Wzgórze psów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wzgórze psów
Wzgórze psów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,80  61,44 
Wzgórze psów
Audio
Wzgórze psów
Audiobook
Czyta Jakub Wieczorek
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I wtedy rozumiem, że muszę zatrzymać ją przy sobie, że mam na to dosłownie kilka sekund, zanim Daria zupełnie zapadnie się w myślach o Aśce, zanim będzie zadowolona, że jednak zachowała się w porządku w stosunku do swojej super najlepszej koleżanki; oczywiście, potrzebuje jeszcze chwili, aby do tego dojść, ale ta chwila okaże się bardzo krótka.

(Czuję, jak okropnie i boleśnie mi stoi).

I rozumiem też, że jeszcze kilkanaście minut temu jej nie było (białej i ciepłej), ale teraz jest i z nią jest mi dużo lepiej niż przedtem, a gdy znowu jej zabraknie, wtedy będzie gorzej, dużo gorzej niż przedtem. Będzie gorzej już jutro rano. Jeszcze gorzej będzie w poniedziałek na szkolnym korytarzu. Jeśli teraz zniknie, wtedy będzie wszędzie tam, gdzie ja, jak w tej potwornej piosence z radia w samochodzie mojego ojca, będzie we wszystkim, o czym będę myślał, a tak naprawdę nie będzie jej wcale. Rozumiem, że spędzę miesiące na wymyślaniu setek innych scenariuszy o mnie i o Darii, podkładając pod te scenariusze wszystkie piosenki Smashing Pumpkins i Cocteau Twins, i to wymyślanie, to zastanawianie się będzie jak trawienie papieru ściernego.

– Daria – mówię cicho, a ona odwraca głowę, zdziwiona, jakbym przypomniał jej, jak naprawdę ma na imię. – Wiesz co, ja zawsze się w tobie kochałem – mówię, kładę dłoń na jej plecach i czuję, jak lekko sztywnieje.

I wtedy tuż zza drzew, zza napisu PSYCHOZA, słychać wrzask, krótki i głośny, rwany, jak gdyby ktoś zaledwie na chwilę włączył radio, które nadaje wrzask nieprzerwanie przez całą dobę; ten krótki wrzask wybucha tuż przed nami na moment, by wybuchnąć jeszcze raz i jeszcze raz, uformować się w słowa:

– Przestań, Kafel, przestań, kurwa! – krzyczy dziewczyna Kafla.

– Złożę cię w ofierze, kurwo jebana. Złożę cię w ofierze. – Kafel ciągnie po ziemi swoją dziewczynę za włosy i rzuca ją tuż obok Psychozy. W swoim bazarowym uniformie wygląda jak przebrany za człowieka, oszalały jaskiniowiec. Ma naddarty rękaw od flyersa, który na dziedzińcu zamku był jeszcze cały. Kafel dyszy. Jest naćpany po uszy. W kącikach ust ma małe, jasne kreski piany. Są dużo bielsze niż jego zęby. – Kurwo, w ofierze cię złożę za to wszystko. Zobaczysz. Wytnę ci serce – charczy, a trochę piany z ust pada na twarz dziewczyny, która kuli się pod jego nogami.

Kafel jeszcze nas nie widzi, ale ja widzę go całkiem wyraźnie i bardzo się go boję. Wyświetla się przede mną jak film. Myślę o tym, że strach ma swój smak, to smak rdzy, starej krwi, kiedy Daria łapie mnie znowu za rękę. Chcę powiedzieć, abyśmy stąd poszli. Wstaję, przyciągam ją do siebie, a wtedy Kafel odwraca się w naszym kierunku i patrzy na nas wzrokiem kogoś, kogo przed chwilą cholernie mocno uderzono w głowę.

– Czego, kurwa?! – krzyczy. Jego dziewczyna płacze, pociąga nosem. Kafel sięga do kieszeni spodni i coś wyjmuje. Nóż motylkowy błyska w ciemności jak mały flesz.

Przyciskam do siebie Darię, która jest jeszcze cieplejsza i cała mocno drży.

– Czego, kurwa, brudasie? – pyta mnie Kafel.

Nie odpowiadam.

– Włożyć ci kosę? – pyta, jakby proponował mi łyk piwa.

Podchodzi kilka kroków do przodu. Jego dziewczyna wstaje z ziemi. Trzyma się za głowę, lekko się chybocze, wygląda, jakby próbowała wstać na zwodowanej łódce.

– Włożyć ci kosę, brudasie? – powtarza Kafel.

Zastanawiam się, czy Kafel chce teraz komuś udowodnić, że zdoła kogoś pociąć. Nóż znowu błyska w ciemności, jakby puszczał do mnie oko.

– Nic – odpowiadam po chwili.

– Nic. – Kafel kiwa głową i dodaje: – Złożę cię w ofierze, kurwa, Szatanowi. Ciebie też. Złożę was wszystkich.

