Gigusie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mrek Morok

Mrek Morok – co to z niego taki uszaty i z metra cięty dziesięciolatek – chowa się bez ojca i matki. W ojca trachnęła jakaś cholera i wzięła do piachu jeszcze za maleńkości Mreka. A matka co tylko niedawno wyliniała po chemiach i zaraz się zabrała do ziemi. Ale z Moroka to wcale nie sierota sam jak palec. Ze starszą siostrą jest na łasce u ciotki.

Wkupili się w ciotczyne serce rentą płaconą im po pełnoletniość. W trójkę siedzą na ulicy Ogrodowej na korszakowym Żydowiu. W ledwie dwóch przyciupkich pokojach, bo ani u nich jakiej sieni, ani oddzielnej kuchni, ani tam łazienki. Mimo ciotczynej kurateli Mrek chodzi całe dnie samopas – cieka po dworzu gorzej jak bezpański pies.

Raz kiedy Morok zawinął ciotce z portmonetki kupę pośniedziałych groszaków. Tak właśnie wystaje z tymi klepakami w garści przy kasie sklepu wielobranżowego Hermes. Co zawsze oblatał miasto przed szkołą i się tu przyciągał – w tym zmechaconym i wypchanym na kolanach dresiku z bawełny i w zdartych do dziur trampolach. Tylko że dziś kupuje, a nie oczy wywala za czymś i wnerwia dwuosobowy personel sklepu. Bo weź i takiego upilnuj, by czego nie skroił! Jakoś tak za często załazi, jakby się na coś czaił. A nie wygnasz na pysk, jak z byle kogo teraz pan klient.

Ten cały Hermes działa naprzeciw Urzędu Gminy i Miasta. Na razie to najnowocześniej urządzony i faktycznie kapitalistyczny sklep w Korszach. Kapitalistyczny już po balcerowiczowsku – że to pełen legal jak w ustawie i wsio z podatków opłacone. Nie jakiś prywaciarski biznes, taki może na dziko, a przy tym trwała wolnorynkowa alternatywa dla podupadłego Merkurego.

Merkury to dom towarowy, trochę też pawilon handlowy. Gadka szła, że w tym zapyziałym molochu i sierocie po PRL-u dostanie się aby dwa deko tępych gwoździ. Tak po prawdzie to raczej grubo spóźnione dziecko PRL-u. Czas Merkurego minął, zanim ten sklep na dobre został otwarty. Za to na placyku przed Merkurym zrobił się ormiański bazar ze wszystkim.

Ale i Merkury odmienia się w halę z prywatnymi stoiskami. Jedno już jest, gdzie da się nabrać szmat z Zachodu na wagę. W innym nowym punkcie idą kasety z disco polo i eurodancem. Cino i Bobek fundnęli tu sobie pierwszą taśmę w życiu. A wzięli Captain Jacka! Niemiecka VIVA na kablówce, to i popyt na dance’owe tarabany. Aż haluny mają od tego germańskiego umpa-umpa, niby byli w Berlinie na Love Parade.

W asortymencie Hermesa w ogóle nie występują towary pierwszej potrzeby. Również nie mydło i powidło jak na bazarowym straganie. Żadne takie byle co ani duperela jaka! Na stanie są tam raczej drobnomieszczańskie zbytki: artykuły biurowe, bibeloty, chemia, kosmetyki, a przede wszystkim zabawki – na czele z klockami Lego i figurkami superbohaterów: Batmana, RoboCopa czy Spidermana. Nie jest to jednak skład papierniczy i nie drogeria ani nawet sklep dziecięcy.

Chmary bachorów zachodzą do Hermesa przed kościołem i po. Rozdziawiają gęby na widok wymyślnych zabawek z innego świata. Wręcz licytują się, kto pierwszy i na co takiego uzbiera pieniądze. Rudy Piżdżyszyn zakłada się wprost z Cinem, że buchnie stąd – a jeszcze nikomu nie udało się tam nic ukraść – czarnego kałasza.

Karabin jak na filmach, choć odlany z plastiku i z magazynkiem ładowanym na pomarańczowe kulki. Potem obydwa chcą napaść z tym kałaszem na Armeńców z ryneczku. Zarąbaliby im wszystkie żółte kasetki do grania w Pegasusa. Tak mocno kuszą Rambo i Terminator ponaklejani dla reklamy na tych podrabianych kartridżach.

W Hermesie jest także wypożyczalnia kaset wideo. Ale VHS to medium nie dla Mreka. Dawany na komunię Pegasus również pod strzechę Moroka nie trafił. Jego oknami na świat są dwa sprzęty po umarłych rodzicielach: wciągający kasety radiomagnetofon MK 2500 i czarno-biały Neptun 611 ze skaczącym obrazem. A w nim aby trzy kanały łapane z kiwającej się na dachu anteny: dwa publiczne i jeden prywatny, ten ze słońcem w logo.

