Informacja zwrotnaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Informacja zwrotna
Informacja zwrotna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Informacja zwrotna
Informacja zwrotna
Audiobook
Czyta Grzegorz Damięcki
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Co to jest? – pyta Jadźka, ale ja już wiem, co to jest.

Bie­gnę kory­ta­rzem dworca, bar­dzo szybko, czło­wiek w kap­tu­rze bie­gnie przede mną, dla­czego nikt nie zauważa takiego sprintu, dla­czego pra­wie nikogo tu nie ma, musi być śro­dek nocy; bie­gnę, zaraz wypluję płuca, ale zanim to zro­bię, czło­wiek w blu­zie gwał­tow­nie się odwraca, łapie mnie, zanim zdążę wyha­mo­wać, i z całej siły ude­rza mną o meta­lową roletę. Coś, co trzy­ma­łem w dłoni, wypada na zie­mię.

A ja widzę czerń, naj­pierw pod kap­tu­rem, a potem wszę­dzie wokół.

W port­felu są zdję­cia. Uli. Kingi. I nasze: ja, Marta i on.

W port­felu jest też sto zło­tych, dwa­dzie­ścia euro, karta Revo­lut, karta miej­ska, prawo jazdy i dowód oso­bi­sty.

Wyszar­puję mu to z rąk.

– Już mnie pani nie stra­szy, bo nic wię­cej nie wiem – zapew­nia.

Dziew­czyna zaczyna pła­kać. Młody chło­pak z ple­ca­kiem ogląda nas jak film, uda­jąc, że czyta coś na tele­fo­nie. Ulka znowu dzwoni, odbie­ram, mówię, że jesz­cze minuta. Choć mogłem prze­cież powie­dzieć: zna­la­złem jego doku­menty.

Mia­łem je, nie wiem czemu. Bie­głem z nimi kory­ta­rzem dworca. Wypa­dły mi z ręki. A teraz mam je z powro­tem.

Ale nie mówię tego, bo ni­gdy nie mówię naj­waż­niej­szych rze­czy.

Piotr Kania. Uro­dzony 10 marca 1993 roku. Wzrost 182 cm. Imiona rodzi­ców, Marta i Mar­cin. Dowód wydany przez pre­zy­denta mia­sta War­szawa.

– Leżał pod roletą. Zna­la­zła go, gdy otwie­rała. – Facet wycho­dzi zza lady i siada z powro­tem do swo­jej kur­cza­ko­wej górki.

Wyj­muję z port­fela sto zło­tych, wycią­gam w kie­runku dziew­czyny. Jesz­cze raz patrzę na zdję­cie w dowo­dzie, to, co na ulotce. Te same zaci­śnięte usta. Oczy podejrz­liwe jak u głod­nego ptaka. Wielka głowa. Krót­kie, ciemne włosy. Szczęka i nos wycięte z powie­trza ostrym nożem. Wielki ból roz­py­cha mi gar­dło, jak­bym gwał­tow­nie połknął kamień.

Jadźka chce iść na poli­cję, ale moim zda­niem już wystar­czy. Za bar­dzo się zaan­ga­żo­wała. Tłu­ma­czę jej to już na górze, w hali głów­nej; Jadźka przy­tula mnie jesz­cze raz, na poże­gna­nie. Czarny swe­ter inten­syw­nie pach­nie tyto­niem, kawą i sier­ścią. Zała­twia też w ten spo­sób swoją sprawę, oczy­wi­ście, że tak. Bar­dzo dawno nikogo nie obej­mo­wała.

Mówię jej, że zadzwo­nię, że bar­dzo jej dzię­kuję, że jest przy­ja­ciółką przez duże P. Wycią­gam w jej stronę resztę ulo­tek.

– Przy­klej u sie­bie na wsi, gdzie­kol­wiek – pro­szę.

– Chyba sprze­daję dom. – Zawsze to mówi, gdy się czymś dener­wuje. Sprze­daje go, odkąd pierw­szy raz poja­wi­łem się na tera­pii. Dom w Pod­ko­wie Leśnej jest wielki i stary, na pewno pach­nie tak jak ona: naf­ta­liną, papie­ro­sami, psami. Kiwam głową, nie wcho­dzę z nią w żadne dys­ku­sje. To nie czas ani miej­sce na infor­ma­cje zwrotne.

– Dzięki – odpo­wia­dam i znów się obej­mu­jemy; ści­ska mnie jesz­cze moc­niej, i dobrze, niech ści­ska, może coś we mnie pęk­nie. Może zgnie­cie mnie na śmierć.

– Zadzwoń, jak tylko coś będziesz wie­dział – prosi.

Kiwam głową.

– Zadzwo­nię.

– Zadzwoń – powta­rza, wbi­ja­jąc palec w mój splot sło­neczny. Bie­rze ode mnie więk­szość ulo­tek i odcho­dzi. – Zajmę się tym – mówi i macha mi na poże­gna­nie.

Wycho­dzę przed dwo­rzec. Ula jest sama. Może to i lepiej. Ubrana w trzy roz­miary za dużą zie­loną bluzę z kap­tu­rem, dres w tym samym kolo­rze i różową puchatą kurtkę, przy­po­mina jakąś postać z Ulicy Sezam­ko­wej.

Przy­je­chała po mnie swoim samo­cho­dem, kupi­łem go jej, gdy skoń­czyła pierw­szy rok stu­diów na samych piąt­kach. Pista­cjowy fiat 500C. Z Ulą w środku wygląda jak baj­kowy stwo­rek, który połknął innego baj­ko­wego stworka.

