Wzgórze psów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wzgórze psów
Wzgórze psów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,80  61,44 
Wzgórze psów
Audio
Wzgórze psów
Audiobook
Czyta Jakub Wieczorek
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nieważne – powtarza.

– Gadaj, bo sam ci przypierdolę – mówię tak głośno, że parę osób odwraca się w naszym kierunku. On parska śmiechem. Cofa się o krok. Zbiera resztki krwi z ust i wyciera dłoń o spodnie.

– Pięćdziesiąt tysięcy – cedzi przez zęby.

Pięćdziesiąt tysięcy. Gdybym miał pięćdziesiąt tysięcy, nie stałbym teraz naprzeciwko niego pod zyborską speluną o dwunastej w nocy, patrząc, jak pijany chodzi w miejscu, rozciera sobie rozbitą wargę, bezgłośnie ruszając ustami.

– To maszyny? – pytam jeszcze raz. Pamiętam, że Grzesiek uwielbiał się zakładać, grać w karty na forsę, wrzucać monety w maszyny owocówki, gdy jeszcze był małym dzieciakiem. Nie odpowiada, więc mam rację.

– Dlatego ona się z tobą rozwiodła? – pytam ponownie, a on znowu nie odpowiada.

– Chodźmy na wódkę – powtarza po chwili. – Wypijemy pod wieżą ciśnień. Będzie jak kiedyś. Pójdziemy do lasu w nocy. Tak, poszedłbym na spacer. Poszedłbym do lasu.

– Dlatego się z tobą rozwiodła? – powtarzam pytanie.

Przez chwilę patrzy gdzieś w dal, przeze mnie, wykonuje drobny ruch szczęką, rozgryza powietrze.

– Nie tylko dlatego – mówi. – Ale również dlatego.

Łapie w pięść coś małego, co przelatuje obok.

– A ty co? Ty masz takie dobre, poukładane życie? – pyta po pewnym czasie.

– Ojciec wie?

– Kurwa, ja jestem dorosły i ty jesteś dorosły – warczy i łapie mnie za rękę.

– I co teraz? Co zamierzasz zrobić? – pytam.

Podnosi ręce i bezwładnie opuszcza je wzdłuż ciała. Podnosi dłoń, zatacza nią koło, obejmując Zybork, jego klocki odmalowanych w blade pastele budynków, nieme, główne skrzyżowanie nieopodal, przez które raz na minutę przejeżdża rozpędzone auto na lokalnych rejestracjach ze znudzonymi dzieciakami w środku, zakratowany kiosk Ruchu, blade światła w oknach bloku naprzeciwko, słup z ogłoszeniami i szyld hurtowni butów, pastelowe elewacje, chodniki wyrównane za kasę z Unii, paliki, słupki i drzewa, jakby to wszystko, ten zepsuty świat przedstawiony, miało być odpowiedzią.

– Jakoś to będzie? To chcesz mi powiedzieć, że jakoś to będzie? – pytam.

– Mikołaj, co tu można zrobić? Przyjeżdżasz tutaj i pytasz, co tu można zrobić. Popatrz. Przypatrz się, kurwa, może w końcu się przypatrzysz, bo wcześniej, zamiast patrzeć, chodziłeś i rozpaczałeś nad tym, jaka ci się tu przydarzyła straszna, kurwa, krzywda. Nie stała się tobie. Jej się stała. Jej rodzinie.

– Patrzę – mówię.

– No to dobrze. Jak patrzysz, to zobacz, że i ty, i ja jesteśmy w dupie. I jesteśmy dorośli. Dorośli, czyli sami. – Wzrusza ramionami.

– O czymś jeszcze powinienem wiedzieć?

– Powinieneś – mówi, parskając śmiechem. – Powinieneś to ty nam, kurwa, podziękować.

„Mógł tyle zrobić” – myślę. „Mógł zrobić więcej ode mnie, bo oprócz myślenia umiał jeszcze stanąć naprzeciwko świata i bić się z nim”.

Grzesiek zapala papierosa, gwałtownie i z lekkim zaskoczeniem, jakby mu się nagle przypomniało, że przecież pali. Patrzy na mnie, a potem idzie w stronę auta. Wsiada do środka.

Dzwoni mi telefon, to mój agent. Przez chwilę jestem zdziwiony, przestraszony, jakby zadzwonił duch – jakbym myślał, że wszyscy, których zostawiłem w Warszawie, umarli wraz z tym miastem, wraz z moim poprzednim życiem. Odchodzę w bok, patrzę na Grześka, który siedzi w samochodzie i otwiera puszkę piwa. Przechodzę na drugą stronę jezdni.

– Żyjesz, Blady? – To pytanie to jego nawyk. Mój agent to miły, chrystusowy człowiek. Tylko ja potrafię go rozwścieczyć tak, że zaczyna wrzeszczeć. Za każdym razem, gdy rozmawiamy, przypomina mi, że jestem jego najgorszym klientem. Ma rację.