Kablówki i nadającej z Włoch Polonii 1 Mrek Morok nie zna. Nie ogląda jak wszyscy tych japońskich anime (z makarońskim dubbingiem i polskim lektorem): Kapitana Jastrzębia, Generała Daimosa czy Tygrysiej Maski. Nie kojarzy też lecących na tym kanale seriali z USA – Drużyny A i MacGyvera.

Ma jedną – dobrze już rozciągniętą – kasetę. Zapuszcza ją na magnetofonie, a po odsłuchu zwija taśmę ołówkiem. Gra z niej dwa niedawne hity: Wolność Boysów i Plus i minus Kalibra 44. Daje głośno muzykę i sam drze japę: „Miała matka syna, syna jedynego. Chciała go wychować na pana wielkiego” i „Kobieta, zabawa, Kaliber i trawa” – śpiewa sobie lepiej jak w oryginale i dodaje do tego taniec brzucha.

To musi być, że odgapił te wygibasy od Michaela Jacksona. Podciąga koszulkę na głowę i wyczynia niezłe cuda jak rasowy Murzaj. Wygląda to tak, jakby rytmicznie falujące mięśnie brzucha i rozkołysane biodra same mu pracowały, bez jego widocznej woli. A jeszcze te sprężynujące wymachy wyprostowanych rąk! Jak gdyby miał chorobę świętego Walentego, wpada wtedy w taki trans, że trudno mówić o świadomym działaniu. Czysta siła wibracyjna wstrzącha jego miednicą i ramionami.

Niekiedy Morok idzie na całość w swoim zapamiętaniu i pokazuje tańczącą klatę. Tak mruga słabo rozwiniętymi mięśniami piersiowymi, jak niektórzy ruszają uchami czy brwiami. Zresztą poruszać uchami i brwiami też umie. Samorodek i żywe srebro! Może da dyla z chaty i przyjmie się do trupy wędrownej, jak cyrk do Korsz zajedzie.

Z tym repertuarem Mrek próbował zgłosić się na zeszłoroczny szkolny konkurs wokalny. Wychowawczyni nie pozwoliła, by śpiewał takie rzeczy publicznie. Przymusiła go do nauki Zakazanego owocu. Za tę piosenkę Morok zdobył główną nagrodę w szkolnej rywalizacji. Swoje też zrobił – zamiast bisować, pokazał taniec brzucha.

A tak teraz Mrek w szklanej gablocie sklepu upatrzył sobie brelok do kluczy. Jakiś niby z funkcją scyzoryka. Warty coś ze dwa złote z groszami. To byle kozik stylizowany na piracką szablę. Ma czerwoną rękojeść – przy ostrzu maźniętą na złotawo i błyskającą w świetle – i krótką, tylko sześciocentymetrową klingę. Ostrze jest mocno wygnięte, dodatkowo z wytnięciem w kształcie półksiężyca na grzbiecie. Nawet na ormiańskim bazarku nie spylają fajowszych kos!

Morok raczej naoglądał się za dużo teleturnieju Piraci. Zawsze chciał tam zadzwonić i zagrać w statki. Mógł sobie dzwonić – tyle co łańcuchem o ścianę. Chyba też za wiele widział filmów o korsarzach – zwłaszcza tych z Errolem Flynnem – puszczanych co niedziela na Jedynce. Serio, że kiedyś na bal choinkowy w zerówce marzyło mu się przebrać za pirata, ale pani nauczycielka zrobiła z niego Nowy Rok – ubrała na czarno jak kominiarza i w cylinder z napisem na rondzie: „Nowy Rok 1993”.

Mrek zakupuje scyzoryk i ciągnie się do podstawówki. Wbija do różowego budynku szkoły i obiera kierunek na piwnicę. Tam są szatnie. Każda to siatkowy boks w kolorze pomarańczowym. Osobny dla każdej klasy i zamykany na kłódkę. Wszystkie przedziela korytarz w kształcie litery „T”. Wiosna w pełni, więc w szatniach nie wiesza się kurtek na hakach i nie zmienia butów. W kanciapie przy schodach do piwnicy siedzą szkolne woźne. Zajęte są kawą i swoim drugim śniadaniem. Czasami po szatniach chowa się jeszcze Hulu z VIb. Niczym kastet zakłada sobie na palce pokrętło od zaworu hydrantowego ZH-52 i wali urojonych wrogów. Dziś go nie widać. Morok jest tu jakby sam.

