Informacja zwrotnaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Informacja zwrotna
Informacja zwrotna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Informacja zwrotna
Informacja zwrotna
Audiobook
Czyta Grzegorz Damięcki
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wła­śnie, nie wiem, czy mam przy sobie jakieś pie­nią­dze, ale prze­cież muszę mieć. Zawsze coś mia­łem w któ­rejś z kie­szeni. W spodniach, w płasz­czu, gdzie­kol­wiek. Spraw­dzam. Jest. Brawo, Mar­cin. Jed­nak umiesz o sie­bie zadbać, zuchu. To dycha albo dwa­dzie­ścia. Zgnie­ciona, miękka, piękna. Ura­tuje ci życie.

– Ojciec wczo­raj coś powie­dział, pierw­sze zda­nie. Tak że pro­gres. Leka­rze mówią, że nie będzie tak źle. Mimo że wie­cie, sie­dem godzin minęło, zanim go sprzą­taczka w tym pokoju zna­la­zła.

– Co powie­dział? – pyta Jadźka dosyć cicho.

– Co? – pyta Kuba, bo usły­szał.

– Co twój tata powie­dział? – pyta Jadźka, gło­śno.

Łapię się za głowę. Niech mówią, skoro muszą; byleby nie powta­rzali.

Niech ci to jed­nak nie zasłoni praw­dzi­wej cnoty; wielu ludzi dąży do wznio­słych ide­ałów i wszę­dzie życie pełne jest hero­izmu.

Powtó­rzone słowa to gwoź­dzie wbi­jane bar­dzo powoli w głowę.

– Powie­dział: „Znowu, kurwa, pomi­do­rowa”.

Wszy­scy wybu­chają śmie­chem.

Wstaję, lekko tra­cąc rów­no­wagę, pod­pie­ram się o ścianę, dokła­da­jąc się do czar­nego śladu przy kon­tak­cie, a następ­nie robię krok przez próg, ostroż­nie, tak by nie uto­pić się w wykła­dzi­nie.

Wybór jest pro­sty. Zatrzy­muję się na kory­ta­rzu. Kobieta zza biurka patrzy na mnie pyta­jąco. Już pamię­tam, jak ma na imię. Prze­jeż­dżam języ­kiem po zębach.

– Jola, słu­chaj, muszę na chwilę wyjść.

Ona tylko wzru­sza ramio­nami, spo­koj­nie, prze­cież nikt ni­gdy nie trzy­mał nikogo tu siłą. Ja też nie muszę biec. Zbie­gnę sobie dopiero po scho­dach.

Krok w stronę drzwi i w tym momen­cie na moim barku ląduje ciężka dłoń.

– Ty jesteś nie­moż­liwy, Mar­cin – mówi Jarek.

– Bar­dzo chce mi się pić – tłu­ma­czę.

– Skoro już łamiemy regu­la­min, aby ci pomóc, to okaż nam wdzięcz­ność. Pamię­tasz, co to wdzięcz­ność, Mar­cin? – Odwraca mnie do sie­bie jak kukłę. Wygląda jak bał­wan z masła, ale to strasz­nie silny chłop. Z dru­giej strony przy mnie każdy jest silny.

Wciąż mam rękę w kie­szeni. Mięk­kie, małe zba­wie­nie. Wycią­gam je. To nie jest dzie­sięć zło­tych ani dwa­dzie­ścia. To czy­jaś wizy­tówka. Kurwa mać. Tylne kie­szenie, kon­do­mówka, nic. Stra­ci­łem szansę. Nie będę dzi­siaj z nikim w raju.

Jarek znika, po chwili przy­nosi mi odkrę­coną butelkę wody gazo­wa­nej.

Szlam w prze­łyku zaczyna się odkle­jać. Powoli. Ulga nie jest natych­mia­stowa, roz­cho­dzi się po wnę­trzu gęby w deli­katny, łasko­czący spo­sób. Czuję, że tro­chę się napra­wiam. Zmie­niam roz­dziel­czość. Odry­wam butelkę od ust, dopiero gdy zaczy­nam czuć, że się zrzy­gam. Oddaję Jar­kowi.

– Jest twoja – mówi, poka­zu­jąc mi gestem, żebym wszedł z powro­tem do sali.

– Masz może ibu­prom? – pytam go.

– Nie bądź bez­czelny. – Uśmie­cha się.

– Mama znowu pró­bo­wała namó­wić mnie na wino – teraz mówi Helena. Naj­młod­sza ze wszyst­kich, nie­wiele ponad trzy­dzie­ści lat. Dłu­gie blond włosy, pod nimi ukryta biała twarz zama­sko­wana grubą war­stwą pod­kładu, bar­dzo, bar­dzo czer­wone usta, pełno bran­so­le­tek, łań­cusz­ków na szczu­płych dło­niach, pier­ścionki, dłu­gie paznok­cie jesz­cze czer­wień­sze od ust. Mógł­bym słu­chać tych dźwię­ków z płyty do zaśnię­cia: jej głosu, mówią­cego cokol­wiek, i cichego chrzę­stu biżu­te­rii przy każ­dym ruchu rąk.