– Żyję – odpowiadam.

– Blady, jakimś cudem jest wydawnictwo, które chce od ciebie książkę, i co więcej, chce podpisać z tobą umowę, więc, kurwa nasza wszystkich mać, chociaż jest dziewięćdziesiąt procent szans, że to spierdolisz, proszę cię, skup się i pomyśl o tych dziesięciu procentach, że tego nie spierdolisz – wyrzuca z siebie słowa w tempie karabinu maszynowego, na jednym oddechu.

– I? – pytam. To nawet mnie bawi, ta rozmowa. W tym miejscu, w tym momencie.

– I tyle, podpiszę z nimi umowę, chcą ci dać parę tysięcy złotych, nie wiem dlaczego, chciałem powiedzieć im, że są jebnięci, chciałem naprawdę powiedzieć im, że nie wiedzą, co czynią, ale tego nie powiedziałem – mówi mój agent.

– To całkiem zabawne – mówię. Wnętrze samochodu wchłania Grześka. Teraz już zupełnie go nie widzę.

– I jak oddasz książkę, to dostaniesz drugie tyle. Oczywiście chcieli dać wszystko po oddaniu książki. Ale ja jestem mądry, Blady, posłuchaj, jaki jestem mądry – moja mądrość jest pradawną mądrością pierdolonych przedwiecznych – i wiem, że ty zaraz będziesz musiał zawijać się z Warszawy, bo cię nie stać na ratę kredytu – mówi.

– To prawda – odpowiadam. Wyprowadzenie go z błędu sprawiłoby, że przestałbym się tak dobrze bawić.

– Więc? – pyta.

– Więc? – odpowiadam.

– Nienawidzę cię – mówi. – Kurwa, jak ja cię nienawidzę, gdybym był tam, gdzie teraz jesteś, odgryzłbym ci twarz i naszczał do rany.

– Nie wiesz, gdzie jestem – odpowiadam.

Widzę, jak z Undergroundu, zataczając się, wychodzi Porczyk i kopie w kosz na śmieci.

– Dasz dupy? – pyta po chwili.

– Matko Boska, Paweł, czy to ma znaczenie?

– Dasz dupy czy nie? – ponawia pytanie jeszcze głośniej.

Justyna

– Poprowadź – mówi Agata.

– Dlaczego nie ty? – pytam.

„To ciekawy obrazek – myślę – dwie kobiety, tak naprawdę nic o sobie niewiedzące, w środku nocy stoją obok wielkiego, granatowego samochodu i kłócą się o to, która będzie go prowadzić”.

– Brałam xanax – mówię.

– A ja piłam – odpowiada.

Dwie kobiety, jedna pijana, druga naćpana.

– Ile wypiłaś? – pytam.

– Tobie nie zabiorą prawa jazdy – stwierdza.

Ma rację. Nie zabiorą mi prawa jazdy. Zwłaszcza gdy zawinę się na drzewie i zabiję nas obie. Czuję się, jakby ktoś wdmuchał jej przez ucho do czaszki pełno nasączonej olejem waty.

– Tomek jest już na miejscu – mówi Agata. – On tam z nimi siedzi. A gdzie jest Mikołaj?

Kręcę głową. Wzruszam ramionami. Nie wiem, gdzie jest Mikołaj, i nie wiem, gdzie jest jego brat.

Ja i Agata chcemy jechać do szpitala. Agata czuje, że powinna tam jechać, ale nie chce jechać sama. Oczywiście, że z nią pojadę. Byłam już w komendzie, więc muszę jechać dalej. Historii nie zostawia się w połowie. Minął nas samochód sąsiadów. Nie pamiętałam ich nazwiska, ale już rozpoznawałam to auto. Golf trójka, strasznie hałaśliwy, z zepsutym kierunkowskazem.

– Bo muszę jej pomóc. – Patrzy na mnie, jakbym zapytała ją o to, dlaczego ludzie jedzą i kładą się spać.

– Ta pani Bernat to twoja przyjaciółka? – pytam.

– Nie – zaprzecza.

– Mogę zapalić?

Przytaknęła. Zapaliłam, wyciągnęłam paczkę w jej kierunku. Pokręciła głową.

– To głupia krowa i zły człowiek – mówi.

– To czemu musisz?

– Bo pomagam kobietom – odpowiada po chwili. – Zybork to piekło kobiet.

Bernatowa zadzwoniła do Agaty jakieś pół godziny wcześniej. Powiedziała tylko:

– Znaleźli go. W szpitalu jest.

– Jak to się stało? – zapytała Agata, ale Bernatowa się rozłączyła. Agata powiedziała potem, że brzmiała, jakby już leżała w trumnie.

