Wzgórze psów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wzgórze psów
Wzgórze psów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,80  61,44 
Wzgórze psów
Audio
Wzgórze psów
Audiobook
Czyta Jakub Wieczorek
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jesteś chora? Źle się czujesz? – martwi się Agata.

– Nie jestem na nic chora – odpowiada Joasia.

– Nie odzywaj się, tylko jedz – mówi mój ojciec.

– Kobiece sprawy? – pyta Agata.

– Dziewczyńskie chyba, do kobiecych to jeszcze trochę daleko – stwierdza ojciec.

– Żebyś się nie zdziwił – mówi Agata.

– Żebyś ty się nie zdziwiła – odpowiada mój ojciec.

Stół jest masywny, mogłoby przy nim usiąść kilkanaście osób; oprócz stołu w salonie znajduje się jeszcze masywny kominek, duży plazmowy telewizor z dekoderem cyfrowego Polsatu, solidny, drewniany kredens ze zdobieniami. Inna nowość to wielka, oprawiona w ramę reprodukcja mapy Zyborka z siedemnastego wieku. Ślubne zdjęcie mojego ojca i Agaty stoi na kominku, oprawione w zwykłą, plastikową ramkę.

W salonie panuje półmrok, górne światło jest wyłączone, zapalona jest tylko duża lampa z czerwonym kloszem w rogu pokoju i przytwierdzone do ścian dwa mniejsze, żeliwne kinkiety. Pokój wygląda jak zbrojownia. Jest pełen cieni, które przy każdym ruchu rozlewają się po ścianach, krzyżują się ze sobą, tańczą.

Za oknami panuje ciemność, niby jest dziewiętnasta, ale ja mam wrażenie, że to środek nocy.

Wszystko mnie boli. Zamiast kręgosłupa przez całe moje ciało idzie sztywny, metalowy pręt. Moje mięśnie są zbite, twarde, jakby ktoś mnie zasolił i uwędził. Kochaliśmy się szybko i po cichu, kneblując się nawzajem dłońmi, sekundę później głęboko zasnąłem na jakąś godzinę, a gdy się obudziłem, przez chwilę myślałem, że jesteśmy z powrotem w naszym mieszkaniu w Warszawie i że wszystko jest w porządku. I dopiero potem usłyszałem odgłosy z dołu, obcy głos, głuche stuknięcia butów o podłogę, skrzypienie schodów.

Siedzę obok Justyny, naprzeciwko ojca. Przede mną na stole leży jedzenie: zupa, kotlety, sałatki, dzbanki z kompotem. Trzy-, czterodaniowy obiad. Nie wyobrażam sobie, abyśmy kiedykolwiek z Justyną ugotowali tyle jedzenia.

Ojciec je powoli, regularnymi ruchami jak maszyna.

– Co jest? – pyta go Agata, chociaż, jak na moje oko, ojciec wcale nie robi wrażenia zmartwionego. Wygląda jak zwykle. Ma surową, pozbawioną wyrazu twarz. Małe, zmrużone oczy. Gładka skóra na jego czaszce błyszczy się jak natłuszczona.

– Ojciec myśli pewnie o Bernacie. Martwi się – odpowiada za niego Grzesiek.

– Bernat? Co z nim? – pytam.

– Mówiłem ci. Uciekł do baby – odpowiada po paru sekundach ciszy Grzesiek.

Słysząc „Bernat”, najpierw widzę jego syna Marka, typa w moim wieku.

Gdy byliśmy w liceum, nienawidziłem go. Był głupią, grubą, utuczoną na pieniądzach ojca mendą. Teraz nie wiem, kim jest. Chyba mieszka w Anglii.

Ale rozumiem, że chodzi nie o Marka, tylko o starego Bernata.

– Ale jak to zwiał, nie ma go w Zyborku? – pytam trochę z ciekawości, a trochę po to, aby zabić ciszę, która wypełnia kolejne przerwy między naszymi wypowiedziami i robi się tak gęsta, że zaczyna bzyczeć.

– Ewa jest załamana – mówi Agata. – Zostawił jej dom, wszystko, wziął jakieś pieniądze z oszczędności i wyjechał z sekretarką. Nie wiadomo gdzie. Nigdy nie można wygrać z młodszą, to naprawdę smutne, ale tacy są faceci, co nie? – dodaje, nie wiedzieć czemu patrząc na Justynę, która trochę nie wie, co zrobić z jej spojrzeniem; najchętniej odwróciłaby się, ale wie, tak jej nie wypada.

