Wzgórze psów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wzgórze psów
Wzgórze psów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,80  61,44 
Wzgórze psów
Audio
Wzgórze psów
Audiobook
Czyta Jakub Wieczorek
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pod spodem Zyborka, pod klockami domków, pod dziurawym asfaltem, pod pieńkami drzew, które rosły jeszcze niedawno wzdłuż jezdni, pod brudną wodą rzeki i pod fundamentami zamku coś jest. To coś jest zbutwiałe, pachnie gazem. Nie oddycha, ale wciąż żyje.

To pieczenie w żołądku, ostatni raz czułam, gdy poznałam Cyryla, chudego i pięknego Cyryla z pokłutymi rękoma, który opowiedział mi o Klubie Puchatka.

Aby zająć się czymkolwiek, zaczynam przeglądać gazety. Na stojaku są pisma dla nastolatek, wyklejanki z pokemonami, jeden smętny numer gazety z gołymi babami, krzyżówki, żadnych tygodników ani miesięczników. Zaraz, pomiędzy „Kurierem Zyborskim” a sklepową gazetką ogłoszeniową, leży jeden numer „Gazety Krajowej”. Biorę go do rąk. Zaraz, zaraz.

Słyszę, jak Agacie dzwoni telefon, ale nie zwracam na to uwagi, bo pieczenie w żołądku nagle zamienia się w lodowate zimno, które zalewa mnie od stóp do głów.

Pierdolony skurwysyn.

– Halo? – mówi gdzieś w tle Agata i po chwili dodaje: – O Jezus Maria!

Czasami jest tak, że o czymś pomyślisz nagle, jakaś myśl przychodzi znikąd i nie jest żadnym skojarzeniem, asocjacją, po prostu nagle wybucha jak fajerwerk, i co jest najstraszniejsze – ta myśl po chwili się materializuje, zawsze jest sprawdzoną przepowiednią, trafioną wróżbą.

Czasami ta myśl poprzedza to, co sama zapowiada o ułamki sekund, więc trudno tak naprawdę oddzielić ją od swojej reakcji. Ale można to zrobić. Można to zrobić, gdy wytrwale obserwuje się własne myśli.

– Chodź, Justyna, idziemy – mówi Agata i klepie mnie w ramię.

– Poczekaj – odpowiadam. – Poczekaj chwilę.

Na okładce widać napis: „Piekło «Klubu Puchatka». Strona dwadzieścia trzy. Tylko u nas”.

Cztery strony drobnego druku. Obrazek z misiem z wydłubanymi oczyma, któremu z oczu leci czarna krew. „Zapowiadamy pierwszy z cyklu wstrząsających reportaży dotyczących podziemia pedofilskiego w Polsce. Autor: Artur Kolarek”.

Nie wiem, kim jest Artur Kolarek, ale napisał mój artykuł. Z moich materiałów. Tych, które miał On. Które dostał na przechowanie i miał ich nikomu nie pokazywać.

– Chodź, idziemy już. Chodź, bo muszę obiad im ugotować – ponagla Agata.

– Rok mojej pracy – mówię głośno do siebie, patrząc w gazetę. Zimno przelatuje mi przez całe ciało, zaraz wycieknie mi przez oczy. Nic gorszego, nic bardziej upokarzającego niż publicznie się popłakać.

– Siatki pani weźmie – mówi dziewczyna z ufarbowanymi na czerwony kolor włosami, nie wiadomo, czy do mnie, czy do Agaty.

Mikołaj

Transportowy peugeot podskakuje na dziurach w asfalcie, które zajmują więcej powierzchni niż jezdnia, a właściwie to jezdnia jest wielką, pofałdowaną dziurą z niewielkimi, nieregularnymi obszarami wzniesień. Justyna boi się o podwozie samochodu, ale ojciec macha na to ręką. Za stan nawierzchni odpowiedzialność ponoszą oczywiście ludzie burmistrzowej. Robią to szybko i źle, po pijaku i na odpierdol, zalewają dziury gorącym żużlem, który kruszy się przy pierwszym mrozie. Za każdym razem, gdy samochód podskakuje, moją obwiązaną bandażem głowę przeszywa długa, cienka igła. Ten ból jest trochę jak dźwięk. Justyna nawet nie odwraca się w moim kierunku.

Za oknem wykluwa się świt. Jest przymglony i spatynowany, teraz nie wybucha, ale powoli przesącza się w niebo, jakby ktoś napuszczał strzykawką czerwieni w czerń. Ten świt nie zapowiada słońca. W radiu zapalczywie bredzi dwóch polityków, coś o nagłym zaostrzeniu sytuacji międzynarodowej. Mój ojciec po chwili ścisza radio.

– Oni tak plują, jak mówią, że nawet ja się muszę wycierać, jak tego słucham – mówi.

