Informacja zwrotnaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Informacja zwrotna
Informacja zwrotna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Informacja zwrotna
Informacja zwrotna
Audiobook
Czyta Grzegorz Damięcki
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Chodź tu.

Na pewno mam wszyst­kie pie­nią­dze, jakie tylko chcesz. Wpuść mnie. Czy jestem w środku?

– Ja już mam dość.

– Ula. Pro­szę.

Jesz­cze raz, chlust. Z brzu­cha, ze środka. Żrące, kwa­śne, bole­sne.

– Ja pier­dolę!

Fajny Wie­czór. Mój Fajny Wie­czór. Fajne Muzyczki. Fajne Wibra­tory w Cip­kach. Faj­nie Fajne Fajne Faj­nie.

– Ale on cuch­nie.

– Trudno.

– Brzy­dzę się go, mamo, mam dosyć.

Kim oni są, gdzie oni są? Zby­szek. Zby­szek.

Ciężko. Prze­cież mogę wstać sam. Daj mi się napić. Ale ze szklanki. Ze szklanki, kurwa. Puść mnie, ty kurwo. Puść mnie. Wpuść mnie. Puść mnie.

– A!

– AAAAAA!

Puść mnie, ty kurwo. Kru­szynka. Ale fajny wie­czór. Idziemy. Idziemy sami.

– Ty skur­wy­synu! Ty chuju!

Ciężko, twardo, w twarz, ile jesz­cze wyleci, płynu, czego wy chce­cie, kurwy jebane, ja chcę tylko sobie tu pożyć, nic wię­cej, nic mniej, zostaw, bez sensu, wykła­dzina, znowu chrup, boli, w bok, och, boli, ciężki, głu­chy łomot, na wykła­dzinę.

– Ty skur­wy­synu, coś ty zro­bił?

– Córeczko, nic ci nie jest? Córeczko.

– Mam dość, mamo.

Są dwie, i są za cięż­kie, aby się roz­bić.

– Zostaw go tu.

– Dobrze. Pokaż. Nic ci nie jest?

– Nie, mamo. Wszystko okej.

– Ty chuju. Ty gadzie.

– Widzisz, sama go teraz nazy­wasz.

Fajny Wie­czór. W końcu. Nagroda. Za wszyst­kie te sta­ra­nia, ratunki. Za boha­ter­stwo.

– Może pojedźmy… może pojedźmy do babci.

Za to, że dałem uśmiech pięk­nej Kru­szynce.

– Nie, mamo, nasz dom.

Fajna Nagroda.

– Mamo, to nasz dom. Nie jego. Niech tu leży.

– Masz rację, Ulu­nia. Chodź.

– Niech leży i zdy­cha.

Jesz­cze raz Dezy­de­rata

Obok zdro­wej dys­cy­pliny bądź dla sie­bie łagodny.

Ręce latają mi jak spło­szone ptaki. Zasta­na­wiam się, czy na nich nie usiąść. Ale bez prze­sady, tu się nie można aż tak wygłu­piać.

– A po co się z nim spo­tka­łeś? – pyta mnie Syl­wia.

– Nie wiem – odpo­wia­dam cicho.

Syl­wia to fajna kum­pela. Mówi wprost, sztor­cuje, pod­nosi do pionu, daje po dupie. Tak jak trzeba. Widać, że była świetną dziew­czyną, gdy miała jakieś dwa­dzie­ścia lat. Teraz ma coś koło czter­dziestki piątki i jest bar­dzo zmę­czona. Pra­wie wszystko wypro­wa­dza ją z rów­no­wagi. Wtedy wyostrza jej się głos, słowa zmie­niają się w noże. Ma pół­dłu­gie, ufar­bo­wane na kasz­tan włosy, zawsze umyte, ni­gdy z odro­stami, i brzyd­kie zęby, ciemne od papie­ro­sów, któ­rych pali dużo wię­cej, niż chce się przed sobą przy­znać.

– Tak po pro­stu, czy mie­li­ście poga­dać o czymś waż­nym?

– Nie pamię­tam – stwier­dzam.

– Ale mówi­łeś, że byłeś trzeźwy.

– Byłem, ale teraz nie pamię­tam – tłu­ma­czę, bo jak mam pamię­tać? Mózg, po raz pierw­szy od dwóch lat zalany wódą, dostał zupeł­nego zwar­cia.

