Korszakowo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

Od autora

885 361 788

Moniczka Dynksiara

Witek Balerek

SU45, czyli wyjście z bezdomności

Kolejorze

Stasiek Zygfrydziak

Skundziak

Sokuś

Wiskanko

Jakub Michalczenia, Korszakowo, Kraków 2020

Copyright © by the Author, 2020

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2020

Redakcja serii Piotr Marecki

Redakcja i korekta Miłosz Biedrzycki

Projekt okładki Bolesław Chromry

Projekt typograficzny, skład i łamanie, korekta By Mouse | www.bymouse.pl

Wydanie II poprawione i uzupełnione

ISBN 978-83-66571-18-1

Korporacja Ha!art

ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków

tel. 698 656 756

korporacja@ha.art.pl www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem

Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek,

Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu.

Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jakub Michalczenia, Gigusie

• Anna Mazurek, Dziwka

• Natalka Suszczyńska, Dropie

• Antonina Kardaś, Czernucha

• Aleksandra Wstecz, Kwiaty rozłączki

• Jarek Skurzyński, Zrolowany wrześniowy Vogue

• Zenon Sakson, Zaczarowany uber

• Sławomir Shuty, Historie o ludziach z wolnego wybiegu. Pasty i skity

• Maciej Topolski, Niż

• Jakub Michalczenia, Korszakowo [wyd. II popr. i uzupeł.]

Od autora

Teksty zamieszczone w zbiorze powstały między rokiem 2005 a 2006. W 2014 przeszły gruntowną redakcję i dwa lata później zostały wydane w skromnym nakładzie przez olsztyński oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W latach 2019 – 2020 wprowadzono w nich kolejne zmiany, a teraz ukazują się w poważniejszej liczbie egzemplarzy jako edycja poprawiona oraz uzupełniona. Pierwsza publikacja Korszakowa to była ledwie wersja demonstracyjna – moim zdaniem po dodatkowych szlifach całość stała się bardziej wyrazista i kompletna. Niniejsza książka otwiera trylogię korszeńską: Korszakowo – Gigusie (Korporacja Ha!art, Kraków 2019) – 1990. Ostatnia pozycja pojawi się w niedalekiej przyszłości.

885 361 788

Nie tak z własnej i nieprzymuszonej woli wstał Cino z wyra tego akurat dnia. To rodzona matula – babka po czterdziestce – wzięła się dobrze za niego. Punkt piąta rano wparowała do pokoju, poszturchała tego zarazę owiniętego kołdrą i zapaliła światło. Cino nawet trochę na nią pobluzgał, ale ostatecznie wyturlał się z betów.

Był młodym typem średniego wzrostu o ciemnej cerze, piwnych patrzałach i z wyraźną szramą na podbródku. Miał tę szpetną bliznę od dzieciaka, bo biegając po dworzu, nadział się gębą na blaszany płotek. Pewnie dlatego na Korszach każdy – włącznie z ulicznymi wrogami w dresach albo mundurach – kojarzył go nie z imienia czy przezwiska, ale z tego znaku na rozoranej kiedyś brodzie.

Nie do końca wybudzony wpadł do ciasnej ubikacji. Odszczywał się. Słyszał, że piętro wyżej to samo robił ktoś z sąsiadów. Tamten sikał celnie do muszli, aż chlupało. On miał takie ciśnienie, że roztrojonym strumieniem bryzgał na wszystkie strony. Olał deskę klozetową, bo przez złość na matkę nie chciało mu się jej podnieść. Obmoczył też ścianę wytapetowaną na różowo. Do tego zostawił kałużę na podłodze, przykrytej gumoleonem w biało-czerwoną szachownicę.

„Ee, to i zara wysechnie” – taki był beztroski, gdy wyłaził z zalanego klopa.

Od razu zahaczył o kuchnię. Popił przegotowanej wody wprost z zakamienionego czajnika i skroił matce szluga z paczki zostawionej na stole. Z lodówki, oblepionej wyblakłymi naklejkami z gum do żucia, wziął dżogurta – takiego jak w reklamach: „z żywymi kulturami bakterii”. Zajadał się nim w swoim pokoju. Chwilę później włączył sobie wieżę, by rozruszać się muzą.

„Welcome”, powitał go napis na wyświetlaczu urządzenia.