Daria chyba zaczyna płakać. Chyba, bo w miejscu, gdzie wciska twarz, oprócz ciepła czuję też coś mokrego.

– Obetnę jej cipę. Spalę jej mordę. – Pokazuje na Darię.

Ze strachu zaczyna boleć mnie całe ciało.

– Daj nam spokój, idziemy stąd – mówię, a właściwie mówi to ktoś inny, ktoś, kogo kiedyś połknąłem i o kim dawno zapomniałem.

Jestem przygotowany na to, że zaraz będzie po wszystkim, że zostaniemy zapamiętani jako pierwsze ofiary rozszalałego Kafla, który gdy już nas potnie, wróci na zamek, wmiesza się w stojący pod Bramą tłum i będzie tak ciął, i krzyczał, i się pienił, aż w końcu wytnie pół Zyborka, wywrzeszczy wszystkie swoje bluzgi i klątwy, i w końcu zastrzeli go oddział przysłanej z Olsztyna policji.

I wtedy za nami słychać głos, kolejny głos, który mógłbym przypisać nawet do jakiejś twarzy:

– Kafel, kurwa! Gdzie polazłeś?

– Tutaj! Uspokójcie go! Uspokójcie go, bo odpierdala! Porczyk! Porczyk, chodź tu, uspokój go! – krzyczy dziewczyna Kafla, a ja wtedy chwytam Darię za rękę, mocno, śliską od potu, zimną rękę, i idziemy razem w mrok, przez park, przed siebie, szybko, bardzo, Daria się potyka, ale zaraz odzyskuje równowagę; w ostatniej chwili mijamy kolejne drzewa i w końcu wychodzimy na ulicę nieopodal opuszczonego kościoła ewangelickiego, niedaleko rynku.

– Wszystko w porządku – mówię do Darii.

Jesteśmy obok drugiego zyborskiego miejsca spotkań, czyli Jeziorka w parku. Wciąż możemy tam iść, usiąść na ławce, zacząć się znowu całować. Patrzę na nią. Oddychamy wciąż ciężko, szybko. Ona na mnie patrzy, ale już się nie uśmiecha; patrzy na mnie, jakby żądała jakiejś odpowiedzi.

– Odprowadzę cię do domu – odzywam się do niej, a ona przyciska się do mnie jeszcze mocniej.

– Nie chcę iść do domu – szepcze.

– Okej – odpowiadam.

– Chodźmy gdziekolwiek – dodaje.

– Okej – mówię. Byłem wtedy szczęśliwy. Wszystko robi się zamglone, pożółkłe jak oglądane przez szybę, głuche, zamazane, ale mimo to niepodważalnie istniejące.

Zdanie z tej piosenki, którą wszyscy znamy – „Samochód wchodzi w zakręt pomimo wyłączonych świateł” – pulsuje mi z tyłu głowy.

– Tam, na ławce, żartowałeś czy nie? – pyta Daria, a w jej pytaniu jest pewien rodzaj stanowczości, z którą mam do czynienia pierwszy raz w życiu.

Czuję się w samym środku życia i w samym środku snu jednocześnie.

W ciągu następnych lat będę brał mnóstwo narkotyków wyłącznie po to, aby to uczucie odzyskać, chociaż na chwilę.

Zamykam oczy, na ustach mam mydło, mleko, sól, rdzę.

Mikołaj / Przednie wejście

W moich wspomnieniach mama jest przed czterdziestką.

Gdy odeszła, była starsza. Gdy odchodziła, wyglądała na jeszcze starszą, niż była. Ale w mojej pamięci wygląda zdrowo, ma błyszczącą skórę, skarży się, że przytyła. To fakt, mama robi się coraz większa. Ale ani ja, ani Grzesiek jej tego nie mówimy. Długie ciemnoblond włosy spina w okrągły kok. Nosi kolorowe ubrania, często brzydkie i z bazaru, lubi podrabiane indyjskie chusty i lejące się spódnice. W konsekwencji wygląda jak spłowiała tęcza. Nic do niczego nie pasuje, a ona jeszcze wzmacnia ten efekt setkami łańcuszków, korali, pierścionków. Nie lubi opowiadać dowcipów i nie lubi, gdy ktoś je opowiada. Na wideo ma nagrane odcinki Hotelu Zacisze i Kabaretu Olgi Lipińskiej, ogląda je i wtedy śmieje się do rozpuku. Czasami płacze, ale zawsze wtedy się odwraca.

Mój ojciec często drze mordę. Wtedy moja mama mówi do niego cicho, tak aby wyłącznie on to usłyszał. Ojciec wtedy nic nie odpowiada. Przez chwilę na nią patrzy. Potem zaczyna znowu wrzeszczeć, wrzeszczy minutę, dwie, trzy, w końcu przestaje. Mama hipnotyzuje go jak kobra, jego gniew wchłania się w mamę, zatrzymuje się w niej. Ojciec pozbawiony gniewu wygląda dziwnie, jest trochę zdezorientowany, jak ten kulawy facet z dowcipu, który dostał garb w prezencie od upiora na cmentarzu.