– Daj tego papierosa – mówi, a ja wyciągam paczkę w jej kierunku. – Zabije nas za palenie w tym aucie – dodaje, kaszląc na znak, że pali rzadko i w ukryciu.

– W sensie, że będzie gadał? – pytam, domyślając się, że chodzi o jej męża.

– Pogada, a potem zabije – odpowiada i nagle się śmieje po raz pierwszy, odkąd ją znam.

Gdy Agata weszła na nasze piętro i zapukała do drzwi, ja próbowałam jeszcze pracować. Próbowałam, to znaczy chaotycznie klepałam w klawiaturę, wystukując z siebie losowe wyrazy, mając nadzieję, że przez ten proces coś się uruchomi, zaskoczy, że coś zacznie się dziać.

Przez pracę próbowałam się zadomowić. Zadomowienie zaczęło się od tego, że w końcu przynieśliśmy do domu wszystkie kartony z samochodu. W tym mój karton, opisany słowem WAŻNE, w którym były papiery, twarde dyski, kasety do dyktafonu, zahasłowane pendrive’y.

Wszystko zaczęło się piętrzyć na pojedynczym biurowym regale, który wstawił nam do pokoju Tomasz. Regał był porządny i stabilny, ale nie spełniał nawet jednej piątej moich potrzeb. Mikołaja to nie obchodziło. Nie wziął ze sobą żadnej książki. Wyjeżdżając, powiedział, że od pisania jeszcze bardziej nienawidzi czytać.

Siedziałam całymi dniami przed otwartym komputerem. Piłam dużo melisy na zmianę z kawą. „Najważniejsza jest zawsze równowaga” – myślałam, biorąc łyk jednego, a potem drugiego. Jedna różowa tabletka czekała grzecznie w szufladzie na swój moment. Pracowałam po czternaście godzin dziennie. Czytałam stare notatki, robiłam nowe notatki, czytałam wycinki, słuchałam nagrań.

Największym problemem było zepsucie materiału. Wydaje mi się, że książki, teksty pisze się na raz. Nie można ich zostawiać, aby sobie poleżały. Tekst nie dojrzewa, tylko gnije. Jego sens paruje, ucieka w powietrze. Po miesiącu leżenia pokrywa go gruba kołdra pleśni. Gdy siada się do niego z powrotem, zaczyna się od czasochłonnych prac ratunkowych.

W moim przypadku zepsuł się nie tylko tekst. Zepsuły się również jego surowce. Leżąc na tapczanie, słuchając na słuchawkach godzin rozmów z ofiarami, wychowawcami z domu dziecka, policjantami, rodzicami, zrozumiałam, że ja z tych rozmów nic nie zrobię. Ci ludzie nie chcą o niczym mówić. Uciekają od tematu. Boją się. Kluczą. Opowiadają historie pozbawione danych, imion, miejsc, podparcia. Znalazłam Notes Ostatniej Szansy, czyli zeszyt z telefonami i mejlami, które były niezweryfikowane, kiepskiego pochodzenia. Przez parę dni dzwoniłam i pisałam, ale nikt nie chciał ze mną rozmawiać, nie mówiąc już o spotkaniu, chociaż byłam gotowa w każdej chwili wsiąść do samochodu i pojechać gdziekolwiek w Polskę. W końcu jeden facet, który badał tę sprawę z ramienia CBŚ, zgodził się porozmawiać ze mną przez telefon. Zadzwonił z karty prepaid. Powiedział, że nie mam co oddzwaniać, bo po rozmowie ją zniszczy. Nie przedstawił się. Zgodził się, aby nazwać go anonimowym źródłem w organach ścigania.

 

Powiedział między innymi o imprezach w Milanówku, w domu tak zwanego Senatora, na których przynoszono Senatorowi (kiedyś prawdziwemu senatorowi, teraz dyrektorowi spółki skarbu państwa) do jacuzzi jedenastoletnich chłopców na złotych tackach. Powiedział, kto tam przychodził. „Wymyśla” – pomyślałam. Opowiadał o biskupie, rektorze katolickiej wyższej uczelni, bliskim przyjacielu senatora, jego spowiedniku. Biskup lubi młode dziewczynki, trzy, cztery latka, mówił facet. Jego głos był obły, niski i ciężki, jakby miał głowę owiniętą kocem albo trzymał coś w ustach.

Następnym razem powiedział, abym zadzwoniła do niego przez Skype’a. Podał obcy, składający się z cyfr i przypadkowych liter profil. Podczas połączenia widziałam jedynie sam kontur jego głowy, miałam wrażenie, że coś na niej ma, jakby worek albo reklamówkę. Zaczął przystawiać do kamery wydruki zdjęć. Nie, nie może w żadnym wypadku wysłać mi plików, powiedział. Patrzyłam na zdjęcia i czułam, jak drętwieją mi dziąsła. Posadzą mnie za to do więzienia, zniszczą mnie, ale muszę to napisać, czułam.