– Ktoś z wami jesz­cze był? – pyta Syl­wia.

– Nie, Kingi nie było. Jest w Hisz­pa­nii – rela­cjo­nuję.

– Kto to Kinga?

– Żona Piotrka – odpo­wiada za mnie Jadźka.

Jadźka pamięta wszystko o wszyst­kich. Ma sła­bość do tele­no­wel, to może dla­tego. Jarek kie­dyś zażar­to­wał, że Jadźka sie­dzi i ogląda nas wszyst­kich jak serial.

Jesteś dziec­kiem wszech­świata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj.

– Wybacz­cie, ale muszę iść. Muszę jej powie­dzieć. – Wstaję po raz drugi.

Pytają wzro­kiem, czy na pewno.

– Przy­sze­dłem tu, bo nie mia­łem gdzie pójść, ale nie chcę, żeby to wszystko było o mnie – tłu­ma­czę.

– Raz jest tak, raz jest ina­czej – mówi Jarek.

Tylko Michu nie patrzy na mnie, gapi się w ścianę, w któ­rąś z pokry­wa­ją­cych ją sta­rych plam.

– No i widzisz, idę – zwra­cam się do niego.

– Uwa­żaj na sie­bie, Mar­cin – odpo­wiada głu­cho i cicho.

Ulica jest pusta, niby nie pada, ale od razu jestem mokry, powie­trze nasią­kło brudną mżawką osia­da­jącą na skó­rze i ubra­niach. Żabka przy­zywa mnie jak syrena Ody­se­usza. Ratuje mnie taryfa sto­jąca na awa­ryj­nych na przy­stanku; klient gdzieś zamu­lił, można pła­cić kartą, jedziemy. Całe mia­sto zatkane, ludzie wra­cają z roboty albo do niej jadą, albo, jak idioci, po pro­stu stoją w korku z przy­zwy­cza­je­nia. Gdy tylko uświa­da­miam sobie sytu­ację, zaczy­nam się dusić, ale sto­imy na środ­ko­wym pasie, auta są z obu stron – to byłoby jed­nak głu­pie i kaska­der­skie, tak po pro­stu wysiąść i pobiec. Zasta­na­wiam się, czy jak pogryzę sobie dło­nie do krwi, to będą się mniej trząść.

Gdy dojeż­dżam na miej­sce, róg Krzy­wic­kiego i Fil­tro­wej, pod kamie­nicą stoi radio­wóz. Czyli jed­nak zadzwo­niła. Poli­cjant po pro­stu pali szluga, gapiąc się w tele­fon i nie zwra­ca­jąc na mnie uwagi. Spraw­dzam domo­fon. Numer pięć? Tak, numer pięć. W domo­fonie kar­teczka, wciąż z nazwi­skiem kogoś, kto miesz­kał tu wcze­śniej – S. Bed­na­rek. Dla­czego do tej pory jej nie zmie­nili?

Naci­skam guzik. Drzwi bzy­czą, zamek prze­ska­kuje z gło­śnym trza­skiem. Wbie­gam po scho­dach, wal­cząc o rów­no­wagę, poły­ka­jąc palące odde­chy.

Drzwi są otwarte, ze środka sły­szę głos Marty. Spo­koj­nie odpo­wiada na pyta­nia. Jakby mówiło zamar­z­nięte morze.

Stoją w salo­nie. Zauważa mnie pierw­sza, w twa­rzy nic jej nie drga, nawet nie mruga, tylko na moment bez­wied­nie zaci­ska pię­ści. Jestem w samej koszuli, swe­ter musiał zostać na tera­pii, poli­cjanci patrzą na bie­gnące przez nią cien­kie bry­zgi krwi, na oko barwy pomi­dora, na roz­lany po gębie fio­let.

– Kim pan jest? – pyta poli­cjant numer jeden. To wysoki facet z nagry­zmo­loną twa­rzą i wzro­kiem zdez­o­rien­to­wa­nej krowy.

– Ojcem. Syna – mówię, zgod­nie z prawdą.

Marta robi trzy kroki w moją stronę. Powstrzy­muję się, aby stać twardo w miej­scu, aby się odru­chowo nie cof­nąć.

– Co ci się stało? – pyta.

– Nic – odpo­wia­dam.