*

Siedzę pośrodku na dwuosobowym pasażerskim siedzeniu, między ojcem, który prowadzi, a Justyną, która patrzy przez szybę, nic nie mówiąc i paląc papierosa. Ojciec pozwolił jej palić, dlatego że, jak twierdzi, ma elementarne poczucie sprawiedliwości. Olczak i Odys, pracownicy mojego ojca, którzy na co dzień jeżdżą tym autem, również w nim palą.

– Jak jarają, to przynajmniej na chwilę zamykają mordy – mówi ojciec.

Jest piąta rano, w samochodzie pachnie benzyną, zepsutym jedzeniem oraz świeżym chlebem; ten ostatni zapach jest tak wszechobecny, że aż wydaje się sztuczny, jakbyśmy nie wieźli z tyłu kilkudziesięciu skrzynek pełnych świeżego chleba, ale kanistry skoncentrowanego zapachu do rozpylenia w hipermarketach.

– Do jakiej wioski jedziemy najpierw? – pytam ojca.

– Do takiej, żebyście zobaczyli, co tu się naprawdę dzieje – odpowiada.

– Czyli do jakiej? – pyta Justyna.

– Najpierw do Pustek. A potem do Popielowego Sadu – odpowiada jeszcze raz.

Te nazwy coś mi mówią, wiem, że te miejscowości istnieją, ale nigdy w nich nie byłem.

– Tak wcześnie nas zerwałeś, że myślałem najpierw, że jedziemy na ryby – mówię chyba po to, aby powiedzieć cokolwiek.

– Wy się nie nadajecie na ryby. Nie potraficie cicho siedzieć – stwierdza ojciec.

– Ja nic nie mówię – odzywa się Justyna.

– Ale się wiercisz – odpowiada. Jedziemy tam, gdzie jedziemy, bo ojciec rozwozi chleb. Codziennie rano po połowie sklepów w Zyborku, a potem po wszystkich okolicznych wsiach. Mógłby tego nie robić, ale nikomu nie ufa. Bez niego nikt nic nie zrobi dobrze, twierdzi. Zatrudnia trzech piekarzy oraz Olczaka i Odysa, którzy są w piekarni od wszystkiego oprócz pieczenia – sprzątają, wożą, ładują na pakę, rozładowują.

Ojciec rozwozi chleb również tym, których na niego nie stać. Jego chleb jest zwykły, ani dobry, ani zły. Bułki tak samo – poznańskie bułki z dupką, które dawano nam na przerwie w szkole podstawowej, z serkiem homogenizowanym i szklanką kakao.

Gdy dojeżdżamy do wsi, trochę się przejaśnia. Ojciec zatrzymuje auto na poboczu. Wieś leży wzdłuż drogi, to kilkanaście domów, niektóre stare, z czerwonej cegły, jeszcze przedwojenne, inne zbudowane po wojnie, płaskie i zapuszczone.

Zatrzymujemy się pod sklepem, burym, szarym domkiem, jakby ulepionym z gliny i kurzu. Kolorowa, metalowa tabliczka ogłasza po prostu: SKLEP. Na ścianie budynku jest tablica ogłoszeń, na niej informacja o discopolowym koncercie grupy Aneks, ogłoszenie: „Nie podpisuj ugody, tracisz prawo do odszkodowania, kontakt”, następne ogłoszenie: „Nie masz skąd pożyczyć, wyczerpałeś możliwości, kredyt na dobrym oprocentowaniu, bez dokumentów, telefon”, wyblakły, żółty plakat reklamujący nadchodzący festyn Święto Kłosu, nekrolog faceta, który nazywał się Edmund Magiera i żył 85 lat. Drzwi do sklepu tarasuje przerdzewiała krata.

Ojciec otwiera przyczepę, patrzy przez chwilę na skrzynki z chlebem, odwraca się w kierunku drogi i wtedy, jakby na jego życzenie, właśnie na jego życzenie, pojawia się nadjeżdżający samochód, rozklekotany, szaro-brudny golf. Ojciec obserwuje go przez chwilę, następnie podchodzi do kraty i zaczyna nią łomotać, skobel metalowej kłódki uderza o przerdzewiałe pręty.

Z samochodu wysiadają Olczak i Odys. Zdążyłem ich poznać wczoraj, po pogrzebie. To czerstwi i prawdomówni ludzie. Sprawiają poważniejsze wrażenie, niż chciałby je odmalować mój ojciec. Olczak jest wysoki, dobrze zbudowany, przed czterdziestką, ma modną fryzurę z przedziałkiem z boku, krzywe zęby i jakby początek obłędu w oczach. Jest rozbiegany, podryguje w miejscu do piosenki, którą tylko on słyszy, rozgląda się co chwila na boki i wciska but w ziemię, jakby już trenował rozgniecenie papierosa, który jest jeszcze w jego ustach.