Przez zakratowane okno wpadają do szatni promienie słońca. Mrek ze wszystkich stron ogląda migający w oczach scyzoryk. W sumie to nie wie, co z nim zrobić. Przecież do kluczy go sobie nie przypnie, jak żadnych nie ma. U pasa do spodni również nie zaczepi, by zaszpanować kosą przed większymi łebkami. Wszak jego drechy nie posiadają szlufek. W końcu wyciąga z majtek krótką fujarkę.

„Dobre pod kozik” – ocenia i goli scyzorykiem jasne włoski, swoje pierwsze łoniaki.

Kozik ostry, to i dobrze kosi meszek. Morok prawie skańcza depilację, gdy od tylca załazi go Krzysiu Kopytko. To ancymon czarny jak sam diabeł, bo cera u niego mocno ciemna, a szerść aż smolista. Kopytko jest starszy od Mreka. Już drugi raz siedzi w czwartej klasie i jako spadochroniarz zlądował w IVd Mreka Moroka. O nim jednym najgłośniej w szkole, a mimo to ma do Moroka duży szacun za dwa numery. Dla Krzysia są one nie do przebicia!

Jakoś dwa lata temu Mrek po prostu nie przyszedł w majową niedzielę na swoją Pierwszą Komunię – zaspał podobno. Ciotka mówiła, że ani jej gadał, a sama skąd by wiedziała, że na to pora. Ale skoro potem ksiądz dał mu komunię indywidualnie, to z Moroka jakby kto wyjątkowy. I tak na oczach wszystkich dzieciaków, bo podczas poniedziałkowej komunijnej sesji zdjęciowej w kościele. Ta druga rzecz jest całkiem świeża. Z tydzień wstecz Mrek przy całej klasie odpyskował nauczycielce czepiającej się go o pracę domową, by sobie „ciongała dronga dla kinga konga!”.

Sam Kopytko zasłynął w szkole swoim awangardowym malarstwem. Normalnie jak nowe wcielenie Andy’ego Warhola! Coś z miesiąc temu w pracowni plastycznej leżały na podłodze obrazy po jakimś korszeńskim plenerze czy innym zbiorowym malowaniu. Lokalne pejzaże i miejscowe obiekty architektury. Krzysiu wziął zieloną farbę plakatową i pomalował nią logotyp na podeszwie swoich oryginalnych adidasów. Przeszedł się po tych wszystkich obrazach, by odbić na nich znaczek firmy obuwniczej.

Jaki tam krytyk sztuki z Warszawy uznałby to za walkę z komercjalizacją przyrody i przestrzeni miejskiej! Tymczasem wtedy w Korszach nikt się na wizjonerstwie Kopytki nie poznał, a już tym bardziej nauczycielka od plastyki. Przez nią Krzysiu wpadł w łapska dyra – prywatnie męża plastyczki. Ten wybił mu z głowy wszelkie pomysły, że Kopytko w żadnym sensie niczego odtąd nie zmaluje. Utrącony za młodu może najwyżej wyuczyć się na malarza pokojowego. W Hufcu Pracy miejsce ma pewne. Tylko go czekają, jak jeszcze z raz siupnie i skończy wymagane piętnaście lat.

 

Ogólnie to beka jest z Kopytki! Wziął ktoś i wyczaił w klasowym dzienniku, że Krzysiu wykluty został w Korszach. W tym pokoleniu to coś niezwykłego. Inni to rodzili się albo w sąsiednim Reszlu, albo w Kętrzynie – czy jeszcze gdzie indziej, gdziekolwiek czynny był szpital. Bo w Korszach szpitala nigdy nie było. Dlatego śmieją się z Kopytki, że urodził się w piwnicy i musiał walnąć głową o posadzkę. Albo że znaleźli go gdzieś w krzakach, jak romuńskiego podrzutka. No jak on taki czarny jak Romun jaki.

– Przylatała w grudniu wrona – mruczy sobie Krzysiu pod nosem, gdy teraz szwenda się po szatniach. – Och ty, wrona pierdzielona!...

Melodię tę usłyszał kiedyś od ojca. Na serio myśli, że to o tych licznych korszeńskich wronach, co to chmarami latają nad szkołą i pobliskim dworcem. Kołują zdurniałe pośród zgiełku, jakby przez hałas z boiska i łomot od kolei nie mogły zagnieździć się w konarach okolicznych drzew.

Kopytko jara szluga. By nikt go nie złapał na paleniu, żarzącego się peta kitra w rękawie za dużej bluzy z kapturem. Bluza przy nowości była czarna, ale zrudziała od słońca, a chiński smok wyrysowany na plecach i rękawach wygląda po wielu praniach jak wyliniała jaszczurka.

Krzysiu przyuważa Moroka:

– Pajuto! Pajuto! – rozdziera się mu centralnie w ucha.

Wiadomo, że krzyknął włoskim tekstem z japońskich bajek z Polonii 1. Ostatnio wszyscy to powtarzają dla fajności.

