej by było, gdyby pierwsza osoba uruchomiła reakcję łańcuchową, dzięki której informacja dotrze do zainteresowanych w jak najszybszym tempie i przy minimalnym obciążeniu każdej jednostki. W tym celu można stworzyć listę osób do obdzwonienia. W razie potrzeby osoba znajdująca się na szczycie listy dzwoni do następnej, ta do kolejnej i tak dalej, aż wszyscy otrzymają wiadomość – metoda ta opiera się na tej samej zasadzie, co funkcjonowanie brygady wiaderkowej. Ciężar rozkłada się równo na wszystkich. Zanim jednak informacja dotrze do setnej osoby w kolejce, może upłynąć naprawdę dużo czasu. Poza tym jeżeli którejś osoby z łańcuszka akurat nie będzie w domu, to reszta osób z listy zostanie na lodzie.

Alternatywnym wzorem powiązań jest drzewko telefoniczne. Pierwsza osoba dzwoni do dwóch kolejnych, z których każda telefonuje do dwóch następnych i tak dalej, aż wszyscy zostaną powiadomieni. Inaczej niż w wypadku brygady wiaderkowej, celem drzewka telefonicznego jest jednoczesne przekazywanie informacji wielu osobom, tak aby powstało coś w rodzaju kaskady Wszyscy członkowie grupy są obciążeni takim samym wkładem pracy, ograniczony zostaje również problem osób nieobecnych w domu. Ponadto za pomocą jednego telefonu człowiek może zapoczątkować łańcuch wydarzeń mogących wywrzeć wpływ na setki czy tysiące innych ludzi – tak się stało w wypadku osoby, której serce przeszczepiono Johnowi Lavisowi: fakt ten doprowadził do donacji narządów ratującej życie ośmiu innym osobom. Drzewko telefoniczne w dużej mierze ogranicza również liczbę stopni, które musi przebyć informacja, żeby rozejść się w obrębie całej grupy; zmniejsza też ryzyko, że wiadomość się w tym czasie zdezaktualizuje. Szczególna budowa sieci sprzyja przekazywaniu i przechowywaniu komunikatu. I faktycznie, kiedy kilkadziesiąt lat po wynalezieniu telefonu w amerykańskich domach rozpowszechniły się aparaty, metodę drzewek stosowano do najrozmaitszych celów. Na przykład artykuł z „Los Angeles Times” z 1957 roku opisuje wykorzystanie drzewka telefonicznego do postawienia w stan pogotowia astronomów amatorów – działających w ramach programu „Moonwatch”, prowadzonego przez Obserwatorium Astrofizyczne Instytutu Smithsona – którzy mieli śledzić satelity amerykańskie i radzieckie[9].

Niestety zdarza się również, że identyczna struktura sieci staje się w rękach hochsztaplerów narzędziem, za pomocą którego mogą oni oszukać tysiące ludzi. I tak w piramidzie finansowej, zwanej też schematem Ponziego (Ponzi scheme), pieniądze przepływają „do góry” w obrębie struktury przypominającej drzewko telefoniczne. Gdy do sieci przystępują nowi członkowie, zasilają oni pieniędzmi ludzi znajdujących się „wyżej”, a następnie pozyskuje się nowe osoby, które zajmą miejsca „poniżej” i dostarczą więcej środków. Wraz z upływem czasu pieniądze gromadzone są od coraz większej liczby osób. W 2008 roku FBI ujawniło prawdopodobnie największy przekręt tego typu: w ciągu trzydziestu lat finansista Bernard Madoff wyłudził 50 miliardów dolarów od tysięcy inwestorów. Większość z nas nie chciałaby mieć do czynienia z taką siecią, jak inwestycyjna machina Madoffa, podobnie jak z opisanym wcześniej systemem korsykańskiej wendety.