Wzgórze psów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wzgórze psów
Wzgórze psów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,80  61,44 
Wzgórze psów
Audio
Wzgórze psów
Audiobook
Czyta Jakub Wieczorek
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Justyna wyciąga z kieszeni kartkę odczepioną ze słupa, podtyka Grześkowi pod nos.

– Chyba z ruskimi się nie dogadał – mówi zamyślony Grzesiek, wciąż patrząc na dom Gumerskich.

– Też tak myślałem – stwierdzam.

– Poliglotą to on nigdy nie był. – Uśmiecha się.

– Renta, spokój, to i spacery! – krzyczy do kogoś, kogo nie widzę i kto mu nie odpowiada.

Kiedy Grzesiek złamał o ścianę kij w klubie bilardowym Maciusia, ten był tak wściekły, że przewrócił go na podłogę i zaczął kopać. Dziesięcioletniego chłopaka, z całej siły, po plecach i żebrach, skórzanymi butami w szpic, kopał go i kopał, a my nic nie mogliśmy zrobić, tylko przerażeni podpieraliśmy ścianę.

Mężczyzna w puchatej kurtce powoli sunie wzdłuż naszego ogrodzenia. Nie jest starcem, ale człapie jak starzec. Na nogach ma kapcie. Na widok Grześka robi dziwny grymas, jakby próbował się uśmiechnąć.

– To Niski? – pytam go, gdy facet mija nasze ogrodzenie.

– Niski, Niski. Młody Niski. – Grzesiek kiwa głową.

– Strasznie szybko jeździł furą. – Przypominam sobie parę lat starszego ode mnie chłopaka, który kręcił bączki granatowym golfem po niewyasfaltowanych jeszcze drogach, wznosząc dookoła chmury czarnego, gryzącego żwiru.

– Teraz już mu się nie śpieszy, jak wylewu dostał. – Grzesiek się uśmiecha.

– Mów ciszej, przecież on wszystko słyszy. – Wskazuję go głową, bo facet jest wciąż niedaleko siatki.

– Nawet jak słyszy, to i tak nic nie mówi – odpowiada Grzesiek.

Wtedy w klubie Maciuś kopał Grześka długo, jakby mój brat był czymś nieożywionym, miękką piłką, zwojem szmat, kupką ziemi. Grzesiek zasłaniał się, gdzie się dało, a Maciuś go kopał; trwało to długie sekundy, ale nagle Grzesiek z całej siły ugryzł go w gołą kostkę, do krwi. Maciuś wrzasnął, Grzesiek wybiegł. Wybiegliśmy za nim. Miał złamane trzy żebra i krew Maciusia na zębach, ale okazało się to dopiero wieczorem w szpitalu. Grzesiek nawet nie zapłakał. Przynajmniej nie przy wszystkich.

– Chodźcie, no, chodźcie. – Macha ręką, abyśmy szli za nim. Wdeptuje papierosa w ziemię. Wióry z drewna przyklejają mu się do butów.

– A rzeczy? – pyta Justyna. – Musimy się rozpakować.

– Spokojnie. Rok na to macie. – Grzesiek się uśmiecha i znowu spluwa, ślina ląduje mu zaraz obok buta. – Cały rok na to macie, aby się rozwarszawić.

Justyna

– Mam dla ciebie prezent – powiedział. Jego głos był komicznie niski i przez to nie dało się brać w pełni na poważnie niczego, co mówi. Przyniósł mi coś niewielkiego, zawiniętego w papier – notatnik albo małą książkę. Trzymał to w wyciągniętej dłoni. Wciąż myślałam o nim „On”. „On” trzymał, „On” zadzwonił, „On” napisał.

Ja tylko siedziałam, On tylko stał, ale razem robiliśmy coś złego. Dlaczego wszyscy myślą, że złe rzeczy robi się po ciemku? Złe rzeczy robi się przede wszystkim w biały dzień.

W końcu na niego popatrzyłam. Jak zwykle stał wyprężony, zasłaniał sobą słońce. Widziałam go niewyraźnie, jak przez mgłę. Cieszyło mnie to. Nie chciałam widzieć go wyraźnie. Nie chciałam, aby on widział mnie wyraźnie. Bardzo chciałam mu się nie podobać. Nie pomalowałam się, nie uczesałam, nie zmyłam starego lakieru. Wyglądałam jak wielki pęcherz z namalowaną mazakiem twarzą.

– Wyjeżdżamy – stwierdziłam.

– Na pewno? – zapytał.

– Dziś wieczorem albo jutro z samego rana.

– Na te Mazury? – dopytywał.

– Na pewno na rok. Może na dłużej – powiedziałam.

– Przecież ty nienawidzisz lasu. Panikujesz na widok drzewa – przypomniał mi.

– Przyzwyczaję się – zadeklarowałam.