Morok z zaskoczenia aż podskakuje, że o mało w jajka się nie zacina. Nie spłasza się jednak i chybcikiem nie wciąga porów. No bo i nie czuje się nakryty na czymkolwiek złym czy wstydliwym. Po prostu Kopytko ogłuszył go tym nagłym wrzaskiem. Tylko w uchach mu się rozpiszczało, a w głowie rozdzwoniło. Taki z lekka przytępiony odburkuje sykliwie:

– Wypiżżżdżaj!

Wcale to nie zważa na Krzysia za swoimi plecami i zgala ostatniego włoska.

– Mrekuś! Mrekuś! Cuś se tam ty świrujesz?! – nie odpuszcza Krzysiu, choć jest pewien, że Morok ćwiczy w ukryciu te swoje kocie ruchy, te brzuchowe wygibasy.

– Niiicooo, wypiżdżaj!

Wścibskiego Kopytkę taka odpowiedź nie zadowala. Wyskakuje przed Mreka Moroka i rozdziawia japę, gdy orientuje się, że on coś z jajcami wyrabia.

Świecące niewinną bielą gołe jądra Moroka to jedno. Bardziej Krzysia intryguje scyzoryk. Jak piekielne cudko mieni się w blasku słońca i odbija promienie po ścianach. Jasne, że Kopytko też chciałby mieć taki. Może podobnie jak Mrek pozbyłby się szerści i przestał być smoluchem – tym Romunem, jak na niego wołają.

– Ty mi da... – nieśmiało, tak jak dziecko prosi matkę, bąka przejęty Krzysiu o użyczenie kozika.

– Wypiżdżaj! – Mrek Morok twardo go odgania. – No wypiżdżaj!

– Pedryl, pedryl, pedryl! – odszczekuje się wielce obrażony Kopytko.

Rzuca tlącego się szluga koło chamowatego Moroka i wylatuje z szatni naskarżyć do woźnych.

Po chwili do wciąż obnażonego Mreka przybywa beczkowata woźna w cętkowanym fartuchu i ze szczotą ustawioną na sztorc.

– Zawracanie o nic tyłka, co w spokoju pojeść nie dadzą! – prosto ocenia sytuację, chyba lepiej niż dobrze wyolbrzymioną przez Krzysia Kopytkę.

Wciąga Morokowi portki na dupę i zabiera go za odstające ucho na dywanik do gabinetu wicedyrki.

– Ty gdzie na dwór idź... No, tu pali i pety mi rzuca! – daje mu ochrzan po drodze.

Mało domyślna kobiecina sądzi, że tu chodzi o palenie w szkole i możliwość sfajczenia budynku. A że Mrek stał z ptakiem na wierzchu, to tego ona nie wyrozumowuje.

Mrek Morok dostaje od wicedyrki naganę za papierosy i za stworzenie zagrożenia pożarowego. Jutro w szkole musowo melduje się z ciotką, a jak nie, to capną go pedagog szkolny i policja! I tak mu się przyfartnęło, bo scyzoryka nikt u niego nie wyczaił. Nie było konfiskaty do szuflady, tyle co na wieczne nieoddanie.

To i Mrek będzie się teraz regularnie golił. A gdy się tym znudzi, może zacznie robić sobie sznyty – no i kto go tam wie?! Bo na bazarowy rabunek z byle kozikiem nie pójdzie. Przecież Cino i Rudy dobrze kombinują, że na taką akcję z Armeńcami trzeba specjalnej siły. Musi się mieć tego kałasza z Hermesa.

Jabca

– No ty, jak już siedzisz na tej jabłonce, to potrząchaj o wiele mocniej gałęziami, coby mi tu jakoś więcej jabców na ziemię pospadywało! – rozdziera się Czołodup na całą paszczę w to duszne i pochmurne niedzielne przedpołudnie u schyłku lata.

Wrzeszczy tak wniebogłosy, jakby był sam gdzieś w lesie na odludziu. A jest przecież na zacisznym terenie miejskich ogródków działkowych. Łatwo może się tu ktoś zbiec, skoro ogrody leżą po sąsiedzku z szarymi blokami stojącymi przy Reymonta i Mickiewicza. W sumie to tworzą odrębny świat, bo zieloną przestrzeń działkową radykalnie wydzielono z obszaru kolejarskiego osiedla betonowymi słupami i wysoką siatką.

Tylko chwilowo na ogrodach nie widać ani żywej duszy. Działkowicze albo siedzą na sumie w kościele, albo już po modłach szykują się do obiadowej wyżerki ku uświęceniu jedynego dnia wolnego od tyry. Ale jeśli deszcz zaraz nie spadnie, to na pewno wylegną wkrótce na działki dla poobiedniej rekreacji. Pobyczą się na zielonej trawce lub na powietrzu rozruszają otłuszczone kości przy drobnych pracach ogrodniczych.