– Zapnij pasy – prosi, gdy wsia­dam, i wie, co mówi, bo pro­wa­dzi okrop­nie. Wyjeż­dża­jąc na Aleje, od razu wymu­sza pierw­szeń­stwo na tak­sów­ka­rzu, sil­nik gaśnie jej na pierw­szych świa­tłach, a potem jesz­cze raz, na następ­nych. Pio­trek zdał egza­min na prawo jazdy za pierw­szym razem, ona dopiero za jede­na­stym, i to gdzieś w Mła­wie albo jakimś innym mie­ście z jed­nym ron­dem.

Z Piotr­kiem ni­gdy nie jecha­łem. Nie mam poję­cia, jak jeź­dzi.

– Czy można się dostać na Okę­cie tak, żeby ani razu nie skrę­cać w lewo? – pyta Ula. Na pla­stiku dookoła sta­cyjki widać zadra­pa­nia, jakby z ner­wów nie mogła tra­fić w nią klu­czy­kiem.

– No, to pro­ste: jedziesz Ale­jami i skrę­casz na ron­dzie w Raszyń­ską, dalej jedziesz Żwirki…

– Ale w lewo czy w prawo? – Jest potwor­nie zde­ner­wo­wana. Kolejne świa­tła, pod wia­duk­tem. Ktoś na nią trąbi. Zer­kam w lusterko wsteczne. Wypa­cy­ko­wana kobieta w sza­rym range rove­rze.

– W lewo. W lewo na ron­dzie – odpo­wia­dam.

– Sprawdź w tele­fo­nie, czy można doje­chać tak, żeby nie skrę­cać w lewo – prosi i włą­cza radio. Pio­senka, która wybu­cha we wnę­trzu auta, nie pomaga sytu­acji. Dziew­czyna-robot zawo­dzi na tle muzyki, która brzmi, jakby wrzu­cić bębny, trąbki i różne kom­pu­te­rowe odgłosy do wiel­kiej meta­lo­wej puszki i ryt­micz­nie nią potrzą­sać.

– Ale czemu? – pytam.

Kobieta za nami cały czas trąbi. Ma na oko pięć­dzie­siąt lat i poczu­cie wiel­kiej wła­dzy nad War­szawą, całe Aleje Jero­zo­lim­skie to jej laty­fun­dia. Naj­chęt­niej otwo­rzył­bym drzwi, wycią­gnął ją ze środka i trza­snął łbem o jej łeb, aż zatrzesz­cza­łyby spo­iwa łączące jej pustą czaszkę.

– Boję się skrę­cać w lewo – wyznaje po chwili Ula. – W lewo jest trud­niej niż w prawo.

– Nie jest. No co ty.

– Oczy­wi­ście, że jest. – Świa­tło zmie­nia się na zie­lone, ale ona wciąż stoi.

– Nie jest. Ja mogę popro­wa­dzić – pró­buję ją uspo­koić.

– Nie, nie będziesz, kurwa, pro­wa­dzić! – krzy­czy i w końcu rusza.

Kobieta za nami zmie­nia pas, zrów­nuje się z nami i patrząc na nas przez szybę, puka się w głowę. Opusz­czam szybę i mówię jej, aby się pier­do­liła. Odpo­wiada gestami, któ­rych nie potra­fię roz­szy­fro­wać.

– Co robi­łeś tam tak długo? – pyta Ulka.

– Roz­wie­sza­łem ulotki – odpo­wia­dam. Nie mówię jej o wspo­mnie­niu, o kory­ta­rzu, o czło­wieku w kap­tu­rze, o chiń­skim barze, nie mówię o port­felu, który ciąży mi w kie­szeni, odlany z oło­wiu, z bru­natną plamą z boku.

Dopiero teraz widzę, że jest prze­ra­żona. Zaci­ska szczękę tak mocno, że zaraz skru­szy sobie zęby. Włosy, ufar­bo­wane od połowy na blond, zgod­nie z dziwną modą na odro­sty, zwią­zała w nie­dbały kucyk. Ma grube, czarne brwi i śliczne oczy. Jest bar­dzo ładną dziew­czyną. Gdyby chla­nie nie zamie­niło mnie w kukłę, z tro­ski o nią nie spał­bym po nocach.

Dojeż­dżamy do placu Zawi­szy. Hotel Sobie­ski wygląda jak pałac króla Cyga­nów, ze zło­wiesz­czo różową ele­wa­cją i szklaną kopułą przy­po­mi­na­jącą mar­twe, wpa­trzone w niebo oko. Tutaj też piłem. A nawet gorzej.

– Możesz spraw­dzić trasę na tele­fo­nie? – prosi jesz­cze raz.

– Skrę­cisz. – Kładę dłoń na jej barku, ciężko i nie­zgrab­nie. Chcę ją uspo­koić, ale nic z tego nie wycho­dzi, pod bluzą ma beton zamiast mię­śni.

– Nie, nie skręcę – chli­pie cicho.

– Powiem ci kiedy. Nie bój się, Uleńka.

– Ile razy mam ci mówić? Boję się! Ni­gdy nie skrę­cam w lewo. Zawsze jeż­dżę wszę­dzie tak, żeby skrę­cać tylko w prawo.