– To niedobrze – odpowiedział.

Oczywiście, że miał rację. To wszystko, co robiliśmy, wszystko, co było, okazało się bardzo niedobre.

Ławka, na której siedziałam, była na skwerze Broniewskiego, obok budki z hamburgerami, z której dolatywał słodki, mdlący zapach. Na ławce obok siedziała starsza pani w różowym dresie z kreszu i męskich przeciwsłonecznych okularach. Nieporuszona, patrzyła wciąż w jeden punkt i tylko odpalała jednego papierosa od drugiego. Zanim przyszedł, miałam pomysł, że może urządzimy sobie zawody, ja i ta pani, która wypali więcej w ciągu piętnastu minut. Potem zdałam sobie sprawę, że mam cienkie, a ona grube czerwone marlboro setki, i to są zupełnie różne kategorie sportowe. Zresztą ona poza papierosami nie miała nic, a ja miałam zimną kawę w papierowym kubku i kanapkę, którą ugryzłam dwa razy, nie docierając jeszcze do szynki.

On w końcu opuścił rękę z prezentem wzdłuż ciała, położył moją kanapkę na moich kolanach, zwolnił sobie w ten sposób miejsce i usiadł obok; oparł łokcie na kolanach, splótł ręce i się uśmiechnął, nie otwierając ust. Ten uśmiech był wstrętny. Gdybym zobaczyła go na twarzy jakiegoś innego mężczyzny, zabiłabym go. Jego uśmiech mówił: no jasne, mogłaś nie wiedzieć, chociaż jakbyś się zapytała, to dowiedziałabyś się wszystkiego.

– Nie żartuj sobie – powiedział.

– Podjęliśmy taką decyzję – odparłam.

– Podjęliśmy – powtórzył pierwszy wyraz.

– Ja i mój mąż – wytłumaczyłam.

– To jego pomysł? – zapytał.

– To nasz pomysł – przyznałam.

Patrzę na niego i myślę o tym, co to znaczy, że ktoś wygląda na ileś tam lat. Mówi się: ktoś wygląda na czterdzieści pięć, a tak naprawdę ma czterdzieści osiem. On wygląda, jakby miał czterdzieści pięć, a ma pięćdziesiąt osiem. Może dlatego, że jest chorobliwie zadbany. Ktoś mógłby powiedzieć, że jest nonszalancki, że jest w nim coś z abnegata. Nie, właśnie nie, to, co jest w nim abnegackie, jest chorobliwie zadbane. Wystarczy popatrzeć na jego spodnie. Niby jego spodnie są stare, ale właśnie są niby-stare, są z drogiego, sprowadzanego płótna, które wygląda na niby-stare, i potem krawiec Macaroni czy inny Błoński szyje mu te spodnie na niby-stare. Wystarczy popatrzeć na jego paznokcie, jakby narysowane cyrklem.

To zaczęło się na bankiecie. Bankiet był z okazji premiery tej gry komputerowej, w którą grupa wydawnicza zainwestowała milion dolarów, co przyniosło dziesięć milionów dolarów zysku. Wszystkim zrobiło się miło, więc zrobili miły bankiet, a ja zjawiłam się na bankiecie, bo byłam jeszcze dzielnym niewolnikiem grupy, który pracował w dziale reportażowym i pisał te wszystkie nominowane i nagradzane reportaże o ludzkim nieszczęściu.

Już zbliżał się koniec bankietu, staliśmy w jednej kolejce do toalety, a wtedy On spróbował mnie poderwać. Powiedział coś nieśmiesznego, a ja się zaśmiałam, do dziś nie wiem czemu. Wiedziałam, kim jest, nie pamiętałam, jak ma na nazwisko, ale wiedziałam, że to On wydał polecenie, aby zainwestować ten milion w grę.

Zapamiętałam je parę godzin później, gdy wstał do łazienki. Na szafce nocnej miał wizytownik. Potwornie mnie to rozbawiło. Wzięłam dwie wizytówki.

Nienawidziłam go, ale robiłam to, co chciał. Jego geniusz polega na tym, że wszyscy ludzie dookoła robią dokładnie to, co on chce.

Dlatego miał tyle pieniędzy.

– No tak, nie macie forsy. Mikołaj nie ma forsy. – Za każdym razem, gdy wymawiał słowo „forsa”, czułam na języku smak, jakbym przez pół godziny mocno ssała pięciogroszówkę.

– Zostaw go z tym. To nie twoja sprawa. To jego problem. Zostaw go z tym samego i chodź – powiedział i wyciągnął do mnie rękę, której nie dotknęłam. Schował ją z powrotem do kieszeni. Wciąż się uśmiechał. – Nie, to nie dla niego. Nie robisz tego dla niego – stwierdził po chwili.

