GigusieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

Od Autora

Do widzenia

Umpałki

Mrek Morok

Jabca

Pierwszy aprilis

PSX

Na solo

Gigusie

Derby powiatu

Szyba

Seria prozatorska

Jakub Michalczenia, Gigusie, Kraków 2019

Copyright © by the Author, 2019

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2019

Redakcja serii Piotr Marecki

Korekta By Mouse | www.bymouse.pl

Projekt okładki Bolesław Chromry

Projekt typograficzny, skład i łamanie By Mouse | www.bymouse.pl

Fundacja Korporacja Ha!art prowadzi księgarnię w Bunkrze Sztuki


Wydanie I

ISBN 978-83-65739-61-2

Wydawnictwo i księgarnia Korporacja Ha!art

pl. Szczepański 3a, 31-011 Kraków

tel. 698 656 756 (księgarnia),

12 422 25 28 (biuro)

korporacja@ha.art.pl www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem

Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek,

Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu.

Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jakub Michalczenia, Gigusie

Od autora

Teksty zamieszczone w zbiorze zostały napisane w okresie od 2006 do 2008 roku. W latach 2014 i 2017 przeszły gruntowną redakcję. Pierwotnie miały znaleźć się w moim debiutanckim tomie Korszakowo (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Olsztyn 2016). Z różnych względów nie można było zamieścić ich w pierwszej książce. Ukazują się więc jako odrębny zbiór. Stanowią zamkniętą całość, a zarazem są drugą częścią cyklu tekstów zapoczątkowanego przez Korszakowo.

Do widzenia

Dla Sz.Sz.

Para przedziałowych wagonów drugiej klasy typu 111A ciągana przez dieslowską lokomotywę SU46 – taki skład kursował od niedawna jako ranny pociąg osobowy z Ełku do Olsztyna przez Korsze, i z powrotem po południu.

Choć szlak był w połowie zelektryfikowany, w Korszach nie zmieniano już lokomotywy z szarpiącego diesla na gładko sunącego elektryka. Chodziły same spalinówki.

Zresztą w Korszach obecnie nie było komu zmieniać taboru. Brakło też lokomotyw na podmiankę. Ponoć to z oszczędności. Na ludziach, nie na sprzęcie, bo diesel wcale nie był tani w eksploatacji, a trzyosiowe wózki SU-ki wręcz rujnowały torowiska.

Również jazda się zdłużyła. Spaliniaki mogły i uciągnąć od groma wagonów towarowych. Mocniejsze to były elektryki. W lżejszej wadze przewozów pasażerskich szły jeszcze chyżej.

Ale przynajmniej niektórzy korszeńscy panowie mechanicy, tacy wątpliwie zdegradowani i przywróceni na lokomotywy jak ten niesławny Jankowski, uzyskali szansę na dotelepanie się na SU-ce do emerytury, skoro do elektrowozów ich nie dopuszczano.

Korsze ze stacji węzłowej zrobiły się zwykłym przystankiem – byle stacją przelotową. I coś jakby stacją widmo, bo niby kompleks dworcowy leżał w środku miasteczka i formalnie był czynny. W ogóle nawet dało się go odremontować po nowoczesnemu i utrzymywać w schludnej zgrzebności. Otwierały się jeszcze codziennie kasa biletowa i kiosk prasowy, do tego w dobrze ogrzanej poczekalni mógł się choćby rozrządzić jakiś zlumpiały facio. Jednak na dworcu było tak bezludno jak na samotnej wyspie, a i niemrawo jak na makiecie kolejki elektrycznej.

Stacja więcej przypominała publiczny parking, bo zajęły ją auta, a niektóre opustoszałe dworcowe budynki poprzerabiano sobie na garaże. Przeważnie postój tutaj mieli ci, co przesiadali się na kolej i jechali do Olsztyna na tyrę.

Tych kilka pociągów z rozkładu obsługiwali słabo widoczni dyżurni. Ukrywali się w nastawniach przyległych do stacji. Z czterech czynne pozostały dwa takie posterunki techniczne. Dyżurny przekładał dźwignię zwrotnicową i przepuszczał składy. Po fachowemu znaczy się, że używał mechanicznych urządzeń systemu SRK.