– Powi­nie­neś iść do szpi­tala – oce­nia.

– Póź­niej. Muszę ci coś powie­dzieć.

– Pani to potwier­dza? – pyta gli­niarz numer dwa.

– Potwier­dzam. To mój mąż.

Robi kolejne trzy kroki w moją stronę. Widzi mnie takiego nie pierw­szy raz, nie pierw­szy raz jest roz­cza­ro­wana, ale z bli­ska zauwa­żam, że się boi, całą sobą, strach to wielka tafla szkła prze­cho­dząca przez sam jej śro­dek.

Nie uma­lo­wała się, ma na sobie zwy­kły dres, włosy zwią­zała w kucyk. Może cza­sami wygląda ina­czej, ale dla kogoś innego, nie wiem nawet, dla kogo i gdzie. Nie pytam.

Jest nie­ru­choma, cała napięta. Wiem, że gdzie bym ją dotknął, oka­za­łaby się twarda jak kamień. Taka jest, gdy się zde­ner­wuje. Wszyst­kie mię­śnie w ciele zamie­nia w usztyw­nia­jący pan­cerz, który spra­wia, że się nie trzę­sie, nie roz­pada.

– Gdzie on jest? – pyta.

– Nie wiem, ja…

– Gdzie jest nasz syn?

– Możemy poroz­ma­wiać na osob­no­ści? – pro­szę.

To dziwne, od czasu, jak się tu wpro­wa­dzili, nie byłem w tym pokoju. Teraz to ich sypial­nia. Mate­rac na ste­lażu, kolo­rowe zasłony, książki. Na łóżku lap­top. To chyba Piotrka, tak mi się wydaje, ma nalepkę z Home­rem Simp­so­nem. Pio­trek bar­dzo lubił Simp­so­nów. To pamię­tam.

– Może zaraz wróci – mówię. Jak debil. Wiem, że nie wróci.

– Jestem tu od dwóch godzin.

– Jest roz­tar­gniony, zapo­mniał zamknąć drzwi.

– Prze­stań, kurwa twoja mać – wypo­wiada to tak spo­koj­nie. Żeby cho­ciaż się darła.

Chcę coś powie­dzieć, ale powie­trze w gębie nie wiąże się w żadne słowo. Sia­dam na łóżku.

– Jest tu jego kom­pu­ter. Włą­czy­łam go, ale nic tam nie ma, wszystko ska­so­wane.

Oczy­wi­ście, że włą­czyła.

Nawet jak Pio­trek był na stu­diach, miała upo­waż­nie­nie do jego konta. Pła­ciła mu rachunki, tele­fon, inter­net, kar­net na basen, bo bała się, że zapo­mni. Skoń­czyło się to chyba dopiero, gdy wziął ślub.

Może pró­bo­wała nad­ro­bić za nas dwoje, bo ja się nie inte­re­so­wa­łem.

– Obu­dzi­łem się tutaj. Była trzy­na­sta. Nic nie pamię­tam. Nie pamię­tam, kto mnie tak zała­twił, nie pamię­tam picia, nie pamię­tam niczego, Marta.

Widzę, jak zaczyna drżeć, naj­pierw bar­dzo deli­kat­nie. Wście­kłość prze­bija się przez pan­cerz.

– Spo­tka­łem się z nim. Wczo­raj wie­czo­rem.

Wstaje. Jej dło­nie pró­bują się wza­jem­nie unie­ru­cho­mić, lewa prawą, prawa lewą.

– Gdzie on jest?

– Nie pamię­tam. Nie wiem – wyznaję cicho.

Z całej siły ude­rza mnie w twarz, ale nawet nie boli. Po pro­stu czuję cie­pło.

– Spier­do­li­łem – dodaję.

Oddy­cha ciężko. Boję się, że pęk­nie. Jesz­cze raz, bez­gło­śnie, poru­sza ustami. „Gdzie on jest?”.

– Byli­śmy coś zjeść – mówię jesz­cze ciszej. – W taj­skiej knaj­pie, przy Zba­wi­cielu. Tyle pamię­tam.

– Co powie­dział?

– Że mnie nie­na­wi­dzi.

– Jeśli coś się stało… – zaczyna i nie koń­czy, a ja prze­cież wiem. Stało się coś strasz­nego.