– No ale odmó­wi­łam. Do niej chyba ni­gdy nie dotrze, że jestem alko­ho­liczką. Mówię, mamo, jestem. Pro­szę, zro­zum, to cho­roba, zdia­gno­zo­wali ją spe­cja­li­ści. Ale mogę mówić i mówić, i tak jest jak gro­chem o ścianę. Jaka alko­ho­liczka, dziecko, wmó­wili ci to, ty obok alko­ho­li­zmu nawet nie sta­łaś. Wie­cie i zna­cie.

Nie wiem, nie znam, mnie nikt ni­gdy nie pró­bo­wał wyper­swa­do­wać, że Mar­cin Kania jest alko­ho­li­kiem; mnie z kolei całe życie pró­bo­wali do tego prze­ko­nać. Wciąż nie wiem, czy im się udało.

– W każ­dym razie może nauczy­łam się jej odma­wiać, ale chcia­ła­bym nauczyć się nie odbie­rać za każ­dym razem, gdy dzwoni. Nie szu­kać odru­chowo klu­czy do miesz­ka­nia, gdy zaczyna mi pła­kać przez tele­fon: przy­jedź do mnie, córuś, ojciec znowu zro­bił to i to. Ojciec oczy­wi­ście nic nie zro­bił. Jak miał coś zro­bić, skoro go nie ma i ni­gdy nie było. Chcia­ła­bym nie wkła­dać odru­chowo płasz­cza, kiedy mówi: córuś, nie mam nikogo oprócz cie­bie, przy­jedź, pro­szę, jak naj­szyb­ciej.

Helena zaczyna pła­kać, jak zwy­kle tak, że pra­wie tego nie sły­chać. Jarek podaje jej chu­s­teczki.

– Zawsze wyciąga moje ulu­bione. Fevre, takie cha­blis z żółtą ety­kietką. Sta­wia je na stole, bez pyta­nia, obok dwa kie­liszki. Chcia­łam rzu­cić w nią tą butelką.

– No ale się nie napi­łaś.

– Nie, nie napi­łam się – mówi to i wydmu­chuje nos, tak gło­śno i mocno, że przez chwilę się boję, że coś jej pęk­nie w twa­rzy, po czym kiwa głową na znak, że to wszystko.

Michu dalej się we mnie wga­pia. Ma cięż­kie, opa­dłe spoj­rze­nie psa, który się obżarł, ale mimo to wciąż jest zły, nikt nie wie dla­czego, on sam też nie, po pro­stu raz się wkur­wił i tak już mu zostało, na całe życie. Jarek prze­nosi wzrok z Heleny na Sza­tana – ten jak zwy­kle się roz­parł, ze trzy osoby mogłyby usiąść na jego miej­scu, noga w skó­rza­nych spodniach ude­rza mu o pod­łogę tak szybko, jakby pró­bo­wał prze­bić się pię­tro niżej. Pew­nie nie może się docze­kać, aż coś powie. Kie­dyś nawet sia­dał z boku, tak by być pierw­szy, ale Jarek posta­no­wił nauczyć go pokory. Teraz Sza­tan sie­dzi w środku, bo Jarek lubi zacząć raz od lewej, raz od pra­wej.

– Adaś. – Jarek daje znak Sza­ta­nowi, aby mówił.

Chcę się jesz­cze napić, pro­fi­lak­tycz­nie, ale wła­śnie poczu­łem, że drżą mi ręce. Mimo to pró­buję. To zabawne, że gdy zaczy­nam trzeź­wieć, dopiero wtedy wyglą­dam jak pijany. Nie tra­fiam wodą do ust, spływa mi po bro­dzie na koszulę, próby utrzy­ma­nia butelki koń­czą się jesz­cze gorzej. Wszy­scy oprócz Micha udają, że nie zwra­cają na to uwagi.

– Ja źle się czuję, Jarek. – Michu ma głos dzie­ciaka, któ­remu każą zjeść trzeci deser, a który już nie może.

– Teraz Adam. – Jarek poka­zuje na Sza­tana.

– Nie, ja źle się czuję z tym, że Mar­cin tu jest. No spójrz­cie na niego, no. On naprawdę powi­nien iść do domu.

– Zosta­łeś prze­gło­so­wany – przy­po­mi­nam mu.

– No i to też mnie dener­wuje, że nie wia­domo po co nagle łamie­cie regu­la­min. On tu jest na jakichś spe­cjal­nych zasa­dach?

Wycią­gam tele­fon. Dzwoni Marta, moja żona. Jesz­cze nie mam siły ode­brać. Cho­wam komórkę z powro­tem do kie­szeni.

– Mnie też dener­wują różne rze­czy, Michał – mówię.

Zapo­mniał, wół jeden, jak przez pierw­sze trzy mie­siące miał nawrót za nawro­tem, jak co tydzień przy­cho­dził, pła­cząc, że zapił i zaćpał. Przy­po­mniał­bym mu, gdy­bym miał siłę powie­dzieć tyle wyra­zów.

– Co cię niby dener­wuje, Mar­cin? Że cza­cha ci dymi?

– Świat to nie jest twoja taryfa, Michu, nie jesteś w niej sam i nie poje­dzie zawsze tam, gdzie chcesz – gdy to mówię, brzuch zaczyna mu lekko pod­ska­ki­wać ze zło­ści, piłka opięta lawen­do­wym swe­ter­kiem. Ostatni raz tak się wściekł, gdy wyszło na tera­pii, że wszy­scy, łącz­nie z Jar­kiem, jeż­dżą Ube­rem.

– Albo on se pój­dzie, albo ja pójdę! – huczy teraz, wyma­chu­jąc łapami.