– Dla nas. – Nie wiedziałam do końca, których „nas” mam właściwie na myśli.

Powiedziałabym mu, że nie mogę przestać się czuć odpowiedzialna za Mikołaja. Że poznałam Mikołaja, podnosząc go z ziemi, dosłownie.

– Gówno cię to obchodzi – dodałam.

Że gdy zostawię Mikołaja, to on znowu będzie leżał na ziemi, ale tym razem nikt go nie podniesie.

Więc czemu to zrobiłaś, Justynko? Może to ten głos. Głęboki jak dzwon, najpierw zabawny, potem hipnotyzujący. Trochę jak Fronczewski w Panu Kleksie.

– Nawet nie macie dzieci – powiedział.

– Mikołaj o wszystkim wie – odrzekłam. – Powiedziałam mu. Powiedziałam mu o wszystkim.

Na ułamek sekundy przybrał wyraz twarzy kogoś, kto nagle zorientował się, że ma w ustach żywą glistę. Gdybym go nie znała, nawet nie zwróciłabym na to uwagi.

– Po co? – zapytał.

– Bo dostałam od tego wrzodów – odparłam.

– Kiedy?

– Tydzień temu.

– I teraz wyjeżdżacie? – zapytał retorycznie.

– Tak, i teraz wyjeżdżamy – potwierdziłam.

Ojej. On wybaczy ci wszystko. Nic innego niż ty już go nie spotka. Biło od niego kpiące, udawane zmartwienie.

– Całe twoje zainteresowanie mną, Justyna – powiedział cicho – bierze się z tego, że tobie wydaje się, że ja ciebie nie potrzebuję.

Uderzyłam go w ramię. Raz, drugi, trzeci. Tak mocno, jak tylko potrafiłam. Napiął rękę, więc poczułam, jakbym waliła pięścią w ścianę. Mimo to biłam dalej, czwarty, piąty raz.

– Idę – powiedział, wstał. Zasłaniał sobą słońce.

– Poczekaj.

– Na co?

– Jak jesteś taki mądry, to powiedz mi, po co tam jadę. Powiedz, co naprawdę myślisz. Ty chuju – wyrzuciłam z siebie.

Coś tam jest. Jakaś historia, temat. Jeszcze nie wiesz co, ale czujesz to w brzuchu. Wzruszył ramionami, a ja, jakbym chciała go zapytać, czy chodzi mu właśnie o to miejsce, położyłam sobie dłoń na brzuchu.

– Nie chcesz przyjąć do wiadomości, że to wszystko, co było, to był błąd – stwierdziłam.

– Może.

– To jest brak szacunku.

– Brak szacunku do czego? – zapytał.

Był bezczelny jak ktoś, kto nigdy w życiu nie usłyszał, że jest w błędzie.

Starsza pani w różowym dresie gdzieś odeszła. Widziałam, jak rozstąpiły się przed nią gołębie.

 

Tyle razy mu mówiłam: ja mam męża. Mówiłam to też sobie. Ani on, ani ja nie przyjmowaliśmy tego do wiadomości. Mieliśmy na ten temat różne fantazje. Miraże. Fatamorgany. On myślał, że ja się rozwiodę. Ja myślałam, że On się znudzi i znajdzie młodszą, a ja trochę pocierpię i w końcu się ogarnę. Oczywiście to wszystko nie ma teraz żadnego znaczenia.

– Jak nazywa się ta miejscowość? – zapytał.

– Zybork – odpowiedziałam.

– Będziesz musiała przyjeżdżać do Warszawy, żeby nie zwariować – planował.

Tam, gdzie siedziała babcia, teraz zajął miejsce zasapany facet w swetrze na guziki. Pod jego stopami gołąb uważnie dziobał psie gówno.

Odwrócił się. Widziałam, jak hipnotyzuje ludzi, stojąc do nich tyłem. Wystarczyło, że się odezwał.

– Przecież wystarczy jedno moje słowo. Boliński leci, a ty zostajesz szefową działu – powiedział cicho.

– Boliński to twój przyjaciel z liceum – przypomniałam mu.

– Leci, a ty zostajesz szefową działu – powtórzył.

Znakomicie panował nad mową ciała. Ludzie, którzy nas mijali albo stali nieopodal, mogli pomyśleć, że pyta mnie o drogę.

– Jedno moje słowo. Ale ty też musisz coś zrobić – mówiąc to, patrzył na swoje paznokcie.

Poczułam się, jakbym wystąpiła w wyjątkowo obrzydliwym filmie porno, za który potem mi nie zapłacono.

– Muszę iść – oznajmiłam.

– Pojedziesz do tego Zyborka, ale po paru dniach zadzwonisz i powiesz, że nie możesz już tam wytrzymać i że twój mąż zostaje w Zyborku, ale ty wieczorem będziesz w Warszawie. Przyjedziesz do Warszawy i pójdziesz ze mną na kolację, a potem pójdziesz do mnie. A następnego dnia będziesz szefową działu – powiedział.