Od jej pła­czu wszystko mnie boli; znowu ktoś trąbi, znowu zapo­mniała o świa­tłach. Gdy mówi, ślina i łzy zale­piają jej usta, a kiedy się odwra­cam, by spoj­rzeć, kto stoi za nami, widzę tylne sie­dze­nie fia­to­stworka pełne opa­ko­wań po sło­dy­czach, kub­ków po kawie ze Star­bucksa, pude­łek po McDo­nal­dzie, opa­ko­wań po kosme­ty­kach.

– Jesteś super kie­rowcą – zapew­niam.

Zaci­ska dło­nie na kie­row­nicy, jakby wisiała nad prze­pa­ścią.

– To jest za dużo, ja w ogóle nie wie­rzę w to, co się dzieje – ryczy.

Zaraz zablo­ku­jemy cały ruch na placu Zawi­szy.

Świa­tło na moment jest poma­rań­czowe, a ja naci­skam jej nogę i decy­duję:

– Teraz.

Wjeż­dżamy na rondo, uru­cha­mia­jąc całą orkie­strę klak­so­nów i prze­kleństw, Ulka lekko ścina zakręt i w ostat­nim momen­cie ucieka przed nad­jeż­dża­ją­cym tram­wa­jem.

– Widzisz? Skrę­ci­łaś – mówię jej, a ona z całej siły ude­rza mnie otwartą dło­nią w głowę.

Nie odzy­wam się do niej aż do samego lot­ni­ska, na które docie­ramy ledwo żywi, jak­by­śmy poko­nali tę trasę na kola­nach. Ulka jest spuch­nięta od pła­czu i zie­lona tak jak jej bluza.

Przy przy­lo­tach jest cicho i spo­koj­nie. Grupka typów kie­ru­ją­cych do tak­só­wek robi prze­rwę na papie­rosa; taryfy cze­kają na pasa­że­rów, usta­wione w dłu­gim sznurku.

– O któ­rej ląduje? – pytam.

– Jakoś teraz.

– Popatrz. – Poka­zuję jej port­fel. Przez chwilę mruży oczy, następ­nie bie­rze go do ręki, otwiera. Gdy zała­puje, że to doku­menty Piotrka, krzy­czy bez­wied­nie i odru­chowo zatyka sobie usta dło­nią.

– Zna­la­złem na dworcu. W chiń­skim barze – tłu­ma­czę, zgod­nie z prawdą.

– Co? – nie rozu­mie.

– Pamię­tam, że bie­głem po dworcu. Mia­łem to w ręku, nie wiem jak ani czemu, ale ktoś mnie pobił i to zgu­bi­łem. A potem zna­la­złem. – Gubię się w zezna­niach.

– Byłeś z tym na poli­cji? – pyta.

– Jesz­cze nie. Poka­zuję ci to jako pierw­szej.

Muszę zapa­lić. Otwie­ram okno i wycią­gam paczkę, ale Ulka wyrywa mi ją z dłoni. Sie­dzimy tak przez chwilę w nie­wy­god­nym, draż­nią­cym mil­cze­niu.

– Myślę, że to super, że tak dbasz o mamę – mówię, żeby powie­dzieć cokol­wiek.

– Ktoś musi – odpo­wiada cicho.

– Ale jeśli chcesz, możesz się w każ­dej chwili wypro­wa­dzić. Wiesz o tym. Mam dla cie­bie miesz­ka­nie…

 

– Nie wpro­wa­dzę się do miesz­ka­nia po jakiejś two­jej sugar baby. Nie ma szans.

– Nie wiem, o czym mówisz. Poza tym mam dużo miesz­kań.

– Mama nie da sobie rady beze mnie.

– Da sobie radę.

– Skąd ty możesz wie­dzieć, kto da sobie radę, a kto nie?! – krzy­czy.

– Masz rację, nie wiem – przy­ta­kuję cicho. – Nie mam o tym poję­cia.

Z lot­ni­ska powoli wycho­dzą pierwsi ludzie, obła­do­wani baga­żami, pół­przy­tomni, zde­ner­wo­wani. Chyba nikt nie wycho­dzi z lot­ni­ska zre­lak­so­wany i miły.

Nie pamię­tam żad­nego swo­jego lotu. A wiem, że lata­łem. Znaj­do­wa­łem się w róż­nych miej­scach, w któ­rych można było się zna­leźć tylko samo­lo­tem. Byłem w Sta­nach z zespo­łem, potem z woka­listką, którą się zaj­mu­jemy. Byłem w Kana­dzie, rów­nież na kon­cer­tach dla Polo­nii. Byłem w Taj­lan­dii na waka­cjach. Prze­cież nie poje­cha­łem tam na rowe­rze. Ale nie pamię­tam, przy­się­gam, nie pamię­tam sie­dze­nia w samo­lo­cie.

Roz­glą­dam się za czymś do picia. Ulka rozu­mie bez słów, za czym ja się mogę roz­glą­dać; przez chwilę szuka cze­goś pod sie­dze­niem i w końcu wyciąga dwu­li­trową butelkę cie­płej, wyga­zo­wa­nej coli, wypija dusz­kiem połowę, następ­nie oddaje mi port­fel Piotrka. Cho­wam go ostroż­nie do kie­szeni, wci­ska­jąc głę­boko, aby na pewno z niej nie wypadł. Ula wyciąga z kie­szeni dresu swo­jego elek­tro­nicz­nego papie­rosa. Zaciąga się porząd­nie, wypusz­cza potężny kłąb pary, następ­nie podaje mi, abym zro­bił to samo.