Nie ma innej możliwości. To uczucie powinności, które przypomina ból zepsutego aż do miazgi zęba, ból, którego nie sposób ignorować.

Trzy dni później zadzwonił ostatni raz. Z innego numeru oczywiście, również prepaid. Powiedział, że wycofuje się ze wszystkiego. Że nigdy nie rozmawialiśmy.

Odpisałam, że chyba żartuje, że wszystko, co powiedział, zamierzam wykorzystać w książce, że zamierzam spróbować porozmawiać z każdą osobą, którą wymienił. Zadzwonił po pięciu sekundach, chociaż nigdy nie dawałam mu mojego numeru.

Odparł, że owszem, mogę spróbować to zrobić. A potem podał datę urodzenia mojej matki i numer rejestracyjny naszego samochodu. Zapytał, kiedy ostatnio zmieniałam w nim opony. Czy dobrze mi się mieszka w Zyborku. I że nawet mój kochaś z zarządu może nie zdążyć tu dojechać, gdy będzie trzeba.

– Nie grozisz mi w swoim imieniu – powiedziałam.

Nie odpowiedział.

– Czemu w ogóle mi to powiedziałeś? – zapytałam.

– Bo mam dzieci – odparł.

– Więc czemu dopiero teraz, do kurwy nędzy, to robisz?

– Bo mam dzieci – powtórzył.

– Rozumiem, ale...

– W dupie mam, co rozumiesz, a czego nie rozumiesz. Odzwyczaj się od tego. To się nie skończy – powiedział i się rozłączył, kimkolwiek był.

Zadzwoniłam do Jacka, redaktora naczelnego, i opowiedziałam mu o wszystkim. Powiedziałam, że wyślę im wszystko, co mam do tej pory. Wstępne wersje artykułu, notatki. Odparł, że tak, owszem, ale oni i tak tego nie opublikują, dopóki nie będę miała źródła, które to wszystko potwierdzi, bo inaczej mogę z tym iść do „Faktu”. Poprosiłam, czy mógłby chociaż na to rzucić okiem. Bał się. W końcu mu ich nie wysłałam.

Oprócz mnie materiały o Klubie Puchatka miał tylko On. Wysłałam mu je jakiś miesiąc temu; poprosiłam, aby się temu przyjrzał. Powiedział wyłącznie, że się za mną wstawi, ale powiedział to samo, co redaktor – że muszę mieć twarde dowody. Zresztą cokolwiek wtedy by powiedział, teraz nie chciałam i nie mogłam się do niego odezwać.

Otworzyłam szufladę. Wyciągnęłam tabletkę. Popiłam melisą, a potem kawą. Otworzyłam komputer, zaczęłam pisać bezładne zdania, które były czymś pomiędzy epilogiem, złym wierszem a listem pożegnalnym.

Po jakimś czasie przestałam. Tabletka posłodziła krew, wyrównała oddech. Po chwili wpatrywałam się już tylko w bezwładne wyrazy w edytorze tekstu, w poupychane w pojedynczy regał stosy papierów.

I wtedy do pokoju wszedł Mikołaj. Był podpity, ale nie urżnięty. Chciałam go ochrzanić, ale nawet nie wiedziałam, która jest godzina. Przez krótki moment były otwarte drzwi i wtedy do pokoju wtargnęły krzyki jego ojca. Zamknął je i oparł się o nie. Popatrzył na mnie.

– Czemu on tak krzyczy? – zapytał.

– Na Joasię. Że miała przyjść o dwudziestej drugiej, a jest jedenasta.

Wzruszył ramionami. Otworzył drzwi i posłuchał jeszcze przez chwilę.

– Okej. Wracamy. Za tydzień, dwa – powiedział.

– Nie rozumiem. Czemu akurat wtedy? – zapytałam.

– Bo będę miał kasę – odpowiedział.

– Jaką kasę?

– Kasę za książkę. Zaliczkę.

– Nie rób już tego. Nie bierz już pieniędzy od wydawnictw. Nie rób już tego więcej, proszę cię. To więcej szkody niż pożytku – odezwałam się.

Podszedł do mnie i złapał mnie w talii, próbując podnieść. Zabolało. Walnęłam go lekko w głowę. Posłuchał, odskoczył.

– Chcesz wracać. Strasznie cierpisz. Miotasz się. Widzę to – powiedział, wymacał dłonią krawędź krzesła, przysunął je, usiadł.

– No chcę, Mikołaj, ale musimy być realistami, ja nie mam żadnej pracy, nie mam gdzie jej znaleźć, wszystko jest pozatykane, mam teraz wrócić i pracować w Rossmannie, proszę cię – powiedziałam.