W niedzielę Bobek, matka i ojciec wybrali się z Korsz tym rannym pociągiem do Cina w gości. Jako jedyni wysiedli na stacji w Barczewie. Oddalony od miasteczka dworzec z okratowanym parterem był zakluczony na siedem spustów.

– Patrzyjcie, co mi za okazja! – Ojciec ruchem ręki ogarnął z peronu bryłę dworca i zakpinkował: – W dzierżawę to cudko i roztwierniemy z jakiego biznesa!

Po prostu na szczytowej ścianie dworca wisiała jaskrawa tablica: „Do wynajęcia” – i niżej numer kontaktowy. Mocniej przykuwała wzrok sprejowa wrzuta lokalnego grafficiarza. Jeszcze bardziej pstrokata i maźnięta od razu pod tablicą.

Brukowany plac przed stacją obrastał wybujałym zielskiem. Ział też większą pustką niż na głucho zamknięty dworzec. Mrok taki, że zęby sobie wybić o glebę. Drogę pokazywała lampka z komórki matki, bo żadna z żelbetowych latarni wokół stacji nie świeciła. Jedne miały potłuczone klosze, inne popalone żarówki. Ich słupy odchyliły się od pionu, a u dołu ze spękanego betonu sterczały rdzawe pręty zbrojeniowe. Tyle to z nich będzie, że rychło rozpękną się do reszty i powalą z hukiem.

 

Życie kwitło za torami na wprost dworca. Łomotano się tam całymi dniami w halach fabryki Tewes-Bis i na terenie rozlewni gazu Barter. Życie toczyło się i obok stacji. W czterech ścianach domów z nagiej cegły guzdroliła się codzienność. Te budynki to dawna własność kolei – wtedy Pruskiej Kolei Wschodniej. Gęsto zastawiono je dziś samochodami i oblepiono wycelowanymi w niebo talerzami do odbioru satelity.

Na Klasztorną 7 był szmat drogi – coś ze trzy kilometry. Siedmiotysięczne miasteczko powitało świeżo przybyłych deszczem siąpiącym z brudnoszarych chmur. Drałowali z buta do centrum – pod parasolką i przez kałuże – po polbruku ściemniałym od wody. Ciasny chodnik biegł wzniesieniem wzdłuż lewej strony ulicy Wojska Polskiego. Dotarli pod szumiący od ruchu wiadukt krajowej „szesnastki” – tranzytówki przecinającej Barczewo.

Za parę kroków minęli barczewską podstawówkę i osiedle czteropiętrowych bloków z żelbetu – Słoneczne raczej tylko na papierze. Jak już, to lepiej pasowałoby je nazwać Tęczowe, skoro blokowe elewacje mieniły się szeroką paletą kolorów. Na mieście ani żywej duszy. W ten niedzielny poranek nikt nie pełzał na czworakach z dyskotekowych baletów. Nikogo też, kto mimo laski śpieszyłby dziarskim krokiem na mszę do kościoła.

Dociągnęli się wreszcie przed czerwony internat zakładu poprawczego. Tylko spojrzeli na poprawczak i odetchnęli, że nie musieli tu nigdy jeździć. Teraz może zwiedzaliby najgorsze kryminały: Wronki, Sztum czy Nowogard. Drałowali dalej przez Barczewo. Po moście nad rzeką Pisą wkroczyli na Stare Miasto. Pełno tu podniszczonych piętrowych kamieniczek. Przeżegnali się obok kościoła. Gotycki, ale z nieproporcjonalnie dużą i dziwacznie dobudowaną wieżą. Kawałek stąd wparowali na wąski betonowy most – tym razem przerzucony nad bystrym nurtem Kiermasu. Rzeka stanowiła jakby fosę, a tuż zaraz rozlewała się w staw młyński. Na jej drugim brzegu mieścił się kompleks budynków po dawnym franciszkańskim „domu karnym”.