Gdy mama wchłonie gniew ojca, przyjmie go w siebie, przez jakiś czas inaczej się porusza, chodzi wolniej. Czasami musi na chwilę usiąść. Stawia wtedy przed sobą herbatę i pije ją powoli małymi łykami, zanim dojdzie do połowy kubka, herbata jest już zupełnie zimna; ojciec hałasuje gdzieś w domu, w piwnicy, na strychu, stuka, wyrzuca, uderza, kopie; mama stara się go nie słyszeć, włącza Hotel Zacisze albo Kabaret Olgi Lipińskiej, zwiększa głośność.

Mama jest surowa i silna. Nigdy nie krzyczy, mówi, że duże psy nie szczekają. Nie pije alkoholu i nie pali papierosów, nienawidzi ich, czasami, gdy ojciec pali jednego za drugim, wychodzi z domu.

Mama jest higienistką w zyborskich szkołach, również w tej, do której chodzimy. Codziennie rano sprawdza naszą czystość. Patrzy nam do uszu i na paznokcie. Mówi, że brud to najgorszy wstyd. A potem robi to jeszcze raz w szkole, sprawdzając wszystkie dzieci.

Najgorsze są wieczory, gdy mama zamyka nas obu w pokoju Grześka. W drzwiach pokoju jest brązowa, wzorzysta, gruba szyba. Widać przez nią tylko światło albo ciemność. Ewentualnie sylwetkę kogoś, kto stoi za drzwiami. Ale dopiero wtedy, gdy ten ktoś stanie bezpośrednio przed nimi. Grzesiek chce wybiec, ale ja go trzymam za rękę, mocno, mówię, aby tego nie robił. Nic nie widać, ale wszystko słychać. Ojciec mówi głośno, mama nie mówi nic. Hałas, rumor, ojciec czymś rzuca, zabiję go, mówi Grzesiek, nikogo nie zabijesz, masz dziesięć lat, chwytam go za rękę i przyciskam siłą, aby został w pokoju. Mama sobie poradzi. Wiem to. Ufam jej.

Spocony i zdyszany Grzesiek wije się pode mną, jakby ktoś raził go prądem.

W nocy, gdy się przebudzę, mama będzie siedzieć przy włączonym telewizorze, cicho, nawet nie odwróci się w moją stronę, będzie pić herbatę małymi łykami i powie tylko, że wszystko jest w porządku i że mam iść do swojego pokoju. W całym domu będzie słodki i mdlący zapach zaszczanych pieluch, wymiocin, spirytusu.

Teraz dom mojego brata pachnie świeżą farbą.

– To Aleks i Bolek – mówi Grzesiek, patrząc na mnie, zauważając, że pociągam nosem, że czuję ten zapach.

Justyna patrzy na niego pytająco.

 

– Szczury. Szczury moich dzieciaków. Szczają we wszystkie wnęki, jak tylko wyjdą z klatek. No ale co, kochają te szczury. – Wzrusza ramionami.

Dom mojego brata wygląda, jakby rano odwiedziło go CBŚ. Plastikowe chińskie zabawki leżą porozrzucane po całej podłodze połączonego z kuchnią salonu, podrabiana konsola PlayStation z wejściem na kartridże tam, gdzie powinien być otwór na płytę CD, podrabiany tablet, który wygląda jak tablet, ale jedyne, co może robić, to wygrywać irytujące melodyjki, grzechotki, plastikowe i kolorowe akcesoria do gotowania, plastikowe patelnie, garnki i grabki, klocki i kolorowanki. Do tego ubrania, robocze i codzienne, uprane zmieszane razem z brudnymi, dziecięce z tymi dla dorosłych, letnie z zimowymi.

Nie jestem dobrym wujkiem. Nie umiałem bawić się z tymi dzieciakami, w ogóle nie umiem bawić się z dziećmi, denerwuje mnie, że nigdy nie wiadomo, co zrobią, co odpowiedzą. Nie zostałem ojcem chrzestnym starszego, Borysa, nawet chciałem, ale nie potrafiłem załatwić kościelnych formalności, na myśl o spowiedzi wszystko mnie paraliżowało. Nie wiem, czy Grzesiek ma mi to za złe. Ojciec na pewno.

W każdym razie to fajne dzieciaki. Z tego, co pamiętam, wyglądają jak dwa małe Grześki. Tak jak on kopią i popychają wszystko dookoła, jeszcze się z tego śmiejąc.

– Jakby kochały węże i tarantule, to miałbym węże i tarantule. Co zrobić? Będziesz miał swoje, to zobaczysz. Ręce byś sobie dla nich odrąbał – mówi, bezładnie chodząc wzdłuż i wszerz po całym bałaganie, jakby próbując go zaczarować samym chodzeniem.