– Jesteś aż tak zdesperowany? – zapytałam.

– Tak – przytaknął.

– Dlaczego?

– Bo cię kocham, chyba – powiedział, stojąc do mnie tyłem, i zaraz odszedł, a ja w końcu zostałam na ławce sama.

Gdy odchodził, wyrzucił coś do kosza: ten prezent, o którym mówił.

Notatnik albo małą książkę.

Ja też musiałam wyrzucić coś do kosza, więc wyrzuciłam kawę i kanapkę.

Słońce rozlewało się teraz po całym placu, skapywało z drzew, przesycało wszystko, a ja jedyne, co mogłam zrobić, to iść do kiosku po nowe papierosy i czekać na tę starszą kobietę, aż wróci, i będę mogła palić z nią razem, jednego od drugiego, patrzeć w ten sam punkt, co ona, i być może po jakimś czasie, gdy się uspokoję, wszystko jej powiedzieć.

– Kurwa jesteś, i tyle – pewnie by mi powiedziała.

– Dziękuję pani bardzo – odpowiedziałabym jej na pewno.

Mikołaj / 2000 / Kraina tysiąca wyrzutów

– Chodź – mówię do niej.

Po chwili ona mówi to do mnie, i tak mówimy do siebie nawzajem w kółko. Chodź. Nie, to ty chodź. Nie, to właśnie ty chodź. Krok do przodu, krok do tyłu, koniec końców nikt nie rusza się z miejsca. Jakbyśmy się sprawdzali, grali w pomidora, kto nie wytrzyma pierwszy.

Trupol i Bylu, czyli Dawid i Kamil, moi najlepsi kumple, stoją parę kroków obok, piją browary z puszek i mają ze mnie polew życia. Trupol śmieje się tak, że zdążył się zasmarkać. Razem z Trupolem i Bylem przy nas stoi jeszcze kilka innych osób, które też się śmieją: albo z nas, albo z czegoś zupełnie innego.

(Trupol wyjedzie do Szkocji i otworzy tam zakład renowacji mebli. Lekko wyłysieje i trochę przytyje. Dorobi się trójki zdrowych i grubych dzieci. Bylu zostanie tak samo upiornie chudy, jak jest teraz, przynajmniej tak będzie wyglądał na zdjęciach na Facebooku. Seria drobnych, nieudanych interesów rzuci go do niemieckiej fabryki i w parę innych ciemnych i zimnych miejsc).

Teraz jest im wesoło, ale to mnie i Darii jest najweselej. Tylko parę razy było mi w życiu równie wesoło i wiem, że już nigdy tak nie będzie.

Stoimy na dziedzińcu zamku w piątek lub w sobotę wieczorem. O dwudziestej drugiej lub dwudziestej trzeciej, a może już o północy. Na dziedzińcu zamku jest klub, którego już niedługo nie będzie, za rok, może za dwa. Ale teraz jest. Jest całym swoim istnieniem, które jest głośne, ciemnożółte, trochę śmierdzące, lekko zamglone, lecz nie ulega najmniejszej wątpliwości.

Ten dziedziniec, ten zamek – jestem pewien – ktoś delikatnie podniósł go dłonią z ziemi i zawiesił na czarnym niebie jak bombkę. Aby stąd wyjść, trzeba skoczyć w dół, nie wiadomo do końca, z jakiej wysokości. Tak więc wszyscy się boją i nikt nie ucieka. Klub nazywa się Brama. W klubie Brama głośno leci piosenka Oasis, głośniej, niż życzyliby sobie nawet najwięksi fani Oasis. Trzeszczący bas piosenki podskakuje w moim żołądku wraz z trzema piwami z plastikowych kubków i paroma łykami spirytusowanego wina o nazwie Cavalier. Kto je wymyślił? Kto komu rozkazał pierwszy to pić? Po paru łykach wydaje się, że ten smak zostanie już pod spodem języka na zawsze – smak spleśniałych owoców, mydła i rdzy.

Mówiąc szczerze, niespecjalnie lubię Oasis. Ale tańczę do Oasis, do piosenki Wonderwall, bo Daria też tańczy.

Poznałem się z Darią przez naszą wspólną koleżankę Aśkę. Na imprezie u Aśki w domu. Ale poznanie się w Zyborku, mieście, gdzie wszyscy nawzajem wiedzą o swoim istnieniu, nie jest niczym nadzwyczajnym.