Stare klasztorne mury nadal były miejscem doczesnej spłaty przewin, tyle że dla świeckich wyrokowców. Zakład Karny działał dość prężnie, bo wkrótce miał dojść mu nowy blok dla aresztantów. Swoją elewacją w kolorze pastelowej żółci gryzł się już teraz z szarymi poklasztornymi budynkami. Właśnie wykończali go na wysoki standard – będzie to bardziej wygodnicki obiekt sanatoryjny niż oddział pokutny ciężkiego kryminału.

Tak czy owak, na sankach od ponad pięciu miesięcy, z trzytygodniową przerwą na wypożyczenie do śledczaka w Bartoszycach, siedział tutaj Cino.

Przed więzienną bramą warowało mnóstwo ludzi. Niektórzy kukali z dziećmi na rękach. Nie było to zwykłe wejście z drzwiami w murze czy klitkowata dyżurka z uzbrojonym strażnikiem. Brama to osobny piętrowy gmach. Prawie cała jego konstrukcja znajdowała się za ceglanym ogrodzeniem Zakładu Karnego. Częściowo – frontową ścianą – budynek wystawał jednak poza obręb wysokiego muru. Tędy się wchodziło.

Matka Cina złożyła czarną parasolkę i jako ta najbardziej wygadana zbliżyła się do osób kłębiących się przy bramowym okienku. Ojciec miał gadkę, ale nie przy obcych.

– Wsio wy z państwa na widzenie czy po co innego? – zasięgnęła matka języka.

– A niee – odezwał się jakiś wąsiaty gostek w czarnym kaszkiecie – bo ja to na ten przykład paczuszkę przytachałem dla synowca. Co tylko dam i wiśta wio.

– Noo, pani kochana – potwierdziła taka jedna kobieta, dobrze opuchnięta na gębie i z końskim blond warkoczem mokrym od deszczu – my tu z paczkami. Te, co na widzenie, to dzisiej o tam, pod samemi drzwiami wystawają.

– Śliczne dzięki. – Matka Cina złapała już orientację.

Wtem otworzyły się te tak oblegane wrota. Pokazało się dwóch młodych bysiów ze Służby Więziennej. Ten z listą głośno dukał nazwiska ludzi puszczanych teraz na widzenie. Drugi kierował za drzwi zgłaszających się na wezwanie. Dla potwierdzenia tożsamości brał od nich dowody osobiste. Zwrot dokumentów miał nastąpić po widzeniu.

– To my na drugą turę – ogłosiła matka i wcisnęła się w chwilowo rozlazły tłum. Na lewo i prawo rzucała „przepraszam”, gdy parła z pomocą łokci do okienka bramy. Umordowana przebijaniem się, podsunęła pod nos strażnikowi zgodę na widzenie.

Strażnik pochylił się nad wygniecionym świstkiem, wlepił w niego wzrok i nakazał czekać, bo za niedługo wejdą. Jak tak, to matka i ojciec skryli się pod parasolem i przykurzyli po fajku. Bobek naciągnął kaptur kurtki na głowę i oglądał więzienie. Kiedy matka – niewysoka brunetka po czterdziestce – i ojciec – blondaśny facio koło pięćdziesiątki – kopcili ruskie koziołki, podleciała do nich kobieta z warkoczem.

– Milutka paniusia nie wie – ufnie zagadnęła – ile i co można tak dać w paczku?

– Taki paczek ma być na maksa do pięciu kilo – poinformowała ją matka Cina. Zaciągnęła się papierosem, ustami puściła chmurę dymu i tłumaczyła: – Słuchaj, pani, dawać nie można kokletów i mięs z kością. I zero ciast, a jak coś z wędliny, to tylko hermetycznie pakowane i takie prosto jak ze sklepu.

– Co kochana pani mówisz?! – zadziwiła się kobieta z warkoczem. – A ja swojemu Rafałkowi narobiła upieczonego kuraka, schabowców i śledzików, że o sałatce z warzywek nie wspomnę. Myślisz, pani, że mi nie przyjmią?

– Pewno, że nie przyjmią. – Matka pokręciła głową i skończyła palić. Zdeptała kiepa i pożaliła się: – Mi strażniki nie wzięli kokletów z ryby, jak we środę przywiezłam. Gadali, że ościami się synuś zadławi... Jakie tam ości, jak to z fileta pomielone?!