– Spo­kój! – krzy­czy Jarek.

Zapada cisza. Wszy­scy przy­ci­skają się do opar­cia kanapy, patrząc na sie­bie nawza­jem jak skar­cone dzieci.

– To może ja zacznę, co u mnie… – bąka Sza­tan, ale Jarek prze­rywa mu wład­czym ruchem ręki.

– Wy, alkusy, wy nie­moż­liwi jeste­ście. Już czło­wiek zaczyna wam wie­rzyć, że prze­mó­wił wam do roz­sądku. A wy znowu, w kółko, jak małe dzieci.

– To on przy­cho­dzi tu pro­sto z pieca – Michu wska­zuje na mnie pal­cem – nie ja. To on robi bar­da­chę. Jadzia ma dziś piątą świeczkę, a on przy­łazi w takim sta­nie.

– Ja nie mam z tym pro­blemu, Micha­łek – mówi cicho Jadźka, ale on jej nie słu­cha.

Mie­rzą się spoj­rze­niami jak pies z panem; Michu pró­buje, ale Jarek zawsze wygra. Potrafi zamie­nić ten swój wielki łeb w ośle­pia­jące słońce. Gdy na niego patrzysz, cała twoja histo­ria picia wyświe­tla się na jego bro­da­tej gębie jak na ekra­nie. Musisz się odwró­cić, bo wstyd wypala ci oczy.

– No to jak chcesz, to idź, Michał. – Poka­zuje Michowi drzwi. Ten nawet na chwilę się pod­nosi. Ale zaraz znowu ude­rza cięż­kim dup­skiem o kanapę.

– Ni­gdzie nie pój­dzie, bo chce tortu – śmieje się Darek. Ode­zwał się po raz pierw­szy. Sie­dzi w rogu, przy­cup­nięty, ubrany w różowy swe­ter, od patrze­nia na który bolą mnie oczy. Bazgrze coś na kartce, jak zwy­kle. Zawsze kiedy skoń­czy, zdąży zwi­nąć kartkę w kulkę i wrzu­cić ją do pla­sti­ko­wego kosza na śmieci, zanim kto­kol­wiek zoba­czy, co tam nama­zał.

Michu odwraca się do ściany, jakby obra­żony, że tak naprawdę to Cuguś ma rację. Pija­kowi w trzeź­wie­niu honor się koń­czy, jak przy­no­szą deser.

Sza­tan znowu pod­nosi rękę. Jarek kiwa głową.

– Adam, alko­ho­lik, nar­ko­man, inne uza­leż­nie­nia. Długo mnie nie było, trzy mie­siące chyba, tak? Może nawet i cztery. Jest po mak­sie chu­jowo. Tak, wiem, język, sorry. W każ­dym razie przez te trzy mie­siące z chło­pa­kami naprawdę było na ostrzu noża. Gdy­by­śmy nie zara­biali na tym, kur… czę, szmalu, gdyby to nie była nasza robota, gdyby Grze­siu i Jacek nie mieli na cha­cie gów­nia­ków do wykar­mie­nia, toby­śmy roz­wią­zali zespół. Po pro­stu. I cho­dziło o chla­nie, oczy­wi­ście, bo o co innego? Mówi­łem wam, jaki mam plan: posta­wić ich przed fak­tem doko­na­nym, zero wódy na back­stage’u, nawet bro­wa­rów, o innych spra­wach już nie wspo­mnę. Po kon­cer­cie to ja idę spać, a wy rób­cie sobie, co chce­cie, bus call o dru­giej. Ale przed kon­cer­tem pełna oaza, tylko różańca w dupie bra­ko­wało. No i wpro­wa­dzi­łem to i po trzech tygo­dniach powie­dzia­łem: dobra, w dupie to mam, pij­cie, bo nie można z wami wytrzy­mać. Chło­pa­ków roz­sa­dzało, powie­trze było jak nożem kroić, kłót­nie o byle gówno. Sarius, Jacek w sen­sie, tak zaje­bał, w sen­sie ude­rzył w ścianę, że chcieli mu łapę wło­żyć w gips. A wszy­scy dookoła mówili mi: Adaś, kurwa, język, prze­pra­szam, wiem, wszy­scy mówili mi: Adaś, nie ma rock and rolla bez smaru. Nie ma opcji wyjść na scenę o suchym ryju. To bez sensu. To jak się bzy­kać w ubra­niu. A sam kon­cert to jest taki zaje­biasz­czy wyrzut dopa­miny, że czło­wiek musi się potem schło­dzić. I wie­cie, ja ich rozu­miem, bo sam to czuję. Ja idę sobie na masaż, robię pompki, prze­pra­szam panie za ten detal: walę konia, ale to w ogóle nie jest to. Nie scho­dzi. A jesz­cze ten Face­book, ci kre­tyni piszący: Blo­od­spawn było dobre, jak piłeś, Adam. Gdzie ten rock and roll, Adam. Teraz jest rock and roll, wy, kurwa, wiem, język, prze­pra­szam, kre­tyni, bo płyta jest w noto­wa­niu Bil­l­bo­ardu. Jak tak tro­chę posie­dzę z tymi nie­do­je­bami i się nakręcę, to dopiero trzy magiczne tabletki spra­wiają, że mogę iść spać. Dopiero wtedy odpusz­cza. A wia­domo, trzy lufy, kre­ska, do tego jakieś pale­nie i odpu­ści­łoby momen­tal­nie.