Lepiej zro­bił­bym, gdy­bym po pro­stu ich zosta­wił. Pła­cił­bym ali­menty. Poja­wiał­bym się raz na mie­siąc albo wcale. A potem po pro­stu znik­nął; oni byliby bez­piecz­niejsi, lepsi i zdrowsi, a ja zna­la­zł­bym kogoś innego, komu zmie­nił­bym życie w gówno. Może mniej nie­win­nego niż oni.

– Tak się nie da, krzyw­dzić bez krzyw­dze­nia. Życie byłoby zbyt łatwe – powie­dział wtedy Jarek.

– Kinga. – Ulka poka­zuje pal­cem na wyj­ście z lot­ni­ska.

Tak, to chyba ona. Z tru­dem popy­cha przed sobą wielką walizkę. Ulka prze­kręca klu­czyk w sta­cyjce i gdy to robi, auto­ma­tycz­nie włą­cza się radio. „W War­sza­wie gorący dzień. Na placu Ban­ko­wym wła­śnie trwa coroczna demon­stra­cja Sto­wa­rzy­sze­nia Loka­to­rów. Pro­te­sty mają zwią­zek z szó­stą rocz­nicą nie­wy­ja­śnio­nej śmierci Mał­go­rzaty Kal­skiej, dzia­łaczki na rzecz praw loka­to­rów miesz­kań komu­nal­nych. Demon­stra­cja, jak twier­dzą człon­ko­wie sto­wa­rzy­sze­nia, ma być rów­nież wyra­zem popar­cia dla komi­sji do spraw repry­wa­ty­za­cji war­szaw­skich nie­ru­cho­mo­ści…”.

Nawet nie powie­dzą „mor­der­stwa” – mówi Ula, zmie­nia­jąc sta­cję.

Ogłu­sza­jąca łupa­nina z prze­two­rzo­nym gło­sem woka­listki wypeł­nia wnę­trze samo­chodu tak gwał­tow­nie, jakby wdarła się do niego banda naćpa­nych tele­tu­bi­siów. Wyłą­czam radio.

– Ty w ogóle inte­re­su­jesz się takimi rze­czami? – pytam.

Wypusz­cza kłąb dymu.

– Nie, nie inte­re­suję się tym, tatu­siu. Jestem małą dziew­czynką, kocham piór­niki i kolo­rowe kredki, i spinki motylki – szcze­bio­cze piskli­wym, prze­gię­tym gło­sem, uda­jąc kogoś, za kogo według niej ją uwa­żam.

Znowu ma rację.

Zawsze ma rację.

Kinga bez słowa otwiera bagaż­nik i wpy­cha do niego walizkę, doci­ska ją, aż sły­chać, jak trzesz­czy pla­stik. Wysia­dam jej pomóc, oczy­wi­ście już za późno. Patrzy na mnie, a raczej przeze mnie, jak­bym prze­świ­ty­wał.

– Cześć – mówię.

– Dzień dobry – odpo­wiada mi tak przy­jaź­nie, jak­bym był poli­cjan­tem zatrzy­mu­ją­cym ją do kon­troli.

Ulka też wysiada, przy­tu­lają się ostroż­nie i szybko. Sięga jej mniej wię­cej do biu­stu. Kinga jest duża i masywna, ma dobre metr osiem­dzie­siąt pięć wzro­stu, barki pły­waczki, włosy zawsze cia­sno zacze­sane do tyłu i ścią­gnięte w koń­ski ogon, mini­malny maki­jaż. Można się jej tro­chę prze­stra­szyć, a na pewno przed nią ugiąć. Podobno jest fajną osobą. Tego aku­rat nie wiem albo tego nie pamię­tam. Przy­gląda mi się. Mam wra­że­nie, że potrze­buje chwili, żeby sobie przy­po­mnieć, kim jestem.

– Twoja mama. Gdzie ona jest? – zwraca się do Ulki.

– Na poli­cji. Nie musisz się z nią spo­ty­kać, jak nie chcesz – tłu­ma­czy Ulka. – Coś wymy­ślę. Powiem jej, żeby poje­chała do domu.

– Daj spo­kój. Teraz to nie ma zna­cze­nia – Kin­dze bra­kuje powie­trza, mówi z tru­dem, wyrzuca z sie­bie poje­dyn­cze słowa.

Dostaję wia­do­mość, tele­fon bzy­czy w kie­szeni. To Kru­szynka. Kurwa mać. Aku­rat teraz. „Co z Piotr­kiem? Zadzwoń do mnie”. Tak, oczy­wi­ście, zadzwoń do mnie. Bo to nie jest o Piotrku, to nie jest o mnie, tylko o niej, cho­ciaż nie ma z tym nic wspól­nego. Musia­łem kogoś roz­pie­ścić po skrzyw­dze­niu tylu osób i padło na nią.

Kciuk tań­czy nad ekra­nem. Myślę nad odpo­wie­dzią. „Pio­trek to nie twój syn i nie twoja sprawa”. Albo „Nie jesteś pęp­kiem świata”. Albo „Chcesz sen­sa­cji, włącz sobie Pol­sat”. Ale nie piszę nic. Po co jej to? Marta zmar­no­wała na mnie całe życie, ale Kru­szynka jest po pro­stu głu­pia.

Kinga wyciąga cien­kie papie­rosy, zapala.

– Wsia­daj, zapa­lisz w środku – odzywa się Ula.

Mnie zabrała paczkę, a jej pozwala, jak gdyby ni­gdy nic. Ale dobrze. Niech będzie. Przyjmę każdą karę. Do końca życia.