I czy to jest dla cie­bie jasne, czy nie – wszech­świat bez wąt­pie­nia jest na dobrej dro­dze.

– Mamo – głos z kory­ta­rza, cichy, ale zaraz gło­śny, i po chwili jest już tu, w pokoju. Wbie­gła tutaj, jakby przy­niósł ją wiatr, ubrana w grubą, dużo za dużą kurtkę, z wło­sami zwią­za­nymi w kucyki jak u małej dziew­czynki. Kolo­rowy, miękki stwór z buzią dziew­czynki.

– Tato, kurwa mać – mówi na mój widok i od razu robi minę, jakby się miała roz­pła­kać. Ula.

 

– Prze­pra­szam – szep­czę, tak naprawdę sam do sie­bie, bo teraz to już zupeł­nie nic nie zna­czy.

– Pro­szę pani, bo tro­chę my tu nie wiemy, co mamy robić. – Poli­cjant numer jeden staje w progu.

Marta odwraca się do niego. Rosną jej szpony.

– Dla­czego? – pyta mnie Ulka. – Dla­czego znowu to zro­bi­łeś, debilu?

Nie odpo­wia­dam. Spusz­czam głowę.

– Chce pani zgło­sić zagi­nię­cie? Nie ma tu żad­nych śla­dów prze­mocy, niczego. Chyba że na panu. – Gli­niarz poka­zuje na mnie.

– Ty debilu. – Ula zaraz się roz­pła­cze, gło­sik robi jej się coraz cień­szy.

Zawsze była dziec­kiem. Nie chciała ina­czej. Teraz ma dwa­dzie­ścia jeden lat, ale wygląda na czter­na­ście. Cho­ciaż może teraz wszyst­kie dziew­czyny tak się ubie­rają: w ciu­chy jak z Ulicy Sezam­ko­wej, w ogromne, kolo­rowe buty spor­towe, jak nadmu­chane żarty z butów. Jarek uświa­do­mił mi na tera­pii, że Ulka cała jest z alko­holu, dla­tego tak migo­cze na kolo­rowo. Żebym ją zoba­czył, przez mgłę. Zro­bi­li­śmy ją pijani, w Gre­cji, na Korfu, w hotelu o ścia­nach bie­lo­nych wap­nem. Seks z Martą – teraz to dla mnie jak wspo­mnie­nie jakie­goś zupeł­nie innego czło­wieka, które pamię­tam przez pomyłkę.

– Co się panu stało? – inte­re­suje się poli­cjant.

– Nie pamię­tam – mówię cicho.

– To ma jakiś zwią­zek z zagi­nię­ciem syna? Stan, w jakim jest pani mąż? – zwraca się do Marty.

– Mąż widział syna ostatni – odpo­wiada.

Ula siada na łóżku. Szuka cze­goś w torebce, w końcu znaj­duje: białe, pla­sti­kowe urzą­dze­nie w kształ­cie ter­mo­me­tru. Wsuwa w nie krót­kiego papie­rosa, wkłada go sobie do ust i wydmu­chuje kłąb bia­łej pary.

– Nie masz nor­mal­nych? – pytam, ona podaje mi ten gadżet. Z tru­dem wcią­gam parę do płuc. Sma­kuje jak pra­żone nie­do­pałki. Nawet fajki ma dla dzieci.

– Pani chce, żeby­śmy zabrali męża na komendę? Ja już prze­staję rozu­mieć – mówi wysoki poli­cjant.

W drzwiach staje jego kolega. Jest niż­szy, jesz­cze głup­szy, ale mniej zagu­biony od swo­jego koszy­kar­skiego przy­ja­ciela, wie, że przy boku ma pisto­let i pałę i że zawsze może z nich sko­rzy­stać, a przy­naj­mniej krzyk­nąć, i wszy­scy będą robić to, co on każe. Ewi­dent­nie lubi robić porzą­dek, dla­tego poszedł do tej roboty.

– Ktoś tu jesz­cze mieszka? – pyta, patrząc w notat­nik.

– Nikt nie wie, gdzie jest mój syn, to musi pan zro­zu­mieć – Marta w końcu pod­nosi głos. Gdy to robi, czuję ulgę, coś się prze­tyka.

– Dzwo­ni­li­ście do Kingi? – pró­buje usta­lić Ula.

– Kto to Kinga? – pyta niż­szy gli­niarz.