 

Zapada cisza. Znowu tele­fon. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, w końcu wycią­gam go z kie­szeni. To Marta. W sumie mam od niej jede­na­ście nie­ode­bra­nych.

Ani też nie pod­chodź cynicz­nie do miło­ści, albo­wiem wobec oschło­ści i roz­cza­ro­wań ona jest wieczna jak trawa.

– Muszę ode­brać. – Wstaję z kanapy i znowu wycho­dzę na kory­tarz.

– Gdzie jesteś? – pyta moja żona.

– Ja? Na… na gru­pie. To zna­czy na tera­pii – odpo­wia­dam jej.

– Czy Piotr jest z tobą?

– Nie. Nie jest ze mną. – Mógł­bym dodać pyta­nie reto­ryczne, co on wła­ści­wie miałby tu ze mną robić. Ale nie dodaję, bo wiem, że stało się coś strasz­nego.

Tylko boję się jej to powie­dzieć.

Ona musi sama na to wpaść.

– Ma wyłą­czony tele­fon. Od wczo­raj.

– Idź do nich do miesz­ka­nia – mówię. Kła­mię, bo ina­czej nie umiem.

– Byłam. Jest otwarte i nikogo nie ma w środku.

– Zadzwoń do Kingi.

– Ona jest od tygo­dnia w Hisz­pa­nii.

– Tak, ona jest w Hisz­pa­nii. No tak.

Być może nawet to wie­dzia­łem, ale musiało wpaść w jedną z tysiąca dziur, z któ­rych składa się moja głowa. Mar­cin Kania, myślę. Obra­cam w gło­wie wła­sne imię i nazwi­sko, dopóki nie staną się dwoma nic nie­zna­czą­cymi wyra­zami. Mar­cin Kania. Gdy Bóg stwo­rzył Mar­cina Kanię, chciał prze­pro­wa­dzić eks­pe­ry­ment.

– Jesteś tam?

– Jestem.

– Rozu­miesz, co do cie­bie mówię? Ich miesz­ka­nie jest otwarte. Nikogo nie ma w środku.

Oczy­wi­ście, że wiem. Ale Mar­cin Kania nie umie powie­dzieć prawdy.

– Może gdzieś wyszedł. Pocze­kaj tam na niego. Może zaraz przyj­dzie.

– Przy­jedź tu.

– Jestem… jestem na tera­pii.

– Przy­jedź tu, bo ja muszę zadzwo­nić na poli­cję.

– Pocze­kaj. Nie musisz dzwo­nić na żadną poli­cję.

– Muszę.

– Marta, nie prze­sa­dzaj. On nie ma ośmiu lat. To nie jest tak, że nie wró­cił ze szkoły.

– Nie mów mi, co mam robić.

– Marta. Ja wiem, że ty się o niego cią­gle mar­twisz…

– Nie mów mi, kurwa, co mam robić – war­czy.

Oczy­wi­ście, że jej tego nie powie­dzia­łem, ale tym razem ma rację. Stało się coś strasz­nego. Kom­plet­nie tego nie pamię­tam, ja po pro­stu to wiem. I czuję to, cały czas, w sobie. Jak­bym połknął igłę.

– Ja cię prze­pra­szam, ale ja znowu piłem, Marta. – To wypada ze mnie samo. Ona mil­czy, przez chwilę długą jak nie­prze­spana noc. W końcu mówi:

– Za ile będziesz?

– Zaraz. – Roz­łą­czam się.

Gdy sia­dam z powro­tem na kana­pie, ból głowy ude­rza z podwójną mocą, o czaszkę biją mi z obu stron nie­wi­dzialne pię­ści, do tego znowu to potworne pra­gnie­nie. Sza­tan opo­wiada teraz o jakiejś dziew­czy­nie, która wysyła mu nagie zdję­cia przez Insta­gram i grozi mu, że jeśli się z nią nie umówi, to wyśle je też jego żonie.

– Powie­dzia­łem, że moja żona też lubi popa­trzeć na ładne babki. – Śmieje się. I wszy­scy się śmieją, i tylko ja się nie śmieję.

Jarek daje Sza­ta­nowi sygnał, że już wystar­czy tych histo­ry­jek. Odwraca się w moją stronę. Wraz z nim robią to wszy­scy.

– Nie może­cie się docze­kać, co? – wzdy­cham.

– Z czym przy­cho­dzisz, Mar­cin? – pyta Jarek.

Buty wpa­dają mi w wykła­dzinę aż po kostki. Już nie mogę wstać i stąd wyjść. Żabka. Czarne ślady na ścia­nach. Ból, łomot. Pię­ściami o czaszkę, od środka.

Wszy­scy są prze­ciwko Mar­ci­nowi Kani, gdzie­kol­wiek bie­da­czek pój­dzie. Całe życie, cały kosmos, wszystko. Ten wielki pech naro­dził się wraz z ukła­dem sło­necz­nym.

Roz­wi­jaj siłę ducha, aby mogła cię osło­nić w nagłym nie­szczę­ściu.

Tele­fon, znowu. Wiem dla­czego. Pew­nie dopiero teraz zapa­liła świa­tło w kuchni i zoba­czyła, co jest na pod­ło­dze.

– Mar­cin, alko­ho­lik, leko­man, hazar­dzi­sta, sek­so­ho­lik. Stało się coś strasz­nego – mówię.