Wsia­damy, Ulka rusza. Pro­wa­dzi jakby pew­niej, mini­mal­nie lepiej.

– Nie wie­rzę ci. – Kinga odwraca się do mnie. Trzy wyrazy, trzy lek­kie fangi w gębę. I jesz­cze jedna wia­do­mość od Kru­szynki. Ser­duszko. – Nie wie­rzę ci, że nic nie pamię­tasz – dopo­wiada, ale prze­cież wiem, o co jej cho­dzi.

– Sam sobie nie wie­rzę – stwier­dzam.

Kinga przy­tyka dłoń do ust. Wypluwa ten powstrzy­my­wany płacz, który ode­brałby jej tak teraz potrzebną god­ność, zgniata go w dłoni i wyrzuca za sie­bie. Potwor­nie mi jej szkoda, ale to nic nie zna­czy.

Jesz­cze jedna wia­do­mość. Jeśli to Kru­szynka, po pro­stu napi­szę jej, że ma się do mnie wię­cej nie odzy­wać. Ale to nie Kru­szynka, to Jadźka. „Zadzwoń w wol­nej chwili. Coś dziw­nego”.

Nagle Ula nie ma już żad­nego pro­blemu ze skrę­ca­niem w lewo. W radiu koń­czy się sieczka, wcho­dzą wia­do­mo­ści, dalej o pro­te­stach na placu Ban­ko­wym. Jakaś star­sza kobieta rzu­ciła się na poli­cjanta, który ją ode­pchnął, ta prze­wró­ciła się i ude­rzyła głową o zie­mię. Stra­ciła przy­tom­ność, zabrała ją karetka. Jej stan jest nie­znany.

Na świa­tłach Ulka patrzy w tele­fon i odwraca się do Kingi.

– Pisze, że poje­chała do domu – mówi jej.

– To lepiej – odpo­wiada Kinga, wycie­ra­jąc nos.

– Ale będzie do cie­bie dzwo­nić, ostrze­gam.

Kinga nie reaguje.

Myślę o szklance wódki z sokiem i ogromną ilo­ścią lodu; nie wiem, skąd ten sok, ni­gdy nie lubi­łem soku. Widzę dokład­nie kształt szklanki: mała, taka do bia­łego piwa, lekko zaokrą­glona po bokach, a w środku bar­dzo zimny, jasno­po­ma­rań­czowy płyn, tylko ja wiem, że pół na pół z wódą, to mój sekret.

Zagi­nię­cie Piotrka zostało zgło­szone na komen­dzie na Opa­czew­skiej. Jestem tu drugi raz w ciągu paru dni.

Pół godziny ocze­ki­wa­nia na wezwa­nie trwa jakieś dwa­dzie­ścia cztery godziny. Gapię się w ścianę, aż zaczy­nam widzieć na niej kon­tury twa­rzy. Nie roz­po­znaję ich, muszą tam miesz­kać, w środku ściany, wyła­zić z niej, przy­wo­łane wzro­kiem ludzi takich jak ja, nie­win­nych deli­ry­ków. Ulka i Kinga z napię­ciem wpa­trują się w tele­fony, te jed­nak mil­czą. Do końca życia będę czuł tę potworną suchość w gar­dle, nie­ważne ile wypiję.

Kru­szynka, jesz­cze raz. Nie odpi­suję.

Gdy w końcu wcho­dzimy, oka­zuje się, że go koja­rzę z tych nie­wielu mityn­gów AA, na któ­rych byłem. Cho­dzi na Poznań­ską, na mityng dla męż­czyzn, w czwartki. Raz chyba nawet sta­łem obok, trzy­ma­łem go za rękę. Może nawet roz­ma­wia­li­śmy na papie­ro­sie.

– Porucz­nik Kar­ło­wicz – przed­sta­wia się.

Jest gru­bawy, nie­myte, posi­wiałe włosy zacze­sane na bok, mętne oczy tkwią w spuch­nię­tych wor­kach. Z reguły mogę łatwo oce­nić, czy ktoś jest w ciągu, czy nie. Z nim przez chwilę mam pro­blem – może taki się uro­dził, może na coś cho­ruje. Jest strasz­nie pobu­dzony, ale za tym pobu­dze­niem nic się nie kryje. Nie­ustan­nie prze­kłada pię­trzące mu się na biurku papiery.

– No tak, tak – mówi raz po raz i w sumie nie wia­domo, do czego się to odnosi.

– Piotr Kania. Czy są jakieś postępy w poszu­ki­wa­niach? – Kinga jest pię­ścią, którą Kar­ło­wicz znie­nacka dostaje w ryj, aż lekko odrzuca mu głowę.

– Kim pani jest… dla zagi­nio­nego? – pyta.

– Żona.

Raz się roz­pła­kał, bo pobił żonę. Roz­pa­czał, że zawsze psy biją żony, a on sobie obie­cał, że będzie tym jed­nym, który tego nie zrobi. I w końcu wpier­do­lił jej, bo kupiła coś przez inter­net i mu nie powie­działa, a kupo­wała za dużo, zwłasz­cza pier­dół do kuchni, wie­szacz­ków, sło­icz­ków, kubecz­ków, które potwor­nie go iry­to­wały, mie­niły mu się w oczach, dwo­iły się, w delirce zaczy­nały wiro­wać po miesz­ka­niu kolo­rową chmurą. No i raz kupiła kom­plet kolo­ro­wych obie­ra­czek do warzyw w róż­nych roz­mia­rach, z nary­so­wa­nymi mar­che­wecz­kami, pie­tru­szecz­kami i ziem­niacz­kami, a on jej wpier­do­lił tak, że pękła jej żuchwa.