– Ty, a tobie co się stało? – pyta, patrząc na mój bandaż. Widać, że jest człowiekiem, którego interesują wszelkie możliwe urazy.

– Przewróciłem się na schodach – odpowiadam.

Wzrusza ramionami.

– Głową w mur waliłeś? – pyta Odys, jego kolega. To starszy facet, po pięćdziesiątce, o rozwianych, rzadkich, dawno niestrzyżonych włosach i zgniecionej życiem i wódą twarzy, która ma w sobie jednak jakąś delikatność, refleksję, może przez jej ostry, ptasi rysunek.

Nie pamiętam ich obu. Olczaka nie znałem, bo chodził do zawodówki, a ja nieszczególnie znałem gości z zawodówki, to znaczy znałem ich o tyle, że czasami nas gonili, zabierali drobne i spuszczali wpierdol. Być może Olczak był wśród nich. Dzisiaj chyba jednak nie okrada nikogo z drobnych, za to regularnie chodzi do Panamy, dyskoteki znajdującej się w piwnicach nieczynnego browaru, położonego nieopodal zamku. To konkurencyjny lokal wobec Undergroundu. Podobno lepszy – ma więcej świateł, głośniejszą muzykę, właściciel, niejaki Alf, kumpel Maciusia ze starych czasów, nie chrzci wódki na barze, tak jak Wariat w Undergroundzie. Wiem to wszystko od Grześka. Od ojca wiem, że Olczak upłynnia w Panamie całą wypłatę, a potem jeszcze się zapożycza; jego popisowym numerem jest rozebranie się do naga i tańczenie macareny z gołą dupą, a następnie chodzenie na rękach. Mój ojciec ma Olczaka za człowieka, któremu nie pomoże nawet oddział zamknięty w szpitalu psychiatrycznym.

– Jego żona to porządna dziewczyna. Nie chcę, aby ciągnęła to sama, i dlatego on u mnie robi – powiedział, gdy zobaczyłem Olczaka po raz pierwszy. Wyciągając do mnie rękę, splunął pod nogi.

Teraz Olczak bez pytania trąca Justynę barkiem i chociaż zardzewiała krata wciąż jest zamknięta, chwyta skrzynkę i z cichym sapnięciem stawia ją pod kratą.

– Ile potrzebuje? – pyta ojca.

– Przyjdzie, to powie – odpowiada mój ojciec i jeszcze raz potrząsa kratą.

– No, i już idzie. – Z podwórka za sklepem wyłania się kobieta, krępa, w nieokreślonym wieku, w swetrze, dresie z czterema paskami i klapkach, otwierająca furtkę, wściekła na cały świat, oganiająca się co chwila od niewidocznego, ale namolnego owada.

– Już, już, moment, pospać byście dali – rzuca. Ma niski i gorzki głos, jakby przeżarty przez sypaną kawę z rdzawą wodą i tanimi fajkami.

 

– Ty, patrz – umarł Magiera – mówi Odys, patrząc na nekrolog.

– To ten od miłości? – pyta mój ojciec.

– Od miłości? – Justyna jest zdziwiona.

– To smutna historia była. – Śmieje się. – Bardzo smutna, romantyczna wręcz.

– Szkoda go – mówi Odys.

– Jaka historia? – pytam.

– Ech, ten Magiera to pracował na kolei. I zakochał się w babie, dziewczynie, Elce Powierskiej z Zyborka. To było jeszcze w latach sześćdziesiątych. Kochał ją szaleńczo, rozumiesz. Zobaczył ją na zabawie, na motorze, z innym chłopem. No i honorem musiał się wykazać, jako i męskością, tego chłopa pogonił i ją pogonił, i potem wyjechał, rozumiesz, do Niemiec, no bo on był Mazur. A potem wrócił, po trzydziestu latach, nagle. Chałupę odzyskał, tę tam. – Odys pokazuje zdewastowany budynek na końcu drogi. – No i jak wrócił, to pierwsze, co zrobił, to do tej Elki. Ona już wdową była wtedy. Z bukietem kwiatów do niej przyjechał, serenady jej pod oknem wył. Oż kurwa jedna, jak on wył. Aż stary Galewski, co mieszkał obok, pierdolnął w niego garnkiem. No ale po trzydziestu latach, wyobraź sobie.

– No i co dalej? – pyta Justyna. Patrzę na nią, ona nie patrzy na mnie, ale po raz pierwszy od wczoraj się uśmiecha. To dobrze. Jeszcze parę godzin temu było tak ciężko, że wciąż wszystko mnie boli. Zwłaszcza głowa.

– No i ona poszła do niego i ze trzy lata ze sobą byli, ale potem wywaliła go nagle z domu na ulicę, do sądu polazła, że on się nad nią znęca, a on za nią wciąż z kwiatami łaził. Powiedziała, że ma na muniu, próbowała go ubezwłasnowolnić, tak naprawdę to jej o tę chałupę chodziło i o forsę, on trzydzieści lat w Niemczech robił, kierownikiem pociągu był, forsy miał dużo, a w jej wyobraźni to sto razy więcej. Awanturę zrobiła, że ją gwałcił, lał. Przekabaciła sąsiadki, żeby zeznawały na jej korzyść. Bzdura wszystko.