– To jakiś pana znajomy? – pyta Justyna.

– To najlepszy przyjaciel ojca – odpowiadam jej.

– Kiedyś nawet mój wspólnik – dopowiada mój ojciec.

Bernat był jego kumplem jeszcze z czasów technikum. Zażywny facet z lekką nadwagą, który lubił rozpięte na klatce piersiowej koszule, wyeksponowane medaliki z Matką Boską na srebrnym łańcuchu, niemieckie samochody, meble z ciężkiego drewna, podróbki ikon i szlacheckich szabli. Pamiętam, że to u niego w domu po raz pierwszy zobaczyłem na własne oczy magnetowid i kasety wideo. Na jednej miał Niekończącą się opowieść. Pamiętam jak dziś, że lekko pijany opowiadał fabułę tego filmu mojemu ojcu, stojąc w kuchni, oparty o nową kuchenkę z piekarnikiem, nalewając sobie do szklanki arcoroc winiak metaxa z przywiezionej z Niemiec butelki. Chyba właśnie zrobili dobry interes, bo mój ojciec też wtedy pił jakiś dobry alkohol, tyle że prosto z gwinta. Bernat, mówiąc o wielkim, białym, futrzanym smoku, ekscytował się jak dziecko. Gestykulował tak mocno, że wylał winiak ze szklanki na podłogę i nawet tego nie zauważył. Pamiętam, jak jego żona weszła do kuchni i powiedziała, żeby już przestał bredzić, na co on do niej powiedział, żeby zamknęła mordę, a moja mama zabrała mnie na zewnątrz i powiedziała, że lepiej, abym tego nie słuchał. Poszedłem bawić się z Markiem, który już wtedy, w wieku dziewięciu lat, był grubawym idiotą. A właściwie patrzyłem, jak on się bawi, bo Marek, mieszkający w magazynie kolorowego, niemieckiego plastiku, nie pozwalał mi niczego dotknąć. Raz dał mi z łaski stary resorak z wgniecionymi drzwiami. A potem, parę dni później, kazał mi go oddać.

Niekończącą się opowieść zobaczyłem dopiero jako dorosły.

– Bernat nigdzie nie zwiał – oświadcza głośno ojciec.

Nikt się nie odzywa.

– O co chodzi? – pytam.

– Powtarza to wszystkim od tygodnia – mówi Agata.

– Nigdzie nie zwiał. On by tego nie zrobił – powtarza.

– Daj spokój, ojciec. Przestań Z Archiwum X kręcić – rzuca Grzesiek.

– To co się stało? – pytam ojca.

– Coś niedobrego – odpowiada trochę ciszej ojciec, po czym odkłada łyżkę i sięga po drugie danie.

Gdy byłem młodszy, siedząc z rodzicami przy stole, mówiłem strasznie dużo, bo miałem wrażenie, że jeśli przestanę, oni wstaną i pozabijają się po pięciu sekundach. To znowu ten idiotyczny, samobójczy odruch. Zawsze chcę, żeby wszystko było w porządku. Ale tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia, o czym teraz rozmawiać już wyłącznie z ojcem.

Nie jest tak, że ja i mój ojciec dzwonimy do siebie po prostu, aby pogadać. Nie spotykamy się na grillu, nie wyjeżdżamy razem nad jezioro, nie naprawiamy razem aut w garażu, nie oglądamy meczów piłki nożnej, ręcznej ani lekarskiej, nie pijemy razem whisky, razem nie pijemy nawet herbaty i nie dyskutujemy o tym, czy największą kurwą w Polsce był Kwaśniewski, Czarzasty czy Marian Dziurowicz. Mamy długą historię nierozmawiania. Lata pieczołowicie hodowanych, dorodnych urazów. Być może pilnujemy się razem w tym milczeniu, aby jeden nie zabił drugiego.

A może zwyczajnie się go boję, bo wciąż jestem frajerem, a on karmi się tym strachem jak chlebem.

Tak czy siak, muszę coś powiedzieć, bo inaczej pęknie mi w ciele jakieś naczynie krwionośne.

– Łowisz? – pytam po chwili i aż chcę się zaśmiać.

– Nie – odpowiada ojciec, nawet na mnie nie patrząc.

– Ojciec nie ma czasu. W politykę się bawi. Robi komitety jak Kuroń – mówi Grzesiek.

– Kuroń – powtarza mój ojciec, wycierając usta serwetką. – Kuroń był przynajmniej uczciwy, nie jak te wszystkie łajzy.