– To ja pójdę pracować w Rossmannie. Na ochronę. Będę wszystkich napierdalał. Do krwi. I będziemy mieli papier toaletowy za darmo – wybełkotał i położył się obok, jakby krzesło kazało mu z siebie zejść. – Tym razem nie dam dupy – dopowiedział jeszcze.

– Mikołaj, tu nie chodzi o dawanie dupy – skłamałam.

Coś wyjęczał, nie zrozumiałam co.

– Tylko nie pij jutro z Grześkiem, proszę – powiedziałam, ale już tego nie usłyszał, bo momentalnie zasnął, jakby ktoś go znieczulił.

– Czemu mówisz, że to piekło kobiet? – pytam Agaty.

Stoimy już pod szpitalem. Jeszcze nie wchodzimy do środka. Paląc papierosy, obserwujemy budynek, betonowy prostopadłościan dobudowany do starszego o kilkadziesiąt lat, powojennego, trzypiętrowego budynku z czerwonej cegły. Każde z okien się świeci, dając trochę inny kolor, od ciepłego, moczowatego żółtego po blady, sterylny biały. Jakby każdy rodzaj choroby i śmierci miał swój świetlny kod, swoje oznaczenie. Gdy odwracam głowę, po drugiej stronie ulicy, na szczycie wzgórza, widzę ciemny kontur zamku. Jego wieże wyglądają jak wielkie, wybite zęby martwego potwora.

– Wszędzie jest piekło kobiet. – Uśmiecha się i wydmuchuje dym.

– To święta prawda – odpowiadam.

Gdy Agata się uśmiecha, jej twarz rozszerza się i ociepla, zamienia się w małe, popielate słońce. Jest w niej mnóstwo spraw, których jeszcze nie potrafię nawet sobie wyobrazić. Zawsze wydawało mi się, że jest po prostu zmęczoną, twardą, mało sympatyczną kobietą, która wygląda jak siostra szwedzkiego rolnika i nie ma ochoty ze mną rozmawiać, bo jestem z Warszawy.

Ludzie z Warszawy są przekonani, że wszędzie nienawidzi się ludzi z Warszawy. Żyją z syndromem oblężonej twierdzy.

– Ale Zybork jest specyficzny – mówi po chwili Agata, wpatrując się w różnokolorowe okna.

– Czemu specyficzny?

– Nie wiem, może tak naprawdę nie jest specyficzny, może ja się po prostu tu urodziłam i od zawsze tu mieszkam, a tak naprawdę wszędzie jest tak samo – odpowiada.

– Każde miejsce jest specyficzne – mówię.

– Skoro każde jest specyficzne, to każde jest takie samo – odpowiada i teraz ja się śmieję.

– Jest paru facetów, którzy od zawsze rządzili Zyborkiem. Ich ojcowie rządzili Zyborkiem. Ich synowie będą rządzić Zyborkiem. I zawsze robili tu, co chcieli. Raz jeden jest burmistrzem, drugi radnym, a trzeci dyrektorem. A potem się zamieniają. Bernat był jednym z nich, ale jako jedyny nie bał się Kalta.

– Kalta?

– Bandziora takiego. Najgorszego z nich wszystkich. – Agata wzrusza ramionami. – Ale to nieważne. Oni wszyscy zawsze się dogadywali. A jak się nie dogadywali, całe miasto wiedziało. Ich sprawy zawsze były najważniejsze.

– A ich żony miały stać obok i się nie odzywać? – pytam.

– Ich żony są pośmiewiskiem. Całe miasto wie, które młode bździągwy dorabiają im rogi. Całe miasto patrzy im na pieniądze, ciągle pisze bajki o tej forsie. Komentuje, jak się ubrały do kościoła. Śmieje się, gdy znowu utyją lub się postarzeją. Chciałabyś być pośmiewiskiem, Justyna? – pyta.

– Bernatowa to jedna z nich? – odpowiadam pytaniem na pytanie.

– Wcale nie ta najgorsza – mówi.

– No ale to są żony prominentów, jeśli dobrze cię rozumiem. – Patrzę na nią, a ona unika mojego wzroku, tylko wysyła zagadkowy uśmiech w kierunku czarnych zębów zamku.

– Każda kobieta w Zyborku chodzi pod swoim chłopem jak pod krzyżem – stwierdza.

– Ty też? – Nie mogę się powstrzymać, moje zęby się spóźniają, nie trafiają na język, lecz uderzają o siebie nawzajem.

– A ty? – odpowiada.

Widzi moją minę i zaczyna się śmiać.

– Powinnam się zapytać, czy ci się u nas podoba, a nie takie głupoty pieprzyć. – Podstawia mi pod nos wyciągniętą z kieszeni małą butelkę. Kręcę głową. Butelka ma na oko dwieście mililitrów, jest w niej coś oleistego i pomarańczowego.