– To widać – rzuca Syl­wia.

– Ale tak naprawdę nie wiem co – cią­gnę. – Obu­dzi­łem się w miesz­ka­niu mojego syna. I jego żony. W kałuży krwi. Nie wiem, czy to moja krew. Nie, nie byłem w szpi­talu.

Zamy­kam oczy. Nie chcę natra­fiać na ich spoj­rze­nia. Pod­czas rundki nie można nikogo oce­niać sło­wami, mówić, że zro­bił źle, dobrze, głu­pio, mądrze, więc wszy­scy nad­ra­biają wzro­kiem.

– Nie wiem, gdzie jest mój syn. Żona go szuka. Jest prze­ra­żona. Jesz­cze jej o tym nie mówi­łem. O tym, że obu­dzi­łem się w jego miesz­ka­niu. Boję się. Boję się jej to powie­dzieć.

Ktoś chce jakoś to sko­men­to­wać, sły­szę takie pierw­sze czknię­cie, ale Jarek uci­sza tego kogoś.

– Spo­tka­łem się z nim na kola­cji. Chciał mi coś powie­dzieć. Nie mam poję­cia co. Ostat­nie, co pamię­tam, to że sie­dzimy w restau­ra­cji.

– Byłeś trzeźwy? – pyta Jarek.

– Jesz­cze wtedy tak – odpo­wia­dam.

Otwie­ram oczy. Patrzą się na mnie, ale w tych spoj­rze­niach nie ma opi­nii ani oceny. Jest coś innego. Na początku nie rozu­miem co. Odchy­lam się na opar­cie, biorę głę­boki oddech.

Nie dręcz się two­rami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znu­że­nia i samot­no­ści.

– Nie mam poję­cia, co robić – wyznaję.

Oni też nie wie­dzą. Nawet Jarek. Skąd mie­liby wie­dzieć?

– Boję się jej powie­dzieć. Wszyst­kiego się boję, jak sam skur­wy­syn. – Boję się to powie­dzieć, więc szep­czę, ale oni i tak sły­szą.

Cze­kam, aż Jarek przy­po­mni: język, ale Jarek mil­czy i wtedy już rozu­miem. Oni też się boją.

– Ostat­nie co pamię­tam, to że sie­dzimy w restau­ra­cji i mój syn zaczyna mi mówić, że mnie nie­na­wi­dzi.

Pod sła­bym dia­błem

dwa lata wcze­śniej

To nie­by­wałe, ile można mieć dobrej zabawy. Po co sie­dzieć w domu? W domu ludzie umie­rają.

Tu nie ma żad­nej więk­szej filo­zo­fii – każda zabawa jest dobra, każda nuda jest zła, nudne sprawy nudzą, a wesołe weselą.

– Przy­się­gam, że myśla­łem, że cho­dzisz do pod­sta­wówki. Do ósmej klasy – mówię jej.

Powiedz­cie, jak taki piękny uśmiech wsz­cze­pili w tak drobne, chude ciałko? Prze­cież ją zaraz roz­sa­dzi od śmie­chu. Muszę ją ura­to­wać. Tak, to jest moje dzi­siej­sze zada­nie. Nie mogę dać jej się roz­paść, kru­szy­nie ślicz­nej.

– Już nie ma ósmych klas – przy­po­mina mi.

– Już nie ma dzi­kich plaż – przy­po­mi­nam jej.

I znowu się śmieje. Zaraz ją poca­łuję. Nawet nie w usta, cho­ciaż są piękne i czer­wone, tylko w ten piękny biały uśmiech.

Sto­imy w kory­ta­rzu, w sali obok, prze­zna­czo­nej do tań­cze­nia, lecą jakieś naj­gor­sze pio­senki, ta nie­ustanna moda na lata osiem­dzie­siąte, jak można wciąż słu­chać tego gówna, jomaha, jomaso, you’re a woman, I’m a man. Ja w latach osiem­dzie­sią­tych byłem już pra­wie doro­sły i pamię­tam te wszyst­kie paź­dzie­rze. Sie­rocki spra­wił, że waliło tym z każ­dego okna; za słu­cha­nie tych wymio­tów można było nor­mal­nie dostać w łeb.

Mia­łem Master of Pup­pets na kase­cie od wujka z Nie­miec. Ory­gi­nal­nej, z żółtą nalepką. Wal­czy­łem z tym gów­nem jak z komuną.

– Co tam masz? – Zer­kam jej do szklanki.

– Rze­komo drinka – odpo­wiada. Oczy też ma wiel­kie. Dwa szla­chetne sza­firy.

– Czyli soczki dla dziew­czy­nek – tro­chę ją karcę. Prosi o to tymi sza­fi­rami.