– Jaką politykę? – Dziwię się.

– Oj zobaczysz. Poważną. Ojciec będzie prezydentem – mówi Grzesiek i wstaje z krzesła.

– Prezydentem? – pytam.

– Polski – mówi Grzesiek.

– Świata – rzuca Joasia.

– Gdzie idziesz? – Ojciec zwraca się do Grześka.

– Po piwo.

– Wystarczy ci – odpowiada ojciec.

– Stresująca sytuacja, to trzeba się napić. – Grzesiek pokazuje ręką stół, nas, cienie.

Nie chcę awantury. Nie chcę, aby Justyna pierwszego wieczoru tutaj widziała awanturę. Mój stres skupia się na niej. Ona jest jego dnem. Bez niej byłoby mi łatwiej. Czuje to, na pewno. Wierci się na krześle, je niezmiernie powoli, dyskretnie ociera czoło.

– Musimy odwołać Bulińską – oświadcza ojciec. – Organizujemy referendum. Zbieramy głosy.

– Jak odwołacie, to będą musiały być wybory – mówi Justyna.

– No to będą – odpowiada.

– Będzie pan startował? – pyta.

– Ja chcę ją tylko odwołać. Wywieźć ją na taczce gnoju – odpowiada mój ojciec.

– Zrobię kawy – mówi Agata, wstaje, idzie do kuchni. Cienie zagęszczają się. Ojciec przez chwilę patrzy w górę, na wyłączone górne światło.

– Trzeba ją odwołać, bo to bandycka ziemia – stwierdza po chwili i rzuca w stronę kuchni: – Dla mnie czarną.

– Co dokładnie się dzieje? – pytam.

– No jak to, co się dzieje? – prycha. – Jak to, co się dzieje?!

Grzesiek wraca z kuchni z dwoma piwami. Siada przy stole, otwiera jedno, daje mi drugie. Za nim wchodzi Agata, wnosi tackę z kawami, stawia ją na stole.

– Pokażę ci, jak będziesz chciał. Ludzie są biedni. Nie mają co żreć. Nie mają roboty. Albo mają złą robotę. Albo są okradani. A ktoś się bogaci. Bogaci się na przestępstwie – opowiada.

– Mówiłem ci. – Grzesiek się śmieje. – Kuroń. Albo i Lenin.

– Bandyci się bogacą – mówi ojciec.

– Bandyci? Tacy jak Maciuś? – Próbuję za nim nadążyć. Gdy mówi o bandytach i okradanych biednych ludziach, nie patrzy na nikogo, ale wpatruje się gdzieś w powietrze za moją głową.

– Maciuś to już wziął swoje i uciekł. Bandyci tacy jak Kalt – odpowiada. Nigdy nie mówi po to, aby komuś coś wytłumaczyć.

– Kto to Kalt? – pytam. Nikt mi nie odpowiada. Momentalnie robię się zmęczony. Mam wrażenie, jakby ojciec i Grzesiek odpytywali mnie z tych wszystkich zyborskich postaci, które mam niby święty obowiązek pamiętać.

– Raczej wziął cudze i dlatego go nie ma. – Grzesiek znowu się śmieje. Już wypił swoje piwo. Wstaje, jeszcze raz idzie do kuchni, chyba po następne.

Nagle ojciec spogląda na mnie. Jego oczy robią się mniejsze, jeszcze zimniejsze. Gdy na mnie patrzy, drut w moich plecach skręca się w supeł.

– Więc komu wynajęliście to mieszkanie? – pyta.

 

– Hiszpanom – odpowiadam.

– Nie Hiszpanom, tylko Portugalczykom – poprawia Justyna.

– Pracują dla Biedronki, chyba – dodaję. – Potrzebowali na trzy miesiące. To mają.

– A ty nie chciałaś szukać pracy? Przecież znalazłabyś coś? – pyta się Justyny.

– W Warszawie nie ma pracy. Nie dla mnie. Nie od zaraz – odpowiada Justyna.

– Młoda wciąż jesteś i niegłupia, Justyna, więc co? Tyle rzeczy mogłabyś robić – stwierdza mój ojciec.

– Co innego mogłabym robić? – W głosie Justyny jest autentyczna ciekawość.

– Twoja sprawa. – Ojciec wzrusza ramionami. Odwraca się w stronę Joasi, patrzy na nią bez słowa, ona od tego patrzenia się garbi, nabiera na widelec trochę kurczaka, wkłada sobie do ust.