Cino wdusił odpowiedni przycisk i z wieży wysunęła się tacka na trzy kompakty. Położył na nią przedwczoraj wypaloną, markową płytę Fakossa z maźniętym flamą napisem „HG – Klucz”. Zapuścił kawałek numer dziesięć, Życie Warszawy.

Z głośników padło pytanie: „Kto ty jesteś?”.

Odpowiedź brzmiała: „Mówią na mnie Wilku WDZ. Jeszcze jeden mach, jeszcze jeden skręt...”.

Cino właśnie sczaił się, że jest lipa z towarem. A przecież miał się wczoraj zwąchać z Kamelem, swoim wspólnikiem. Rozliczyliby się z zarobku za ostatnie dwa tygodnie i podziałkowali na dokładnym sprzęcie nieprzehandlowane ziele. Jednak Cino jakoś nie dotarł na tę ustawkę.

Teraz usiadł sobie przy biurku, takim jasnym z laminowanej sklejki. Z szuflady wyjął torbę foliową z pięćdziesięcioma gramami grassowego miału. Bez pomyślunku wysypał część jej zawartości na blat. Nie trzymał w domu żadnej elektronicznej wagi. Musiał więc tak na oko poporcjować towar – a choćby pomagając sobie piętnastocentymetrową linijką. Na szybkości pakował go w nierównych ilościach do woreczków z zamknięciem strunowym. Bo i co tam – najwyżej kogoś przyżeni się na działce.

Cino przygotował samary i poleciał do łazienki. Wycisnął z tubki resztkę cytrynowej pasty na szczotkę o połamanym włosiu. Wsadził ją w usta i wyszorował spróchniałe zęby. Przynajmniej z paszczy nie będzie mu jechało. Piór nie zaczesywał, bo i po co. Był obgolony na trójkę.

 

Umyty wrócił do pokoju, żeby zaścielić spanie. Wyskoczył z piżamy. Ubrał się w pomarańczową koszulkę, wcale nie rozmiaru XXL, bawełnianą bluzę bez kaptura i brązowe sztruksy. Spodni nie opuszczał nigdy za bardzo w dół. Luz w kroku nie był dla niego. Utrudniałby mu tylko ruchy w trakcie szpuli przed psami. „Zasraniec” – taki pozer z porami spadającymi z dupy – albo „kalesoniarz” – jaki inny pajac w bufiastym, powypychanym drechu – to zresztą nie był on.

Towar schował do plecaka razem z kombinezonem roboczym. Matka odpaliła mu piątala na wcześniejszy powrót pośpiechem, żeby nie musiał czekać na osobowca o trzynastej. W przedpokoju nałożył puchową kurtawę, czapajkę z poliestru i piankowe adasie na nogi.

Tak Cino wybrał się na porannego „szkolniaka”. Dojeżdżał nim do zawodówki, jeśli tylko matka była na chacie i wyrwała go z kimy. Sam nie miał zbytniej wczuty na łażenie do budy.

Wybył z mieszkania. Pokonał nieodśnieżone o tej porze chodniki. Przelazł przez wyłamany fragment ogrodzenia i znalazł się na terenie korszeńskiego dworca. Minął lokomotywy spalinowe stojące gęsiego na bocznicy. Wszystkie głośno pracowały, żeby rozgrzać silniki na mrozie. Zatrzymał się przy niebiesko-żółtej jednostce EN57. Od smrodu ostro walącego z WC nazywano ten elektryczny skład „kiblowozem”. Za kwadrans Cino miał odjechać nim do Olsztyna.

Czasu było dość, więc zapalił sobie tego fajka podwędzonego matce. Z kiermany wyjął komórę. Na znak, że akurat jedzie dziś do szkoły, puścił strzałę do Kocięby, swojego zaufanego kola. Ten typ dopiero co mieszkał z nim po sąsiedzku w bloku. Niedawno – razem z żywicielami, bracikiem i siorą – wyniósł się na drugi koniec Korsz do domku jednorodzinnego – takiego poniemieckiego, jeszcze z piecem kaflowym. W odpowiedzi Cino dostał od swojego kola esemesa:

„Ja dochodze na dworca, bunkruj sie w ciapongu, zajmnij mi miejscowke, do zoba!”.