– Żona Piotrka – mówię mu.

– Kto to Pio­trek?

– Ten, co tu mieszka – wyż­szy uświa­da­mia niż­szego.

– A skąd mam to wie­dzieć? Pani cały czas mówi o nim per „syn”. – Wyż­szy wzru­sza ramio­nami, po czym zwraca się do nas wszyst­kich: – Musi­cie współ­pra­co­wać, kochani.

Marta chce wrza­snąć, ale się powstrzy­muje. Wycho­dzi z pokoju. Poli­cjanci usu­wają się jej z drogi, po kolei, zbija ich jak kró­lowa pionki.

Ula cała jest z picia. Nie pamię­tam jej pierw­szych uro­dzin, nie pamię­tam jej komu­nii, pamię­tam za to, jak wystę­puje w przed­sta­wie­niu świą­tecz­nym, a ja muszę się prze­py­chać mię­dzy ludźmi, żeby dobiec do łazienki; dzięki Bogu, w jed­nej kie­szeni mam setkę żołąd­ko­wej, a w dru­giej setkę płynu do płu­ka­nia ust i cie­szę się, że jestem przy­go­to­wany. Pamię­tam, że prosi, żeby­śmy się pogo­dzili. Pro­sząc, ma lat sie­dem, dzie­więć, dwa­na­ście, pięt­na­ście. Gdy Marta osta­tecz­nie wyrzu­ciła mnie z domu, wtedy po wypadku z Rober­ci­kiem, Ula miała zda­wać maturę. Pamię­tam, że przy­sze­dłem pod szkołę z kwia­tami, ale osta­tecz­nie się cof­ną­łem. Poło­ży­łem kwiaty pod koszem na śmieci. Dwie ulice dalej była otwarta kawiar­nia. Zamó­wi­łem podwójną whi­sky i espresso. Nawet go nie ruszy­łem, tego espresso. Dostała ze wszyst­kiego szóstki, czy tam naj­więk­szą liczbę punk­tów, czy jak to się teraz oce­nia.

Tak więc żyj w zgo­dzie z Bogiem, czym­kol­wiek On ci się wydaje, czym­kol­wiek się tru­dzisz i jakie­kol­wiek są twoje pra­gnie­nia, w zgieł­kli­wym pomie­sza­niu życia zacho­waj spo­kój ze swą duszą.

Czyli ostatni raz pan widział syna wczo­raj, ale nic pan nie pamięta? – pyta wyż­szy.

– Musimy zabrać go na komendę – stwier­dza niż­szy.

– A czy wy nie może­cie zadzwo­nić po jakąś ekipę, która spraw­dzi, do czego tu doszło? Może­cie robić to, co poli­cja robi?! – Marta nie wytrzy­mała, wró­ciła na kory­tarz, teraz patrzy na nich, wrzesz­czy.

– Mamo, dzwo­ni­łaś do Kingi? – pyta Ulka.

– Jest w Hisz­pa­nii – mówię to, co pamię­tam.

– Ja nie pytam, gdzie ona jest, tylko czy ktoś do niej dzwo­nił?

– Jaką ekipę? – nie rozu­mie poli­cjant.

– Kry­mi­nalną! – wrzesz­czy Marta.

Ulka wyciąga z torebki tele­fon, iPhone wsa­dzony w wiel­kiego, żół­tego, pla­sti­ko­wego poke­mona. Zdała maturę tak ład­nie, a stu­diuje kul­tu­ro­znaw­stwo. Po co jej to? A z dru­giej strony, co stu­dio­wał Mar­cin Kania, żeby się tak wywyż­szać? Uni­wer­sy­tet roman­tyczno-alko­ho­lowy to moje jedyne wykształ­ce­nie.

– Halo? Kinga? Gdzie jesteś?

– Chce pani zgło­sić zagi­nię­cie? – pyta ten niż­szy. Jest znie­cier­pli­wiony, ale pew­nie na stałe wmon­to­wał sobie to znie­cier­pli­wie­nie w głos, ćwi­czył w domu.

– Tak, kurwa, chcę zgło­sić zagi­nię­cie! – krzy­czy Marta. Zaraz prze­gry­zie mu tęt­nicę.