– To nie jest tak, że ja was tu nie chcę. Że ja mam jakiś problem, sam przecież powiedziałem, przyjeżdżajcie. Ale po prostu chcę wiedzieć, co planujecie – mówi mój ojciec.

Justyna zaciska szczękę tak, że słyszę lekki zgrzyt zębów, wypuszcza powietrze, podnosi głowę i uśmiecha się do mojego ojca tak naturalnie, jakby ktoś wsadził jej drut w usta.

– Ma pan prawo wiedzieć, w końcu to pański dom – mówi Justyna.

– Jaki pan, Justyna? Mów tato – informuje mój ojciec.

Justyna odpowiada paroma słowami, których nie da się zrozumieć.

– A ty? – Ojciec patrzy na mnie.

– Co ja?

– Co ty planujesz?

Odkładam widelec. Przestałem być głodny. Zaczyna się.

– W jakim sensie? – pytam.

– Z czego teraz żyjesz? – odpowiada.

– Z drobnych fuch. – Chrząkam.

– Tę książkę napisałeś o tej Beacie Kozidrak? – Grzesiek się śmieje.

– Maryli Rodowicz – poprawiam go.

– Fajna babka? Mi się wydaje, że to fajna babka. Trochę Hogata, ale w porządku.

– Nie wiem. Nie poznałem jej. – Kręcę głową.

– To tak jak Jasiek. Kosi trawniki warszawiakom i myje auta nad Szuwarkiem. W lecie zarobił trzy tysiące. – Ojciec dumnym, aprobującym ruchem głowy wskazuje mojego trzynastoletniego przyrodniego brata jako przykład. Ten się pochyla, jakby chciał schować się pod stół.

– No to gratulacje – odpowiadam.

– Komu gratulujesz? Sobie czy jemu? – pyta mój ojciec.

– Nie rozumiem.

– Żyjesz z drobnych fuch. Jak Jasiek. Ile Jasiek ma lat? – Ojciec pokazuje widelcem Jaśka.

– Przestań – mówi Agata.

– Nie, nie przestań. – Ojciec kręci głową. – Jasiek ma trzynaście lat. Gratulujesz sobie czy jemu? – pyta jeszcze raz.

– Daj mi spokój – mówię cicho.

Zaczynam się pocić, na zimno, pot spływa mi z karku w dół pleców. Uspokajam się, powtarzając sobie w myślach, że przecież wiedziałem, że tak będzie. Zbieram ręką włosy, związuję je gumką w rachityczny kucyk. Powinienem je ściąć. Może ojciec częściowo ma rację. Wyglądam jak zużyty, stary chłopiec.

– Więc mówisz, że za trzy miesiące wyprowadzają się ci Hiszpanie – odzywa się mój ojciec.

– Portugalczycy – poprawia go Justyna.

– I co chcesz zrobić za trzy miesiące? – pyta.

Patrzę na Grześka, który obserwuje to wszystko z wyraźnym rozbawieniem.

– Za trzy miesiące nas już tu nie będzie – odpowiadam.

– A gdzie będziesz? Na dworcu? – pyta mój ojciec.

– Możemy pojechać już dzisiaj – informuję.

Patrzę tylko na ojca. Ma te same oczy co zawsze. Czytałem gdzieś, że gałka oczna to jedyna część ciała, która przez całe życie człowieka jest taka sama, nie rośnie ani się nie kurczy. Nie starzeje się. Oczy ojca to małe, brudne bryłki lodu, zakroplone gniewem wymieszanym z czymś, co na początku, jeśli się go nie zna, można uznać za tępotę.

– Może już przestańcie – mówi Agata.

– Po prostu chcę z nim porozmawiać. To mój syn. – Ojciec pokazuje na mnie.

– No nie wiem. Może pierwszego dnia dałbyś mu spokój. Nie dowalał mu przy jego własnej żonie. – Agata pokazuje na Justynę. Mówi matowym, na wpół uśpionym głosem.

Niech spierdala. Nie potrzebuję jej wstawiennictwa.

– Po prostu popatrz na siebie – mówi mój ojciec, pokazuje na moje włosy, moją koszulę, moje spodnie. – Popatrz na siebie i się zastanów. Ja chcę ci pomóc.

– Nie potrzebuję – syczę przez zaciśnięte gardło.

– Musisz się ogarnąć, Mikołaj. To ostatni moment. Masz trzydzieści dwa lata, trzydzieści trzy – mówi mój ojciec.