Ciężko wypusz­cza powie­trze. Zasła­nia twarz dłońmi, jakby czuł, że pamię­tam, i się wsty­dził. Nie oce­niam go, ale też nie uspra­wie­dli­wiam. To nie jest tak, że wódka każe ci bić. Musisz to w sobie mieć. Albo raczej: cze­goś nie mieć. Pew­nej zaślepki. Blo­kady nało­żo­nej na głowę. Wódka nie zdej­muje tej zaślepki, tylko uświa­da­mia jej brak.

Cie­kawe, czy on mnie roz­po­znaje. Ja też opo­wia­da­łem różne cie­kawe histo­rie.

– Pani Kingo, ludzi zagi­nio­nych dzie­limy na dwie kate­go­rie. Te z kate­go­rii numer jeden zagi­nęły w oko­licz­no­ściach wska­zu­ją­cych na zagro­że­nie ich zdro­wia, życia lub wol­no­ści. Na przy­kład upro­wa­dze­nie, zabój­stwo albo samo­bój­stwo – odpo­wiada w końcu Kar­ło­wicz, zamiast na Kingę, patrząc na mnie.

Ulka znowu zaczyna pła­kać.

– Ma pan jakieś dowody na to, o czym pan mówi? – pyta Kinga.

– W dru­giej gru­pie nato­miast mamy ludzi, któ­rzy opu­ścili swoje miej­sce pobytu w oko­licz­no­ściach nie­wy­ma­ga­ją­cych zapew­nie­nia ochrony życia.

– Czyli?

– Czyli na przy­kład się spa­ko­wały, rozu­mie pani. A wcze­śniej dawały do zrozu­mienia, że będą się pako­wać – mówi z tru­dem, co parę słów ciężko sapie.

– Prze­cież powi­nie­neś to wszystko wie­dzieć. Żona i ja skła­da­li­śmy zezna­nia. Syn zagi­nął w nocy – odru­chowo mówię mu po imie­niu.

– Zeznał pan, że się pokłó­ci­li­ście. – Znowu patrzy w papiery.

– Zezna­łem, że praw­do­po­dob­nie się pokłó­ci­li­śmy, ale ja tego nie pamię­tam, byłem pijany, mam cho­robę alko­ho­lową – przy­po­mi­nam mu.

– Zagi­nię­cie w następ­stwie nie­po­ro­zu­mień rodzin­nych to jest, nie­stety, ta druga kate­go­ria. – Na czer­wo­nej gębie poja­wiają mu się drobne kro­ple potu. Nagle wstaje, zupeł­nie znie­nacka, i wycho­dzi z pokoju.

Gdy zosta­jemy sami, Kinga siada za jego biur­kiem. Zaczyna szybko prze­glą­dać papiery wala­jące się na bla­cie.

– Tu jest napi­sane o tych prze­ście­ra­dłach z pralki, o któ­rych mówi­łaś. – Spo­glą­da­jąc na Ulkę, stuka pal­cem w kartkę.

Pod­nosi się i siada obok Ulki. Ja z kolei wstaję, otwie­ram okno i zapa­lam papie­rosa.

Nie. Nie sok. Czy­sta, oczy­wi­ście. Jaka­kol­wiek. Tylko tro­chę zimna, bez prze­sady, na co komu te luk­susy. Czy­sta żołąd­kowa na przy­kład. Albo kwa­dra­ciok. Pół litra i szklanka, bez żad­nych zbęd­nych głu­pot. Pół litra i szklanka, tyle wystar­czy, by wszystko upo­rząd­ko­wać. Zlu­zo­wać ciało, które teraz składa się z setek zardze­wia­łych, nacią­gnię­tych strun. Chlup, tro­chę wstrząsu przy prze­ły­ka­niu, wzdry­gnię­cie idące do samych stóp, przy­wra­ca­jące rów­no­wagę i pojem­ność płuc. Na dobrą sprawę mógł­bym zapro­sić do zabawy porucz­nika. Na zewnątrz, do auta, gdzie­kol­wiek. Mogli­by­śmy wtedy nor­mal­nie się doga­dać.

– Prze­pra­szam, ale co pań­stwo robią, nie można, tego nie można, palić też nie można. – Kar­ło­wicz wpada z powro­tem do pokoju, dzier­żąc w dłoni nowe papiery. Ści­ska je mocno, jakby ktoś chciał mu je wyrwać. Jest na gra­nicy wydol­no­ści wień­co­wej.

Kinga wstaje i zaczyna wrzesz­czeć:

– Tu jest napi­sane, że krew z prze­ście­ra­deł należy do Piotrka! Tu są wyniki badań gene­tycz­nych. Pan sobie z nas, kurwa, żar­tuje!

 

– Pro­szę pani, pro­szę na mnie nie krzy­czeć, to nic pani nie da. – Porucz­nik zamyka za sobą drzwi, kła­dzie papiery na biurku i oblewa się potem.

Ja wciąż palę papie­rosa przy oknie, spo­koj­nie im się przy­pa­tru­jąc. On cofa się o krok. Jest cały czer­wony. Boi się Kingi i Ulki, takich wście­kłych i zapła­ka­nych; jego strach daje mi dziwny, krzepki spo­kój.

– Dziew­czyny – mówię do nich, naj­ła­god­niej, jak potra­fię. Odwra­cają się, dwie wil­czyce, mniej­sza i więk­sza. – Wyjdź­cie na chwilę. Pro­szę, ja to zała­twię.