W kuchni piętrzą się opakowania po mleku, płatkach, środkach czystości, chlebie, serze, oleju, wędlinach – wszystko wyjęte i rozłożone na drewnianym blacie, jakby mój brat właśnie rozmrażał lodówkę. Obok ustawionego w kącie pokoju telewizora leżą pryzmy filmów na DVD. Dużo westernów i sensacji z lat 80., Cobra, Rocky, Klatka, Commando, plus mnóstwo bajek. Kilka książek, Sergiusz Piasecki, Henryk Sienkiewicz, biografia Guns N’Roses. „Guns N’Roses to była banda kmiotów – myślę – ale kiedyś bardzo nam imponowali i zastanawialiśmy się, co by było, gdyby nagle przyjechali do Zyborka. Czy ktoś by ich rozpoznał, czy po prostu dostaliby wpierdol, na przykład od Maciusia i jego kolegów”.

– Ładny blat – mówi Justyna. – Sam go wycinałeś?

– Wszystko robiłem sam. – Grzesiek się uśmiecha. – Wybudowałem to sam.

– A kto projektował? – pyta.

– Projektował... no ja. – Wzrusza ramionami. – Jak zobaczyłem, co ten architekt nabazgrolił, to palnąłem go w kaszkiet i narysowałem sobie sam.

– Sam? – pyta trochę kpiąco, trochę podejrzliwie Justyna.

– Są rzeczy, które może robić każdy, gdy tylko trochę się skupi – odpowiada Grzesiek.

Pomiędzy rzeczami i zabawkami na podłodze leżało oprawione zdjęcie moje, Grześka i mamy. Mama wygląda mniej więcej tak, jak ją pamiętam, tylko jej włosy są – wyjątkowo – rozpuszczone. Grzesiek uśmiecha się, jest szczerbaty, ma na sobie koszulkę z Batmanem. Ja patrzę gdzieś w bok, nie wiem do końca na co, mam półotwarte usta i wyglądam jak cofnięty w rozwoju. Mama patrzy w obiektyw bez słowa. Uśmiecha się, ale wiem, że była wtedy smutna.

– Dzieciaki musiały zrzucić – mówi Grzesiek, gdy widzi, że trzymam je w ręku. – Noż kurwa, do świąt tego nie posprzątam.

Justyna pije wodę i pali papierosa, strzepując popiół do postawionego na krześle słoika. Słoik jest pełen popiołu i niedopałków.

Przez duże szklane okno werandy widzę, jak pod bramą zatrzymuje się samochód ojca. Niebieski pickup Nissana z 1986 roku, 4x4. Kupił go niedawno, ale nie pamiętam kiedy. Za nim parkuje jeszcze jedno, równie spore, zielone auto.

– Przyjechał generał. – Grzesiek się uśmiecha.

– Musi dużo palić – mówię, aby powiedzieć cokolwiek na temat samochodu.

– Jak F-16 – odpowiada Grzesiek.

Szyby samochodu są przyciemniane. Przez dłuższą chwilę nikt z niego nie wychodzi. Oba auta wyglądają, jakby przyjechały tu same.

W mojej pamięci moja mama najczęściej nie ma wyrazu twarzy. To, co naprawdę czuje, widać tylko w jej oczach. Pamiętam, jak ojciec siedzi przy stole zastawionym na jakieś trzydzieści parę osób. Na blacie mnóstwo pustych butelek, brudnych talerzy, półmisków, brytfanek, tortownic i salaterek. To chyba Wielkanoc albo bierzmowanie Grześka.

Pamiętam, jak ojciec śpi, siedząc, i jedynie coś nim delikatnie porusza w przód i w tył, jakby ktoś, stojąc za nim, lekko napierał biodrami na krzesło. Przy stole siedzi kilkanaście osób; wszyscy udają, że nie zwracają uwagi. Pamiętam, że ojciec w końcu wstaje, by zatrzymać się w bezruchu jak brzydka rzeźba, przez chwilę śpi na stojąco, a następnie pociąga za obrus, leżący pod tymi wszystkimi naczyniami, talerzami, półmiskami, brytfankami, tortownicami i salaterkami, pociąga za niego mocno i przewraca się razem z obrusem i tym, co na obrusie, na podłogę, robiąc nieprawdopodobny hałas, jak wybicie stu szyb naraz; szkło, naczynia i resztki jedzenia lądują na nim, obok niego, na całej powierzchni dywanu, wszyscy podnoszą się, odskakują, moja mama również, nie zmieniając wyrazu twarzy, a mój ojciec przykrywa się tym brudnym obrusem jak kołdrą i idzie spać wśród rozbitego szkła, plam po wsiąkniętej w dywan wódce, oranżadzie i kawie, resztek kaczki, kurczaka, sałatki, śladów tłustego sosu. Pamiętam, jak mama stoi nad nim i patrzy na niego przez krótką chwilę spojrzeniem, którym obrzuca się śpiących w tramwaju bezdomnych.