Tak w ogóle to żadni tam rdzenni miastowi z tutejszych działkowiczów. Przeważnie oni tacy ledwo co oderwani od pługa, i to nawet nie w pierwszym pokoleniu. Raptem w ostatniej dekadzie PRL-u zostali przekwaterowani z okolicznych pegeerowskich wiosek do Korsz w świeże mury kolejowych bloków. Tutaj wtedy mnogo rąk do pracy na PKP było potrzeba.

W Kolejówce, co działała przy korszeńskiej parowozowni do 1992 roku, dawano im fach do ręki, zmieniając w robociarzy. Za uzyskanym zawodem szło zatrudnienie na PKP, lokal mieszkalny i od groma innych przywilejów pracowniczych, bo o kolejorzy to kiedyś władza szczególnie dbała. Ogródki to właśnie zachowana przez nich resztka dawnego zakładowego socjalu.

Ale te spłachetki gruntu nie są dla nich jedynie miejskimi „ogródkami rekreacyjnymi”. Dzięki nim nie odwykli jeszcze od harówy na roli. Uprawiają je trochę jak „przydomowe minipoletka”, by nie doświadczyć przednówkowego postu. Przez cały rok mają więc warzywny dodatek do kawałka zgotowanego czy usmażonego mięcha. Lepsze takie własne uprawy niż łupiące z kasy zakupy na bazarku, skoro dyskonty i markety pootwierano tylko w większych miastach. Młode korszaki, co wychowali się na blokach, tego drygu do rycia w ziemi już jednak wcale nie przejawiają.

– No ale trzącham ci, jak najsilniej ja umiem! – jeszcze głośniej, przekrzykując szum wprawionych w ruch gałęzi, drze się Cino, co buja konarami drzewa siedemdziesięciokilową masą swojego ciała. – Co, może oślepnąłeś i z ziemi nie widzisz, że tu już za bardzo to nie ma co spadnąć?! Cha, cha! Trzepałskasie, mniej zwalaj se konia, a patrzały przestaną się dla ciebie psujkować i bez zwidów zaczaisz, że calutka jabłonia ogołocona. Musim się przenieść na tą drugą!

– To zliź i włazij na tą obok! – dyryguje nim Czołodup, choć jest od niego o dwa lata młodszy.

Jako samozwańczy szefu ich szabrowniczej spóły luka, czy jaka menda społeczna tu do nich nie lizie, by pogonić im kota. Ma polewę na widok pochylonego starucha w spłowiałym garniaku, co przed momentem pokazał się na działce kawałek dalej. Dziadyga rozkraczył się nad jedną z wypielęgnowanych przez siebie grządek. Nieudolnie grzebie w burakach ćwikłowych, by wybrać z nich szybko pleniący się perz.

– Ej, panie starszy, zupy buraczkowej się dla pana zachciało?! – podpuszcza go Czołodup, by jakoś zareagował, gniewem albo przerażeniem, na ich obecność na działkach. – To i uważaj pan, bo jak opijesz się takiej zupy, to będziesz puszczał czerwone szczochy. Obmyślisz se, że to jucha się z ciebie wysącza przez nery, i pójdziesz do doktórki czy tam dla księżula dupę truć, że niby wykorkowujesz... A to tylko te burole szczyny dla pana ubarwiły...

Dziadyga ani słowem nie reaguje na zaczepkę Czołodupa.

– Co on jakiś nietomny?! – chichra się Cino, podczas gdy dziadyga ustaje sobie tak tyłem do nich obu. Najwidoczniej udaje głucholca i ślepaka, coby nie dostać w papę za zbytnią ciekawość tym, co oni wyrabiają za jego plecami.

Czołodup nie wierzy, by taki zniemrawiony i wydygany pierdziel przeszkodził im w zrywaniu jabłek. Zresztą nie ma się co nim dłużej przejmować, bo dziadyga jak szybko się pojawia, tak nagle uchodzi bystro, mimo podeszłego wieku, z tej działki do siebie, do żelbetonowego bloku.

– Gitek, spróchniały piernik się zmył i my możem bez świadków robić, co se chcemy! – ogłasza triumfalnie Czołodup zawinięcie się starucha.

Cino gibki jak małpolud schodzi z wielką swobodą po uginających się gałęziach i cienkim pniaku z niewysokiej, mocno już zdziczałej jabłoni. Teraz w pełnej krasie widać jego bardzo stylowy ciuch. Tak specjalnie, by zadać szyku przy niedzieli, Cino wystroił się w wyjściową poliestrową bluzę ze znakiem firmowym najkiego i z wyszytym na piersi herbem Juventusu Turyn. Bluza jest w kolorze białym, ma czarne ściągacze przy rękawach i rozpina się na złoty suwak, a przywieziona została prosto z północnych Włoch przez niejakiego Nowego, luźnego znajomka Cina z ulicy Reymonta.