Stoją bez ruchu, gotowe, by rzu­cić się na nas i wydra­pać nam oczy.

– Muszę poroz­ma­wiać o wczo­raj­szych zezna­niach pana Mar­cina – wtó­ruje mi Kar­ło­wicz. – Zaraz panie popro­szę.

Gdy wycho­dzą, on staje przy oknie i wyciąga papie­rosy.

– Dawno cię nie było – stwier­dza. Poznał mnie.

Z bli­ska widać, że w tych napuch­nię­tych oczach ma pewną łagod­ność, cha­rak­te­ry­styczną dla ludzi, któ­rzy zaak­cep­to­wali swoje życie prze­grane przez tech­niczny nokaut.

– Nie lubię mityn­gów. Mam grupę na tera­pii – odpo­wia­dam.

– No i co, nie pomaga ci? – pyta.

– Kiedy zapi­łeś? – pytam w odpo­wie­dzi.

Słońce za oknem, szkie­lety bez­list­nych drzew, ane­miczne, poje­dyn­cze placki śniegu, starsi ludzie pro­wa­dzący się nawza­jem za rękę do sklepu. To wszystko jest po pro­stu śmieszne. Możemy sobie cho­dzić po tym świe­cie, patrzeć na niego, ja i taki Kar­ło­wicz, ale ten świat już dawno temu nas wypro­sił.

– Mam dwa tygo­dnie abs­ty­nen­cji – mówi.

– Nie wyglą­dasz.

– Dali mi takie leki na padaczkę. A ty? – pyta.

– Czter­dzie­ści osiem godzin – odpo­wia­dam.

Odwraca się, jesz­cze raz spo­gląda na drzwi.

– Córka i synowa – tłu­ma­czę, a potem wycią­gam port­fel i doku­menty Piotrka. On bie­rze je do rąk, ogląda. Pociera pal­cem bru­natny naciek. Patrzy na mnie, wzro­kiem prosi o wytłu­ma­cze­nie.

– Zna­la­złem na dworcu. Goni­łem kogoś. Trzy­ma­łem je w ręku.

Porucz­nik wzdy­cha, gasi papie­rosa, zamyka okno, dwoma pal­cami bie­rze ode mnie doku­menty i wsa­dza je do pla­sti­ko­wego worka. Kła­dzie na biurku. Opiera się pal­cami o blat i wbija wzrok w jego zawa­loną szpar­ga­łami powierzch­nię.

– Po pierw­sze, to wszystko bar­dzo źle wygląda – oce­nia.

– Na tych rze­czach z pralki, czy to naprawdę jego krew?

– Na to wycho­dzi. Zro­bili bada­nia porów­naw­cze. Wzięli DNA z cze­goś, co wska­zała matka. Ze szczo­teczki do zębów, chyba.

– Czy było jej dużo?

– Krew jest sil­nie bar­wiąca.

– Odpo­wiedz na moje pyta­nie.

Pod­nosi głowę. Patrzy na mnie. Odkąd tu jeste­śmy, spuchł jesz­cze bar­dziej.

– Trudno powie­dzieć – odzywa się w końcu.

Gar­dło pełne błota jest cen­tral­nym punk­tem ciała. Wszystko inne – ręce, nogi, serce, oczy, mózg, mię­śnie, kości – jest docze­pione do gar­dła, do prze­łyku.

– To źle wygląda, jeśli cho­dzi o cie­bie. Zaj­rza­łem w twoją kar­to­tekę, byłeś noto­wany, były inter­wen­cje, wycią­ga­łeś łapy. Ja ci wie­rzę, że nic nie pamię­tasz. Ale poza mityn­giem nikt w to nie uwie­rzy. A teraz przy­no­sisz mi zakrwa­wiony port­fel. Jak go zba­dam, będzie na nim pełno two­ich odci­sków pal­ców. Wtedy będę musiał zgar­nąć cię z domu, czy gdzie tam będziesz, przy­wieźć tutaj i wziąć na huki. Pytać pół nocy, gdzie jest twój syn. Może nawet dać ci w ryja, raz czy drugi.

Coś powinno się we mnie zago­to­wać, powi­nie­nem dopaść do niego, zła­pać za ryj, ude­rzyć, wal­nąć nim o ścianę, ale nie robię nic, co wię­cej, chyba nic nie czuję.

– Nie wiem, czy zro­bi­łem coś złego. Robię wszystko, aby o tym nie myśleć. Jeśli zacznę o tym myśleć, to się zabiję – tłu­ma­czę.

– Wiem. – Chyba rozu­mie.

– Wy też źle wyglą­da­cie. Nic nie robi­cie.

– Robimy. Zro­bi­li­śmy bada­nia. Prze­słu­cha­li­śmy was. Zaraz wezmę na bęben tę twoją synową.

– Nic ci nie powie. Była za gra­nicą.

– Skąd wiesz?

– Ode­bra­łem ją z samo­lotu.

– A lecia­łeś z nią tym samo­lo­tem?

Kiwam głową. Kie­ru­jąc podej­rze­nia na Kingę, chyba pró­buje dać mi jakąś nadzieję, że to wszystko ma sens, nawet naj­bar­dziej nie­do­rzeczny. Nie sądzę, by Kinga powie­działa mu coś nowego, zresztą może powie­dzieć mu wszystko, to miej­sce jest jak czarna dziura, w którą ludzie, głosy i infor­ma­cje wpa­dają na ślepe i wieczne amen, i tylko cza­sami, zupeł­nie przez przy­pa­dek, dziura wypluwa jakąś odpo­wiedź, tro­chę spra­wie­dli­wo­ści.