– Skurwysyn – syczy przez zęby moja matka i jest to jedyny raz, kiedy słyszę, że przeklina.

Ojciec będzie spał długo i twardo jak dziecko; po sześciu godzinach, gdy mama z pomocą dwóch ciotek w końcu posprząta i pozmywa, będzie spał dalej.

Odkładam zdjęcie z powrotem tam, gdzie było.

– Mnie też mógłbyś dać coś do picia – mówię do Grześka.

– Nalej sobie. – Pokazuje nieokreślony punkt na blacie w kuchni. Nieopodal punktu stoi prawie pusta butelka mineralnej.

W skrócie – wszystko skończyło się tak, że gdy już było wiadomo, że mama nie wyzdrowieje, ojciec przestał pić, sprzedał samochód i wstawił sobie zęby. Nie pije do dzisiaj.

– Kurwa, Aleks! – krzyczy mój brat i podskakuje w miejscu, gdy czarne, małe zwierzątko przebiega mu pod nogami.

Widzę, jak ojciec wysiada z samochodu i idzie w stronę wejścia do domu, rzucając okiem na mój samochód bez żadnego zdziwienia, jakby sprawdzał, czy nie mam przebitych opon. Z samochodu za nim wychodzi facet w kurtce moro. Rozmawiają przez chwilę. Facet słucha tego, co mówi mój ojciec, kiwa głową, podaje mu rękę. Trwają w tym geście przez dwie, trzy sekundy. W końcu facet wsiada do swojego samochodu i odjeżdża. Ojciec zostaje sam, idzie w kierunku furtki.

– To Braciak. Leśniczy. Rewolucjoniści, psia ich mać. – Mój brat się śmieje.

– Rewolucjoniści? – pytam.

– No rewolucjoniści zyborscy. Bernat był trzeci, tylko do kochanki spierdolił – mówi Grzesiek.

Sposób chodzenia ojca – idzie jak zwykle, lekko kołysząc barkami, powoli i uważnie, jakby próbował utrzymać równowagę na kolejowej szynie, ale też mocno, jakby każdym krokiem chciał coś rozdeptać. Ma skórzaną kurtkę, wojskowe spodnie, czarne trampki. Zawsze ubiera się w ten sposób. Na nosie okulary korekcyjne, które nosi od kilku lat. Jego ogolona na gładko czaszka wygląda jak wyciągnięty z rzeki, wygładzony przez wodę kamień. W ręku trzyma płócienną torbę, z której wystaje chleb.

– Tutaj! Tutaj są! – woła Grzesiek i wychodzi przed dom, a ojciec odwraca się w jego stronę.

– Tutaj są! – powtarza Grzesiek. Ojciec kiwa głową.

– To jak są, to niech przyjdą – mówi i otwiera drzwi, i dopiero gdy to robi, jak gdyby na sygnał, z samochodu wysiada Agata, druga żona mojego ojca, a ja wychodzę przed dom Grześka i podnoszę rękę, trochę jakbym się witał, a trochę jakbym się poddawał.

Justyna staje za mną. Nie podnosi ręki. Agata również. Nikt się nie odzywa. Pies wstaje. Szczeka raz, ojciec wyciąga do niego palec, pies przestaje szczekać.

– Chodźcie – mówi mój ojciec, stawia torbę z chlebem na ziemi, otwiera drzwi.

– Ja zostaję – odpowiada Grzesiek. – Ja zaraz przyjdę.

– Ty też chodź – mówi mój ojciec.

– Muszę posprzątać – tłumaczy Grzesiek.

Justyna wchodzi do środka pierwsza. Ojciec stoi w drzwiach, zdejmuje buty. Justyna wyciąga do niego rękę.

– Nie przez próg, bo się pogniewamy – zwraca się do Justyny mój ojciec.

W środku domu pachnie czystością, ale też czymś miękkim, słodkim i starym. Ściany są świeżo pomalowane, na ciemnożółty kolor. Ostatnio, gdy tu przyjechałem, były ciemnozielone.

Justyna przekracza próg, wchodzi do środka, do przedpokoju; na wprost, za podwójnymi, przeszklonymi drzwiami, jest wejście do salonu; na prawo jest wejście do kuchni. Na lewo – schody na górę, a obok, wciąż białe i wciąż trochę odrapane, drzwi, za którymi jest wejście do piwnicy. Wszystko jak zwykle, ale jednak zupełnie inaczej. Na piętrze – pokoje, sypialnia, kiedyś rodziców, teraz ojca i Agaty, kiedyś mój, teraz Joasi, mojej przyrodniej siostry, kiedyś Grześka, teraz Janka, brata bliźniaka Joasi.