On w wieku trzydziestu trzech lat srał pod siebie, schlany, na brudnym tapczanie w piwnicy, bo matka zabraniała mu wchodzić w takim stanie do domu. I chcę mu to powiedzieć, ale jakoś wypada mi z ust coś zupełnie innego, pytam go po prostu:

– Co ci do tego?

– No, od dzisiaj coś mi do tego. – Splata ręce na klatce piersiowej.

– Dobra, kurwa, już się uspokój. – Grzesiek znowu wstaje i idzie do kuchni.

– Nie mówię do ciebie. Mówię do niego. Z tobą porozmawiam kiedy indziej – rzuca w jego stronę ojciec.

– Wracamy. – Wstaję z krzesła, odsuwając je tak gwałtownie, że o mało co się nie przewraca. Serce bije mi tak, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz przez mostek. Spadamy. Tyle dobrego. Nawet do kanałów. Przecież wiedziałem, że tak się stanie. Przecież to było oczywiste.

Justyna udaje spokój. Patrzy to na mnie, to na ojca. Brała to pod uwagę. Mam mądrą żonę.

– Mówiłem, mi nie przeszkadzacie – mówi ojciec.

Agata też wstaje.

– Wracamy. Justyna, chodź. Jedziemy stąd. – Mam głos, jakbym dostał cios pięścią w krtań, połknął papier ścierny.

– Może się uspokójmy. Może się wszyscy uspokójmy, co? Już żeśmy zrobili wstęp, wywalili i można... – zaczyna mówić, ale nagle słychać pukanie do drzwi wejściowych. Gwałtowne i szybkie, i głośne. Agata spogląda to na nas, to na drzwi.

– Czekasz na kogoś? – pyta ojca Agata, stojąc w korytarzu.

Jeszcze raz pukanie, gwałtowne.

– Przecież mamy dzwonek – odpowiada ojciec i w końcu odwraca się do drzwi. Gdy wstaje z krzesła, w pokoju coś się przesuwa, robi się małe zawirowanie, cienie na moment zamieniają się miejscami.

Janek odsuwa krzesło, wstaje, Joasia też chce wstać, odsuwa od siebie talerz, z którego zniknęło bardzo niewiele.

– Ty będziesz siedzieć, aż zjesz – mówi mój ojciec. Joasia wzdycha i wsadza z powrotem widelec w rozpaćkane ziemniaki.

– Czego tak wali? – pyta ojciec i podchodzi do drzwi.

– Siadaj, Mikołaj. Weź usiądź, no. Spokojnie – zwraca się do mnie Agata. W końcu siadam. Dotykam pleców Justyny, wsuwam rękę pod koszulkę i sweter. Są mokre i zimne jak mój kark.

– Przepraszam – mówię do niej. Kręci głową na znak, że nie ma za co.

Grzesiek wraca z kuchni. Trzyma w ręku butelkę wódki i dwa kieliszki. Siada.

Ojciec pozwala jeszcze raz zapukać komuś, kto stoi za drzwiami, po czym je otwiera. Za drzwiami stoi kobieta, której nie poznaję. Ma około pięćdziesięciu lat, ufarbowane blond włosy, sięgające szyi, długi płaszcz, ostry makijaż; widzę, jak się trzęsie, trzyma się drewnianej poręczy, na widok mojego ojca cofa się o krok, ale mój ojciec robi jej miejsce, daje jej znać ręką, by weszła do środka. Agata wybiega z kuchni i doskakuje do kobiety, zaczyna ściągać jej płaszcz.

– Nie, poradzę sobie – mówi kobieta. – Poradzę sobie, Agatko.

Justyna patrzy na nią uważnie i wstaje gwałtownie, jakby dalsze siedzenie groziło jej ciężkim urazem. Wychodzi do przedpokoju.

– Dzień dobry – mówi do kobiety.

– Mamy dzwonek, Ewa. – Przypomina mój ojciec.

– Macie, ale coś wam nie działa – odpowiada kobieta.

– To moja synowa. – Mój ojciec wskazuje Justynę ruchem ręki.

Kobieta w ogóle nie zwraca na nią uwagi. Jest roztrzęsiona. Jeszcze przed chwilą płakała, i to płakała długo. Ma napuchnięte oczy, otoczone galaktyką czarnych plamek tuszu do rzęs; twarz pokrytą sztywną skorupą pudrów i podkładów. Ta skorupa pęka pod wpływem czegoś, co musiało wydarzyć się dosłownie przed chwilą.

– To może ja zrobię kawy? – proponuje Justyna.

– Siedź spokojnie – odpowiada Agata.