– A on?

– On przyszedł z kwiatami i pierścionkiem. I Romea i Julii fragmenty mówił. W sali w sądzie, przy ludziach, przy wszystkich. On był naprawdę chłop romantyczny – stwierdza Odys i wypija łyk kawy, a Justyna znowu zaczyna się śmiać. To dobrze, że się śmieje.

Wieczorem płakała. Ja trochę wypiłem. Najpierw z Grześkiem, potem jeszcze trochę sam, pod domem. To przez wizytę u mamy. Piwo, potem drugie i trzecie, i tak dalej. Grzesiek znalazł jakiś bimber. Smakował jak ropa, raził prądem; wypiliśmy go trochę, ale jednak. Słuchaliśmy Black Sabbath. Ja mówiłem o grobie mamy, że nie wiem, czemu ojciec uważa, że jest brudny; Grzesiek mówił o tym, że Ozzy Osbourne powinien już dawno umrzeć, chociaż jakby zagrali w Zyborku w oryginalnym składzie, to może by i poszedł na ten koncert. I tak dalej, i tak dalej.

Potem Grzesiek poszedł gdzieś do miasta, a ja wróciłem do domu. Wturlałem się po schodach. Po drodze wpadłem na Agatę. Zaczęła coś do mnie mówić, coś o Justynie, powiedziałem, aby dała mi spokój. Ten bimber był straszny na tyle, że zanim porozmawiałem z Justyną, wszedłem do łazienki i oblałem sobie głowę zimną wodą.

Justyna nienawidzi mojego picia. Uważa, że zamieniam się wtedy w ożywioną szmatę do podłogi. Że nie dotknęłaby mnie nawet przez inną szmatę.

Gdy wszedłem do pokoju, starając się iść prosto, zobaczyłem, że leży na łóżku i płacze. Paliła się jedynie mała, nocna, cepeliowa lampka z kryształu soli, którą przywiozła z domu. W wątłym, złotawym świetle nasz pokój upodabniał się do tego, czym był kiedyś – do strychu.

Zareagowała chyba przy trzynastym pytaniu, o co chodzi. Pokazała palcem gazetę, która leżała na biurku. Zacząłem czytać.

– Opublikowali ci artykuł? – zapytałem.

– Jesteś głupszy od dziecka, tak się upiłeś – odpowiedziała.

– Nie jestem pijany – skłamałem jak idiota.

– Nie rozumiesz, opublikowali wszystko pod jakimś obcym nazwiskiem – powiedziała, naprawdę płacząc, zalewając się łzami, czerwona i opuchnięta, jakby ogromna pszczoła ukąsiła ją w sam środek twarzy.

Usiadłem na krześle.

– Wszystko rozumiem. Ten twój... chłopak, twój chłopak, pan prezes zarządu trochę cię wyrolował – powiedziałem. Byłem pijany i zadowolony z siebie, bo przecież nie powiedziałbym tego na trzeźwo.

– Co ty pierdolisz, Mikołaj? – odrzekła. Wstała z łóżka.

– Wydymał cię. I dosłownie, i w przenośni. Wydymał cię, że tak powiem, w semantycznej pełni wydymania – mówiłem i czułem, że zaraz zacznę się śmiać z własnych słów.

– Słuchaj, idź do Grześka, zanim będzie za późno – powiedziała.

– Bo na co będzie za późno, Justyna? Już jest za późno – odpowiedziałem, wstałem również, już nie przejmowałem się staniem prosto, wziąłem gazetę, rzuciłem ją na podłogę. Krzyknęła coś, abym się wynosił.

– Nigdy o tym w sumie nie gadaliśmy – odparłem, bo to była prawda, nigdy w sumie o tym nie gadaliśmy. – A powinniśmy pogadać. Gadajmy, Justyna. Ja nie wiem, co się stało. Ile razy się z nim dymałaś? Od kiedy się z nim dymałaś? Powiedz mi. Powiedz mi, chyba mam prawo wiedzieć – mówi mi się tak lekko, że mam wrażenie, że śpiewam.

Lubię być pijany. Każdy lubi być pijany, ale ja lubię to podwójnie. Po około pięciu lufach przestaję się przejmować. Mam gdzieś, czy wszystko będzie dobrze, czy źle. Zupełnie przestaję się starać, bać się, myśleć o konsekwencjach. Obłożony kompresem mózg uwalnia ciało, znikają powbijane w nie druty, pojawiają się z powrotem kości i mięśnie.

– Teraz? – zapytała i odpowiedziała za mnie: – Nie, nie teraz.