Cino zjarał szluga i wbił do jednostki. Rozwalił się na niskim siedzeniu z plastiku – pierwszym od samych drzwi. Póki co, było ono lodowate, że aż wrzodów na dupie można by dostać od takiego zimna. Cino i tak dobrze wybrał miejscówę. Akurat to siedzenie najszybciej robiło się ciepłe, bo bezpośrednio pod nim ukryto grzejnik elektryczny.

Prędko nadszedł Kocięba – zeszłoroczny absolwent olsztyńskiej Samochodówki. Chociaż wyuczył się na mechanika, to obecnie zasuwał na etacie w markecie. Cino ani myślał skończyć w podobnej tyrze, raptem za tysiaka wypłaty. Wolał już być tym poganiaczem ziela.

Na przywitkę podali sobie graby. Usiedli jeden naprzeciwko drugiego. Niby rok starszy od mało rosłego Cina, Kocięba był więcej mikry, już łysiejący, że prawie nie musiał strzyc sobie pały, i z krzywą kichawą. Do tego słabo się go rozumiało, tak jakby gadał przez tego garbatego nocha. Marny wygląd jaźwy nadrabiał strojem. Był w pierwszorzędnych ciuchach ze znaczkami drogich firm. Miał ich tylko jeden komplet – taki tam podarek od ojca z jego sezonowego pobytu na robotach u Niemca.

Ledwo zaczęli o czymś nawijać, a dosiadł się do nich Harpo: dwumetrowy, napompowany sterydami kasztaniak na syrach chudych jak zapałki. Harpo byczą posturą budził respekt. Nosił skórzaną kurtawę, niebieskie dżinsy i lakierki. Edukował się w technikum samochodowym – właśnie w tym Zespole Szkół, co Cino, a do niedawna i Kocięba.

– Ema, ziomy! – przywitał się. – Cino, no jak tam interesy? – zagaił tak pół żartem, pół serio, a jakby dla podpuchy.

– Sklej wary, Harpo! – zgasił go Cino.

– Leszczyku, lepiej nie fikaj! – pogroził Harpo i zaczepnie przysunął mu z łokcia w bok.

– Sorki, Harpo – syknął Cino, łapiąc się za żebra, bo tamten nie żałował siły – ale zwałę mam przez te interesy.

– Ty, Cino? – zdziwił się Harpo. – Taki oblatany...

– Wkopałem się... Dawałem ziele w kredę... Skurczybyki nie raczą oddawać kabzy... Kamel się pluje... Na wczora chciał kasę... Ja tam mu jej nie zaniósł... Dzisiej mnie na pewko za to dojedzie – żalił się Cino. Przerwał mu dzwonek telefonu komórkowego. Wyjął aparat z kieszeni. Zerknął na wyświetlacz: – Pa, znowu do mnie dzwoni, by pultać się o kasę!

Harpo luknął.

– No ty, to on! – cieszył się, jak gdyby było z czego.

Cino odrzucił połączenie.

– A ja mówiłem, żebyś trzymał się ze mną. Co, nie proponowałem ci spółki? – sadził się Harpo.

– Ano, żeś proponował! – wciął się Cino, jakby nagle zajarzył, że da się coś ugrać na tym ciskaniu się Harpa.

– Ty oczywiście nie chciałeś. Za chitry żeś był. To i masz tera za swoje! – pluł się dalej Harpo. Podrapał się po łysej głowie i dodał już spokojniej: – Kijowo... Hajsu nie oddasz, to Kamel cię ścignie... Wyrwiesz fangę w pysk... Stracisz dobrego hurtownika... Dupa mokra...

– Będę miał nowego hurtownika – wtrącił się znowu Cino. – Kocięba ustawił mnie na dziś z jakimś gościem. Co nie, Kocięba?

– Tia! – przytaknął dotychczas milczący Kocięba.

– Muszę spłacić Kamela. Nie chcę dostać w ryja i szkoda mi tej kasy – kontynuował Cino. – To grubo ponad tysiaczek, moje z tego pięć setek. Dwa tygodnie ciężkiej pracy... Pięćdziesionę pogoniłem... Przy sobie i na chacie mam resztę tego... Harpo, weź ty mi pomóż, to zostaniemy wspólnikami. Odpalę ci dwadzieścia procent od każdego opchniętego grama... No i plus odsetki od dłużników dla ciebie.