Jest problem, bo Aśka jest we mnie bardzo zakochana. Właśnie ten wieczór wybrała na to, aby mi to oznajmić. W tym celu zaprowadziła mnie na schody wiodące na górną balustradę dziedzińca, usiadła na podłodze i oparła się o drewnianą poręcz. Zapaliła papierosa i połknęła trochę dymu. Resztę wypuściła powoli; w powietrzu zawisnął ślad, na ułamek sekundy, jak po miniaturowym samolocie. Być może myślała, że ta odrobina inscenizacji ocali jej godność. Nie patrzyła na mnie, ale gdzieś obok mojej głowy, w róg zakratowanego okna, starając się wyglądać jak ktoś, kto występuje w filmie, a ja z kolei nie patrzyłem na nią, bo obserwowałem z góry brukowany placek dziedzińca i widziałem Darię, Byla, Trupola, a także Kafla z jego kumplem Porczykiem, którzy właśnie przyszli na zamek. Kafel kręcił się w kółko, obmacywał palcami swoją łysą czaszkę, drapał się po brodzie, co chwila strzykał śliną spomiędzy zębów. Miał diastemę, więc to strzykanie wychodziło mu świetnie. Gdy był trzeźwy, prawie nie otwierał ust, bo wstydził się tej diastemy. Kafel poruszał się w przyśpieszonym tempie, jakby coś nim szarpało, próbując się z niego wydostać. Kafel pracował na budowie, a ponadto był skinem, bez przerwy wciągał fukę i dzisiaj też musiał ją wciągać. Szukał swojej dziewczyny Olki. Pytał o nią. Miał jej coś do powiedzenia. Nie mówił co. Porczyk, tak samo łysy i głupi jak Kafel, ale wolniejszy, bardziej obliczalny i bez diastemy, we włożonej pod fleka koszulce nazistowskiego zespołu Lincz 88 stał obok w ramach cichej asysty.

– Wiesz, jesteś super... – zaczynam, ale ona mi przerywa. W powietrzu zawisa kolejny ślad dymu. Kafel szarpie jakiegoś swojego kumpla, by po sekundzie go za to przeprosić, wygładzić na nim ubranie, które jeszcze chwilę temu zaciskał w pięści.

– Dobra, Blady. Wszystko wiem. Jestem zajebistą przyjaciółką, mam zajebistą osobowość, słucham zajebistej muzyki, pożyczam ci kasety i nie gniewam się, że wracają w obtłuczonych pudełkach, no ale... Popatrz na mnie. Wszystko wiadomo – odpowiedziała, tylko na krótką chwilę dotykając oczu rękawem koszuli w kratę.

– To nie tak – powiedziałem. Też zapaliłem papierosa. Zakrztusiłem się. Paliłem od niedawna. – Jest mi bardzo głupio. – Rzeczywiście było mi bardzo głupio.

– I tak jesteś w lepszej sytuacji. – Połknęła jeszcze trochę dymu.

– Będę na dole, jak coś – powiedziałem i zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. To była prawda, Aśka słuchała naprawdę fajnej muzyki. Toola, Ministry, Smashing Pumpkins. Type O Negative i PJ Harvey. Cocteau Twins i The Cure.

Często leżeliśmy u niej w pokoju, paląc trawę i słuchając Treasure Cocteau Twins z płyty, którą odziedziczyła po starszej siostrze. Ta muzyka była jak słodka mgła, jak tysiąc ściśniętych na pastę zachodów słońca, i można było się zakochać w każdym, z kim jej się słuchało.

Aśka zakochała się we mnie właśnie wtedy i miała rację, pewnie ja też bym się w niej zakochał, gdyby nie wyglądała jak sześcian.

Zszedłem na dół, zostawiając ją tam, z każdym krokiem czując coraz większą ulgę, i zacząłem przeciskać się przez tłum w stronę Darii, która stała niedaleko głośnika, obok innej koleżanki.

Daria jest fajna. Naprawdę fajna. Jest niska, ale ma wielkie piersi, które muszą być trochę obwisłe, lecz przede wszystkim są wielkie i na pewno chociaż odrobinę piękne, do tego ma trochę krzywe i trochę krótkie nogi, ale nie za wiele. Ma ładne, duże, czarne oczy w kształcie migdałów i długie rzęsy.

Gdy już byłem jakieś pół metra od Darii, Bylu szarpnął mnie za bluzę i pociągnął w bok. Pokazał mi fifkę nabitą skunem, następnie ruchem głowy drzwi do kibla. Pokręciłem głową.

– No kurwa, nie pierdol. – Bylu się zdziwił.

Pokazałem mu głową Darię.

– Nie ma szans. No co ty? – skwitował i poszedł w stronę Trupola i paru innych łebków, którzy czekali na niego na zewnątrz.