Dopi­jam to, co mam. To Glen­fid­dich, podobno dwu­na­sto­letni. Nie lubię sin­gle mal­tów, w ogóle nie lubię whi­sky z Wysp. Jest w nich jakiś drobny absmak, jakaś pomyłka z tyłu języka. Jakby ktoś się do nich tak tro­chę zeszczał bagnem. Bur­bony to co innego. Piękna ple­bej­ska sło­dycz. Boskie cukier­nic­two. Bo słu­chaj­cie: alko­hol to naj­po­waż­niej­sza sprawa na świe­cie i w alko­holu albo jest pozerka, albo są fakty. Możesz uda­wać, że coś jest dobre, bo zapła­ci­łeś za to szmal, bo pasuje ci do spi­nek man­kie­to­wych, bo możesz sobie sie­dzieć na grzę­dzie z kole­gami sno­bami i grać w grę pod tytu­łem jeste­śmy super, wła­śnie poszli­śmy do bar­bera i zro­bi­li­śmy mu razem loda, a on spu­ścił się nam na kudły i uło­żył nam z tego piękne fry­zury, a potem wkła­da­li­śmy sobie do dupy kije do golfa, te naj­dłuż­sze, dri­very. Słu­chaj­cie mnie, smerfy z Wól­czanki, ja jestem tutaj, ja, Mar­cin Kania, jestem tu i stoję po stro­nie prawdy. Prawda tkwi w cukrze. W kla­row­no­ści. W mie­szance kuku­ry­dzy i jęcz­mie­nia.

Ale tutaj nie ma bur­bo­nów, więc trzeba pić czy­stą wódkę. A czy­sta wódka to coś nie­by­wa­łego. Wódka to piękna srebrna struna, która bie­gnie przez całą rze­czy­wi­stość, napina ją, pro­stuje, spra­wia, że wszystko się trzyma kupy; zaklę­cie, które zawsze działa. To nie­sa­mo­wite, że ludzie wymy­ślili coś takiego.

Wska­zuję na bar, następ­nie krzy­żuję dło­nie pod kątem pro­stym, na znak, że zaraz wra­cam. Biorę od Kru­szynki szklankę, aby przy­nieść jej coś lep­szego niż to, cokol­wiek tam pije.

I nagle doznaję olśnie­nia, jak zawsze w takich sytu­acjach, do tych olśnień mógł­bym nasta­wiać zega­rek: czemu ja tu jesz­cze jestem? Czemu wpy­cham się w tłum roz­ga­da­nych, prze­po­co­nych ludzi po wydzie­loną por­cję dar­mo­wego alko­holu; zno­szę to upo­ko­rze­nie rodem z Lotu nad kukuł­czym gniaz­dem, gdy Nichol­son stoi w kolejce po leki; dla­czego słu­cham tego dud­nią­cego gówna, zatę­chłych baza­ro­wych tru­pów, i czemu daję się co sekundę gwał­cić, zacze­piać, szar­pać, myć sobie łeb pyta­niami, a jak żona, dzieci, rodzice, praca, wyniki badań, waka­cje, kre­dyt, siłow­nia, życie, zakupy, głowa, ręka, nerka, dupa, jak twój mózg na ścia­nie? Prze­cież dużo lepiej, dużo logicz­niej jest w dro­dze powrot­nej zaje­chać na sta­cję ben­zy­nową, kupić zero sie­dem jacka, a naj­le­piej dwie zero sió­demki jacka, aby mieć jesz­cze tro­chę na jutro rano, do kawki; kupić te trzy razy zero sie­dem (tak, wła­śnie tak będzie naj­le­piej) i wró­cić do domu, zejść do piw­nicy, do mojego Faj­nego Pokoju, zało­żyć słu­chawki na blu­eto­oth, te, które kupił mi Pio­trek, Mar­shalla, włą­czyć sobie dobrą muzykę, na przy­kład Toola albo Slipk­nota, albo Metal­licę, albo jed­nak Toola, tę płytę z bia­łym mazia­jem na okładce, w każ­dym razie ROCKA, muzykę, która ma DUSZĘ, CIĘ­ŻAR i EMO­CJE. Śmiej się, śmiej, młody czło­wieku, ja prze­żyję cie­bie i wszyst­kich two­ich kum­pli.

No dobrze, ale dla­czego tu jestem? Bo w domu ludzie umie­rają. Bo trzeba korzy­stać z dobrej zabawy.

Dopiero gdy się wyba­wisz, poje­dziesz sobie umrzeć. W nagrodę.

A poza tym te białe zęby, no wła­śnie. Muszę pil­no­wać mojej Kru­szynki.

– Jesteś zna­jo­mym Zbyszka? – pyta, gdy do niej wra­cam. Podaję jej gin z sokiem z limonki.

– Zbyszka? – pytam tro­chę dla jaj. Bie­rze łyk ginu. Sma­kuje jej, widać. Potra­fię dobie­rać alko­hole do ludzi.

– Zbyszka, jeste­śmy na jego uro­dzi­nach. – Nagle nie­pew­ność mąci jej oczy, robi się zanie­po­ko­jona, w jej świe­cie wszy­scy są gdzieś po coś, zacho­wują się i żyją po coś. Przy­czyny zawsze mają skutki. Ludzie nie przy­cho­dzą do danych miejsc tak po pro­stu. Rozu­miem tę reak­cję. Tak kru­che istotki nie mogą wysta­wiać się na chaos, on porywa je w zimną wiecz­ność, w straszne dni, któ­rych jesz­cze nie znamy.

 

– Żar­tuję, gra­łem ze Zbysz­kiem w zespole.

– Wow! – Otwiera sze­roko oczy. – W Teatrze Lalek?

Dobrze, że wzią­łem sobie od razu dwie wódki. I że poka­za­łem bar­ma­nowi, że ma lać na trzy palce. Nor­mal­nie na takich impre­zach chcą, żeby wszy­scy się jak naj­szyb­ciej natrą­bili, dzięki czemu będą mogli iść jak naj­wcze­śniej do domu, więc leją do spodu. Ale nie ten, ten to był jakiś wstrętny typek, nie­speł­niony labo­rant.