Nie mam tu nic wię­cej do roboty. Wycią­gam rękę, ści­ska ją, nie­zgrab­nie. Patrzymy sobie w oczy. Nic nam się nie udało.

– Przy­po­mnij sobie. Idź na hip­nozę czy coś. Nie wiem. Ale przy­po­mnij sobie, cokol­wiek by to było. Będziesz o to pytany, już nie­długo, wiele razy.

– Cokol­wiek by to było – powta­rzam po nim.

– Nie ma sensu teraz się zasta­na­wiać. Po pro­stu sobie przy­po­mnij.

Gdy wycho­dzę na kory­tarz, Ulka się pod­rywa, chce coś powie­dzieć, ale porucz­nik zabez­pie­cza tyły, sta­jąc krok za mną.

– Pani Kingo. – Macha ręką, aby weszła do pokoju.

– Muszę zadzwo­nić – tłu­ma­czę Ulce.

Wybie­gam na zewnątrz, na ślepo, gwał­tow­nie otwie­ram drzwi wej­ściowe do budynku. Coś zaczyna się we mnie poru­szać, coś chce się uro­dzić, wyjść ze mnie, roz­ry­wa­jąc mnie przy tym na kawałki. Palący ból w klatce pier­sio­wej – jakby ktoś poło­żył na niej olbrzy­mią oło­wianą kulę – spra­wia, że nie mogę zła­pać odde­chu. Serce zamie­nia się w bok­ser­ską gruszkę, na któ­rej ćwi­czy naćpane dziecko. Gdy w końcu łapię oddech, jest tak gwał­towny, że pra­wie rani mi gar­dło. To wszystko moja wina.

Tele­fon. Znowu. Jadźka.

– Halo.

– O matko. Strasz­nie brzmisz – mówi.

Zaraz zemdleję. Od powie­trza, od słońca, od życia. Muszę się cze­goś chwy­cić; w końcu opie­ram się o rower przy­cze­piony do meta­lo­wego sto­jaka. Wszystko bębni, wszystko, co mam pod skórą, całe mię­cho w worku. W gło­wie tań­czą mi roz­sza­lałe szczury. Kto przy­jeż­dża rowe­rem na poli­cję?

– Mów, Jadzia – pro­szę ją.

– Słu­chaj, więc zostało mi jesz­cze tro­chę tych pla­ka­tów. I jecha­łam WKD do domu, i wysia­da­łam na sta­cjach, przy­kle­ja­łam, i jecha­łam dalej, i tak mijał mi dzień. No i wysia­dłam w Pod­ko­wie Leśnej i przy­kle­iłam pla­kat na sta­cji. Tej głów­nej, bo tam są trzy.

– Dobrze, Jadzia. Dzię­kuję. – To straszne, jak wyczer­pu­jący potra­fią być ludzie, któ­rzy nam poma­gają. Dłoń mi się trzę­sie, muszę ści­snąć moc­niej tele­fon, by nie wypadł.

– Nie o to cho­dzi. Przy­kle­jam ten pla­kat na słu­pie, a obok mnie przecho­dzi kobieta, babka, nie wiem, na oko pięć­dzie­siąt lat, na zaku­pach pew­nie była. Dziwna taka i tro­chę od niej chu­chało, no ale nie była też jakaś strasz­nie pijana, rozu­miesz. No i ona tak staje za mną, słu­chaj, patrzy na zdję­cie Piotrka i mówi, że go zna. Pytam się jej, kim ona jest, bo ja się nazy­wam tak i tak, i tłu­ma­czę, że to syn przy­ja­ciela, zagi­nął dwa dni temu i teraz wszy­scy go szu­kamy. A ona wga­pia się w zdję­cie i mówi: tydzień temu on mi się pró­bo­wał wła­mać do domu, ten młody.

– Nie rozu­miem. – Kręcę głową.

Odwra­cam się w stronę komi­sa­riatu. Jakiś facet wycho­dzi na zewnątrz, zapala papie­rosa. Trudno powie­dzieć, czy poli­cjant, czy cywilny. Krępy, nabity, na oko pięć­dzie­siąt lat. Gapi się na mnie.

– No ja na początku też nie rozu­mia­łam. Ona mówi, że mieszka tutaj, w Pod­ko­wie. Podała adres. Kwia­towa 9. Mówi, że naj­pierw widziała go raz czy dwa, jak krę­cił się koło jej domu. Myślała, że to jakiś kurier, Uber, ktoś w tym rodzaju. Za trze­cim razem zapy­tała go, co tu robi. Odpo­wie­dział, że czeka na kolegę czy coś takiego. I mówi mi, że parę dni póź­niej są z mężem w domu i nagle sły­szą hałas, wycho­dzą z domu, a tam ten chło­pak jest na pose­sji.

– Pio­trek?

Facet wga­pia się we mnie jesz­cze usil­niej. Im moc­niej się gapi, tym bar­dziej wszystko mi się trzę­sie.

– Mówi, że jej mąż zaczął się z nim szar­pać, nawet bić, ale on się w końcu wyrwał i uciekł. Znowu prze­sko­czył przez ogro­dze­nie i tyle go widzieli. Ona nazywa się Bugaj­ska, ta kobieta. Wzię­łam od niej tele­fon, chcesz?