– Ja też muszę usiąść – mówi kobieta.

Agata prowadzi kobietę powoli do krzesła przy stole. Ta kobieta z każdym krokiem ciężko wzdycha i dopiero teraz ją rozpoznaję, ostatni raz widziałem ją jakieś dziesięć lat temu. Przez ten czas bardzo przytyła, zgarbiła się, przygięło ją do ziemi. Czuć, że jest chora, nie wiadomo na co, ale jest; czuć to po zapachu, kwaśnym i lekko mdlącym, który przebija spod setek kremów, które w siebie wklepała. Jest obwieszona złotymi łańcuszkami, wciśnięta w pastelowy żakiet i koszulę z falbanami wygląda, jakby właśnie wracała z wesela.

– Siadaj – mówi Agata i wychodzi jeszcze na chwilę do kuchni.

Kobieta wykonuje jej polecenie, następnie nachyla się do mnie przez stół.

– Dzień dobry, Mikołaju.

Kiwam głową.

– Dzień dobry, pani Ewo – odpowiadam.

Bernatowa uspokaja się, wypuszcza powietrze z płuc.

– Ja już o wszystkim słyszałam. Słyszałam, że wy znowu w Zyborku. To dobrze. Ktoś tu musi żyć. Nie mogą wszyscy tylko wyjeżdżać – mówi kobieta.

Mój ojciec wraca i staje nad nią, sonduje ją wzrokiem. Grzesiek podsuwa w moją stronę kieliszek. Nie oponuję.

– A wy co? – pyta pani Bernat, wycierając sobie oczy serwetką.

– A ty co? Uspokoiłaś się? – pyta ją mój ojciec.

Agata po paru chwilach wraca z tacką kawy. Stawia ją na stole. Bernatowa znowu wybucha płaczem, jakby czekała na to, aż będzie mieć trochę więcej publiczności.

– No już, nie róbcie takiej afery. – Widać teraz, że jest jej wstyd. Że gdy przybiegła tutaj i waliła w drzwi, to jeszcze nie myślała o tym, co robi. Pamiętam, jak złapała Grześka za ucho i tak trzymając go, podniosła, bo przygwoździł motyką jej syna do ściany.

– Ty robisz aferę, Ewka. – Ojciec siada z powrotem na swoim miejscu, upija łyk kawy.

Joaśka patrzy na to wszystko z coraz większą ciekawością, już zupełnie ignorując niedojedzony obiad, a wtedy mój ojciec mówi do niej:

– Idź na górę.

Wzdycha z ulgą. Bernatowa odprowadza ją wzrokiem, czeka, aż odgłos kroków zniknie na górze, i zaczyna mówić:

– Ona przyszła do mnie dzisiaj – gdy wypowiada słowa, coś zgniata jej twarz od środka. Agata siada obok, kładzie jej rękę na ramieniu, Bernatowa nawet tego nie zauważa.

– Przyszła do mnie dzisiaj, bladź jedna, przyczołgała się, pies jej mordę lizał – ciągnie Bernatowa.

– Kto przyszedł? – pyta mój ojciec.

– Przecież wiesz kto – mówi Agata. Ojciec drapie się po głowie.

Kawa jest rozpuszczalna, gorzka i słaba. Czuję, jak na drucie w moim kręgosłupie wyrastają kolce. Kieliszek, który podsunął mi Grzesiek, mówi do mnie „cześć”. Biorę go do ręki i też mówię mu „cześć”. Ma logo wyborowej i ślady proszku do zmywarki.

Justyna wpatruje się w Bernatową w pełnym skupieniu, każde słowo tej kobiety totalnie ją angażuje, wszystko inne przestaje dla niej istnieć. Jak zawsze, gdy ktoś zaczyna opowiadać coś, czego wcześniej nie słyszała.

– Przyszła, przyszła, i już przez okno widzę, że to ona, widzę, jak podchodzi do drzwi, i mówię, czego ona chce, kurwa jedna, bździągwa, i myślę, pogodzić się przyszłaś, pogodzić się przyszłaś, szmato, zgody szukasz, dzwoni do drzwi i mówię, nie otworzę jej, nie otworzę jej, jak Boga kocham, siedziałam na górze i tylko myślałam, od razu musiałam jakieś leki na uspokojenie wziąć, żeby jej młotkiem nie utłuc. Ale w końcu podeszłam do drzwi.

– Bezczelna – przytakuje jej Agata, zapewne po to, aby Bernatowa mogła wziąć oddech.