– Chyba ocipiałeś, Cino! Mało czasu i za duże ryzyko. Wiesz dobrze, że za Kamelem stoją ludzie z Bartów. Niektózi gadają, że on ma sztamę z Ruskimi. Jeszcze i ja oberwę po pysku. Po co mi to?

– A tam, duże ryzyko, ale i kaska duża – dołączył się Kocięba.

– No i właśnie! Zastanów się, Harpo. To gites propozycja!

Harpo namyślał się. Ważył wszelkie za i przeciw. Potrzebował ekstra kasy na sterydy, od dawna budował już masę na lokalne zawody w wyciskaniu na klatę. Ale dygał się, że przez Cina wdepnie w niezłe gówno.

A zdezelowany, chyboczący się pociąg jechał z głośnym buczeniem. Zatrzymywał się kolejno na siedmiu stacjach. W międzyczasie konduktor przejrzał bilety. Poza tym panowała ogólna zamuła i niemal każdy płytko drzemał. Harpo miał taki jakiś senny halun, że latem został najsilniejszym pakerem w powiecie. Przed samym Olsztynem wszyscy ocknęli się z majaków. Wtedy Harpo wypytał ostatecznie Cina:

– Po ile u ciebie gram chodzi?

– Po co ci to wiedzieć?

– Chcę obliczyć możliwy zysk... No mów!

– Dobra, słuchaj! Calak za dwadzieścia siedem, połówka za siedemnaście.

– Ile dziennie tego spylasz? – drążył Harpo.

– Najczęściej czwórę, w porywach do dziesiony.

– Hmn... – Harpo na telefonie obliczył procent swojego zysku i zdecydował: – Wchodzę w to... Odzyskamy kasę... Spłacimy Kamela.

– I wagę se zakupimy, bo na razie to nie ma na czym działkować ziela – dodał ucieszony Cino.

Wysiadkę mieli na Dworcu Głównym w Olsztynie. Stąd poperli we trójkę – skrótem przez rozległe bocznice i zaułkami Zatorza – do Zespołu Szkół Samochodowych przy ulicy Wojska Polskiego. Ani Cino nie przestąpił progu lakierni, gdzie odbywał prakty zawodowe, ani Harpo nie trafił na pierwszą lekcję z budowy pojazdów. Czekali przed szkołą na tego zioma od Kocięby. Cino rył się, że tak rzadko bywa tutaj, że kiedyś pomyli budę z pobliskim szpitalem dla umysłowych – jeszcze wejdzie do czubkowa i zniknie już na zawsze, bo tam z drogiej ziołowej kuracji przerzucą go na darmowe psychotropy. O umówionej porze zjawił się hodowca marychy. Dosyć niepozorny typ z dredami i w brylach, chyba jeden z tych rasta.

„Kto słucha rege, ten rucha kolege” – przypomniało się Cinowi, jak gadano na blokach o podobnych typolach.

Kocięba oświecił ich, co to za cudak – niby że całkiem git kolo. Razem poszli za winkiel.

– To ile masz tego przy sobie? – zagadał Cino do nowego typa.

– Coś koło setki.

– Ty, a to dobry towar?

– Pierwsza klasa! – zapewniał hurtownik. – Jak nie wierzysz, to masz i stestuj! – Bez czajany wydobył zza pazuchy pękatą torbę zioła.

– Z miłą chęcią – zgodził się Cino i wyciągnął fifkę z kieszeni kurtki. Był podrajcowany tym, że ma przed sobą kozaka, co nie dyga się palić ziele w miejscu publicznym. – Dawaj tak coś koło połówki.

Dostał, ile chciał. Nabił okopconą lufę. Dał ją Kociębie do potrzymania. Sam wyjął czechowickie. Potarł zapałką o draskę z boku pudełka. Przypalił. Odebrał Kociębie rozżarzone szkło. Ściągnął bucha.

– Gites towar! Co za smak, co za zapach! – zachwycał się. – Normalnie jak Holender... Biorę tego skuna! Ile z tego dla mnie?

– Masz brać dwadzieścia pięć ziko od grama. Na razie dzielimy się fifti-fifti. Za dwa tygodnie się rozliczymy. Tylko daj mi namiary na siebie.

– Spoko jest! Podam ci mój numer telefonu! – I z pamięci podyktował hurtownikowi ciąg cyfr: – 8... 8... 5... 3... 6... 1... 7... 8... 8... Zapisałeś go?