Tro­chę na niego huk­ną­łem, ktoś brzydko się popa­trzył, był lekki wstęp do awan­tury, ale już nie­ważne, dawno i nie­prawda.

– Tak, no tak, tak, tak – potwier­dzam szybko, zaczy­nam czuć się skur­czony, skrę­po­wany, nie­po­trzeb­nie zeszło na ten temat, czer­wie­nię się, czuję, że muszę się odwró­cić. – Ale to nie­cie­kawe. Zmieńmy temat.

– Wła­śnie nie, to bar­dzo cie­kawe. – Uśmie­cha się, a wraz z tym uśmie­chem coś eks­plo­duje mi w środku. Może powi­nie­nem ją stąd zabrać w jakieś inne, lep­sze miej­sce? Ura­to­wać ją tak na serio? Wziąć ją na ręce, prze­nieść przez ten wrogi tłum na drugi brzeg, wydo­stać ją na suchy ląd?

– Na początku, na pierw­szych dwóch pły­tach – mówię ciszej, bo tro­chę się wsty­dzę.

– Gra­łeś w tej pio­sence, jak ona się nazy­wała…

Kocham cię jak Rosję?

– Tak, wła­śnie tak.

– Tak. Gra­łem. Jest na tej pły­cie – dodaję jesz­cze ciszej, bo to naprawdę krę­pu­jąca sprawa, cho­ciaż w Teatrze Lalek byłem basi­stą, co ozna­cza, że nikt mnie nie pamięta i nikt mnie ni­gdy nie widział. Na okładce tego głu­piego winyla stoję z tyłu, nie­roz­po­zna­walny, mam włosy na pazia, lenonki i koszulę non-iron we wzór przy­po­mi­na­jący krzy­żówkę, tylko wypeł­nioną chiń­skimi lite­rami. Nie mam poję­cia, skąd ją wzią­łem i dla­czego ją wtedy wło­ży­łem. Musia­łem być pijany. Cały ten zespół to było bycie pija­nym od rana do wie­czora, bez przerw, urlo­pów i taryf ulgo­wych.

Swoją drogą, gdy wzno­wili tę płytę na kom­pak­cie, przy­cięli zdję­cie na okładce, co spra­wiło, że z niego wyle­cia­łem wraz z paziem, lenon­kami i koszulą. Nikomu nie mia­łem tego za złe.

– Bar­dzo ładna pio­senka. Tro­chę kiczo­wata, ale wzru­sza­jąca – mówi.

– Zawsze uwa­ża­łem, że głu­pia. Powiedz, kto kocha Rosję? – pytam.

– Rosja­nie – odpo­wiada, znowu tak pięk­nie się uśmie­cha­jąc, a ja zasła­niam sobie usta, bo wstyd spra­wia, że mała, żrąca odro­bina gorzały wraca w górę gar­dła, jakby się bie­daczka zgu­biła od tych wszyst­kich emo­cji.

I wtedy ona zauważa obrączkę na palcu, któ­rej oczy­wi­ście zapo­mnia­łem zdjąć, a nawet nie zapo­mnia­łem, bo prze­cież trudno zapo­mnieć cze­goś, czego się nawet nie pla­no­wało.

Tak w ogóle Kocham cię jak Rosję to moja pio­senka.

Pod­pi­sa­li­śmy się pod nią wszy­scy, no ale była moja. Pew­nego dnia na pró­bie po pro­stu usia­dłem i ją zagra­łem. Zby­szek powie­dział, że to kicz, ale resz­cie się spodo­bało.

– Wiesz co, chyba gdzieś zgu­bi­łam kole­żankę. Prze­pra­szam cię na chwilę.

Chcę ją zatrzy­mać, ale nawet nie wiem, co miał­bym jej wła­ści­wie powie­dzieć. Że ta obrączka to przez pomyłkę, że poży­czy­łem ją od kolegi, kupi­łem na Kru­pów­kach, że moja żona nie żyje, to był tra­giczny wypa­dek, noszę ją na pamiątkę, bo wciąż się nie otrzą­sną­łem, ale jestem gotów na nowe życie, na to, aby ktoś mnie ura­to­wał, aby­śmy ura­to­wali się nawza­jem, piękny ząbku? No i to moja pio­senka, ta o Rosji. Wiem, że kiczo­wata, ale moja. Zawsze coś, prawda?

Mógł­bym też zagrać va banque, powie­dzieć jej: zosta­wię ją. Moje mał­żeń­stwo jest mar­twe. Moja żona jest mar­twa. Wyssa­łem z niej całe życie. Ja i ona leżymy w łóżku prze­dzie­leni płytą pil­śniową. A ja chcę żyć, ząbku, ja chcę żyć. Zosta­wię ją dla cie­bie. Dla nas. Dla przy­szło­ści.

Bo kocham cię jak Fin­lan­dię.

Mógł­bym jej to wszystko powie­dzieć, gdy­bym tro­chę wię­cej wypił, ale wypi­łem za mało, więc zamiast tego wydu­szam jak skar­cony uczniak:

– Ni­gdzie się nie ruszam.

Ale ona już się nie uśmie­cha, tylko zwy­czaj­nie się stle­nia i po sekun­dzie zostaje tylko ściana, o którą się opie­rała. Przy­śniła mi się. Ni­gdy jej nie było. Tak trzeba myśleć.