Ten Nowy dostał ją w prezencie od swojej matki, gdy w wakacje siedział u niej w słonecznej Italii. Ona przebywa tam na stałe – robi w charakterze ekskluzywnej opiekunki dla takich bogaczy, co na starość walą w pieluchy. Z zapewnień Nowego jasno wynikało, że ta właśnie bluza należała do samego Alessandra Del Piero, supergwiazdora z napadu drużyny Starej Damy. Podobno została prosto z niego zdjęta po treningu i nawet ani razu w praniu nie była. Aż można poczuć na niej silny zapach potu tego wielkiego futbolowego grajcara. Bo to nie kto inny jak Del Piero nastukał tyle boskich bramek w skrajnie nieprzyjaznej dla napadziorów włoskiej Serie A. Ale jakoś Nowemu nie było żal pozbyć się takiej piłkarskiej relikwii – pogonił ją dla Cina w promocji, tak coś za marną stówkę.

Bez szkodowania sobie tej wyjątkowej bluzy Cino włazi na sąsiednią jabłonkę na cudzej, lecz zaniedbanej lub jakby nawet opuszczonej działce. Ostrożnie wspina się na nią i strzącha sporo papierówek.

Na dole z lekka przygarbiony Czołodup ciąga się wokół drzewa z raszlowym workiem, normalnie to używanym na kartoszki. Wypatruje w wybujałej trawie opadłych jabłek. Dokładnie wyłuskuje z zielicha w większości potłuczone i jeszcze mocno niedojrzałe owoce. Jedno po drugim pakuje jabłka do worka. Ma już go zapełnionego więcej jak do połowy.

– Dobra – mówi do Cina po rozejrzeniu się na boki – potrząchaj z jakie trzy razy i styka. Zara to mi zejdziesz na dół i pociśniesz pod blok. Pożyczysz od Gumiaka tą wypasioną kabarynę, byśmy bez wysiłowania się mogli przewieźć nasze jabca na skup. Na ramie tego jego górala będzie wygodniej i o wiele leciej, że się tak nie zmachamy, niż jakbyśmy poniosli wora na ręcach. Potarguj się z nim, bo ten Żydłok nam nie da swojego wyczepistego rowera tak za darmochę. Jak Gumiaka nie będzie pod blokiem, to goń do Dzikuna po wózek. Ja tu wyzbieram wszycho, co pospadywało. Jak będzie mi za mało jabców do upchania worka na full, to najwyżej ja sam wgramolę się na drzewo. Natrzącham i wsadzę ich do worka. Albo jakie kamulce wynajdę i tak na chama, ile wlezie wwalę ich do worka między jabca.

– To jak se chcesz, tylko mnie nie przytnij i nie rozpłyń się gdzieś w powietrzu z jabcami i kasiorą! – odzywa się Cino z góry.

Trzykrotnie potrzącha rozłożystymi gałęziami i zasypuje ziemię jabłkami. Następnie złazi z drzewa. Pomału – aby nie zaczepić się o drut kolczasty przywiązany u góry ogrodzenia – pokonuje siatkę otaczającą działki i uderza na piechtę pod swój blok. Przed ostatnią klatką spotyka Dzikuna i Gumiaka. Obaj są przylepcowani dupami do ławki, jarają szlugi i obcharkują chodnik gęstymi zelami układającymi się w nieregularne wzory.

Gumiak, co pogina w szerokich porciętach z dżinsu i kapturzastej kurtałce z ortalionu, to niezbyt pilny uczniak z korszakowego gimnazjum. Dwa razy kiblował już w pierwszej klasie. Wystarczy, że ten asior w niedawno co rozpoczętym roku szkolnym po raz trzeci nie otrzyma promocji do następnej klasy, a przeniosą go jako debilaka do specjalnej budy dla uczniów opóźnionych w rozwoju. Ta szkoła zlokalizowana jest w budynku z czerwonej cegły na kętrzyńskich Bajanach i niektórzy nazywają ją „pedemakiem dla wybitnych ulongów”. Albo tak celniej o niej mówią, że to Wyższa Szkoła Kosmiczna, bo same „kosmity” do niej chodzą.

 

Gumiak w tym jest jeszcze mocny, że żyje na dwa domy – raz pomieszkuje sobie u matki i babki na Mickiewicza w Korszach. Częściej siedzi jednak ze starym w chacie na Podlechach, takiej wiosce leżącej zaraz za Korszami. Pomaga staremu uprawiać kilka hektarów ziemi.

