ZaksięgowaniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gospo­dyni przy­jęła nas z rado­ścią, od razu ota­cza­jąc tro­ską sza­lo­nego przy­by­sza. Czym prę­dzej opu­ści­li­śmy przy­by­tek zna­ko­mi­tej wytwór­czyni cze­ko­la­do­wego budy­niu i żwa­wym kro­kiem ruszy­li­śmy w kie­runku celu naszej wędrówki. Nie­tu­zin­kowy Prze­wod­nik zapi­sał coś w wyszpe­ra­nym z kie­szeni note­sie.

* * *

Kino „Ama­rant” wyglą­dało z zewnątrz jak zwy­kłe stare blo­czy­sko, posza­rzałe i wiel­kie. Patrząc na ten zużyty budy­nek, mia­łem wra­że­nie, że nie­dbale ciśnięto go tu przed chwilą. Stoi, lecz zaraz upad­nie, zawali się pod wła­snym cię­ża­rem. Tak to wła­śnie wyglą­dało. Mru­gną­łem jed­nym okiem, dru­gim, wysu­ną­łem język, kaszl­ną­łem.

— Chce pan wejść?

— Wła­ści­wie to nie wiem — zasta­na­wia­łem się. — Szli­śmy tak długo… Chyba powi­nie­nem wra­cać już do domu.

— Taka wędrówka na nic? — zdu­miał się Nie­tu­zin­kowy Prze­wod­nik. — No, może da się pan namó­wić. Tylko na chwi­leczkę. Nie będzie pan żało­wał.

— Tak naprawdę, to chcia­łem tylko… Byłem po pro­stu cie­kaw.

— Ale potrze­buje pan pomocy, prawda? — Obró­cił się i spoj­rzał tymi sta­rymi oczami.

— Chyba tak — bąk­ną­łem, i weszli­śmy.

Znowu zade­cy­do­wano za mnie.

Lam­pe­ria w kory­ta­rzu przy­po­mi­nała plecy pla­żo­wi­cza ze skłon­no­ściami do prze­sady. Odcho­dziła na całej powierzchni ścian, łusz­czyła się i marsz­czyła, gdzie­nie­gdzie odpa­dły z niej całe wiel­kie płaty.

Pod­łoga przy ścia­nach zawa­lona była wyso­kimi ster­tami ksią­żek. Spo­strze­głem, że każdy egzem­plarz ma tę samą okładkę i taki sam tytuł. Zaksię­go­wani autor­stwa jakie­goś Małec­kiego, imie­nia nie mogłem odczy­tać.

Kory­tarz fini­szo­wał w ciem­no­ści, żarówka w tam­tej czę­ści musiała wysiąść lub ni­gdy jej nie było. Jesz­cze parę kro­ków i zna­leź­li­śmy się w sali, gdzie jedną ze ścian zaj­mo­wały pra­wie w cało­ści trzy pary drzwi. Ciało w prze­dziwny spo­sób odzy­skało spo­kój, poczu­łem się lepiej, ba – jak­bym ni­gdy nie cier­piał na pro­blemy z samym sobą.

Nie­tu­zin­kowy Prze­wod­nik pocią­gnął za jedną z kla­mek i zosta­wił mnie samego. Bez słowa czy choćby uśmie­chu na poże­gna­nie. Rze­czy­wi­ście, był nie­tu­zin­kowy.

Obró­ci­łem się, rozej­rza­łem uważ­niej. Przede mną roz­po­ście­rała się sala kinowa, mniej­sza co prawda niż te, które obec­nie budują w mul­ti­plek­sach, ale i tak cią­gle dość duża. Pod­łoga była pła­ska – widocz­nie nikt z pro­jek­tan­tów nie wpadł na myśl, że wygod­niej jest patrzeć na ekran, kiedy nie prze­szka­dzają ci włosy widza sie­dzą­cego przed tobą – i zapeł­niona okrą­głymi sto­li­kami róż­nej wiel­ko­ści i barwy. Sie­dzące przy nich pary łupały w sza­chy.

Zanim się spo­strze­głem, stał przede mną niski czło­wie­czek w zmię­tej koszuli i dre­so­wych spodniach. Głowę miał dziw­nie dużą, oto­czoną czu­pryną czar­nych wło­sów, na samym czubku świe­ciła glaca. Twarz pokry­wał kil­ku­dniowy zarost, oczy zda­wały się siłą wci­śnięte w zmę­czoną twarz.