– Jo? Tak dziady o więźni dbają! U kogo to się uskarżyć, do kiego trybunała?! – lamenciła kobieta z warkoczem. – Trochi samego mięsa też mam, ale z kością ono. Wezmę oderwię kość gdzie na stronie i może przyjmią. Jak dla pani się to zwiduje?

– Ee, nie wiem ja tego... – stęknęła wymijająco matka Cina.

– Noo, wezmę oderwię i zapakuję w karton to smakowite mięsko... – gadała do siebie zadowolona kobieta z warkoczem.

A jakiś chłopina w czarnej kurtawie ze skóry nie zniósł dłużej marazmu zbiorowego oczekiwania. Podszedł do okienka i wydarł się na dyżurującego strażnika:

– Szybciej by nie można?! Puśćcie nas tylko za drzwi, to nie będziem tak przymulali na deszczu!

– Jak taka procedura. – Młody bysio rozłożył ręce. – Trzeba sobie poczekać. Będzie każdego kolejka.

Wszyscy pomulili się jeszcze trochę; każdy stał przykulony jak zmokła kura.

– Ja tam nie idę do synoka – zwierzała się kobieta z warkoczem matce Cina. – Robię jemu samego paczka i nie lezę na widzenie, bo u mnie nic grosza, by coś tam w kantynie dla synoka zakupić. Chciałaby ja jego zobaczyć, a jak to wstyd bez kasy.

– Zapal pani na pociechę. – Matka Cina ją częstowała.

– Jina zawalisz, to ci się w łebie ugotuje! – Kobieta z warkoczem wykrzywiła gębę.

W końcu masywne drzwi ponownie się otwarły i wyleźli pracownicy Służby Więziennej z nową listą. Wśród wyczytanych personaliów znalazło się nazwisko Cina. Bobek, matka i ojciec zostawili im swoje dowody i weszli do przedsionka odgrodzonego kratą od dalszych pomieszczeń bramowej budowli. Poczekali, aż wpuszczono wszystkich ludzi. Większą grupą udali się za jednym ze strażników do depozytu. Matka wzięła na siebie klucz do szafki. Schowali w niej podręczne przedmioty, takie jak komórka czy parasolka. Tych drobiazgów nie można było brać na teren więzienia.

– Ojciec, pa. – Bobek pokazał dyrektorskie rozporządzenie wiszące na ścianie w depozycie. – Tu jak byk pisze, co można w paczce dawać, a tamta durnowata baba z warkoczem dalej ciemna...

– Jak jej to wiedzieć, jak tu wejścia dla niej nie ma, bo w takim miejscu durnie zawiesili – stwierdził ojciec i dodał trochę bez składu: – Ale to jaka stara pijaczka.

Po złożeniu rzeczy w szafce ustawili się we troje w ogonku do obowiązkowej kontroli. Przeszli przez detektor bramkowy. Nic nie zapiszczało, więc na dokładkę zostali sprawdzeni przez klawisza ręcznym wykrywaczem metali.

– Ja przepraszam, a z tym się da? – Matka chciała zabrać foliową paczuszkę z kolorową opaską.

– Można – powiedział strażnik po pobieżnym zlustrowaniu zawartości paczuszki.

Reszta dopuszczonych na widzenie nie mogła przejść kontroli. Po kolei odsyłano ich do depozytu, by złożyli zabronione przedmioty. Co z tego, jak oni dalej swoje. W nieskończoność stawali na bramce, a nieubłagany detektor piszczał. Dobra godzina upłynęła, zanim wszystkich zakwalifikowano do wejścia na teren więzienia.

Ten sam klawisz zakazał kontaktowania się z osadzonymi przy przechodzeniu z bramy do drugiego więziennego obiektu. Ci, co na widzenie za pleksową szybą i przez słuchawkę – a tych była większość – powinni się ustawić po lewej stronie w środku drugiego budynku. Natomiast po prawej ci na widzenie przy stoliku.

Matka i ojciec cieszyli się, że w piątek prokuraturka dała im trojgu zgodę na półtoragodzinne widzenie przy stoliku. Tyle się jej nabłagali, aż zmiękła. Dotąd tylko rodzice Cina dostawali sześćdziesiąt minut rozmowy – ale za szybą i przez słuchawkę.