W domu, w którym się wychowałem, mieszka zupełnie nowa rodzina, tyle że tą nową rodziną również rządzi mój ojciec. „To całkiem śmieszne” – myślę. „Jak arabski sitcom”.

Przez chwilę stoimy w tym korytarzu, bez słów, jakbyśmy byli tu zatrzaśnięci.

– No cześć, Justyna. Cześć, kochani. Dobrze, że przyjechaliście – mówi Agata.

Druga żona mojego ojca ma ciemnoblond włosy koloru ciepłego siana, podobne do włosów mojej matki, tyle że spięte w kucyk. Dużo gestów przejęła od mojego ojca, na przykład sztywne wyciągnięcie ręki na powitanie, jakby zamiast stawów miała w niej stare sprężyny; nieprzerwane patrzenie prosto w oczy; ciągłe, delikatne kiwanie głową na znak, że słucha swojego rozmówcy.

Mój ojciec jest jak ściana, o którą bez przerwy uderza się głową. Gdy patrzę na niego, wszystko już mnie boli. Stoi w rogu, w ciemności, ale ma cztery metry wzrostu.

– Źle wyglądasz – mówi mój ojciec do Justyny. Jest pierwszy, aby powiedzieć komuś, że źle wygląda. Patrzy na nią bez słowa. Żuje gumę. Od czasu, gdy wraz z piciem rzucił palenie, bez przerwy żuje gumę. Stoi przy tym prosto jak na apelu. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek się zgarbił.

– Wiem – odpowiada.

– Źle wyglądasz, trzeba cię wyleczyć – dodaje mój ojciec.

– Jakoś się wyleczę – odpowiada Justyna.

– No to idź się leczyć. Wszystko macie na górze przygotowane – mówi mój ojciec.

– Trzeba przenieść rzeczy – zauważam.

– Grzesiek wam pomoże, Grzesiek przeniesie – deklaruje ojciec.

– Zaraz zjemy razem obiad – wtrąca Agata. – Będzie zupa, jakieś placki, nic szykownego.

– Jesteśmy bardzo zmęczeni. Chyba pójdziemy odpocząć – odzywa się Justyna.

– No przecież mówię, idźcie odpocząć – mówi mój ojciec.

– Wszystko jest przygotowane – dodaje Agata.

Wszyscy są skrępowani poza moim ojcem. On jest zirytowany, że nie reagujemy od razu na jego rozkazy.

– Ja zaraz jadę do piekarni, będę za dwie godziny – mówi ojciec.

– Byłeś już dzisiaj – zauważa Agata.

– Coś z piecem jest nie tak. Oni sami serwisanta nawet nie umieją zamówić, mongoły – mówi mój ojciec.

– Nikt nigdy nic bez ciebie nie zrobi – odpowiada Agata, ale ojciec chyba tego nie słyszy, bo jej słowa brzmią cicho.

Gdy tu mieszkałem, na samej górze był po prostu strych. Brudny, zagracony, pełen ubrań w kartonach, przywożonych z Niemiec przez przyszywanych wujków, zepsutych zabawek, starych urządzeń, które wprowadzały się na górę wraz z kolejnymi wyjazdami mojego ojca do fabryki pod Frankfurtem. Nie wiem, co fabryka produkowała, ale gdy ojciec wytrzeźwiał, otworzył piekarnię i wyjazdy już nie były potrzebne. Pralka wiatka, lodówka szron, telewizor rubin po kolei meldowały się na strychu, gdy mój ojciec przywoził do domu ich nowe, obłożone styropianem, polskie lub japońskie zamienniki. Gdy byłem dzieciakiem, siedzieliśmy często na strychu z Grześkiem albo w większej grupie, z naszymi kuzynami, i wyobrażaliśmy sobie, że to jest nasz właściwy dom, nasz właściwy pokój, że na zewnątrz jest wojna, świat po wojnie atomowej, rodem z Fallouta, w którego graliśmy wtedy cały czas na komputerze. Na zewnątrz jest wyłącznie pył i piasek, trzygłowe krowy i zombie-kurwy z odłażącą skórą, okolicę patrolują wojska uzbrojonych w lasery mutantów, a my możemy najwyżej czekać na to, co nastąpi, usadzeni pomiędzy przerdzewiałą lodówką, zawilgłymi kartonami pełnymi ciuchów i skórzaną walizką, w której były niewiadomego pochodzenia niemieckie i radzieckie książki. Pewnego razu wyjęliśmy je i znaleźliśmy pod spodem plik „Catsów”, z których dowiedzieliśmy się, jak wygląda cipa, włożony do niej kutas oraz wytrysk na zdziwionej, kobiecej twarzy.

 

Potem ojciec wyremontował strych i wyniósł gdzieś wszystkie pralki, ciuchy i pisma z wytryskami. Ten wyremontowany strych chciał wynajmować ludziom, którzy mieli przyjechać do wielkiej zagranicznej fabryki produkującej elementy drewniane do mebli. Ale zakład w końcu nie powstał, a ojciec został ze strychem, będącym teraz po prostu kolejnym piętrem domu, z dwoma pokojami i małą łazienką.