– Mamo. – Ulka pod­cho­dzi do niej, kła­dzie jej dłoń na brzu­chu, przy­tula ją od tyłu w taki dziwny spo­sób. Jed­no­cze­śnie roz­ma­wia przez tele­fon z Kingą. Wygląda, jakby poke­mon zja­dał jej ucho.

Marta się uspo­kaja. Chyba. Tro­chę.

– Kinga, wiem, że jesteś w Hisz­pa­nii, ale czy Pio­trek się jakoś z tobą kon­tak­to­wał?

Wycią­gam rękę. Niech da mi jesz­cze raz ten pla­sti­kowy ter­mo­metr, niech da mi się zacią­gnąć, niech da mi cokol­wiek.

– To ja popro­szę dane syna.

– Z sąsia­dami pani roz­ma­wiała?

– Nie, nie roz­ma­wia­łam.

– Pocze­kaj, Kinga, dam cię na gło­śno­mó­wiący.

– …nie, on tylko dzwo­nił wczo­raj, że idzie się spo­tkać z ojcem.

Ulka odkleja się od matki, staje fron­tem do niej. Kinga jest w poke­mo­nie, poke­mon mówi gło­sem Kingi.

Ulka cała była z picia i cała jest z picia. Do szpi­tala przy­je­cha­łem dopiero po dwóch dniach. Była mała i żółta. Nie miała wszyst­kich apga­rów, bo coś tam. Nie dali mi jej na ręce.

– Dzień dobry, Kinga. Prze­pra­szam. Prze­pra­szam, że nie zadzwo­ni­łam – odzywa się Marta. – Myśla­łam, że jesteś bar­dzo zajęta. I nie chcia­łam cię dener­wo­wać. Zresztą nie wiem, co chcia­łam, a czego nie chcia­łam…

– Więc nikt nie wie, gdzie jest Piotr? – mówi poke­mon gło­sem mło­dej kobiety jedzą­cej żwir.

– Czy masz pomysł, do kogo mogli­by­śmy zadzwo­nić, co spraw­dzić, u kogo poszu­kać? – pyta Ulka.

– Kry­stek. Ula, zadzwoń do Kry­stiana. A jak Kry­stek nie będzie wie­dział… Jezus Maria. Zaraz ci wszystko napi­szę.

Głowa znowu pęka, nadyma się od środka. Niech oni wszy­scy prze­staną gadać. Ja rozu­miem, Piotr, trzeba zna­leźć Pio­tra. Stało się coś strasz­nego. Ale te ich słowa, każde jest jak kop­niak w łeb.

– Ja nie wiem, kto to jest ten Kry­stek – stwier­dza Marta.

– Mamo, wiesz. Ten jego kum­pel, ten z brodą – tłu­ma­czy jej Ulka.

– Nie, nie wiem. Pierw­sze sły­szę o jakimś Krystku!

Sia­dam na wła­snych dło­niach.

– Mamo, wiesz, tylko jesteś zde­ner­wo­wana. Wiesz. Uspo­kój się.

Pro­szę, prze­stań­cie. Cicho. Żebym sobie to poukła­dał, bo ina­czej do niczego się wam nie przy­dam.

– Niech pań­stwo sobie to wszystko poukła­dają – mówi wyż­szy gli­niarz, wyco­fu­jąc się z pokoju.

– Kry­stek to Loluś, mamo. Loluś.

– A, Loluś. Oczy­wi­ście. Tak, Loluś – brzmi to jak wyli­czanka, powta­rzana, aby nie osza­leć do reszty.

Ja też wiem, który to Loluś. Chyba taki rudy, głu­pio się śmieje, taki ratle­rek, kłaki przy­kle­jone do twa­rzy, a może po pro­stu gdzieś go widzia­łem, takiego gościa, tak czy siak, prze­stań­cie na chwilę mówić, pro­szę, każdy, kurwa, ma kum­pli, więc mój syn musi ich mieć.

– A czy syn pro­wa­dzi, że tak powiem, nocny tryb życia? – To znowu ten niski.

– Piotr jest infor­ma­ty­kiem – mówi poke­mon gło­sem Kingi.

– No, ale wie pani. Chata wolna, chło­pak młody. Ja bym jesz­cze nie pani­ko­wał.

– Spójrz na pana. – Drugi poka­zuje na mnie, jakby to cokol­wiek miało ozna­czać.