– Ta, mam! – potwierdził hurtownik. – Puszczę ci strzałę! – Zadzwonił do Cina, żeby sprawdzić numer: – Sygnał jest, wsio działa... Nie kombinuj tylko nic ze zmianą tela, bo wszędzie cię wynajdę! Ja tam cię nie drapnę, ale kto inny... Jak jarzysz, że ze mną zero przewałki, to na razie – pożegnał się i znikł gdzieś z Kociębą.

– Raczej na fazie! – brechtał się Cino, jakby nie słyszał słów ostrzeżenia. Gdyby tak bardzo nie zależało mu na tym hurtowniku, to po takich groźbach sklepałby go – minimum zaufania do ludzi trzeba jednak mieć. Ale i tak był szczerze zadowolony, że dostał tyle towaru za friko, bez zaliczki. Dobrze zrobiony, śpiewał półgłosem refren z kawałka Zjedz skręta Hagie: – Się jara dziewczyno, się jara chłopaku. To czysta marycha bez odoru maku... – Tu urwał. Jak tam dalej leciało, nie pamiętał.

„Olał to pies!” – machnął ręką i wbił z Harpem do szkoły.

Chłopacy bujali się po budzie. Zamierzali sczapić kilku gostków, co wisieli kasę. Wywoływali dłużników z lekcji na cwany tekst, że dyrek wzywa ich do siebie na dywanik. Kieprawo im to wyszło. Odzyskali zaledwie bańkę. Pod zastaw wzięli trzy telefony. Jednego typa oduczyli korzystać z pisuaru – fikał do nich, to dla uspokojenia zanurzyli mu paszczę w szczochach.

– Lipa, Harpo! Co teraz zrobimy? – biadolił Cino.

– Nic! Zawiniemy do Korszów... Tam odwiedzimy resztę twoich dłużników... Najwyżej Kamelowi zamiast kasy odda się trochę tego zielska, co dzisiej go dostałeś. Jakoś to sobie odbijemy.

– To i chyba inaczej się nie da. Walimy na dworca.

Pośpiechem wrócili do siebie. Prosto z pociągu ruszyli w kolędę po tych, co brali od Cina ziele w kredo. Wpierw udali się na korszeńskie „stare miasto”. Była to poniemiecka kolonia kolejarska złożona z piętrowych czerwonych kamienic. Obecnie niektóre te budynki przeznaczono na mieszkania socjalne. To w jednej z tych kamienic, po wywózce z bloków za niepłacenie czynszu, rezydowała rodzina Piżdżyszynów.

Puk, puk! – zastukał Cino do ich drzwi.

– Kto tam? – Do klamki dopadł pięcioletni Heniek, najmłodszy z licznej familii.

– Same swoje... Heniek, odmykaj! – nalegał Cino.

– Mam dwie lewe ręce i blanty nimi kręcę! – krzyczał Heniek i brechtał się zamiast otwierać.

Harpo nie wyrobił. Pociągnął na chama za klamkę. Masywne, a do tego obite blachą drzwi, trzymające się tylko na górnym zawiasie, runęły na głowę Heńka. Fartownie nic mu się nie stało. Zdążył odskoczyć w ostatnim momencie. Cino i Harpo wtargnęli na pokoje Piżdżyszynów. W zapuszczonym mieszkaniu, poza Heńkiem obciętym na grzyba, przebywali: jego brat Lechu, ich matka oraz kumpel, niejaki Lenek. Mimo młodego wieku Lechu odsiedział już trójkę za swoje lepkie ręce. Lenek także miał jakiś wyrok na koncie, ale chyba była to kara w zawieszeniu.

Cino i Harpo przyglądali się ich igraszkom. Lechu z Lenkiem mieli niezły ubaw. Pozbierali śnieg z parapetu, ulepili piguły i ganiali po mieszkaniu matkę Piżdżyszyna – czupiradło obrośnięte brudem i mendami. Lenek dopadł ją w kiblu.

– Umyję cię, ty cipo na kaczych łapach! – wrzasnął w geście triumfu. – Lechu, jedziemy z nią!

Krzywonoga i tyczkowata Piżdżyszynka nie protestowała. Dała się natrzeć śniegiem.