W pewnym sensie, przyjeżdżając tutaj, wybawiliśmy go z opresji.

Teraz strych ma w sobie coś z taniej agroturystyki. Ściany są bladomorelowe. W oknach wiszą pistacjowe zasłony. Łóżko jest równo zasłane, przykryte narzutą w brązowe kwiaty. Wnętrze jest zupełnie bezosobowe oprócz tego, że w pojedynczym, stojącym na stoliku szklanym wazonie tkwi przewiązana kolorową nitką kompozycja z zasuszonych badyli. Na parapecie stoi jeszcze jedno zdjęcie, podobne do tego, które Grzesiek ma w domu; Grzesiek uśmiechnięty, ja z miną zdziwionego światem przygłupa, i tylko zamiast matki jest ojciec, patrzący w obiektyw tak, jakby chciał siłą woli go zepsuć lub naprawić.

Siadam na brzegu łóżka, zmęczony, sflaczały, obolały, z kwasem w mięśniach. Czuję, że wszystko mnie boli: mięśnie, kości, kręgosłup, krtań. Czuję, jakbym przejechał trzy tysiące kilometrów, chociaż przejechałem niewiele ponad dwieście. Mam zakwasy w mięśniach, które pewnie nawet nie istnieją.

Justyna, sapiąc, z trudem zdejmuje kurtkę i sweter, jak zbroję po walce. Rzuca je w kąt. Bez słowa wyłącza telefon. Staje na środku pokoju. Rozgląda się dookoła, jakby czegoś szukała. Na przykład drogi ucieczki.

– Jak twój ojciec ją poznał? Agatę? – pyta.

– Była córką koleżanki matki – odpowiadam po chwili.

– Naprawdę?

– Nie, nie naprawdę, Justyna, na niby. – Kręcę głową.

– Posłuchaj, nie bądź dla mnie teraz chamski – mówi i w końcu przysuwa sobie stojące przy biurku krzesło. – Popatrz na to wszystko, zobacz, gdzie jesteśmy. Popatrz na to i nie bądź dla mnie chamski, bo to nie fair.

– Często bywała u nas w domu, dawno temu, jak byliśmy dzieciakami – mówię. – Moja matka wydobyła ją z jakichś kłopotów. Próbowała się zabić, ćpała jakieś leki, nie wiem dokładnie, o co chodziło.

– I twój ojciec potem się z nią ożenił?

– Dwa lata po śmierci mamy – odpowiadam zgodnie z prawdą. To były chyba moje dwudzieste trzecie albo czwarte urodziny.

Wstaję z łóżka, podchodzę do niej. Biorę ją za ramiona. Podnoszę do pionu.

– Obiecałem ci, że niedługo. Obiecałem ci, że to chwilę potrwa. Że coś zrobię. Że to naprawimy. – Patrzę jej w oczy.

– Co zrobisz? – pyta.

– Dwa, góra trzy miesiące. Dwa, góra trzy miesiące i spadamy stąd. Gdziekolwiek. Ale robimy to – zapewniam.

– Nie ufam ci – mówi.

– Ja tobie też nie – odpowiadam.

Przytula się do mnie i zaczyna cicho płakać. Gładzę ją po włosach. Kocham ją. Nie wiem, czy ona kocha mnie. Ja ją kocham. Na pewno. Nie umiem przestać, nieważne, co zrobi.

– Kocham cię – mówię jej w końcu.

– Przepraszam – odpowiada.

– Ja też cię przepraszam.

– Nie daliśmy rady.

– Damy radę.

– Ale nie dajemy – przypomina.

– Ale damy – powtarzam.

– Za co ty mnie kochasz?

– A ty mnie? – odpowiadam pytaniem.

– Za to, że jesteś dobry jak dziecko – odpowiada, pociąga nosem, jest cała we łzach. Znajdujemy się w obcym miejscu. Zupełnie sami.

– Nie płacz, Sabina. Nie lubię, gdy moje świnie płaczą. – Czasami udaję różne postaci, na przykład dresiarzy albo policjantów, albo księży. Ona udaje, że ją to bawi. Wiem, że nie umiem tego robić. – Sabina, do chuja, wdziano mi zasmarkasz! – huczę na nią.

Śmieje się cicho, nie słyszę tego, ale czuję, jej śmiech mnie łaskocze.

– Musisz dać mi na paznokcie. Jakie ja mam paznokcie? – Pokazuje paznokcie pokryte odrapanym, czerwonym lakierem.

– No. Dam ci. Dam ci, tylko się uspokój. Idź, zrób mi filet z kurczaka. Z ryżem. Z ryżem i z białkiem jajka. Zapierdalaj, Andżela – mówię głośno i łapię ją za tyłek.