– Ale to wcale nie musi mieć związku – zaczy­nają deli­be­ro­wać mię­dzy sobą, Sher­lock i Wat­son z Parzę­czewa. Jeden umie pisać, drugi czy­tać, a ten na dole, co stoi przy radio­wo­zie i dalej pró­buje rozczy­tać ese­mesa, ich obsta­wia.

Nie musi mieć związku.

Ale pew­nie ma, bo tra­ge­die cho­dzą w gru­pach, bo bar­dzo szybko zakła­dają swoje kapele, gangi i par­tie; tra­ge­die pie­przą się jak sza­lone, pło­dząc kolejne tra­ge­die, bo to jest wła­śnie życie, kole­żanki i kole­dzy.

Wstaję bez słowa, mijam ich, wcho­dzę do salonu.

Pierw­sze, co zoba­czy­łem, to sufit, skle­pie­nie zawie­szone nad oczyma, i papie­rową kulę z Ikei.

Przy całej swej złud­no­ści, znoju i roz­wia­nych marze­niach jest to piękny świat.

Nagle mną pod­rywa. Coś prze­wraca się w żołądku. Tracę rów­no­wagę. Dzięki Bogu, na pod­łogę leci tylko tro­chę pawia. Resztę poły­kam, coś krzy­czą. Nie sły­szę i nie rozu­miem co.

Gdy się obu­dzi­łem, przede wszyst­kim bolała mnie żuchwa. Zęby zda­wały się tań­czyć. Było to rap­tem dzi­siaj. Nie wie­dzia­łem, która jest godzina. Dopiero potem zoba­czy­łem, że jest po pięt­na­stej. Moje ostat­nie wspo­mnie­nie to musiała być jakaś dzie­siąta wie­czór, bo umó­wi­li­śmy się z Piotr­kiem na dzie­wiątą, a ja się spóź­ni­łem, jak zwy­kle. Pio­trek cze­kał już na miej­scu. Sie­dział w rogu sali, pił her­batę, sto­jący obok niego pozła­cany Budda z gipsu zda­wał się go pil­no­wać jak wyna­jęty na tę oka­zję ochro­niarz.

Zawsze prze­sad­nie się o niego trosz­czy­li­śmy. Z tej tro­ski zro­bił się wątły, ni­gdy nie umiał dobrze kop­nąć piłki, nie wiem nawet, jakim cudem nauczył się jeź­dzić na rowe­rze. Wtedy, dwa­dzie­ścia lat temu, jesz­cze się nie mówiło, że dzie­ciom należy dozo­wać kom­pu­ter. Sie­dział i grał, aż kom­plet­nie się zgar­bił. Prze­rwę miał tylko wtedy, gdy kom­pu­ter zabrała mu poli­cja, posą­dzili go o wła­ma­nie do mini­ster­stwa, oczy­wi­ście to była kom­pletna głu­pota. Po mie­siącu chyba oddali i zaczęło się z powro­tem. Cho­wał się przede mną w tym kom­pu­terze, teraz już wiem.

Kolejna odro­bina pawia try­ska na pod­łogę.

– Mar­cin, do cho­lery, idź do łazienki! – krzy­czy Marta.

Gdy się z nim uma­wia­łem, ese­me­sami, byłem jesz­cze trzeźwy. Tak samo gdy pisa­łem mu, że chwilę się spóź­nię, gdy wcho­dzi­łem do restau­ra­cji, gdy sia­da­łem przy sto­liku. Może gdy mi powie­dział, że mnie nie­na­wi­dzi – może wła­śnie wtedy nie wytrzy­ma­łem i zaczą­łem pić.

A może odpo­wie­dzia­łem mu, jak zwy­kle, coś idio­tycz­nego, zaczę­li­śmy się kłó­cić i wtedy.

A może on wyszedł, wście­kły na mnie, i dopiero wtedy zamó­wi­łem pierw­szą wódkę, jacka, nawet nie wiem co. To mogło być po pro­stu piwo. Cokol­wiek.

Mam nadzieję, o Boże, mam nadzieję, że nic… Po raz pierw­szy ta myśl. Jest za duża. Głowa jest za mała, aby ją pomie­ścić.

Kupi­łem mu to miesz­ka­nie, a teraz rzy­gam tu na pod­łogę.

– Mar­cin!

Znowu ten strach. Zabije mnie, roze­rwie mi serce.