– Nie wiem jeszcze, czy mi się podoba – mówię, a ona, wpatrując się w moje oczy, mruży swoje, jakby chciała wyczytać u mnie jakąś chorobę.

– Wiesz, my się słabo znamy na razie, nie miałyśmy okazji – odpowiada. – Ale wiem, że Tomek robi na ludziach takie wrażenie, jakie robi. I na tobie też może. To normalne.

– Ja się go boję – mówię szczerze i czuję, jak coś zsuwa mi się z serca, coś je odciąża, idzie w dół ciała, aby wypaść gdzieś bokiem, dołem, przez łydkę, przez stopę.

– To sprawiedliwy człowiek. – Agata wypija łyk z butelki i chowa ją do kieszeni. – To tutaj bardzo rzadkie. Naprawdę.

Słowo „sprawiedliwy” sprawia, że boję się jeszcze bardziej. Ale tego już nie mówię głośno; zamiast mówić, patrzę na zaparkowane pod szpitalem samochody. Ponad połowa z nich to samochody policyjne. Jest ich siedem.

– Mikołaj też jest sprawiedliwy – mówię po chwili.

– Jest biedny – odpowiada Agata.

– Tak, jest biedny. – Kiwam głową.

– Oni mnie nienawidzą. – Wpatruje się we mnie. Nie wiem zupełnie, co jej odpowiedzieć.

– Może już chodźmy – mówię, a ona potakuje i rusza w stronę drzwi wejściowych, szybko i prosto.

W sumie nie wiem, dlaczego nie weszłyśmy od razu, może dlatego, że jedna jest trochę naćpana, a druga trochę pijana, Agata zaś jakby czyta w moich myślach, tuż przed drzwiami odwraca się i mówi:

– Przed wejściem do szpitala zawsze trzeba się uspokoić.

„To ona jest biedna, to ona jest najbiedniejsza ze wszystkich” – myślałam, gdy szłam za nią przez białe, puste, pokryte lamperią korytarze, wdychając lizol, siki, spirytus i rdzę. Na moich oczach w kilkanaście sekund zmieniła się w zupełnie inną osobę.

Mija nas młoda pielęgniarka, Agata się zatrzymuje, łapie ją za ramię, pielęgniarka podskakuje ze strachu.

– Podobno znaleźli Bernata – mówi do niej Agata.

– Pani jest z rodziny? – pyta.

– Dziecko, przecież tutaj wszyscy to rodzina – odpowiada Agata.

Nagle myślę, że przecież każdy dziennikarz marzy o tym, że pewnego dnia zadzwoni do niego ktoś groźny, groźny i anonimowy, i ten ktoś będzie wiedział o nim wszystko, i powie, że dziennikarz ma przestać, bo inaczej coś się stanie, coś złego, cały świat dziennikarza runie. I ten telefon, poza wszystkim innym, będzie dowodem na to, że miało się rację i intuicję, że na rozstajach skręciło się w dobrą drogę, tę w stronę skarbu i smoka.

– W takim razie ja nie mogę – mówi pielęgniarka. Przestraszona, cofa się o krok.

– Dziecko – przekonuje Agata – to moja przyjaciółka.

– Ja nic nie wiem, ja naprawdę nie mogę – odpowiada pielęgniarka.

Agata po prostu wzrusza ramionami, przez chwilę patrzy na pielęgniarkę, a następnie idzie dalej, posłusznie podążam za nią, pielęgniarka krzyczy coś za nami, chyba nawet przez chwilę za nami biegnie, ale my jesteśmy zaskakująco szybkie jak na jedną naćpaną, a drugą pijaną, idziemy po schodach, wciąż nikogo tu nie ma, tak jakby szpital nagle opustoszał w wyniku jakiegoś alarmu.

Każdy dziennikarz o tym fantazjuje, a gdy w końcu mu się to przytrafia, nigdy nie wie, co tak naprawdę ma zrobić. Tylko dziennikarze z filmów wiedzą od razu, z miejsca ruszają do roboty – inaczej film nie miałby fabuły. Mój przyjaciel z pracy miał taki telefon przy sprawie Olewnika. Jego żona właśnie urodziła bliźniaki. Ciąża była zagrożona, ale dzieciaki przyszły na świat zdrowe. Opowiadał mi później, że właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że to wszystko nie jest tak naprawdę istotne, że to są obcy ludzie, to nie są jego sprawy. Że źle ulokował poczucie obowiązku. Jeszcze tego samego dnia, gdy dostał telefon, wsadził ich i siebie samego do samolotu i poleciał do Wielkiej Brytanii, aby pracować w sklepie z polską żywnością. Teraz z tego, co widzę, ma już swój własny sklep. Dużo się uśmiecha, utył jakieś dwadzieścia kilogramów.