Myślałem, że Daria zacznie się dopytywać, gdzie jest Aśka, rozglądać się za nią, ale ona po prostu uśmiechnęła się i wzięła mnie za rękę. Jej dłoń była chłodna i trochę spocona. Pamiętam, że się zdziwiłem, gdy przytrzymała moją rękę trochę dłużej, mocniej, jakby na coś czekała i właśnie straciła cierpliwość. Pamiętam, że też miała koszulę w drobną kratę i coś na rzemyku zawieszone na szyi, i dużo rzemyków na nadgarstku.

Przede wszystkim pamiętam jej włosy. Długie, czarne, lekko kręcone, gęste. Sięgały jej do połowy pleców. Przez te włosy można było ją rozpoznać z dwustu metrów.

– Zatańczysz? – wyciągnąłem to słowo z gardła jak długą, splątaną nitkę.

– Jasne. – Pokiwała głową.

Może Daria i Aśka po prostu nie były aż tak dobrymi koleżankami, jak mi się wydawało. Może. Może Aśka wciąż siedzi na schodach.

Dopiero teraz zrobiło mi się jej tak naprawdę szkoda.

Na parkiecie było już kilka par, między innymi Jarecki i Karolina, dookoła których orbitował cały klub Brama z całą swoją piwną mgłą, brudną żółcią i trzeszczącą muzyką. Jarecki był trochę starszy, miał długie blond włosy i śpiewał w zespole, który nazywał się 17 Sekund, od płyty The Cure, i nagrał piosenkę Samochód, którą umiał zawyć cały Zybork. Karolina nie śpiewała i w sumie nie robiła nic poza byciem nieprawdopodobnie piękną dziewczyną. Kiwała się na boki, leniwie, z zamkniętymi oczyma, obok rytmu piosenki, z rękami wyciągniętymi do góry, jej półotwarte usta zdawały się całować kogoś niewidzialnego, kto stał pomiędzy nią a Jareckim. Jarecki powoli ruszał biodrami w tył i w przód, z ust zwisał mu niezapalony papieros; starał się sprawiać wrażenie, że tak naprawdę ma Karolinę w głębokim poważaniu i że równie dobrze mógłby stać sobie tutaj sam, posuwając powietrze. Nawet mu to wychodziło.

„Samochód wszedł w zakręt pomimo wyłączonych świateł” – jakoś tak to szło, ta ich piosenka.

Daria jest bardzo fajna, ale Karolina jest wspaniała. Gdy waliłem konia, wyobrażałem sobie Karolinę w trójkątach z różnymi dziewczynami z filmów porno. Miała długie nogi, proste blond włosy, kolczyk w nosie i w pępku, i jakiś tatuaż, podobno z tyłu, na plecach, nie widziałem, ale dziewczyny mówiły, że wytatuowała tam sobie skrzydła anioła. Każdy chłopak w Zyborku fantazjował o Karolinie, ale to Jarecki miał dwadzieścia trzy lata i śpiewał w zespole piosenkę o samochodzie, który wchodził w zakręt, co chyba wyczerpywało temat.

Wszyscy mieliśmy koszule w kratę. Albo bluzy fruit of the loom, albo erefenowskie góry od dresów adidasa na suwak.

– No weź, rusz się trochę, wstydzisz się? – Daria się uśmiechnęła i przycisnęła do mnie, abym od jej ruchów sam zaczął intensywniej się ruszać.

(Tak zupełnie szczerze, to czasami, gdy waliłem konia, wyobrażałem sobie, jak Daria i Karolina liżą się nawzajem po cipach. Wiedziałem też, że od tego momentu już nie mogę tego robić. Gdy zaczynałem częściej rozmawiać z jakąś dziewczyną, nie mogłem już dalej bić konia z myślą o niej).

– Chodźmy stąd – powiedziałem jej, gdy piosenka dobiegała końca. Nie wiedziałem do końca, co mam myśleć i gdzie tak naprawdę chcę pójść. Wyobrażałem sobie wiele różnych możliwości, nie wierząc tak naprawdę w żadną z nich.

(Popatrzyłem jeszcze raz na Karolinę, która właśnie wybudzała się z tańca jak z długiego snu i rozglądała się za swoim piwem; pomyślałem, że ani ona, ani ja nie mamy najmniejszego powodu, aby kiedykolwiek się do siebie odezwać).

– No dobra. – Daria uśmiechnęła się szerzej i w końcu poszła za mną do wyjścia, i stanęliśmy na dziedzińcu, który zdążył pod naszą nieobecność wypełnić się ludźmi.

 

Kafel, ubrany w czarnego flyersa i spodnie lenary, wciąż pluł dookoła i obmacywał palcami ogoloną na milimetr głowę. Co chwila wycierał nos. Ktoś go zawołał, a wtedy Kafel, w ogóle nie patrząc w jego stronę, zaboksował w powietrze.

To było przed chwilą, a teraz jest teraz. Teraz stoimy na dziedzińcu, ja i Daria, jakieś dwa metry od siebie. Wyciągam w jej stronę rękę, jakbym chciał pomóc jej przeskoczyć przez kałużę.