Czułem się strasznie lekki. Pomyślałem, nie wiedzieć czemu, że tak muszą czuć się ludzie, którzy są opętani.

– Lepiej cię dymał?

– Przestań – powiedziała cicho.

– Miał dłuższego chuja? Ja to zrozumiem. Naprawdę. Nie mam jakiegoś, nie wiem... – I chyba żeby pokazać jej dokładniej, o czym mówię, rozpiąłem rozporek.

– Nie teraz – powiedziała jeszcze ciszej.

– Jeśli jestem gównem, zerem, Justyna, to chciałbym wiedzieć, z jakiego powodu, chyba że jestem po prostu gównem, po prostu, tak zwyczajnie, bo śmierdzę i jestem brązowy i wyleciałem z czyjejś dupy, nieważne, bo z każdej dupy wylatuje to samo, prawda? – Byłem przekonany, że to, co mówię, jest trafne i zabawne, zwłaszcza ze spodniami opuszczonymi do połowy.

– Co ty robisz? – zapytała.

– Pomagam ci – odpowiedziałem, śmiejąc się. – Zmniejszam twoje wyrzuty sumienia.

– Idź do Grześka, proszę cię – powtórzyła.

– Wszystko dla ciebie. Aby tylko ci pomóc. Zobacz. Pomagam ci. – Wziąłem coś z biurka, chyba kubek, i rzuciłem nim o ścianę.

Stało się to, co się stało, takie rzeczy się dzieją i nie można ich cofnąć, takie rzeczy zostawiają niespieralne plamy, podeszła i mnie popchnęła, a ja popchnąłem ją, wtedy wylądowała na łóżku i wydała głuchy krzyk, a ja stałem przez chwilę, a potem podbiegłem do niej i wsiadłem na nią, i to coś (byłem przekonany o koleżeństwie, o wspólnocie z tym czymś) sprawiło, że położyłem się na niej i położyłem na jej twarzy dłoń. Poczułem, że coś boli mnie w dole brzucha.

Wiedziałem, że gdy zdejmę dłoń z jej twarzy, ona zacznie się strasznie drzeć.

– No i co, panie Głowacki? Burdel, nie? – pyta kobieta.

– No co pani opowiada, Zybork to jak Przystanek Alaska, oaza spokoju. – Olczak się śmieje.

– Temu Bernatowi to się po prostu makówa przegrzała, jak na mój rozum, polazł i się zgubił – mówi Odys, stojąc obok. Łakomie patrzy na lodówkę z piwami. Na siwych wąsach zostały mu brązowe ślady po papierosach. Ma połamane czarne paznokcie, do połowy wyżarte przez brud.

– Tobie się makówa przegrzała, Odys – mówi mój ojciec.

– Tak jak Wiedźminowi – mówi kobieta, zalewając wrzątkiem szklankę sypanej kawy.

Justyna parska śmiechem, po raz pierwszy od dwóch tygodni.

– Wiedźminowi? – pyta.

– A, takiemu jednemu – odpowiada ojciec i pokazuje palcem na szklankę kawy. – Tereso, prezydentowo, ja też bym się napił.

– No był u nas taki jeden, młody Blaszka, co się uczył na leśnika w Rucianem Nidzie – mówi pani Teresa, szykując kawę dla mojego ojca.

– Na jakiego leśnika on się uczył, on kosze w ohapie wyplatał – mówi Olczak, biorąc lizaka z plastikowego pojemnika. – To półgłówek jest przecież.

– A ty to jesteś, cholero, profesor – odpowiada Teresa i wszyscy wybuchają śmiechem.

– Nadzwyczajny. – Olczak się uśmiecha.

– No Wiedźmin, tam gdzie jest opuszczony dom po Niemcach w lesie, niedaleko rzeki, on się tam wprowadził, bez prądu mieszkał. Biblii na pamięć się uczył, sam się próbował ukrzyżować, rękę sobie gwoździem do deski przybił, ale drugiej się nie dało. Antosiaka młodego wziął, żeby ten mu pomógł z drugą ręką. No ale Antosiak wziął pieniądze i uciekł.

– I co, i niby Bernat tak samo zrobił? – pyta Olczak. – Niby tak samo? Cyganie z Mławy się na wszystkich wkurwili, i tyle. Na niego, na Maciusia, na Maciejaka. Przestali się im opłacać, Bernat to w ogóle dług miał u tego Cygana, Gawola starego, jak mu tam, Tobka...

– Olczak, weź ty już zamknij mordę – mówi mój ojciec.

Teresa kręci głową, wyciera nos w materiałową chusteczkę. Jest chuda, żylasta i twarda, gdy otwiera usta, w jej górnej szczęce widać srebrną jedynkę. Mój ojciec odstawia szklankę z fusami na blat i ociera usta.

– Musimy jechać.