 

Ja nie wiem, co mam zrobić. Nie mam bliźniaków. Nie mam nawet jednego dziecka. Ale mam męża, mąż ma ojca i brata, ojciec i brat mają niepełnoletnie dzieci. Myślę o nich w tym kontekście po raz pierwszy.

Wychodzimy na korytarz intensywnej terapii i wtedy wpadamy na wielkiego, grubego faceta w policyjnym mundurze, który wyrasta przed nami jak wielka, gumowa ściana.

– Nie ma przejścia – mówi Gumowa Ściana.

– Ja jestem rodziną – mówi Agata.

W głębi korytarza, bardziej zatęchłego i brudnego niż poprzedni, za plecami grubego faceta widzę więcej policjantów. Widzę też Bernatową, która siedzi pod ścianą, ma twarz jakby wykonaną z pokruszonego gipsu. I widzę ojca Mikołaja, który trzyma dłoń na jej ramieniu i po tym zupełnie niepasującym do niego geście wnoszę, że z Bernatem dzieje się coś złego.

– Nie ma przejścia – powtarza Gumowa Ściana.

Bernatowa nas nie zauważa, jest tępo wpatrzona w jeden punkt. Ale widzi nas ojciec Mikołaja; wstaje i powoli idzie w naszym kierunku. Zatrzymuje się tuż za plecami policjanta.

– Przepraszam, ja jestem z nimi. – Słyszę za sobą głos mojego męża, odwracam się i widzę go, zasapanego, rozchełstanego i rozsznurowanego, ale zaskakująco trzeźwego.

– No dobrze, niech sobie pan będzie z nimi, co mi do tego, razem sobie postoicie – mówi Gumowa Ściana.

– Co tu robisz? – pytam Mikołaja.

– Ojciec dzwonił na telefon Grześka, chciał, aby tu przyjechał – mówi, łapiąc oddech. To wprawdzie jedno piętro, ale Mikołaj nigdy nie miał jakiejkolwiek kondycji.

– Oni są ze mną, Radek – mówi mój teść do pleców Gumowej Ściany.

– To dlaczego Grzesiek nie przyjechał? – pytam.

– A gdzie jest Grzesiek? – pyta Agata.

– Nie wiem, poczekaj, zaraz, sekunda – odpowiada Mikołaj.

– Panie Głowacki, ja rozumiem, no ale... – Gumowa Ściana drapie się po głowie i w końcu się odsuwa, wyglądając przy tym, jakby jego ogromna głowa dokonywała niebywale skomplikowanych obliczeń.

– Chodźcie, chodźcie. – Ojciec Mikołaja macha do nas ręką, abyśmy przeszli dalej korytarzem.

Policjantów jest siedmiu. Siedzą po lewej stronie korytarza. Niektórzy są nawet uzbrojeni. Większość wygląda, jakby kompletnie nie wiedziała, co zrobić. Gumowa Ściana siada obok nich, ciężko wzdychając.

– Gdzie jest Grzesiek? – pyta Mikołaja ojciec, nie patrząc na niego, idąc w stronę Bernatowej.

– Nie wiem, byliśmy w knajpie nad rzeką i rozstaliśmy się nagle, on powiedział, że musi gdzieś pójść, nagle zostawił telefon... – odpowiada Mikołaj, próbując nadążyć za swoim ojcem. Ten tylko macha ręką, jakby już wszystko wiedział.

– Co się stało? – pyta Bernatowej Agata, ale ta nie odpowiada, lecz podnosi na nią wzrok i patrzy, nie odzywając się, próbując sobie przypomnieć, kim ona właściwie jest.

– Zabierzcie ją do domu, Tomek – mówi jeszcze inny kobiecy głos, zimny i zmęczony. To zadbana kobieta około pięćdziesiątki, drobna i zgrabna, w białym kitlu, z czymś ptasim w twarzy. Kobieta świeci zmęczeniem. Gdyby nie w miarę trzeźwe spojrzenie, wyglądałaby, jakby lewitowała.

– A ciebie kto zabierze do domu? – pyta ojciec Mikołaja.

– My czekamy na helikopter, muszą go do Olsztyna zabrać, tu nie ma sprzętu, tu zaraz umrze, wdała się sepsa – odpowiada kobieta.

– Helikopter – powtarza Bernatowa głosem, jakby uczyła się mówić.

– Zabierzcie ją do domu – powtarza kobieta.

– To mój syn i synowa. – Ojciec Mikołaja pokazuje nas ręką.

– Dobocińska. – Kobieta wyciąga do mnie dłoń.

– Głowacka. – Ściskam jej dłoń i wtedy zdaję sobie sprawę, że to nazwisko noszą jeszcze cztery inne osoby na tym korytarzu. Że czyni mnie to ich immanentną częścią. Po raz pierwszy myślę o tym, że jestem w coś wbita, wrośnięta na stałe.

– Pani jest ordynatorem? – pytam po chwili.