Cino i Harpo mieli już po dziurki w nosie tych wygłupów. Pragnęli tylko dorwać Rudego – brata Lecha i ich dłużnika. Lechu powiedział, że Rudy pewnie jest gdzieś na kolejowych ogródkach działkowych: korzystał z tego, że w zimie nikogo tam nie ma. W biały dzień robił włamy do altanek.

Lechu nie kantował. Rudy grasował na działkach za stacją osobową. Natachał jakiegoś żelastwa i w skupie złomu wziął parę złotych. Co zarobił, to oddał Cinowi.

Skoro wspólnicy znaleźli się w tej części miasteczka, to trzeba było im zajść na inne pokolejarskie osiedle – na pobliskie Żydowo. Chcieli nawiedzić Bajbusa. Lipa – nie zastali go na chacie. Bajbus był akurat na lekcjach w podstawówie. Cino jako znany lokalny dilownik nie miał tam wstępu. Dyrka zaraz pały by na niego zawezwała.

 

Z Żydowa Cino i Harpo przeszli się do centrum Korsz. Za przystankiem autobusowym, na podeście z polbruku, gdzie w środku umieszczony był pobejcowany kawał drzewa podobny do korzenia, spotkali Macicę i Peptę. Do chudego Macicy nic nie mieli. Interesował ich tylko Pepta – drobny detalista popylający w czerwonych „szelestach” podszytych polarem.

– Witka, co z moją kasą? – zagadnął go Cino.

– Nie...-nie...-dłuuugo beede miał! – wydukał Pepta, co był jąkałą.

– Wali mnie to! Nam kasa jest na dzisiej potrzebna! – Harpo próbował przycisnąć tego ofiarę braku logopedy w podstawówce.

– Nie... nie... mam teera... Zo...-zobacz, tyyle to...-wa...-ru jeeszcze mam! – Pepta wyjął z kieszeni grass, dany mu przed paroma dniami przez Cina.

Harpo wyrwał torebkę z jego łap, zanim ten zdążył się wysłowić.

– Nie ma kasy – nie ma towaru! Bujaj się do poradni, ty „gluba lybo”, chyba już przyjmują w szkole. Albo idź na rentę, bo na śmierć się zabełkoczesz...

Jąkacz kombinował, że znalazł głupszych od siebie, a sam został z niczym. Cino i Harpo poszli na Mickiewicza. Myśleli odwiedzić Karaczana. Wbili do jego bloku. Harpo zatrzymał się na półpiętrze klatówy: bawił się telefonem. Cino zadzwonił do drzwi. Otworzyła mu młodsza siora poszukiwanego gostka.

– Ty, jest Karaczan? Co, możesz go dla mnie zawołać? – wypytał ją Cino.

– Ta, poczekaj! – Zamknęła mu drzwi przed nosem i poprosiła bracika.

Na klatówę wylazł Karaczan – rówieśnik Cina; kurdupel z metra cięty.

– Czółko, stary! Wisisz mi dwie bomby. I ja chcem wiedzieć, co zamierzasz z tym fantem zrobić?! – naskoczył na niego Cino.

– Tera już trzy! – krzyknął z półpiętra Harpo i krzywo spojrzał się na dłużnika.

– Jak będę miał, to ci oddam. Tera to na serio nic nie mam! – rozłożył ręce Karaczan.

– Gówno mnie to obchodzi. Chcem swoją kasę i masz mi ją oddać. Lepiej coś skołuj, bo Harpo ci tu kości poprzetranca.

Karaczan spojrzał błagalnie na coraz bardziej zawziętego Cina. Wiedział, że to nie żarty, gdy ten szczerzy na kogoś kły.

– Dobra, daj mi chwilę! – Wydygał i poszedł do mieszkania.

Wlazł do pokoju rodziców, co całe dnie spędzali w tyrze. Przeszukał szafki. W ubraniach matuli znalazł cztery stówy odłożone na czynsz za mieszkanie – a raczej na czarną godzinę dla Karaczana, bo ten brał sobie stąd zawsze, gdy miał nóż na gardle. Wrócił na klatówę. Spłacił dług.

– Widzisz, jak chcesz, to potrafisz! – klepnął go Cino po plerach.

Wspólnicy opuścili blok przy Mickiewicza. Jeszcze za tutejszymi garażami spalili grama na dwóch, skoro na za dużym ciśnieniu już działali – i chwilowo rozdzielili się, każdy w swoją stronę. Harpo poszedł na zakupy, bo stara przez telefon kazała mu je zrobić, a Cino zwinął się do siebie na chawirę. Ustawili się na szesnastą w pakerni.