– No i co, kiedy robicie kolejną pikietę? Bo my tu z Pustek przyjedziemy – mówi Teresa, wychodząc zza lady. Mój ojciec patrzy na tę małą, żylastą, suchą kobietę z powagą i szacunkiem.

– Teraz to już referendum – odpowiada ojciec.

– Sołtys przyjedzie, wszyscy przyjadą. Przecież to nie może być tak, że ta kurwa sobie wymyśliła, że ludziom domy poburzy. – Teresa przy słowie „kurwa” odruchowo spluwa na czystą podłogę swojego sklepu.

– Nie może być – powtarza mój ojciec i ona dopiero wtedy puszcza jego rękę, wcierając butem plamę śliny w podłogę.

Zabrałem dłoń z jej ust. Wiedziałem, że nie krzyknie, ale bałem się, że mnie ugryzie. Chciałem ją wyruchać. Chciałem, aby z niej wypadł. W ten sposób próbowałem go zabić. Wyruchać ją tak, jak on ją ruchał. Po prostu. On nawet się nad tym nie zastanawiał. Byłem tego pewien. Byłem pewien, że gdzieś ją zobaczył i wpadł na pomysł, że ją sobie weźmie. Tak jak człowiek wpada na pomysł, że zrobi sobie kanapkę albo wypije piwo. Nieważne, że miała obrączkę na palcu. Nieważne, że na początku (być może) mu odmówiła. To nie miało znaczenia. Są tacy ludzie, którzy coś widzą i od razu chowają to coś do kieszeni. Nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Tacy ludzie są czarnoksiężnikami. Nie można z nimi wygrać, bo nie uznają zasad, działają w poprzek rzeczywistości. W porównaniu do nich zawsze jest się gównem.

– Opowiedz mi, jak to robił. – Próbowałem ściągnąć jej spodnie. Na początku nie reagowała.

– To gwałt małżeński – odpowiedziała głosem zimnym jak chirurgiczna stal.

– Lizał ci cipę? – Naprawdę mnie to interesowało. Po chwili sama zasłoniła sobie usta.

– Jak to robiliście? Powiedz mi, Justyna – zapytałem.

– Szybko – odpowiedziała.

– Szybko? – Zaśmiałem się. Ściągnąłem jej spodnie do kolan, zdarłem majtki. Jej ciało było chłodne, wszystkie mięśnie napięte i skurczone.

Przycisnąłem usta do dłoni, którą trzymała na twarzy.

– To gwałt, Mikołaj – powiedziała jeszcze raz. Bardzo cicho. Usłyszałem, jak ktoś chodzi po pierwszym piętrze. To pewnie Jasiek szedł do łazienki. Uśmiechnąłem się do niej. Tym bardziej nie mogła krzyknąć. Pomyślałem nagle, nie wiedzieć czemu, że nienawiść to taka mocno pobrudzona miłość. Miłość pełna tłustych plam, miłość, którą wytarło się podłogę. Wbiłem kolano mocno pomiędzy jej nogi, próbując je rozszerzyć.

– Będziesz tego żałował, Mikołaj. – W jej oczach pojawiły się łzy.

– Wtedy też płakałaś? – zapytałem, próbując wepchnąć w nią kutasa.

Odkąd o tym powiedziała, w Warszawie ani razu nie poszliśmy do łóżka. Tak naprawdę nawet mnie nie pocałowała. Dotykała mnie najwyżej przez przypadek, wpadała na mnie, gdy nie mieściliśmy się w jednej przestrzeni, w przedpokojach, w drzwiach. To chyba normalne. Chyba tak zachowują się ludzie, którzy się zdradzili. Do pewnego momentu. Zdradzili. Myślę, że wiele słów jest nietrafionych, mijających się ze swoim prawdziwym znaczeniem; wiele, ale nie to.

– Będziesz żałował, Mikołaj – powtórzyła.

– Jak ty w ogóle mogłaś, kurwa, to zrobić? – zapytałem.

Najpierw straciłem wzrok, a dopiero potem mnie zabolało, wszystko naraz, i wtedy zrozumiałem, że spadłem z łóżka. Ból rozlał mi się po głowie jak ciepła parafina. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem, jak stoi nade mną z solną lampą w ręku.

 

– Zrób to jeszcze raz, a cię zabiję – zagroziła.

Poczułem, że we włosach mam coś mokrego i ciepłego.

– Musisz wezwać pogotowie – powiedziałem.

– Zostań na podłodze – odparła.

Chciałem, aby zobaczyła, co zrobiła. Schowałem fiuta do spodni. Spróbowałem się podnieść. Nie wyszło mi. Opadłem z powrotem na podłogę.

– Wyjeżdżam stąd. Za kilka dni – powiedziała cicho i spokojnie jak zawsze, gdy mówiła na poważnie, a ja osunąłem się w ołowiany i ciężki sen, przez ostatnią sekundę świadomości myślałem, że umieram.