Następnie strażnik roztworzył drzwi i grupa wyszła na dziedziniec Zakładu Karnego. Bobek był tu po raz pierwszy i bacznie się rozglądał. W oknach wyczaił cały spożywczy asortyment powtykany między szybę a kratę. Tak chroniono jedzenie przed spsuciem. Z idących w tej grupie nikt nie krzyczał ani osadzeni na nikogo nie wołali.

Wreszcie wszyscy przekroczyli próg więzienia. Podzielili się, jak chciał klawisz. Strażnik wpierw na widzenie zabrał tych, co mieli je odbyć na zasadach ogólnych, czyli za pleksą. Rodzinie Cina i jakiejś starowince kazał czekać, aż odstawi tamtych i się tu wróci.

Po kwadransie zaprowadził ich schodami na górę, otwartą dłonią klepnął w przycisk na ścianie i odemknął ciężką kratę. Biało-żółtym korytarzem w lewo dotarli do świetlicy. W tym dniu była salą widzeń. Obok jej drzwi wisiała oszklona gablota z gazetką pod hasłem: „Alkohol kradnie wolność”. W niedogrzanym pomieszczeniu stały kineskopowy telewizor oraz piłkarzyki do gry, poza tym kilka stolików z krzesłami. Za którymś z nich – w kącie przy samym wejściu – siedział oddziałowy. Doprowadzający klawisz wręczył mu dokumenty z informacją, kto i jak długo będzie tutaj na widzeniu.

Na sali czekało dwóch osadzonych. Jeden – ten taki w zielonej bluzie z kapturem i brązowych sztruksach – to Cino. Napuszył się za stolikiem i rozparł na łokciach, bo przyszły do niego aż trzy osoby. Zamienił więc mały stolik na większy. Usiedli przy nim we czwórkę i regulaminowo, że aresztant sam, naprzeciw niego rodzina. Na powitanie matka z ojcem uścisnęli Cina, a Bobek dał mu grabę.

– Jak się czujesz... Jakoś się trzymasz... Ci tu dobrze... – jedno przez drugie pytali Cina rodzice.

– Se jakoś radzę... – zbył ich Cino. Widać po pulchnej gębie, że się upasł od tego siedzenia na dupie pod celą.

– Czemuś taki zarośnięty jak dzik? – zmieniła matka temat i położyła na blacie stolika przezroczystą paczuszkę z kolorową opaską.

– W Bartach te pióra mi porosły – Cino poczochrał się po głowie – bo na śledczaku nie ma tam fryza. Jak mnie ze dwa tygle temu tu z Bartoszyców przywieźli, to musiałem z tygla na przejściówce odsiedzieć i co od paru dni u siebie pod celą jestem. Do znajomkowego fryzika zapisałem się na ten czwartek i golnę się na zerówę.

– Synku, a dali już paczkę, co ci w środę podrzuciłam? – kontynuowała matka.

– Ta, dzięki wam bardzo – potwierdził Cino. – Gadała ty ostatnio z papugiem? Zajedzie on tu? Trzeba se razem jakieś podanie dla prokuratury maznąć. Może by mnie puścili, bo prawie wszyscy wmieszani w moją sprawę sporo temu wylaźli.

– Twój adwokat mówił dla mnie, że trzeba czekać pierwszej sprawy – tłumaczyła matka. – Radził, co ty byś się przyznał do zarzutów i nie odwalał żadnych numerów, jak świrkowałeś w sądzie w Kętrzynie.

– A co ja tam robił?! – zaprzeczył Cino i z nerwów zaczął się kitać na krześle.

– Mecenas gadał, że rżałeś po końsku z sędzi – przypomniała mu matka.

– Do widzenia! – Cino zerwał się na to przypomnienie. Złapał jeszcze większego nerwa: – Nie jeździjcie tu więcej! – i miał wołać, by oddziałowy go stąd zabrał.

– No i czego głupiejesz?! – uspokajała go matka. – Już się co nawąchałeś?!