W drodze do domu Cino spotkał dwóch bladych metalowców. Znał tych chudziasznych szatanistów z widzenia. Oni słyszeli o nim, że jest z tych oblatanych ziomów.

– Ej, ty! – zaczepili go zwolennicy mocnego grania. – Masz coś, co by można puścić z dymem?

– Ee, no co wy... – zaskoczył się trochę Cino. – Jasne!

– A co i za ile?

– No, marychę, dwadzieścia siedem za calaka, siedemnaście za połówkę. Taniej nie kupicie. Chcecie?

– Dawaj tego grama.

Cino sprzedał im woreczek grassu.

– Palcie zioło! Nie pijcie tych paskudnych pocisków, bo będziecie jak te wszystkie chloraki-zombiaki: Dychy, Szaszki, Kaczory, Mojżesze i Zygfrydziaki... Wiecie, że podobno człowiek wymyślił alkohol, a Bóg stworzył marychę! – zachęcał ich do dalszych zakupów.

Osiągnął skutek odwrotny od zamierzonego. Metalowcy się skrzywili. Cino chciał się zrehabilitować:

– Macie fifkę gratis! Nówka funfel nieśmigana! Polecam się na przyszłość! Aha, zapiszcie se mój numer telefonu. 8... 8... 5... 3... 6... 1... 7... 8... 8... – podał i namawiał: – Jakby co, to dzwońcie! Całodobowo mam pod ręką te leki z boskiej apteki. Nara!

Gdy oddalił się od nich, przypomniał sobie, że właśnie te dwa gostki wymyśliły Harpowi ksywę. Oczywiście żeby go wybrechać, skoro ten jako rasowy dres ganiał każdego metala, choć ci akurat śmiali się mu w twarz i później ewentualnie uciekali. Naoglądali się parodystycznego filmu Kung Pow i powtarzali z niego teksty. Poza tym uznali, że niby w swoim świecie spotkali paru takich jak Betty z tej komedii, czyli pizdowatych twardzieli. Bo Harpo miał być nawet „Beatką”, ale to pseudo nie przyjęło się na blokach. Za mało łebków znało Kung Pow, a wielu sądziło, że „Harpo” to skrót od harpagona – i dlatego każdy zaczął tak gadać...

Cino pomykał w stronę swojej klatówy. Cały był uchachany, że jego sprawy zaczęły się wzorowo układać. Nie przypuszczał nawet, że zaliczy czołówkę z Kamelem.

Hurtownik czekał na niego bitą godzinę. Coś tam kojarzył, o której Cino może wrócić do domu. Był uderzająco podobny do Kena – tego plastikowego przystojniaka od lalki Barbie. Miał kilka bud na bazarze w Bartoszycach. Dorabiał na zielsku. Kiedyś sam pylał na rowerze po Korszach i wciskał towar dzieciakom, aż wreszcie zwerbował Cina. Nauczył go wszystkiego o dilowaniu i wysługiwał się jak pachołkiem. To Cino ze swoimi znajomościami na korszeńskich podwórkach otworzył przed Kamelem nowe rynki zbytu. Jednak ostatnio współpraca nie układała się im najlepiej. Cino coś kiwał Kamela. Chyba trzeba było go naprostować...

Zalegający z kasą i wyraźnie proszący się o nauczkę klient pewnie wkroczył do klatówy. Stanął jak wryty, gdy przed nim wyrósł Kamel.

– Kogo ja widzę?! Jaśnie wielmożny pan Cino... Gdzie moja flota?

– Co się tak pultasz? Będzie dzisiej, no ale jeszcze nie tera... – wkręcał Cino.

– Szmatowa gadka! To kiedy? – Kamel wziął niedawnego ziomka za fraki, bo co za typ: – No mów, gdzie i o której!

– Zważaj se z tymi łapami! – odepchnął go Cino i pokazał przed chwilą zarobione niecałe trzydzieści ziko: – Widzisz, że ciągle gonię towar, cobyś ty wyszedł na swoje!

Kamel o mało nie upadł na schody. Nie dosłyszał, o co chodziło Cinowi z tymi pieniędzmi, co je teraz wyjął. Myślał, że on leci sobie w kulki, skoro tylko tyle hajsu ma dla niego.