Zanim zdążę cał­kiem sobie to wmó­wić, na moim barku ląduje ciężka łapa i zna­jomy głos, który cała Pol­ska zna z tego, że śpie­wał do jakiejś zupeł­nie innej dziew­czyny, że rów­nież kocha ją jak Rosję, krzy­czy mi do ucha:

– Kania, a ty jak zwy­kle te baby.

– Zby­szek – odpo­wia­dam.

– Masz dla mnie pre­zent? – pyta.

– Nie mam – stwier­dzam.

– Włożę ci chuja do buzi – mówi Zby­szek.

– Nie chcę. – Kręcę głową.

Odwra­cam się. Z bli­ska widać wyraź­nie, że strasz­nie się zesta­rzał, i to brzydko. Tylko co z tego, skoro ludzie wciąż go kochają. Miłość zamraża czas.

Ja go nie kocham, ale naprawdę go lubię.

Wciąż pró­buje wyglą­dać jak rock­man. Dłu­gie, rzad­kie włosy spły­wają mu po bokach łba, choć na czubku czaszki lśni pas star­towy. Można byłoby go podzi­wiać za odwagę, ale on po pro­stu żyje w świe­cie fan­ta­zji, jest tak zady­miony miło­ścią, cudzą i wła­sną, że patrząc w lustro, widzi sie­bie sprzed trzy­dzie­stu lat, dłu­go­wło­sego drwala, potęż­nego jak wieża, ze śmiesz­nie niskim gło­sem, który spra­wiał, że po każ­dym kon­cer­cie lice­alistki szczel­nie tara­so­wały zaple­cze, tak że nie dało się tam wejść.

– Jak życie? – pyta.

– Cudow­nie – odpo­wia­dam, cho­ciaż wła­śnie skoń­czyła mi się druga wódka.

– Bra­cie, no to cudow­nie, cie­bie widzieć też jest cudow­nie. – Szcze­rzy się do mnie i ten szczerz to kolejna dziwna sprawa. Od paru lat zawsze, gdy go widzę, ma zamro­żony na gębie nie­na­tu­ral­nie sze­roki uśmiech, eks­po­nu­jący całą półę wybie­lo­nych zębów; wygląda, jakby był po wyle­wie albo ktoś schrza­nił mu ope­ra­cję pla­styczną. Wszystko to razem wzięte – wyszczerz, klą­twa dłu­giej twa­rzy – spra­wia, że wygląda na dużo star­szego, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Nie ma jesz­cze sześć­dzie­siątki, a wygląda jak star­szy brat Stana Borysa.

Bie­rze mnie za rękę i popy­cha w stronę łazienki.

– Chodź.

– Tylko wezmę drinka – mówię.

– Jakiego drinka, kurwa, Kania, od kiedy ty pijesz drinki.

Macha do bar­mana, żeby podał mu zero sie­dem Fin­lan­dii, zim­nej jak trup misia polar­nego, i dwa kie­liszki, bez sprzę­gła.

I za to go lubię: kom­plet­nie go nie inte­re­suje, co sły­chać u innych, inni to tylko sate­lity, muszą połknąć lub odbić nad­miar świa­tła, które on emi­tuje. Zby­szek nie pier­doli się w tańcu.

I jesz­cze poja­wia się Rober­cik, mój młody kolega Rober­cik, waria­cik, pod­cho­dzi do mnie, ści­ska roz­ba­wiony.

– Sie­masz, zgre­dzik – mówi.

– Cześć, Rober­cik, co tu robisz? – pytam.

– Pisa­łeś do mnie, zgre­dzik, ojoj, nie­do­brze, już jest ciężka demen­cja star­cza. – Śmieje się.

Walimy lufę, jedną, drugą, siódmą, fajow­sko.

– Chło­paki, a chce­cie tro­chę bia­łej kawki? – pyta nagle.

Ja to nie wiem, ale Zby­szek chyba chce. Rober­cik jest pierw­szy do tych spor­tów, do tego hojny, namówi i zaprosi każ­dego. No to idziemy, dawaj.

W łazience zamyka drzwi, pod­cho­dzi do półki pod lustrem i wyciąga worek z pro­chem. Ja kręcę jesz­cze raz łbem na znak, że to nie dla mnie.

– Oczy­wi­ście, że to dla cie­bie. To dla każ­dego, jak wita­miny – tłu­ma­czy.

Sta­wiam dwa kie­liszki, wycią­gam butelkę, leję po jed­nym. Rober­cik sypie linie, Zby­szek czeka, jak sęp, niech sobie użyją, ja z kolei walę lufę bez cze­ka­nia na nich, i w sumie to wcią­gam też jedną kre­skę, małą, smak jak zwy­kle potworny, uczu­cie jak zawsze dziwne, a potem jesz­cze jedną, na drugi tunel. Fakt fak­tem, że od wódki można cza­sami zasłab­nąć, ona ma te swoje efekty uboczne, mimo wszyst­kich swo­ich dosko­na­ło­ści, zwłasz­cza jak ma się gor­szy dzień. A proch pozwala wypić ciutkę wię­cej, to jego jedyna, nie­zby­walna zaleta.

– Brawo, zgre­dzik. Teraz będziesz się bawił do rana. – Śmieje się Rober­cik.