– Siadaj, duraczoku, bo wezmą nas i wygnają. – Ojciec podsunął mu krzesło.

– Ano, chichałem... – przyznał się Cino z niewinną miną i wrócił na swoje miejsce. – Najwyższy sędzina do mnie, że z tygiel izolaty. Ale kij z nim... Mogli wy wtedy przyjechać do sądu. Byśmy się zobaczyli... Czołodup z Dzikunem byli mnie odwiedzić.

– No – potwierdziła matka – Czołodup dla mnie gadał, że zwiał z lekcji i widział ciebie przed rozprawą.

 

Rozmowa się urwała, bo akurat do sali wszedł klawisz doprowadzający na widzenie.

– Państwo... – podał pełne dane rodziny Cina – chcecie sobie iść do kantyny i co kupić osadzonemu?

– Oczywiście, że chcemy. – Matka podniosła się z krzesła. – Synok, trzeba ci co?

– A nic, jak mam paczkę ze środy do skonsumowania. Albo tylko tytoń korsarz, to sobie chętnie szlugi poroluję. Ja tam nie palę, ale może co za fajury zahandluję.

– No dobra – zgodziła się matka i poszła z klawiszem, a z nimi Bobek.

Cino został z ojcem. Mówili o tym, że w sobotę na tydzień wstecz kuratorka szukała Cina w domu. Chciała go posadzić za to, że wybył gdzieś w świat bez jej wiedzy i zgody. Nic nie słyszała, że on dawno w pace. Przydzielił ją sąd w ramach kary za usiłowanie kradzieży samochodu. Na gorącym uczynku „czarnuchy” ze straży miejskiej złapali nocą Cina i Blaszkę, jak na niezłej fazie odkręcali koła od czyjejś fury.

Klawisz sprowadził już Bobka i matkę na dół więzienia do kantyny Bratek. Takie zaopatrzenie, że wsio tam kupić się dało. Ceny za bardzo nie odbiegały od tych w sklepach poza zakładem. Obsługiwano na dwie kasy fiskalne. Matka podeszła do pierwszej. Uwijał się za nią posiwielec w pinglach. Przy większych zakupach pomagał mu wydziarany łebek z niewyraźnymi wzorkami na obu odsłoniętych przedramionach. Chyba on wolny, ale wytatuowany lepiej niż recydywa. Wtedy stary liczył i podawał towary młodemu, by ładował je do niebieskiego worka.

– Na ile w przybliżeniu to będą zakupy? – badał sprzedawca matkę Cina, żeby się wywiedzieć, jakiego kalibru z niej klientka.

– Tak chyba na stówkę.

– To będziemy do worka pakować – zdecydował stary handlowiec. – Co dla pani?

– Tytoń korsarz... Trzy bananki... Soczyste jabłuszka... – Matka prędko, aby nie tracić cennego czasu, wybierała produkty z bogatego asortymentu, a Bobek uważał, czy wszystko ląduje w worku.

– Ile tych jabłuszek? – zapytał sprzedawca po chwili.

– Tak ze trzy kilo daj pan. I do tego dwie bomboniery, no takie bez wódki, makowcowe ciasto, wiaderko śledziów, mleczko w proszku, zwykłe płatki kukurydziane...

Tym sposobem matka obkupiła się na dziewięćdziesiąt sześć złotych. Siwy handlowiec ze stówy wydał jej dwuzłotówkę reszty.

– Panie, a gdzie jeszcze dwójka? – upomniała się matka o swoje.

– Że ja co winny?!... O, pardon! – Oddał jej dwójaka z żalem, że nic mu nie skapnęło za obsługę. – Człowiek taki oślepnięty i pomotany.

Niebieski worek z zakupami położono na kupę takich samych worków. Po widzeniu Cino przyjdzie do kantyny i wytarga swój foliowy majdan pod celę. O tym, że to jego własność, informowały imienna karteczka i paragon. Młody przylepił oba świstki do wora. Na podstawie rachunku można dochodzić swoich praw, jakby coś się nie zgadzało w torbie.