– Nawet nie pamiętasz, jak mam na imię. Obiecaj mi coś jeszcze. – Całuje mnie przy okazji w szyję.

– Obiecuję – odpowiadam.

– Obiecaj mi, że się nie rozwiedziemy – mówi i przyciska się do mnie, i siłą przyciąga mnie, abym położył się obok.

– Gdybyśmy mieli się rozwieść, już byśmy się rozwiedli – odpowiadam.

Kładziemy się na łóżku, znowu przyciąga mnie do siebie. Przytula mnie mocno, jakbym planował gdzieś uciec. Czuję, jak się boi.

– Przez to wszystko – dodaje.

Czuję, jak bije jakieś serce, nie wiem, czy moje, czy jej.

Przez chwilę widzę jeszcze uśmiechniętego faceta z Portugalii, który obserwuje, jak inni faceci wnoszą do naszego mieszkania jego pianino. Myślałem wtedy, po co przywiózł pianino aż z Portugalii, i myślałem o tym, że pianino byłoby ładnym początkiem listy przedmiotów, o których posiadaniu nigdy bym nie pomyślał.

Pamiętam, jak ojciec wybija pięścią szybę w drzwiach do salonu, wszędzie jest krew, i ojciec głośno krzyczy, i przychodzą Malinowski i stary Niski, też pijani, ale nie tak jak on, i zabierają go na pogotowie.

Te wszystkie zakrwawione ubrania, którymi matka tamowała krwotok, były w bębnie pralki wiatka na strychu. Nikt ich nigdy stamtąd nie wyjął. Aż do likwidacji strychu, do czasu remontu. Ojciec wyrzucił je razem z tą pralką.

I pamiętam, jak Justyna przyszła dwa tygodnie temu do domu. Usiadła na kanapie, tej samej, za którą wciąż wiszę pieniądze mojej koleżance Julii, popatrzyła przed siebie na białą ścianę, potem zamknęła oczy, głęboko wciągając powietrze, i nie musiała mówić tego, co zaraz powiedziała, bo i tak wiedziałem, co zaraz powie:

– Zdradziłam cię, Mikołaj. – I zapytała po chwili: – Co teraz?

Teraz o nic nie pyta, lecz przyciska się do mnie. Odwraca mnie na plecy. Wkłada mi rękę w spodnie.

– Zrobić ci laskę? – pyta. Patrzę jej w oczy. Nie wiem, co w nich jest. Przestałem wiedzieć dwa tygodnie temu.

Mam potrzebę powiedzieć to wszystko jeszcze raz, jeszcze raz odegrać tę rozmowę. Tak jak wypowiada się zaklęcia, w kółko, dopóki nie zadziałają. Ale i tak będę milczał, licząc na to, że kiedyś w końcu o tym wszystkim zapomnę. A przynajmniej że przestanę sobie to wyobrażać co kilka minut.

– No właśnie – mówi, jakby czytała mi w myślach, rozpina mi rozporek.

*

– Jedz – mówi mój ojciec.

– Co, nie smakuje ci? – pyta Agata.

– Jedz – powtarza mój ojciec.

– Dajcie jej już spokój – wtrąca się Grzesiek.

– Jedz – mówi ojciec.

– Nie jestem głodna – odpowiada Joasia.

– Bardzo smaczne, naprawdę – mówi Justyna.

– Naprawdę fajna z niej dziewczyna. Tylko nie chce nic jeść – narzeka ojciec.

Moja przyrodnia siostra Joasia ma trzynaście lat, długie, słomiane i proste włosy jak jej matka, bladą cerę, nogi i ręce jak kijki. Co chwila spogląda w kierunku kominka, na którym leży jej telefon. Ojciec kazał jej go tam odłożyć na czas posiłku. Na telefon raz po raz przychodzą wiadomości, z każdą z nich ekran rozbłyskuje bladym światłem, a z każdym rozbłyskiem Joasia delikatnie podskakuje na krześle, jakby ktoś stał za nią i nakłuwał jej plecy igłą. Ojciec, zanim jej go odda, sprawdzi, kto do niej pisze.

– To robi z ludzi małpy. – Mój ojciec kiwa głową w stronę rozbłyskującego telefonu. – Wydaje ci się, że robisz jakieś niebywale ważne rzeczy, ale tak naprawdę pukasz w to palcem jak małpa w klocek.

Obok Joasi siedzi jej brat bliźniak Janek. Wygląda trochę jak jego matka, a trochę jak jego siostra. Puszczam do niego oko, a chłopak odwraca głowę, jakby robił unik. Z ustami pełnymi filetu odwraca się w stronę wyłączonego telewizora, jakby chciał sprawdzić, czy nikt tam nie stoi. Gdy jego siostra podskakuje wraz z rozbłyskami telefonu, Janek za każdym razem odrobinę się od niej odsuwa.