– Otworzyłam jej drzwi – mówi dalej – otworzyłam jej i od razu widzę, że coś jest nie tak, że ona zawsze wypindrzona, cyc na wierzchu, a tutaj stoi byle jaka, szary sweter, nieumalowana, głowa w dół, buty brudne, trampki jakieś, otwieram te drzwi, a ona nawet na mnie nie patrzy, tylko buty sobie ogląda, no to myślę, kajać się żeś przyszła, jęczeć, mówię, cholero, męża mi zabrałaś i jeszcze przychodzisz mi tu się wypłakiwać, być może dla jeszcze młodszej cię pogonił, bo trzydzieści dwa czy ile ty tam masz to już nie taka młodość, może poszedł i dwudziestkę sobie znalazł, i myślę, i dobrze ci tak, łajzo, widzisz, jak to jest, po cudze wyciągnąć rękę, zaufać w oszustwie, myśleć, że można być szczęśliwym za ukradzione.

Wybucha płaczem.

Widzę, jak ojciec zaciska na chwilę dłoń w pięść, by gwałtownie ją rozprostować. Jest poirytowany. Mój ojciec nienawidzi cudzych emocji, chociaż doskonale umie je wywoływać. Ledwo znosi swoje własne. Ten drut, który jest w moim kręgosłupie – ktoś porusza nim w górę i w dół, rozrywając tkankę, wydłubując szpik. Zaraz pęknę z bólu. Nikt nie potrafi tak mnie wykończyć. Nikt nie potrafi doprowadzić mnie do takiego szału. Nikt nie ma takiej sklerozy jak ja. Nikt nie jest takim idiotą. Pokazuję Grześkowi kieliszek. Macha ręką, abym mu go podał.

 

– Naprawdę pani współczuję – odzywa się Justyna. – To musi być okropne.

– Drogie dziecko – mówi Bernatowa – to w ogóle nie o to chodzi. To w ogóle nie o to chodzi. Czy mogę wejść, ona się pyta – mówi dalej. – Czy mogę wejść? A ja jej pytam, a po co? Po co ty chcesz wejść do mnie do domu? Jaki masz w tym interes? Po co tu przyszłaś? Stoję i się pilnuję, żeby jej nie uderzyć, żeby jej nic nie zrobić, nie zepchnąć jej z tych schodów. A ona mówi, zupełnie znikąd, czy pani wie może, gdzie jest Filip. Ja nic nie powiedziałam. Mnie się biało przed oczyma zrobiło. A ona mówi jeszcze raz, jak jest w domu, to ja nie chcę się z nim widzieć, ja wszystko rozumiem, że on do domu wrócił, do pani wrócił, mówi do mnie. Ja chcę tylko wiedzieć, że nic mu nie jest, i już się więcej nie pojawię, mówi. O czym ty mówisz, pytam ją. O co ci w ogóle chodzi? Ale już wiem, o co jej chodzi, tylko czuję się, jakby mnie coś uderzyło w głowę, mocno. Ja mówię, wejdź. Wejdź, wpuściłam ją.

Grzesiek przytrzymuje kieliszek, słucha tego, co mówi Bernatowa. Zaraz eksplodują mi wszystkie kręgi. Wstaję, syczę, siadam z powrotem, nikt nie zwraca na to uwagi. Cienie podrygują w pokoju jak ćpuny na wiejskiej dyskotece.

– Dwa tygodnie temu zniknął, mówi ona, miał pojechać do Olsztyna jakiś dopiąć interes, powiedział, że autobusem pojedzie i wróci, bo przy wódce będzie dobijał targu, więc nie będzie pijany wracał. Ale w końcu powiedział, że auto weźmie, mówi ona. Rano wyszedł, jak jeszcze spałam, mówi. Dwa tygodnie temu to było i dalej go nie ma. Jak to nie ma, pytam jej jeszcze raz. Nie ma, mówi ona, telefonu nie odbiera, mówi ona, nikt nic nie wie, mówi ona, nie wiem, z kim on ten interes pojechał załatwiać, mówi, weszłam na konto, miałam upoważnienie, mówi, nic na koncie, zero ruchu, żadnych pieniędzy nie wybrał, nic. Czy nikt w takim razie go nie szukał, pyta mnie, a ja mówię, kto miał go szukać, jak on rok bezpłatnego urlopu wziął w zakładzie, Kulszowskiego pełniącym obowiązki zrobił. Czy ja wiem, z kim on mógł ten interes załatwić, pyta mnie, a skąd ja mogę wiedzieć, mówię jej, że on cię dyma, pokrako, w każdy weekend, to ja nie wiedziałam, a co ja mogę wiedzieć. To już nie jest mój mąż, mówię. To jest pani mąż, ona mówi, i w takim razie to pani musi zaginięcie zgłosić na policję. Jakie zaginięcie, na jaką policję, pytam, a ona mówi, nie ma go tutaj, nie ma go u mnie, to on gdzie może być, mówi? Gdzie on może być? Uciekł od ciebie, mówię. Od ciebie też uciekł, łajzo, mówię do niej, a gdzie on jest teraz, co mi do tego. A ona mówi, tyle do tego, że auto się okazało, że stoi w centrum Zyborka, tutaj, że z policji zadzwonili, że stoi od dwóch tygodni niedaleko rynku, więc ja wzięłam kluczyki i pojechałam, mówi, otworzyłam, a tam portfel jego, dokumenty, pieniądze, wszystko, telefon wyłączony. Wszystko, mówi mi, pani Ewo, wszystko było w tym samochodzie. Tylko jego nie było.