Skazani właśnie odbierali przypisane im wory. Wyrokowców od aresztowanych łatwo dało się odróżnić po uniformach. Ci pierwsi mieli na sobie zgniłozielone drelichy. Rozmiarowo za duże, wisiały na nich jak na łachmaniarzach. Spod rozpiętych drelichów wystawały im prywatne ciuchy. Aresztanci chodzili w ubraniach z wolności.

Po zakupach matka Cina wróciła z Bobkiem do sali widzeń.

– Tam ci kupiłam – mówiła Cinowi – z parę drobiażdżków.

– Po co kase wydajesz! – ochrzanił ją Cino. – Jak tylko tytoń chciałem.

– A zjesz se co słodkiego i z jakiego owocka z tymi, co z tobą w celi. To w ilu tera siedzicie?

– Obecnie to ja, taki równiasty gostek z Ostrołęki i jeden świeżutki, taki mały i kudłaty. Ten kudłaty za to, że najmniej siedzi, to musi po nas sprzantać.

– Wszędzie fala – zaśmiał się ojciec – nawet w ciupie.

– Jaka fala?! Przecież w dupę go nie ładujemy! – oburzył się Cino i tłumaczył: – Jak dorzucą nam czwartego, to kudłaty będzie miał bankowo wieczny spokój. Na razie musi sprzantać, żeby nie wyrwać strzała w pysk. O, patrzcie – wskazał niepozornego szczurka wchodzącego w asyście strażnika do sali – ten łebek, co tera idzie, siedzi ze mną. On z dzianej ostrołękowej rodziny i od jego ojca tiwika z dividi na stałe pod celą mamy... Mnie powinęli, a on sam się na gliny zgłosił i tak na mentowni gada: „Przyszłem, bo jak szukały mnie policjanty, to ja akurat nie byłem w domu”. Kozak, co! Ale co z tym papugiem, przyjedzie do mnie? Bo jak nie, to z niego zrezygnuję i sam se stosowne podanie wyskrobię!

– Ty sam, jołopie, mi nic nie pisz – zabroniła matka. – Już raz nagryzmoliłeś skargę na policjantów, co niby cię pobili i przypalali papierochem na przesłuchaniu na komendzie w Olsztynie. Lepiej się przyznaj w sądzie do wszystkiego, przeproś i skruszony błagaj o łagodną karę.

– Nie będę się przyznawał, jak niczego nie robiłem! – oburzył się Cino. – Na te trzy zarzuty, co je mam, to wszystko pomówienie i wymuszone zeznania, bo żadnemu Wołochowi i Rodkowi prochów nie spylałem ani nie dawałem za friko!

– Cwaniachy, zdaje się, że na ciebie donieśli i powyłazili – wtrącił się ojciec.

– Policjant, co mnie tu wiózł, gadał, że Rodek mnie sprzedał i tak beczał na przesłuchiwaniu, że go wypuścili. A Wołoch wydostał się z kryminału po tygodniu, bo jego matka jest ławniczką i zna się z sędziami. Ja tu siedzę, a oni odpowiadają z wolnej stopy. Powaga!... I mają po dziesięć zarzutów. Wołoch to nawet narkotykowa recydywa i hasa se beztrosko po świecie. Takie z nich moje przyjaciele...

– Dobrze, że przynajmniej nieletniego nie masz na koncie – zauważył Bobek pozytyw w położeniu Cina. – Za podobne coś już trzy lata by były jak w banku.

– Pewno i tak z rok dostanę do odsiedzenia – przeczuwał Cino – albo fartownie dwójkę w zawiasach na piątkę. To już będzie mój trzeci wyrok...

– Ale za narkotyki pierwszy? – upewniała się matka. – Szybko wsio odsiedzisz.

– No... – potwierdził Cino i dalej kitał się na krześle, jakby cierpiał na chorobę sierocą. – Dupowato, jak mnie tu posadzą w stodole na szesnaście osób. Jeszcze na terapię z pijusami nakażą chodzić, jak chloru jakiemu. Ja nie chlał, tylko se co spalił.

Właśnie minęła godzina widzenia. Klawisz zabrał tych z pozwoleniem na sześćdziesięciominutową rozmowę. Ryży małolat na odchodne wycałował starowinkę, pewno swoją babkę. Matka i ojciec milcząco się w nich wpatrzyli, jakby sami się już żegnali.