A potem obudził mnie głos mojego ojca, pytający ją, co mi się stało.

– Przewrócił się na schodach – usłyszałem, jak mówi, i muszę przyznać, że nawet mnie to rozbawiło. Mniej rozbawiła mnie głupota, którą zrobiłem mojej własnej żonie. Do teraz ściska mi czaszkę. Jakby ktoś przywiązał mi do głowy kawał szyny, aby ją dociążyć.

Auto już nie podskakuje, głowa boli mnie mniej, droga jest w miarę gładka, wzdłuż niej rozciągają się pola poprzecinane wąskimi tunelami rzeczek i śluz. Jest już jaśniej, słońce wygląda nieśmiało zza ściany chmur i przegląda się w wodzie, zamieniając rzeczki na ułamki sekund w lśniące, świetlne węże, spadając na pojedyncze drzewa, paliki, słupy elektryczne, które bezładnie pokrywają ten niby zamieszkany, ale jednak dziki teren. Droga kluczy, wije się, prowadzi do sosnowego lasu, aby gwałtownie go opuścić. Jest siatką, która łączy porozrzucane obok siebie pojedyncze domy kolonii wsi Popielowy Sad. Gdzieś w tle, za drzewami, za słupami, widać kontury budynków, zaczynam je sobie przypominać, jeździliśmy tutaj rowerami z Trupolem i Bylem palić trawę, tam jest stara cegielnia, tam gorzelnia, a tam, jeszcze dalej, dwa kilometry za lasem, była fabryka mebli.

„Ktoś, kto opowiada ten świat, opowiada go z premedytacją źle i na wspak” – myślę. „Ten ktoś jest podejrzany, że ma nieczyste intencje; że ten świat jest jak ze złej bajki, że potrafi oszukiwać, maskować się; potrafi to zwłaszcza w słońcu, słońce jest jego najlepszym kamuflażem; czyni go migotliwym i drżącym, nadaje mu zdradziecki połysk”.

Droga gwałtownie skręca, ojciec zwalnia i wjeżdża na most, na którym jest kolejna śluza, jedzie jeszcze przez chwilę przez niewielki leśny zagajnik, po czym nagle wypada we wsi, tuż przy małej, pomalowanej na seledynowy kolor kapliczce. Skręca w prawo, nawet nie wrzucając kierunkowskazu. Przejeżdżamy obok szkoły, prostokątnego, pomalowanego na pomarańczowy kolor budynku, przed którym widnieje nowy orlik z szatniami, a obok, jakby skrępowana, wciąż stoi zbutwiała, drewniana stodoła, i dojeżdżamy do sporego gospodarstwa, składającego się z budynku z czerwonej cegły i dwóch prostopadle ustawionych do niego stodół.

Olczak i Odys wysiadają ze swojego samochodu. Na ich powitanie wybiega sfora psów. Nie gryzą ich, ale ujadają; słyszę ze środka, jak Olczak krzyczy:

– Noż kurwa, i co, znowu mamy petardami w nie rzucać?!

– Sio! Sio, kocmołuchy! – wrzeszczy ojciec, wysiadając z auta, i kilkanaście psów posłusznie, jedną falą, ucieka w kierunku zagrody.

– Oj, do Walinowskich to więcej trzeba przywieźć, jak do sklepu – dowcipkuje Odys.

– A u ciebie to mało było, siódemkę dzieciaków narobiłeś – odpowiada mu Olczak.

– Nie trzeba mi tego zawsze wypominać. – Odys wzrusza ramionami, wtykając papierosa w usta.

– Powinienem to zrobić, jak tę książkę pisałeś. – Ojciec odwraca się do mnie.

– Co zrobić? – pytam.

Ojciec zatacza ręką po wsi, obejmując jednym gestem niebo, słońce, szkołę, zagrodę, domy i psy.

– Zawieźć cię tutaj. Przewieźć. Pokazać to wszystko – mówi. – To może byś takich, kurwa, głupot nie pisał.

– Inne rzeczy wtedy cię interesowały – przypominam mu.

Na krótką chwilę przybiera ten sam wyraz twarzy, który miał zawsze, gdy próbowałem mu cokolwiek odpyskować. Twarz mu tężała, zmieniała się w maskę, skóra naciągała się na policzkach i skroniach, jakby odrobinę rosła mu czaszka; jego oczy się zwężały, a ja nie mogłem nic poradzić, lecz natychmiast się kuliłem, wtedy on uśmiechał się kącikiem ust i na moment podnosił dłoń, jakby chciał mnie uderzyć, ale po prostu drapał się nią po głowie albo pocierał twarz.

– Wchodzimy? – pyta Olczak.

– Oni jeszcze cali w kołdrach, to szlachta jest, przed dziesiątą toto nie wstaje – odpowiada cicho Odys.