(Kątem oka widzę, jak do Trupola i Byla podchodzi więcej moich kumpli. Kwadrat, który wyjedzie do Gdańska i zostanie barmanem, ale najpierw zaaresztują go na dziesięć miesięcy za drukowanie banknotów na domowej drukarce; Maras, którego parę miesięcy później zabije jego własny ojciec, uznając go w delirium za włamywacza i pchając nożem w brzuch; Flegma, którego firma budowlana wybuduje połowę deweloperskich osiedli w Olsztynie, chociaż teraz wygląda, jakby nie zdołał podnieść pojedynczej cegły).

– No chodź, Daria, chodź ze mną – mówię i w końcu ktoś zaczyna się z nas śmiać, ktoś inny, ktoś stary mówi do Darii: „No idź z nim, zobacz, jak chłopakowi się chce, idź z nim”.

– Olka! Olka, kurwa! – głos Kafla wybucha tuż obok mnie w momencie, gdy jego dziewczyna wyrasta jak blady upiór z prowadzącej na dziedziniec bramy; Kafel idzie w jej kierunku, szybko, przemierza pół dziedzińca kilkoma wielkimi krokami.

Olka weszła, a właściwie coś ją przywiało, jak rzucaną przez wiatr papierową torebkę. Była tak blada, tak sucha i cienka, że czarne odrosty na małej, utlenionej głowie wydają się najcięższą częścią jej ciała.

– Gdzieś ty była, do chuja jebanego? Gdzieś ty była, kurwa? Czekam tu na ciebie, szukam cię, kurwa, po melinach cię szukam, a ty co odpierdalasz? Co odpierdalasz?! – pyta głośno Kafel Olkę.

– Jeb się, ty chuju jebany – odpowiada mu Olka.

I tak sobie rozmawiają, i nikt już nie patrzy na nas, bo wszyscy patrzą na Kafla i Olkę i czekają, kiedy się zacznie, kiedy jedno uderzy albo szarpnie drugie i kiedy trzeba będzie odciągać Kafla od Olki, żeby nie chwycił jej za włosy i nie zaczął walić jej głową o najbliższą płaską, pionową powierzchnię, co podobno kiedyś zrobił. Dopiero gdy już będziemy wychodzić z zamku na dziedziniec, wąskim i krótkim gardłem bramy, gdy muzyka będzie już za nami, przytłumiona i cichsza, Daria zadaje mi pytanie, na które wciąż nie znam odpowiedzi:

– A tak właściwie to gdzie ty chcesz iść?

– Na Psychozę? – odpowiadam po chwili.

– Może być – mówi po krótkim namyśle.

Gdy już wyjdzie się z dziedzińca zamku, a następnie tuż za nim skręci się w prawo, w głąb okalającego zamek parku, po kilku minutach spaceru dojdzie się do małej polany z wysokim na trzy metry, murowanym, otynkowanym na szaro pomnikiem i kilkoma ławkami, ustawionymi przodem do niego w półokręgu. Na murze pomnika, na tablicy pamiątkowej, widać spory, nabazgrany czarnym sprayem napis: PSYCHOZA. Ten napis zniknie za kilka lat, ktoś w końcu wywabi go chemikaliami do usuwania graffiti, aby odsłonić znajdującą się pod nim pamiątkową tablicę. Ale teraz napis tam jest, wielki, czarny, kulfoniasty, niezgrabny, pisany dłonią, dla której pisanie czegokolwiek było dość rzadką przygodą. Psychoza jeszcze żyje.

– Ktoś może tam być – mówię.

– I co z tego? – odpowiada.

– No dobrze. – Kiwam głową.

– To kto kogo tam prowadzi? – pyta i się uśmiecha.

Napis namalował niejaki Gizmo, chłopak, który tak się przećpał, że to przećpanie stało się jedyną treścią jego osoby. Słabo go znałem.

(Gizmo, który potem zakończy to wszystko w straszny sposób. Nie mam mu już tego za złe. Trudno mieć mu to za złe, gdy Gizma nie ma i już nigdy nie będzie).

Trupol znał go lepiej, twierdził, że pierwszy raz zapalił jointy właśnie z Gizmem. Gizmo podobno pewnego dnia podszedł do pomnika i po prostu go ochrzcił, w biały dzień, bez słowa i zbędnych ceregieli, na oczach siedzących tam, popijających piwo żuli. Napisał swoje i poszedł do domu. Nikt nigdy nie dowiedział się, o co naprawdę mu chodziło: czy Gizmo chciał jakoś oddać swój stan ducha, czy po prostu namalował pierwszy wyraz, który przyszedł mu do głowy. Od tamtej pory nie chodziło się na pomnik, ale na Psychozę.