– Dyrektorką. Tomek, weź zajedź i zobacz, czy tam u mnie w domu jest wszystko w porządku, i napisz – mówi do Tomasza, a ten kiwa głową. Bez wyrazu.

Przez chwilę zapada cisza, pusta, ale ciężka, jakby lizol i spirytus zatkały wszystkim usta i uszy, stoimy bez ruchu, jedynie Bernatowa zaczyna wydawać dźwięk, cicho kwilić jak małe, głodne zwierzę.

– Żyje? – przerywa ciszę Agata.

Dyrektorka szpitala patrzy na Bernatową, potem na nas, i kiwa głową.

– Muszę iść – mówi.

– Idź – pozwala jej Tomasz.

Daje mi znać ręką, abym usiadła obok niego. Siadam.

Rodzina Głowackich. Pięść zaciśnięta tak długo, że wszystkie palce wrosły na stałe w wewnętrzną część dłoni. Nieważne, że trafiliśmy tu z powodu zupełnie obcego mi faceta i obcej kobiety, którą widziałam zaledwie przez chwilę. Nieważne, że przywiodła mnie tu, jak wszędzie, moja ciekawość, którą chętnie bym na coś wymieniła, na przykład na umiejętność spania przez osiem zdrowych godzin w ciągu doby.

Rodzina to zatrzaśnięcie się w windzie z zupełnie obcymi ludźmi na całe życie.

– Znaleźli go w lesie, jak na Kupałki się jedzie, to ze dwanaście kilometrów stąd – mówi Tomasz. – Dwóch chłopaków go znalazło, młodych takich narkusów, naćpanych czymś.

– Z czterdzieści kilo waży – mówi nagle Bernatowa. Jej głos to cichy, szklany skrzek.

Bernatowa mówi dalej. Z trudem. Jej głos sprawia, że czas spowalnia jeszcze bardziej. Słowa skapują z niej jak krople z topiącej się bryły lodu. Z najwyższym wysiłkiem tłumaczy, że jej mąż, którego przywiózł tutaj do szpitala zaalarmowany przez chłopaków leśniczy, miał anemię, sepsę oraz był po rozległym wylewie. Na całym ciele nosił ślady głębokich, zakażonych ran, najprawdopodobniej po głębokich zadrapaniach, miał pokruszone i połamane wszystkie zęby, jakby z całych sił próbował gryźć kamienie. Że te pokruszone zęby są całe we krwi i w mięsie. Że jest tu od popołudnia. Że helikopter przylatuje z Olsztyna, bo stan się pogorszył.

– On wciąż jęczy – mówi na końcu. – Jęczy, tak zawodzi cicho, i nie może przestać.

– Jezus Maria! – wyrywa się Agacie.

– Ktoś go porwał – wtrąca Mikołaj. – Porwał i przetrzymywał.

– To jeszcze zbada policja – mówi Tomasz, pokazując głową na siedmiu chłopaków po drugiej stronie korytarza, którzy jak na razie są bardziej zajęci grami na telefonach i oglądaniem pod światło swoich paznokci. Nagle Gumowa Ściana wstaje i odwraca się w stronę wlotu korytarza, znowu tarasując przejście.

– On skądś uciekł – mówi Mikołaj. – Kolejna – dodaje, widząc szczupłą kobietę około trzydziestki, w spiętych gumką, dawno temu ufarbowanych na blond włosach i w szarym swetrze, idącą szybko środkiem korytarza.

– Na to wygląda – odpowiada po chwili jego ojciec.

– O Jezus Maria – powtarza jeszcze raz Agata i wstaje, i rusza w kierunku kobiety, zanim zdąży zauważyć ją Bernatowa i zanim ja mam okazję uświadomić sobie, kto to naprawdę jest.

– Nie można – mówi do kobiety Gumowa Ściana, a wtedy ta wyhamowuje na jego ciele, z całej siły wbijając pięści w jego klatkę piersiową.

– Co tu robisz, ty kurwiszonie – to zdanie Bernatowa wypowiada tak, jak wszystkie poprzednie, zimno, łagodnie i cicho. Po wyrazie „kurwiszon” wstaje.

Agata podbiega do niej i próbuje złapać Bernatową za łokieć, ale ta się wyrywa i rusza w stronę kobiety, która, pomimo skręcenia w przetłuszczony kołtun z włosów, swetrów i bólu, wciąż wygląda na niebrzydką i młodą.

– Po coś tu przyszła?! – wrzeszczy Bernatowa zza pleców Gumowej Ściany. – Po coś tu przyszła, kalapyto pierdolona?

– Pani się uspokoi! – krzyczy Gumowa Ściana, międląc coś nerwowo w palcach, chyba paczkę gum do żucia.

– Co mu jest? Powie pani tylko, co mu jest? – wykrzykuje młoda przez łzy.