Przez podwórko, przez ciżbę spacyfikowanych przez mojego ojca psów, idzie kobieta, szczupła, ze spiętymi w kok włosami, w kolorowym swetrze, legginsach i zużytych trampkach. Ma specyficzną urodę, wielkie, czarne oczy i ciemną cerę, idzie prosto i energicznie, mocno uderza stopami o ziemię.

– Witam panów szanownych. – Otwiera furtkę, mój ojciec wchodzi do środka i macha nam, abyśmy poszli za nim.

Olczak i Odys ściągają z paki dwie skrzynki chleba. Justyna pytająco pokazuje kobiecie niedopałek, ta wskazuje jej leżącą na ziemi plastikową miskę z dnem pokrytym warstewką błota.

– Gdzie zanieść? – pyta Olczak.

– Do domu. Jedziemy? – pyta kobieta mojego ojca.

Ojciec kiwa głową.

– Nie chcecie wejść do środka?

Ojciec macha ręką.

Odys i Olczak znikają we wnętrzu domu, by po chwili wyjść z powrotem i znowu stanąć pod furtką, zmęczeni i skrępowani.

– Mamy rodzinny dom dziecka. Z mężem jest nas dziewięcioro – mówi kobieta, jakby rzeczywiście czuła się w obowiązku wytłumaczyć, po co jej tyle chleba. Zarazem intensywnie wpatruje się we mnie z promiennym uśmiechem. Ta kobieta dożyje kiedyś osiemdziesięciu lat, ale jej uśmiech wciąż będzie miał dwadzieścia.

– Mikołaj, no do cholery jasnej. Przecież ja uczyłam cię plastyki w czwartej klasie. Dziesięć lat miałeś. Musisz mnie pamiętać – mówi.

– Pojedziesz z nimi? – pyta ją mój ojciec, wskazując palcem Olczaka i Odysa.

– Ja pojadę z nimi – mówi Justyna, nawet na mnie nie patrząc. Wsiada do auta Olczaka. Razem z kobietą wchodzimy do samochodu ojca. Teraz ją pamiętam. Rzeczywiście. W szkole wołali na nią Murzynka. Pamiętam, że potem wyprowadziła się z Zyborka na wieś razem z mężem, wąsatym olbrzymem o dobrym uśmiechu, który przyjeżdżał po nią pod szkołę dużym fiatem, chociaż wszyscy już wtedy wstydzili się dużych fiatów. Byli nawet kiedyś u nas w domu. Moja mama pożyczała im jakieś pieniądze. Jej mąż zabawnie mówił, dukał, jego polski był sztywny, kanciasty, nie mieścił mu się w ustach, i mama powiedziała mi wtedy, że to Mazur, jeden z ostatnich, którzy tu zostali.

Ruszamy dalej. Jedziemy przez szutrowe i żwirowe drogi, porozrzucane po zagajnikach kilkudomowe wioski, ojciec robi koła, kluczy, zostawia chleb jeszcze w dwóch sklepach spożywczych. Kobieta milczy, ale wciąż się uśmiecha.

– Nie byłam na pogrzebie, nie mogłam, Kajtek chory – zwraca się do mojego ojca.

– Trzecią apelację do Sądu Najwyższego złożyli. Ale ci mówią, że to jest wiążące, że referendum musi być. Tysiąc osób to jest dziesięć procent osób uprawnionych do głosowania – odpowiada ojciec.

– Myślałam, że będzie więcej – odpowiada kobieta i wtedy po raz pierwszy przestaje się uśmiechać.

Wjeżdżamy do kolejnej wsi. Z daleka widok jest piękny. Świeżo pomalowane płoty, nowe elewacje, ogródki, przystrzyżona trawa, kwiaty. Na ulicy nie ma prawie nikogo. Odwracam się, w brudnej, tylnej szybie widzę kontur samochodu Olczaka i Odysa.

– Pamiętasz, jak się nazywam? – pyta mnie kobieta.

– Ela Walinowska – mówi mój ojciec, zanim zdążyłem sobie przypomnieć.

Ale po chwili płoty, elewacje i ogródki znikają i zjeżdżamy z asfaltu w kolejną nieutwardzoną drogę, gdzie po obu stronach pleni się gęste zielsko; po chwili na jej końcu wyłaniają się szare, azbestowe, niskie i prostokątne zabudowania. Są puste, zdewastowane jak stare schrony przeciwatomowe. Mijamy górujący nad szarymi, płaskimi zabudowaniami główny budynek PGR-u, zdemolowany, szary prostopadłościan pokryty eternitowym dachem, upstrzony czarnymi jamami okien, w których dawno już wybito wszystkie szyby, i jedziemy w kierunku drobnych konturów kilku sześcianików, z tej odległości wyglądających jak małe i brzydkie kostki mydła – to popegeerowskie bloki, dwupiętrowe domki ze spadzistymi dachami i odłażącą elewacją. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek tu był.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?