„Nie­na­wi­dzę cię” – powie­dział to wczo­raj wie­czo­rem w tej taj­skiej restau­ra­cji, śmier­dzą­cej fry­turą i olej­kami do masażu. Ale musiał to powie­dzieć z jakie­goś powodu. Na pewno nie zaczął w ten spo­sób spo­tka­nia. Nie spo­tkałby się ze mną tylko po to, żeby mi to wygar­nąć. Musie­li­śmy do tego dojść.

W końcu wbie­gam do łazienki, reszta tra­fia już grzecz­nie do kibla – cała ta woda wypita na tera­pii, zmie­szana ze zło­gami z żołądka, wszyst­kim, co wczo­raj zja­dłem i usły­sza­łem.

Widzę kosme­tyki posta­wione na wan­nie, kolo­rową zasłonkę od prysz­nica, pla­kat na drzwiach z Klą­twy doliny węży.

Pamię­tam, jak byłem na tym fil­mie w kinie, w Relak­sie, ze Zbysz­kiem i z resztą chło­pa­ków. Straszne gówno. Mie­li­śmy po dwa­dzie­ścia lat. Pili­śmy tanie wino prze­lane do ter­mosu, przed wej­ściem spa­li­łem chyba paczkę popu­lar­nych i w momen­cie, gdy na ekra­nie poja­wiła się naga Sałacka pod prysz­ni­cem, zrzy­ga­łem się pod fotel.

 

Koń­czę. Przez ciało prze­biega przy­jemne zimno, jedyna radość z tego wszyst­kiego.

– Popatrz – mówi Ulka.

Odwra­cam się. Patrzy na otwartą pralkę.

– Co? – pytam.

– Popatrz – powta­rza.

Jak to w pralce, chcę powie­dzieć, ale zamiast tego wycie­ram usta. Lepiej, żebym nic już nie mówił.

Biały, mokry, skłę­biony mate­riał. Prze­ście­ra­dła czy coś takiego. Nie, nie taki biały.

Ulka wyciąga prze­ście­ra­dło z pralki, zaczyna je roz­pro­sto­wy­wać. Prze­cież ta plą­ta­nina bla­do­czer­wo­nych bry­zgów może być winem, albo sokiem, albo farbą.

Odkłada prze­ście­ra­dło na pod­łogę, wyciąga następne. Plamy mają różny sto­pień inten­syw­no­ści, gdzie­nie­gdzie są sprane, ktoś, kto nie ma zie­lo­nego poję­cia o czysz­cze­niu, pró­bo­wał się ich pozbyć, wybie­lić. Ktoś pani­ko­wał, dzia­łał szybko, nie miał poję­cia, co robi.

Stało się coś strasz­nego.

To nie ja.

Strach pły­nie przez żyły, ścina krew, mumi­fi­kuje mnie za życia. Ulka trzyma te prze­ście­ra­dła jak całun.

Bądź pogodny.

Co to jest, tato? – pyta.

– Nie mam poję­cia – odpo­wia­dam, cicho.

– Krew – stwier­dza Ulka. – To jest krew.

Nic wię­cej nie mówię. Nie powi­nie­nem.

– Mamo! – woła, bar­dzo gło­śno, prze­ra­żona, ale pierw­szy do łazienki wpada ten wysoki poli­cjant, jakby szczę­śliwy, że w końcu może się do cze­goś przy­dać.

Ale gdy widzi szmatę w rękach Ulki, momen­tal­nie prze­staje być taki szczę­śliwy.

Strach jeź­dzi w kółko po pustym placu głowy. Hamuje z piskiem, zry­wa­jąc korę z mózgu, po czym rusza z powro­tem. Z każ­dego otworu w ciele leci słony pot. Zaraz ciało straci całą wodę, wyschnie na wiór, opad­nie na pod­łogę. Ale ręce, one się nie trzęsą, cho­ciaż przez chwilę. Wstaję.

– Musimy chyba poje­chać z panem na komendę – decy­duje ten wyż­szy tonem, w któ­rym jest pewna, kom­plet­nie nie­pa­su­jąca do niego, nie­odwo­łal­ność.

– Stało się coś strasz­nego – mówię po raz ostatni. Już nie ma potrzeby, już wszy­scy to wie­dzą.

Dąż do szczę­ścia.