Niemal codziennie – jak jest już wolny od roboty na gospodarce – przyjeżdża rowerem górskim do Korsz na ulicę Reymonta, bo ma w blokach paru kumpli. Dodatkowo może zaopatrywać się tu na licznych melkach w ostatnio coraz bardziej niedostępne i zdrożałe ruskie fajki. (A ceny przemytowych szlugów idą w górę na łeb, na szyję przez dokładniejsze trzepańska w Bezledach na granicy z Obwodem Kaliningradzkim).

Ten jego wehikuł na pedały, co stoi na sprężynowej nóżce przed klatówą, to taki cudaczny góral z amortyzatorami i ultralekką ramą. Ze względu na sporą grubość rama nadaje się wprost idealnie do przerzucenia przez nią worka z jabłkami.

– Ej, Gumiak – zaczyna Cino gadkę z palącym koleżką – pożyczyłbyś nam rowera? No dosłownie na chwilunię my go chcemy... Bo jabca musim jakoś przewieźć z Czołodupem na skup.

– Ano mogę go dla was pożyczyć, bo ja to nie skąpiradeło ani nie chitry Żydzio – reaguje Gumiak zachęcająco i zaciąga się papierosem jak stary palacz.

Cino już się podrajcował, że za friko będzie miał górala. Gumiak wypuszcza dym nochem i od razu sprowadza go na ziemię:

– Ale chcę coś za coś.

– To niby za ile pożyczysz dla nas rowera na te parę minut?! – dopytuje się Cino.

– No tak bardzo okazyjnie: za byle piątala. To tak z dobroci dla ciebie, bo komu innemu o wiele więcej bym zaśpiewał.

– Żyłowniku, ty to chyba nie lałeś! – burzy się Cino przeciwko takiemu rozbojowi w biały dzień. – Bardzo drogaśno jak za tyle! Ze dwójaka najwyżej ci mogę dać, bo taka u nas bida w kiermanach...

Gumiak nic nie mówi na to żebracze biadolenie. Namyśla się, jaką następną kwotę rzucić, by była taka mniej z sufitu i bardziej znośna dla Cina. Ten nagle robi cwaną aluzję, by nie wyjść przed koleżką na takiego całkiem zdesperowanego żebraka, co dałby dupy za michę zupy. Dwuznacznie sugeruje, że z racji szkolnych niepowodzeń nie tylko nauczyciele, ale i kumple z podwórka mają Gumiaka za przygłupiego dałna:

– W budzie co roku kiblujesz, ale na Korki Taczera ty mi nie wyglądasz, jak na ciebie niektózi gadają... I ty byś miał nas tak łupić jak debil jaki... Bo na te pięć zico dla ciebie za rower to my musim oddać do skupu minimum piętnaście kilo jabców! Czaisz, że jak kilo tak po trzydzieści groszaków chodzi, to ile my tam zarobim?!

– Ta, tyle se zarobicie, że Czołodup znów jakiego chętnego dzieciucha będzie próbował za pionę dyszli wydupczyć... – wtrąca się Dzikun.

– Nie za marnego dwójaka, a za trójaka pożyczę wam swojego rowera. – Gumiak obniża wreszcie swoje wygórowane żądania. – I jak będziesz miał wolny czas w jakiegoś dnia, to odkrętniesz mi w nim tylnie koło i sprawdzisz, co to tak w jego środku dziwnie szczela. To dla ciebie niezbyt wygórowana cena, co nie?

– Spoko, dostaniesz to. – Cino przystaje na te warunki. Przecież z niego niedoszły mechanik samochodowy z raptem ukończonymi dwiema klasami zawdy i złota rączka do różnych prac naprawczych. – Czołodup trzyma w łapie naszą wspólną kaskę i jak shandlujemy ostatni worek jabców, to wtedy ci odpalimy twoją dolę... Kołem zajmę się jutro, jak tu przyjedziesz...

– Łokej. – Gumiak idzie na taki układ i pożycza Cinowi górala. – A co wy tak se za białego dnia te jabca łupiecie? Zawsze to po ciemaku, późno w nocy je obrywaliście, a z rańca kulturalnie, na legalu transportowaliście wózkiem Dzikuna na skup...

– A my tak, bo to wcale niezła okazja na dobry zarobek nam się przytrafiła – tłumaczy Cino, dlaczego poszli na ryzykowną robotę o tak nieodpowiedniej porze. – No i już takie mnóstwo jabłoni ogołoconych w całych Korszach, że tera to trzeba bez czajany w dzień kroić wszystko, jak leci, bo za duża konkurencja się porobiła w tym biznesie... Wsio każdy na jabca się rzucił... Nie ma już co czekać na noc, jak się chce wyjść na swoje...