Bernatowa już nie wydaje żadnych dźwięków, tylko bezgłośnie się trzęsie. Przyciska dłonie do twarzy. Wszyscy milczą. Grzesiek w końcu przypomina sobie o mnie, bierze butelkę, znowu polewa. Ojciec patrzy na to z miną, jakby połknął gówno, ale nic nie mówi.

Słyszę, jak pies ojca zaczyna szczekać. Wiem, że zaraz zaczną szczekać wszystkie.

– Co ty w ogóle, Ewka, opowiadasz? – pyta mój ojciec. Ma szeroko otwarte oczy. Ostatni raz widziałem go z tym wyrazem twarzy, gdy Kwaśniewski wygrał wybory w dziewięćdziesiątym piątym. Przy kolejnym kieliszku drut w kręgosłupie momentalnie zamienia się w miękką gumową linkę. Wypuszczam sporo powietrza, wyobrażam sobie, że to powietrze ma kolor, że jest szare jak pył z otwartego odkurzacza. Ulga jest potężna. Ciało robi się miękkie jak chleb. Cienie na chwilę się zatrzymują. Wszystkie psy szczekają.

– To była pani w końcu na tej policji? – pyta Justyna.

– Teraz chcę jechać, sama nie dam rady – odpowiada Bernatowa. – Po to przyszłam, aby ktoś pojechał. Bo ja nie dam rady.

– Ja mogę z panią pojechać – mówi Justyna. – To żaden problem.

– Justynka, spokojnie. Spokojnie – odzywa się Agata.

– No to zbieraj się, Ewka. – Decyduje mój ojciec.

– Jeszcze jeden? – pyta Grzesiek. Kiwam głową.

Bernatowa zabiera dłonie z twarzy. Wygląda, jakby gotowała się od środka. Powoli podnosi się z krzesła.

Nagle traci równowagę, łapie ojca za bark.

– Czemuś ty od razu nie pojechała? – powtarza mój ojciec, bierze ją za rękę i prowadzi w stronę korytarza.

Wypijam jeszcze kieliszek. Jest lepiej. Kręgosłup odpuszcza, staje się z powrotem zwykłą kością. Już dobrze. Już okej. Lepiej, że to stało się teraz niż za tydzień lub dwa. Może jakoś damy radę. Może ojciec powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia.

– I co, interesuje cię to? Ciekawe to jest? – pyta mnie Grzesiek. Polewa po trzecim.

Kręcę głową. Nie wiem, o co mu chodzi.

Mój ojciec wkłada Bernatowej płaszcz. Ta próbuje wsadzić bezwładne ręce w rękawy, udaje jej się dopiero po chwili.

– Na ryby mieliśmy rano jechać! – krzyczy do ojca Grzesiek.

– Jak się obudzisz. – Ojciec wzrusza ramionami.

– Trzymaj się, Ewa! – krzyczy Agata w stronę korytarza, gdy ojciec otwiera drzwi i puszcza Bernatową przodem, ale nikt jej nie odpowiada.

– Ciekawe to jest? Interesujące? Podoba ci się? W Warszawie są takie historie? Wchodzą ci do domów? – pyta Grzesiek.

– W Warszawie inne rzeczy wchodzą ci do domów – mówię. Wypijam trzeci.

O Jezus. Jak dobrze.

– Tutaj wszystkie domy to jeden dom – odpowiada i dopiero teraz widzę, że w ciągu paru ostatnich minut zdążył kompletnie się schlać.