– Niezłe z ciebie ziółko! Łykaj se otrzeźwiającą piąchę, to może wrócisz do rozumu! Dawaj no ryja! – Doskoczył i sprzedał dłużnikowi luta pod prawe oko. – Nie będziesz mi tu pyrkał.

Cino zachwiał się od ciosu. Trafione miejsce zapiekło i zaczynało puchnąć.

– To tera powiesz, co i jak będzie! – tryumfował Kamel.

– Rozliczymy się o siedemnastej tu zara, za tą przychodnią zdrowia. Nie zachodź do mnie więcej i nie wydzwaniaj! – wycedził Cino i zabrał się do mieszkania.

– To do zoba o siedemnastej. Cha, cha! – puszył się Kamel, że niby ma niedawnego wspólnika w garści i ten pewnie jeszcze przyjdzie w łachę.

Cino niepotrzebnie wyjął klucz z kieszeni. Drzwi od domu były otwarte. Niedawno z Olsztyna przyjechał Bobek, jego bracik. Lichy z niego był studencina, a na dodatek emce i producent, co marzył o rap-karierze. Siedział akurat przy kompie i dłubał w programie muzycznym nad nowym podkładem do stękania tych swoich rymów.

– A czołem, brat! – zauważył Cina. – Cho tu na chwilę! Posłuchaj, jaki bit zmajstrowałem. – Zapuścił ten podkład na całą parę.

„Ni to Hagie, ni to Peefka. Taka piąta woda po kiślu” – pomyślał Cino, ale nie chciał zrobić bracikowi przykrości. Dlatego nakitował: – Dobre! Może coś z tego będzie...

Bobka to nakręciło. Poczuł się ostatnią nadzieją polskiego hip-hopu. Zaczął fristajlować do tego bitu. Nawijał o tym, że „stanie na klatówie po północy to eskalacja zła i przemocy”.

W kuchni Cino wyciągnął z lodówki kawał zmrożonego mięcha. Przyłożył go do siniejącego oka. Poczuł ulgę.

W pokoju rodziców włączył telewizor i starą dobrą plejstację do gier wideo. Po prostu o wiele lepszej PS2 jak dotąd się nie dorobił! Pod tacką konsoli przestrojonej na piraty kręcił się japoński szpil Metal Gear Solid. Hicior kupiony niegdyś w konspiracji od płytowego korsarza z olsztyńskiej Zatorzanki. Gierę wypalono na dwóch cedekach – od dołu na pewno zielonych. Utrwalona przez lata prób legenda podziemna głosiła, że akurat z dysków w tym kolorze laser łatwiej odczytuje dane. Cino chwycił za DualShocka. Miał do przejścia finałową batalię. Jako komandos Solid Snake walczył z tytułowym Metal Gearem – byczym mechem uzbrojonym w głowice nuklearne. Musiał sobie popykać, będąc na lekkiej fazie przechodzącej w ciężki zamuł, gdy jeszcze rozgrywka oddziaływała na wszystkie zmysły i dawała psychodeliczny odlot. Słabo, że nie mógł spróbować Wipeouta, bo ktoś pożyczył i nie oddał – a jaka byłaby teraz jazda!

O piętnastej z roboty przyszła matka. Od razu skoczyła z mordą do Cina:

– Byłeś w szkole?

– No, a jak?! – stęknął Cino, aby ją zbyć. Cały był pochłonięty wirtualnym ratowaniem świata przed atomową zagładą.

– O której wróciłeś?

– A tym pośpiechem po dwunastej.

– Pokaż bilet – mimo to poprosiła matka.

Cino zapauzował grę i dał jej bilet do oglądnięcia.

– Niech ci będzie... To chyba byłeś w szkole... – odczepiła się wreszcie. Dla świętego spokoju nie spytała go o tę śliwkę pod okiem. Wzięła się za gotowanie obiadu.

Przed szesnastą z pracy przyjechał drugi ich żywiciel – ojciec.

– Zobaczysz, pójdziesz do ciupy! – skwitował podbite oko Cina.

Całą rodziną zjedli obiad złożony z jednego dania – pyszny a pożywny gulasz z wieprza. Przy szamaniu Cino dostał esemesa od Harpa.

Inne książki tego autora