– Pono i u mnie, tam na Podlesiu, są jakieś dzikie sady jabców – mówi Gumiak. – Ojciec tak dla mnie gadał. Jakby się go spytać, to może pokaże, co i gdzie jest. Byśmy się kiedy tam wybrali... Ja, Dzikun z wózkiem, ty i Czołodup...

Temat wspólnego wypadu na jabłka nagle się urywa, bo akurat wtedy z klatówy wyłazi pięćdziesięcioletni Kaziczek Fryciak – zmizerowany chłopinka z sumiastym wąsikiem. Trzaska głośno masywnymi drzwiami od przedsionka klatki, że aż czyjeś pocztylionki, wypuszczone z gołębnika dla rozprostowania skrzydeł, trzepotliwą chmarą podrywają się do lotu z dachu bloku, gdzie sobie na chwilę przycupnęły. Chłopacy już się na jego osobie poznali, że lepiej przy nim za dużo nie gadać, bo to świrnięty chlor i paplak, a może nawet i policyjny kabel.

Kaziczek wylatuje na dwór w kapciuchach swojej żonki, takich z dziurami przy dużych palcach, i w zakoszonych dla syna przykrótkich spodenkach z wymalowanymi na kolorowo palmami z ciepłych krajów. Z własnych rzeczy ma na sobie pożółkniętą, dobrze upoconą koszulkę na ramiączkach. Z założonymi rękami oblukuje trzech łebków rozwalonych na ławce. Ma do nich jakiś mały interes w rodzaju „drobna przysługa za Bóg zapłać”. Namyśla się, jakby tu do nich zagadać.

– Ee, grzeczne chłopczyki – zagaja do nich jak włazidupek. – By podskoczył mi któryś z was, wy strusie pędziwiatery, po piweczko do sklepu monopolowego.

– Panie Fryciak, no co my pana etatowe wafele jesteśmy?! – napada na niego Dzikun, co mieszka z nim po sąsiedzku w klatce. – Samemu se pan skiknij! Chyba swoje dwie giry, panie, masz, co nie? W takich siedmiomilowych cichoszeptach, w jakie żeś się pan wbił, w trzy sekundy do monopolki zalecisz... Jakbym się spocił, to ja nawet w swoich trampeczkach nie mam takiego chłodzenia, jak jest u pana w tych eleganckich wynalazkach...

– Chuliganerzy – Fryciak zmienia ton swojej gadki – jak będziecie dzisiej wieczorem siedzieli tu, pod moją klatką, i grandzili, to zadzwonię z donosem na was, wykolejeni patogeni, na policję! Po fajki nawet do mnie nie przyłaźcie! Nie będzie miło, jak już było! Wy mi tak, to ja dla was też tak! – wygraża im i niepyszny zabiera się do parterowego lokum. Może ładniej się ubierze i sam pójdzie do sklepu po browce, jak zrobi mu się większa Sahara w gębie. Albo prędzej komu zapłaci za fatygę.

– Ale ten Kaziczek to laminat cienki w gębie jak polsilwer – podsumowuje Gumiak Fryciaka po jego odejściu. – Dzikun konkret mu pojechał... Dałby coś koło zeta, tobym piwo dla niego w zębach przywiózł!

– No, niezłe to było, ale Gumiak, obstaw macha! – próbuje Cino, tak przy okazji ich brechtowego nastroju, wyłupać niechętnie dzielącego się koleżkę z resztki szluga. Dostaje od Gumiaka niedopalonego peta.

– Ty, a czemu po mnie nie wpadnęliście – czepia się Dzikun Cina – i nie zabraliście ze sobą na jabca? Wózek bym wziął...

– Z tobą i z tym twoim wózkiem za wolno by to szło – wyjaśnia Cino. – A zresztą nie opłaca się dzielić takiego niedużawego zarobku na trzy gęby.

– To takie wy moje kolegi... – Dzikun chwyta, że Czołodup z Cinem mają go gdzieś. Obraża się jak panienka: – No to więcej po wózek do mnie nie przyłaźcie!

Cino kończy papierosa, zlewa Dzikuna z jego pretensjami i śmiga na wypożyczonym rowerze za blok na ogródki działkowe.

Tymczasem na żwirowanej drodze pełnej wertepów parkuje sobie policyjny radiowóz. Niebieska fura zagradza akurat pordzewiałą bramę wjazdową na działki. Cino jakoś nie głowi się, po co pałowcy tu przyjechali. Podskórnie wyczuwa nieuchronnie zbliżające się kłopoty. Na przekór wydyganiu i z głupią wiarą we własnego farta wymija radiowóz, by zaraz na terenie ogrodów dać ostro po obydwu hamulcach. Rower ustaje dęba, a Cino o mało nie przelatuje przez rogatą kierownicę. Dobiega go jakby znajomy kobiecy głos i dlatego lepiej, jak mu się przysłucha.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora