Gigusie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Umpałki

Od niedzieli do środy w korszeńskim kościele parafialnym odprawiały się wielkanocne rekolekcje. Na tę okazję uczniaki z tutejszej podstawówki dostały trzy dni wolnego od szkoły. Ze świętego musu łaziły po dwa razy na dzień do kościoła. Jakby który z nich zgubił tam drogę za diablim podjudzeniem, to miałby nieobecność jak za nieusprawiedliwione opuszczenie lekcji, a potem gorsze zachowanie na świadectwie.

To jedyny czas, kiedy uczniakom skakał gul na widok szkolnych bezbożników. Tak dla wyśmiania nazywano wszystkich, co nie chodzili na religię – tych od kociej wiary, zielonoświątkowców i chacharów z cerkwi. Takich żydlaków, jak ich jeszcze określano, nie obejmował obowiązek bycia na rekolekcjach i tylko oni mieli serio wolne.

Cino i Bobek dopiero co wrócili z porannego nabożeństwa rekolekcyjnego. Na kolejne modły szli o wpół do szesnastej. Od dwudziestu minut czatowali na kogoś przy prawym szczycie osiedlowego sklepu na Reymonta. Cino był w granatowo-zielonej górze od dresu adika, jasnych dżinach i czarnych pomykaczach. Opierał się o chropowatą ścianę budynku otynkowanego na biało. Podobnie ubrany Bobek stał kawałek przed nim z łapami wsadzonymi w kiermany spodni. Niecierpliwił się już z deka.

– No, idzie ta Śmata czy se w kule leci? – pomarudził do Cina i wyglądnął zza szczytu.

Wtedy właśnie usłyszeli chrypiący głos Śmaty – starszej siory Witka Balerka i Szkodnika. Ta wiatrem czesana typiara o smolistych i otłuściałych włosach wyczłapała się zza winkla. Na długim i kościstym przedramieniu prawej ręki wisiała jej foliowa siatka z zakupami. Ucha wyblakłej reklamówki naciągnęły się do maksa i groziły obdarciem. Śmata lekko się garbiła. Z lewej do prawej dłoni przekładała pieniądze.

– Zet... Dwójak... Piona... Paka... – głośno podliczała. – Dwie paki...

– No co tam, Śmata, kasiora gra? – zagadnął ją Cino.

– Taa. – I Śmata wrzuciła kasę w kieszeń kraciastej koszuli z cienkiej flaneli.

Takie koszule dawano na kolei. Śmata miała ją po ojcu. Wisiała na niej jak na strachu. Lepiej było ją opylić jakiemuś metalowi czy pancurowi, bo tacy kudłacze chętnie brali te kolejarskie koszule. Ale Śmata nikogo takiego nie znała na swojej ulicy.

– A czemu tak długo to aż trwało? – włączył się Bobek.

– Bydła było strasznie dużo w sklepie... – wyjaśniła Śmata.

– No to tera świńskim truchtem pod blok – rzucił Bobek.

– Co tam brzęczysz? – nie zrozumiała Śmata.

– Żeby iść pod blok – powtórzył Bobek.

– Spoko, nie tak zara! – wyhamowała go Śmata. – Mam fajowy pomysł!

– To zapodajesz go! – zaciekawił się Cino.

– Dobra, skumajcie taką akcję – zaczęła Śmata. – Żareła kupiłam na trzy dychy. Facetka ze stówy wydała mi pięćdziesionę w papierku i dwudziestaka w klepakach. Pójdę jeszcze do sklepu i na bezczela nagadam dla niej, że mnie przytnęła na pakę. Jak nic to tempaczka i się nie zjarzy. Przed świętami oni wszyscy tacy zamotani.

– Cycek cię piecze?!... – burknął Cino, bo wątpił w taki fart. Odmieniło mu się, jak poczuł korzyść dla siebie. Przecież nie on tu się podkładał i w razie wtopy wszystko byłoby na Śmatę. – Ryzyk-fizyk... To se idź, jak chcesz. – Udał, że to nie dla niego i zabiera się na chatę.

Odlepił się już od ściany, strzepał z pleców tynk i odszedł na dwa kroki. Nagle zagaił do Śmaty:

– A co ty kupisz, jak uda ci się wycyganić kabonkę? – i wyczekująco się w nią wgapił.

– I co się lampisz?! Weź się odwróć! – Śmata poczyściła Cinowi dresową kurtałkę i obiecała: – Za wsio od groma paczek saletry i do tego cukier waniliowy, to poświrujemy pawiana.

– A to wbijaj do sklepu. – Cino już się przekonał, bo jemu również szło o zakup saletry.

Śmata wyjęła prawie całą kasę z koszuli i znów polazła do sklepu pełnego ludzi. Wkręciła sprzedawczyni, że niby ta się pomyliła na dychę przy wydawaniu reszty.

– No jak się to mogło stać?! – Ekspedientka zarośnięta rudymi, loczkowanymi kudłami wybałuszyła przekrwione gały. Roztworzyła szufladę kasy fiskalnej, sprawdziła utarg i oświadczyła: – W kasie nie ma nic więcej piniędzy, jak powinno być.

– To może pani coś nie tak pododawała, jak ja kupywałam – sugerowała Śmata.

– A gdzie paragon? Byśmy to sprawdzili.

– Ja go nie brała... Chyba został gdzieś na ladzie – scwaniła się Śmata.

Sprytnie zakombinowała sobie, że po niej przez sklep przewinęło się najmniej z parę osób i one też pewnie nie wzięły rachunku. Te niezabrane paragony sprzedawczyni zgarniała w kiermany żółtego fartucha. Gdy kieszenie się przepełniały, wrzucała papiery do kosza. Za pierwszej wizyty w sklepie, gdy Śmata już z niego wyłaziła, na własne oczy widziała, jak ekspedientka wywala garść zmiętolonych rachunków.

Śmata mało co kiedy brała paragon. W domu przed matką biła się w piersi, że jej nie dali rachunku. Bez paragonu zawyżała koszt zakupów, by mieć grosiwo dla siebie.

– Jak tak – nie bawiła się sprzedawczyni w szukanie – to trzeba będzie wyciągnąć raport z kasy fiskalnej. Tak teraz nie dam rady tego zrobić, bo mam kolejkę. Przychodź wieczorem. Z szefową to załatwisz.

– Toć właśnie – wtórowała jej jakaś kobieta już długo kukająca w ogonku – przyjdź dziewczynko kiedy potem i nie tamuj ruchu, bo my się mocno śpieszym.

– Ale mamuśka mnie zatłucze, jak nie przyniosę całej reszty... – wybełkotała Śmata łamiącym się głosem. Zrobiła minę zbitego psa i zaskomlała: – Będzie piłować gębę, że ukradłam kasę. Powie tacie i dostanę pasów!

– To pokaż, ile masz w ręce piniędzów – zlitowała się sklepowa.

– Proszę bardzo. – Śmata udała obrażoną i wysypała pieniądze na ladę. – Pani patrzy, że tylko pięćdziesionę w papierku i dychę w blaszakach. Nie obcyganiam pani.

Ekspedientka na wiarę oddała Śmacie dziesięć zyli. Wieczorem przy fajrancie będzie musiała z własnej kieszeni zwrócić tę dyszkę, aby móc rozliczyć kasę fiskalną.

– Do widzenia!... – Śmata wypadła ze sklepu jak strzała, póki kant się nie wydał.

– No i co? – dopytywał się Cino.

– No i nico! W porządalu, laputita połkła mój kit! – roześmiała się Śmata.

– Śmata, ty to gitek cipeńka jesteś! – Cino uszczypnął ją w łydkę przez różowe spodenki z lajkry.

– Dobra, asy, chodźmy stąd. – Śmata się zawstydziła i wolała iść już po saletrę.

Poszli w kierunku centrum miasteczka. Tam, w podwórku obstawionym z trzech stron budynkami, był mały spożywczak. Sprzedawała w nim stara babina z monstrualnymi nogami jak u słonicy. Śmata nabyła za całe dziesięć złotych cztery dwudziestogramowe opakowania saletry potasowej i trzy szesnastogramowe paczki cukru waniliowego. Poza tym fundnęła sobie jednego lizaka lodowego. Przezornie zbunkrowała go na dnie torby z zakupami. Saletrę z cukrem waniliowym zapakowała oddzielnie w jednorazówę i dała ją Cinowi.

– Zaniosę tylko torebę dla matki i przyłażę do was – planowała Śmata, gdy wracali na bloki – to pobawimy się saletrą. Rozbieracie się z tych fatałaszków?

– No, przydałoby się z nich wyskoczyć – potwierdził Cino.

– To gońcie do chawiry. Zmieńcie ciuchy i warujcie u mnie pod klatką. Pasi?

– Jasne, że pasi – przytaknął Bobek. – To narka!

Kiedy chłopacy rozeszli się ze Śmatą, na krzywym chodniku przed blokiem zgrają obtoczyli ją namolni bracikowie, czyli Witek i Szkodnik, plus Werka – ich siora, z mordy w ogóle inna od Śmaty.

Cino i Bobek brali tę Werkę na bramkarza, jak brakło ludzi do haratania w gałę. Gdy Werka stała na budzie, wszyscy strzelali z napału i celowali jej w mordę.

– Śmata!... Śmata!... – rozpiskali się teraz Witek, Szkodnik i Werka. Wszyscy troje wcinali po surowej kalarepie. – Ma ty co pychuśnego?! – Uwiesili się za brzegi siatki. Nie wyczaili w niej lizaka lodowego.

Śmatę tak właśnie nazywano nie od łachowatej koszuli na grzbiecie, ale przez to, że jej rozwrzeszczani bracikowie seplenili i jąkali się. Nie umieli wymówić pierwszych trzech liter imienia swojej siorki, co zaczynało się na „r”. Na podwórku wszyscy się z tego ich gadania brechali i mówili jak oni – „Śmata”.

– Baleriano nienażarty! – krzyczał do nich Cino z daleka. – Ty to dałbyś dupy za michę zupy. Cho do mnie na klatkę, to lodzia się naumiesz paszczą robić!

– Łe, Cino – śmiał się Balerek i pokazał, że też ma gadane: – otwós ty swojom pasce, to ci w niom nasce!

– Bijcie w kał! – odburknęła Śmata i odepchnęła od siebie rodzeństwo. – Idźcie, proście matuśkę, może wam da kaskę na słodkości. Albo zobaczcie, jak tatuśka się już nażłopał i leży nietomny, to byście go skroili z żółciaków.

– Łe tam! – rozczarowały się bachory. – Indziej jakoś złatwim se cuksy.

Śmata miała od nich spokój. Polizła do domu. Dziś nie zamierzała wyłupywać matki z kasy. Bez słowa zostawiła jej w kuchni resztę i zakupy.

Stara siedziała na rencinie. Akurat przycupnęła na koślawym taborku za kuchennym stołem. Kostucha taka, jakby każde z piątki urodzonych dziecek wydarło z niej po kawałku ciała. Utyć nie bardzo mogła, bo mile widziano ją jako zdechlaka w MOPS-ie i peceku, skąd nabierała żareła i ciuchów. Właśnie opróżniała ćwiarę dla zalania nowej bidy. Krzepiła się wódką z jednej uszczerbionej szklany do spóły z ojcem Śmaty – długim jak tyka kolejorzem, co robił za ustawiacza przy przetokach wagonów.

Stary tyrał w turnusie na dzionki i nocki, a dziś miał wolne. Zamoczył czarnego wąsa w wódce i gadał do matki o ruchach na PKP. Tak coś lada dzień pognają go z Korsz do Olsztyna albo lepiej – wyszykują mu dyscyplinarkę, bo jest podpadnięty u naczelnika. Niby tam kiedyś źle posprzęgał wagony ze sobą i towarowy skład rozczepił się na szlaku. Naczelnik chciał w końcu zrobić użytek z takich dawnych spraw, skoro można było uniknąć zwolnień grupowych czy przeszeregowań.

 

Jak oni tacy zajęci, to Śmata chyłkiem wydobyła z torby swojego lizaka lodowego. Prawie o nim zapomniała. Byłyby baty, jakby matka go zobaczyła. Smakołyk o mało nie zgniótł się pod ciężarem zakupów. W przedpokoju Śmata przyssała się do niego łapczywie i wychynęła na dwór.

– Ee, patrzcie, co munia dla mnie dała. – Pomachała tym lizakiem rodzeństwu przed oczami. Ci tylko roztrzęśli się od ryku, że Śmata ma, a oni nie.

Cino i Bobek czekali na nią przed klatką na zielonej ławce z połamanym oparciem. Byli przebrani w dresy i trampeczki. Nie chcieli się bawić saletrą jak ostatnio, w piwnicy bloku. Zadyma była taka, że aż któryś z lokatorów zawezwał policajów i strażaków ochotników. Fuksem im się wtedy upiekło. Teraz uderzyli we troje za blok. Zmieszali saletrę z cukrem w stosunku 4:3. Rozsypali trzymetrową ściechę na żużlowej drodze. Już mieli podpalać, gdy skapowali się, że są bez ognia.

– Ja! Zapomnieli my o umpałkach! – Śmata pukała się w głowę.

– Że niby o czym?! Co za „umpałki”? – Bobek nie znał tego słowa.

– Tak seplenią moi braciakowie na ogień. To jak będziemy podpalać?! – Śmata się spękała. – Toć zero kasy nawet na jedną pakę zapałek.

– Luzik, nie peniaj. – Cino się nie zrażał. – Skiknę na chajzę i przyniosę zapy.

Cino pobiegł do domu. Wpadł jak bomba i od razu zaczął śledzić swojego ojca. Wolny dzień od pracy stary spędzał zgięty nad wanną w łazience. Ręcznie przepierał brudne szmaty z dzieciaków i żony. Spasowało to Cinowi, że ojciec był mocno zajęty.

– Pasza kiedy? – Cino poszedł do kuchni i dla picu zaglądał w garczki. Głośno brzdąkał przy tym pokrywkami. – Co będziemy jadli?

– O tej, co zwykle – odburknął stary. – Co, już taki wygłodniały jesteś?

Cino jeszcze chwilę zagadywał tak ojca, by z szafki, co w niej tatka magazynował przemytowe szlugi, zakosić dwie paczki zapałek. Z ogniem wrócił do Śmaty i Bobka.

– No i co, masz?! – wątpił Bobek.

– A jak! – Cino zagrzechotał pudełkiem zapałek.

– To czego tak stanęłeś i stoisz, daj je, odpalamy saletrę – popędzała go Śmata.

Cino wcisnął Bobkowi paczkę czechowickich zapałek. Ten trzymał ją w prawej łapie, a Śmata gotowała się do odpalenia zapały o draskę. Tak ostro potarła zapą o siarkę, że przysmaliła Bobkowi koniuszek wskazującego palca.

– Ałaja! – zawył Bobek, jakby go ze skóry obdzierali.

– Jak rozedarł japę! Jaki kobiet! – lała się Śmata z niego. – Pa, co za zadyma!

Zajarana mieszanina saletry z cukrem syknęła, zionęła ogniem i buchnęła dymem, aż wreszcie zamieniła się w czarną masę podobną do żużlu.

– Ła! – Cino skakał jak opętany i klaskał z radochy. – Czadzior!

Saletry starczyło na trzy akcje. Wkoło zrobiło się biało, jak po użyciu świecy dymnej. W powietrzu unosił się zapach palonego cukru waniliowego. Cino, Bobek i Śmata niuchali go. Przypomnieli sobie sprzedawcę waty cukrowej z Bartoszyc. Dwa razy w roku zajeżdżał na ich ulicę i dawał im prażony cukier z aluminiowego bębna maszyny.

Było po zabawie. Mali pirotechnicy poleźli pod swoje domisko z wielkiej płyty. Tutaj się rozdzielili. Chłopaków zawołał ojciec na obiad. Śmata z nakazu matki zaciągnęła siorkę i bracików do kościoła na nabożeństwo rekolekcyjne dla dzieci.

– Alleluja, ksionc siem buja! – rozwyli się na dwa głosy Witek i Szkodnik. – A pani chachechetka pali petka!

– Morda, kapcie, bo jak was palnę! – pogroziła im Śmata i jakoś poszli.

Chwilę potem najedzeni Cino i Bobek byczyli się na ławce pod swoją klatką.

– Nuudaa... – ziewał Cino. – Lipa taka jak w kościele. Co tylko z tą saletrą fajno było, co nie?

W tym momencie na schodach prowadzących na ulicę pojawił się metrowy Karaczan. Ten konus przybiegł tu z bloku na Mickiewicza, by odwiedzić dziaszkę, pana Serdżiego, toromistrza na emeryturze.

– Siemanko – podbił Karaczan do nich. – Co tacy zmuleni siedzicie?

– A co mamy innego robić?! – obruszył się Cino. – Do kościoła za niedługo idziemy.

– Toć zawsze coś tam można poświrować – stwierdził Karaczan i rzucał pomysłami: – A postawić komuś kloca na wycieraczkę... Albo zadryndać do drzwi jakiej starej pierdoły i walnąć spłonę...

– Ta, może do drzwi u twojego dziadygi! – wciął się Cino. – Idź ty lepiej, gdzie masz iść. Dziaszek przy emeryturze, to coś ci odpali. Szuraj!

– Albo najlepiej dorwać kogoś z dzieciaków i zrobić mu kręciwora w klatówie – popisywał się dalej Karaczan. – Albo jeszcze lepiej to wziąć żelazną kratkę z wycieraczki przed klatką, potachać ją na półpiętro czy nawet postawić na oknie, zaczepić do niej sznurek i przywiązać dla kogoś do klamki. Jak kratka poturla się po schodach, to będzie łomot... Czekajcie, zajdę tylko do dziadygi i zara coś wymyślim.

Cino i Bobek nie zamierzali kukać na pomysłowego Karaczana. Przypałętał się do nich Dzikun, szczyl jeszcze maluciejszy od Karaczana. To on zaproponował, by przejść się kawałek od bloku, za cuchnącą ściekownię, gdzie szambiarki zlewały gminne nieczystości. Tam podpaliliby suchą i pożółkniętą trawę.

– No, mam jeszcze zapy! Ale się będzie ładnie kopcowało... – Cino się rozmarzył.

– A co takiego? – zainteresował się Karaczan, bo wrócił już od dziaszy.

– Trawa za blokiem – tłumaczył Dzikun. – Będziemy roznosili ogień i wypalali wszystko, co chcemy.

– No to idziemy i podpalimy te pole – zgodził się Karaczan.

We czterech pocisnęli za blok. Po drodze z kolorowych śmietniczek wybrali papiery na rozpałkę. Zamiast iść prosto na łąkę, zaczęli ganiać się po rumowiskach tuż za ściekownią. Były to kupy gruzu nawiezionego ze zburzonych kolejowych budynków, co stały kiedyś w okolicach ulicy Orzeszkowej. Między tymi górkami wylewano szambo, jeśli akurat ściekownia była pełna. Użyźniane takim nawozem górki zarosły chaszczami. Latem chłopacy stawiali na nich szałasy i zakładali bazy.

Zahaczyli też o „domek” – ceglaną ruderę obok górek, gdzie lubiono znosić śmieci, jakby tam miały same z siebie zniknąć. Chłopaków ciekawiło, czy w „domku” wyrzucono jakieś szkieło.

– Ja, są! – Cino pokazał na dwa kubły pustych butelek po wódce. – Bierem je i napiżdżamy!

W sklepach czy na skupie surowców wtórnych nie przyjmowano takich flaszek. Zdawać można było jedynie butelki po browcach lub po winiaczach. Chłopacy brali je po kolei za szyjkę i ciskali nimi po ścianach, jak najsilniej umieli. Na brzdęk tłuczonego szkła odpowiadało gromkie echo. Niebawem rozbili wszystkie w drobny mak. Między stosami odpadków na podłodze „domku” migały odłamki.

Byli już na łące. Na środku rozhajcowali ognicho i dawaj podpalać suchutką trawę sięgającą pasa. Potem spuścili pory i szczali na ogień dla sprawdzenia, kto więcej zgasi i dalej siknie. Zaaferowani jakby nie zauważali, że przy łące jest dom jednorodzinny. Trawa natychmiast zajęła się płomieniami. Ogniste ozory miały na oko trzy metry wysokości – jak nie więcej. Nad łąką hulał wiatr wzniecający płomienie. Chłopacy stali zapatrzeni w swoje dzieło. W krytycznej sytuacji, kiedy żywioł zaczął być groźny dla nich samych, Dzikun się rozbeczał, a scykany Bobek krótko ocenił:

– Spylamy!

Wtedy Cino chwycił Dzikuna za rękę i dali w długą za Bobkiem. Knyszowaty Karaczan został. Tylko on dostrzegł dom jednorodzinny. Był to parterowy poniemiecki budynek w kształcie prostokąta. Karaczan wyobraził sobie jego pożar. Nagle poczuł się jak dzielny strażak Sam z Wieczorynki. Próbował zgasić ogień podpełzający coraz bliżej domu. Robił to za pomocą znalezionego kijaszka i kawałka szmaty. Jego koleżcy pochowali się w mieszkaniach. Stamtąd oglądali niszczącą siłę żywiołu.

– Czego tak przybiegliście już do domu? – spytał Cina i Bobka ojciec wypoczywający na wersalce. – I co tak od was dymem zalatuje? Znowu jakieś ognie paliliście?!

– A, bo do kościoła musim iść – tłumaczył Bobek. – Te smrody to z podwórka. Ktoś głupawy ognicho rozpalił za blokiem.

– To zamknijcie okno, bo oczadzieć można.

– Dobra! – Cino zamknął okno.

Dwa braciki widzieli zza szyb, że do Karaczana przyłączył się właściciel domu zagrożonego pożarem. Był wyposażony w łopatę. Jak wścieknięty latał z tą szuflą i klepał nią dopalającą się trawę. Tak zapobiegł rozprzestrzenieniu się ognia. Na jego szczęście wiatr wiał w kierunku przeciwnym do tego, gdzie stał dom.

– Ty sam jeden to podpaliłeś?! – darł się właściciel budynku na spoconego Karaczana. – Rozumiesz, że mało co brakło, byś mnie żywcem usmażył z dobytkiem?!

Spanikowany Karaczan wygadał się, że jakiś Cino tu był i wypalał łąkę. Dziwne, że nie zakapował Bobka i Dzikuna. Ważne, że uratował skórę. Pewnie liczył, że wąsiaty facio od domu, znany jako pan Jaro, nigdy nie dowie się, kto to Cino.

Jednak pan Jaro uparł się, by dostać Cina w swoje łapy. Kiedy na chacie Cino z Bobkiem szykowali się do wyjścia na popołudniowe nabożeństwo, pan Jaro kręcił się już od jakiegoś czasu pod ich blokiem. Wypytywał bawiących się łebków o adres Cina.

– Ej, chłopaczyku... – zagadnął do Kocięby, co żonglerkował skajową balą na zmianę z Pełnymi Gaciami i piłkarsko utalentowanym Piećką Napadaczem. – Nie wiesz ty, gdzie mieszka taki jeden Cino? Sprawę ja do niego mam.

– A w tej drugiej klatówie – mówił Kocięba i bez przerwy kapkował – na parterze po prawej stronie... Cha, cha! – cieszył michę. – Właśnie swój rekord pobiłem...

Pan Jaro poszedł, gdzie mu wskazano. Gdy wkroczył do przedsionka drugiej klatki, Cino złaził po schodach. Otworzył wewnętrzne drzwi i też wlazł do przedsionka. Centralnie wpadł na pana Jara. Niczego nieświadomy Bobek wiązał jeszcze buty w korytarzu mieszkania. A pan Jaro ucapił Cina. Przycisnął go rękami do ściany i wrzeszczał:

– Ty, gnojku, jesteś Cino i to ty podpaliłeś trawę za blokiem koło mojego domu?!

– No!... – warknął Cino.

Jakoś wcale nie był spękany, choć pan Jaro miał osmaloną twarz i wyglądał na złego diabła, co swojego nie odpuści.

– To pójdziesz ze mną do swojego starego, on ci przetrzepie skórę. Ja bym ci giry z dupy powyrywał i wtrafił za to do kreminału. Po policaję też zadzwonimy. A jak! Pierdykną ci, piromaniaku, taki mandat, że nigdy nie weźmiesz żadnego ognia do łap.

W międzyczasie Bobek wreszcie wylazł z chawiry. Usłyszał gadkę pana Jara.

„No to będzie paca” – stwierdził w myślach, ale własne nogi już go gdzieś porwały.

Zamiast przejść z klatki do przedsionka i zostać sczapionym przez pana Jara, odruchowo skręcił do piwnicy, jakby to była zabawa w podchody. Po ciemaku przeszedł kawałek piwnicznym korytarzem i klatką obok wybiegł z bloku. Uniknął przypału. Na podwórku spotkał Kociębę, Pełne Gacie i Piećkę Napadacza:

– Który temu świrkowi pokazywał, gdzie jest nasza chata?

– A ten nochal Kocięba – wygadał dla jaj Napadacz, co brylował w napadzie juniorów korszakowego MKS-u. Nie lubił Kocięby i nie mógł przeboleć jego rekordu w kapkach.

Bobek zabrał Kociębie podbijaną przez niego gałę. Wykopał ją na hektary. Zrobił wyjazd jak klasowy bramkarz.

– Idziesz se, lafiku, po piłeczkę – naśmiewał się z Kocięby. – Prawdziwa kara ciebie nie ominie... Ty jesteś gej, co wącha klej i wozi się na gumowych taczkach. Pije, pali, konia wali i w dupie ma robaczka! – odegrał się i poszedł do kościoła.

A Cino miał niewiarygodnego farta. Jego ojciec znał pana Jara z pracy. Dzięki temu skończyło się na przeprosinach i kablach na gołe plery. Cino nie wykapował Bobka ani nikogo innego. Zdążył dołączyć do bracika w kościele. Gdy siedzieli na ławce w bocznej nawie, Cino opowiedział, co się wydarzyło i kto go sprzedał. W trakcie nabożeństwa chłopacy przystąpili do wielkanocnej spowiedzi.

– Ostatnio na spowiedzi byłem w lutym – bez zająknienia mówił Cino księdzu na ucho. – Pokutę z grubsza odmówiłem. Takimi tam grzechami obraziłem Pana Boga: klnąłem, nie gadałem całej prawdy, pyskowałem dla rodziców, kłóciłem się i biłem z bratem. Więcej grzechów w ogóle nie pamiętam. Będę się poprawiał, a ciebie, ojcze księże, może bym prosił o pokutę i rozgrzeszenie. Albo nie, bo jeszcze wypalałem...

– ...papierosy! – dokończył ksiądz za Cina. – A może tylko popalałeś dla sprawdzenia, jakie to diabelstwo w smaku?

– Ja wypalałem trawę!

– Co, jakieś narkotyki?! Może taki kleik do wąchania przez nos?

– No nie, trawę na polu! – zarzekał się Cino. – Chaszcze na łące!

– Za to nie idzie się do piekła. Żałuj! – Ksiądz rozgrzeszył Cina. Później odpuścił winy Bobkowi. Od obu wziął imienne karteczki na dowód, że byli u spowiedzi.

 

Po kościele bracikowie chcieli policzyć się z Karaczanem. Zaszli do bloku na Mickiewicza. Cino użył dzwonka. Z chawiry na wycieraczkę wypełzł Karaczan.

– Czego tu chcecie? – Wydygał się.

– Wejść do ciebie i chwilę porozmawiać! – nalegał Bobek.

– A niby o czym?!

– O tobie – gadał dalej Bobek – i o tym, co dzisiej zrobiłeś dla nas.

– To wchodźcie...

Wparowali do mieszkania. Zdjęli buty w korytarzu. Przeszli przez całe lokum do pokoju Karaczana. Zobaczyli, że on jest sam. U Karaczana czuć było woń butaprenu. Na segmencie stały kartonowe modele okrętów wojennych, czołgów i wielozadaniowych myśliwców. Karaczan posklejał je z pomocą ojca. Teraz też coś kleił.

– Bohaterze za dychę – zaczął Cino bez owijania w bawełnę – co na mnie naplotłeś temu cwelunowi z tego domku? Chcesz za to plombę w japę?

– Ja na ciebie nic mu nie powiedziałem – bronił się Karaczan.

– To skąd wiedział, że Cino podjarał trawę? – wsiadł Bobek na niego.

– A bo ja wiem?! Może wyczaił nas wcześniej z domu i usłyszał nasze przezwicha...

Cina to już nie interesowało. Podziwiał modele. Najwidoczniej mu się spodobały.

– Dałbyś mi taki statek – zmienił temat – albo ze dwa i byś miał nas z głowy.

– Ee, Cino, nie żeberuj od konfiaka – odezwał się Bobek. – Skujmy dla niego mordę i chodźmy.

– Nie! – krzyknął Cino. – Ja chcę taki model u siebie na szafce.

– Tych modeli to nie mogę ot tak dać – tłumaczył Karaczan. – Stary by mnie ubił. Ale chcesz, to ci sprezentuję kilka łatwych „Małych Modelarzy”, to se pokleicie.

– Dobra, weź dawaj, to i posklejamy – zgodził się Cino.

– To jakie konkretnie chcesz? – Karaczan wysunął szufladę biurka. Leżał w niej stos numerów „Małego Modelarza”.

– Byle które. Budaprenu też daj z kapkę, bo o tej porze nigdzie go nie kupimy.

Karaczan chętnie dał pisemka. Wlał też trochę żółtego butaprenu w plastikowy pojemnik, bo nie miał pod ręką wolnego słoika.

Chłopacy wcale tam nie poskładali modeli ze zdobytych od Karaczana kartonowych wycinanek. Zostawili je na biurku u siebie w pokoju. Tylko kurz na nich osiadał. A butapren w nocy przeżarł plastik. Rozlał się po segmencie i jego ostry zapach zawisł w domowym powietrzu. Następnego dnia Cino z Bobkiem chodzili dobrze kołowaci. Teraz to na bank ksiądz ich nie rozgrzeszy.

Inne książki tego autora