– Ale ta prokuraturka to dobra i kochana – przerwała ciszę matka. – Dała nam półtora godziny na widzenie i chwaliła, że ty nie taki najgorszy chuligan.

– Teraz to dobra, a niedawno gadka była, że szmaciara z niej – przypomniał Cino.

– Szmaciara czy nie – matka machnęła na to ręką – ale teraz się przedzielimy.

Ojciec wziął leżącą na blacie paczuszkę z opaską. Namalowana tam była Święta Rodzina. Ojciec zza opaski wyjął opłatek i ułamał każdemu po kawałku. Dzielili się bez życzenia sobie czegokolwiek.

– To co, mamo – wrócił Cino do poprzedniego tematu – przekażesz temu papugowi, żeby zadziałał coś w mojej sprawie?

– Rozmówię się z nim – zgodziła się matka – to może i sformułuje jakie mądre pisemko do prokuratorki albo gdzie do sądu. Pamiętaj, ty sam dla swojego dobra najlepiej nic nie pisuj i nie słuchaj się tutejszych wszystkowiedzących doradzaczy.

– No – odezwał się Bobek – nie sporządzaj więcej żadnych głupich podań. Po to masz pełnomocnika. Umawiaj się z nim, bo w sądzie musicie oba gadać jednakowo.

– Ale do niczego się nie będę przyznawał – zastrzegł ponownie Cino. – Tylko do tego, co naprawdę robiłem.

– A dostałeś już to prokuratorowe pismo wydłużające ci areszt? – spytała matka.

– No co ty...

– To jak chcesz się odwoływać od tej decyzji, jak nie masz jej na papierze? – stwierdził logicznie Bobek.

– To się nie odwołam...

– Ale przed sprawą sąd zbierze się na posiedzenie – prorokował Bobek – i przydałoby się takie pismo od adwokata, gdzie ty chcesz ponieść zasłużoną karę za odroczkę aresztu.

– Niech papug takie pismo przygotuje, a nie się leni.

– To nawet w środę z nim konkretnie pogadam – zapowiedziała matka. – Ile tego widzenia nam jeszcze zostało?

Bobek spojrzał na zegarek.

– Coś ze dwadzieścia minut.

– Szkoda, że wychowek się zmienił – żałował Cino – bo u tego, co odszedł, miałem obiecane bonusowo pół godziny gratis do widzenia za sprawowanie.

– No nic, dobrze jest... – rzuciła matka i zauważyła, że ktoś z będących na widzeniu wstał od stołu i poszedł w kierunku klitki przylegającej do świetlicy. Gdy otworzył drzwi, matka dojrzała, że to WC. – Musi tam kibel. To idę ja.

– A do kaplicy ty chodzisz? – znowu gadała, tylko co wróciła do stolika. – Modlij się za jak najmniejszą karę.

– Latam na mszę – potwierdził Cino i wyjął z kieszeni drewniany różaniec. – O, takie cudko mam od księdza. Tyle rundek Zdrowej Maryśki już na nim śmignęłem.

– To zawieś go sobie na szyję – śmiał się Bobek. – Jak mały byłeś, to tak robiłeś i darłeś japę, że jesteś „paćjierz”.

Ponad pół godziny jeszcze gawędzili o różnych sprawach, bo nie zawsze strażnicy dokładnie odmierzali czas poszczególnych widzeń. Jednak ich rozmowie stale przypatrywał się oddziałowy. Pilnował, czy Cino jakichś grypsów nie wręcza rodzinie na wynos za puchę. Wkrótce widzenie się skończyło i klawisz wyprowadził Cina z sali.

– To Wesołych... – życzyła matka za wszystkich. Reszta formułki stanęła jej w gardle. Oczy miała już mokrawe, ale dodawała Cinowi otuchy: – Będziem ciebie dzisiej po gwiazdce pamiętać, jak siądziem przy stole. Do widzenia!

– Do widzenia, jak szmatowa prokuraturka co da! – zaklął Cino i znikł za kratami.

Inne książki tego autora