Daria łapie moją dłoń i już jej nie puszcza, a gdy to robi, czuję jedno mocniejsze, gwałtowne uderzenie serca i krztuszę się, jakby nagle ktoś wepchnął mi dwa palce w gardło.

Na Psychozie tym razem nie ma nikogo, pod stopami chrzęszczą nam kawałki potłuczonych butelek, kapsle, foliowe siatki. Pomimo tego syfiastego dywanu noc jest tak rześka, że aż cierpka. Siadamy na ławce, najpierw obok siebie, ale już po paru sekundach ona siada na mnie okrakiem i wtedy czuję, że cała składa się z ciepła, że jest jak gruby plik wełnianych koców.

(Już zawsze miała kojarzyć mi się z czymś rozgrzewającym i ciepłym).

Wpycha mi język do ust i pamiętam do dzisiaj, jak pachnie i smakuje. Trochę potem, trochę mlekiem w proszku, a trochę kremem nivea, trochę dezodorantem, a trochę papierosami i piwem. Całując ją, gwałtownie próbuję rozpoznać jej ciało, które jest miękkie i białe. Moje dłonie lekko się w nią zapadają, jest jej trochę więcej, niż myślałem, jest trochę jak surowe ciasto. Jej włosy przykrywają mnie w całości, wchodzą mi do nosa, oczu, ust. Całuje tak, jakby chciała mnie zjeść. Nie przeszkadza jej to, że ja chyba nie umiem tego robić.

Daria rusza się na tyle gwałtownie i oddycha na tyle szybko, że zaczynam myśleć, że jeszcze nie spałem z dziewczyną. Przez chwilę nawet chcę jej o tym powiedzieć. Wiesz, Daria, ja jeszcze z nikim nie spałem. Ale natychmiast sam się poprawiam – to tragiczny pomysł, jej to przecież w ogóle nie obchodzi, na pewno nie będzie chciała robić tego teraz i tutaj, na Psychozie, wśród kapsli, petów, kałuży szczyn, odłamków szkła.

– Mam na ciebie ochotę – mówi i patrzy mi w oczy.

I już mam jej powiedzieć: okej, dobra, pewnie, czemu nie, Daria, przecież to największe z moich marzeń, zrobić to w ogóle, a zrobić to z tobą to jakby korona wszystkich marzeń, ale wtedy Daria nagle podskakuje na dźwięk własnych słów.

– Kurde, Aśka! – wykrzykuje i od razu przykłada dłoń do ust.

– Co Aśka? – próbuję udawać, że nie wiem, o co jej chodzi. W zaroślach za nami słychać kroki i głosy. Słyszę je mimochodem, nie myślę o nich.

– Ja nie mogę jej tego zrobić, to jakaś perwa, ona się w tobie kocha – mówi.

– Mam z nią chodzić dlatego, żeby nie było jej przykro? – pytam, a wtedy Daria schodzi ze mnie i siada obok, i widzę w ciemności, jak patrzy wprost przed siebie, prosto na napis PSYCHOZA, widoczny nawet w najgłębszej ciemności, a może gdzieś poza ten napis, w nieokreśloną, ale bliską przyszłość.

Zapaliła papierosa. Ja też. Zakrztusiłem się, wciąż jeszcze nie umiałem tego robić.

– To zajebista dziewczyna – mówi do mnie, odwracając się. – Nikt nie chce z nią nawet dłużej pogadać. A to jest naprawdę super dziewczyna. To bardzo niesprawiedliwe – mówi to takim tonem, że naprawdę staram się nie dopuścić do siebie myśli, że może ona, chociaż niezmiernie ładna i mlecznobiała, jednak jest też trochę niemądra.

– Wszystko jest bardzo niesprawiedliwe. – To pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy.

Znowu słyszę kroki, szurnięcia, ciche splunięcia, szelest, jakby ktoś pływał w basenie pełnym foliowych torebek, coraz bliższe, coraz wyraźniejsze; ktoś idzie w stronę Psychozy. Z tego, co mówi, można wyróżnić tylko wyrazy „kurwa”. I czknięcia. Daria jeszcze tego nie słyszy, nie zwraca uwagi, ale ja już tak; i wiem, że te szelesty, splunięcia i czknięcia nie zwiastują niczego dobrego; chcę wziąć ją za rękę, powiedzieć „chodźmy” albo nawet nic nie mówić, tylko po prostu wstać, ale jestem pewien, że pomyśli, że jestem tchórzem.

– Jeśli my, no wiesz, to ona się naprawdę załamie – mówi trochę ciszej. Pali zupełnie inaczej niż ja i zupełnie inaczej niż Aśka. Nie połyka dymu, lecz zaciąga się płytko, wypuszcza w powietrze wielkie, białe chmury jak kwiaty.