— Witam. Naj­star­szy Japi­szon w Pozna­niu — przed­sta­wił się i wycią­gnął pulchną dłoń. Rosły na niej ciemne kępki wło­sów.

Nor­mal­nie musiał­bym mocno posta­rać się, by tra­fić dło­nią z przy­wi­ta­niem, teraz jed­nak po pro­stu uści­sną­łem mu rękę, bez zasta­na­wia­nia się, co robię i jak temu zapo­biec. Cho­roba ustą­piła, byłem zdrowy, zanim jesz­cze Naj­star­szy Japi­szon w Pozna­niu zdą­żył cokol­wiek zro­bić.

Gestem zapro­sił mnie do środka.

Minę­li­śmy sto­lik, przy któ­rym rżnęło par­tyjkę dwóch face­tów, każdy z pokie­re­szo­waną twa­rzą i śli­wami pod oczami. Ich wargi przy­po­mi­nały strzępy mięsa, z nosów, jak z kra­nów, kapała krew. Jeden gro­ził dru­giemu pię­ścią. Dalej sie­działa para jesz­cze dziw­niej­sza: naga dziew­czyna, w stra­te­gicz­nych miej­scach okle­jona tylko cenami skle­po­wymi, a naprze­ciw niej sta­rzec z co naj­mniej setką spi­na­czy do bie­li­zny pod­cze­pio­nych do zmarsz­czo­nej twa­rzy. Stary wygry­wał i wła­śnie zasza­cho­wał bia­łego króla rywalki. W powie­trze wzniósł się urwany chi­chot, męż­czy­zna zakrztu­sił się i pochy­lił z powro­tem nad sza­chow­nicą. Kilka spi­na­czy odpa­dło, kiedy się śmiał.

Szli­śmy dalej, Naj­star­szy Japi­szon w Pozna­niu cią­gnął mnie za rękę jak dziecko. Zatrzy­ma­li­śmy się przy zie­lo­nym sto­liku ogro­do­wym. Otyły facet w prze­po­co­nym gar­ni­tu­rze ocie­rał czoło chustką, pod szyją wisiał mu polu­zo­wany kra­wat. Miał twarz pod­sta­rza­łego mafiosa, któ­remu nie wyszło. Na dru­gim pla­sti­ko­wym krze­sełku sie­działa kobieta tak stara, że chyba na pewno już mar­twa. Jej twarz miała miej­scami zie­lon­kawy odcień, zęby spi­ło­wano w szpic. W dłoni trzy­mała prze­gniły wachlarz, na szyi wisiało jej ścierwo siwego kota. Uśmiech­nęła się do mnie, to samo uczy­nił mafioso.

Zro­zu­mia­łem w jed­nej chwili. To oni grali w mojej gło­wie, zanim się tu zna­la­złem. Decy­do­wali o każ­dym moim ruchu, ich walka na sza­chow­nicy odzwier­cie­dlała moje poje­dynki z życiem. Na plan­szy ostat­nie czarne figury tło­czyły się wokół zama­to­wa­nego króla. Białe zwy­cię­żyły, zmę­czony mafioso uno­sił kąciki ust.

— Nie ma czasu. Zostało nam już nie­wiele czasu! — rzu­cił Naj­star­szy Japi­szon w Pozna­niu i pocią­gnął mnie dalej, w gęstwinę sto­li­ków. Wszy­scy grali. Mło­dzi i sta­rzy, żywi i umarli. Pod ścia­nami zale­gały hałdy papieru, wszę­dzie ta sama okładka. Sto­liki w pra­wym końcu sali były puste, tylko przy jed­nym z nich sie­działa skryta w cie­niu postać.

— To pana rywal. Zaczy­naj­cie, pro­szę.

Nie­mal siłą posa­dzono mnie na drew­nia­nym, skrzy­pią­cym krze­śle. Mój prze­ciw­nik miał ogromny kape­lusz, cień kładł się na całej twa­rzy. Widzia­łem tylko oczy, matowe i zło­wro­gie. Zupeł­nie jakby wła­śnie wywle­czono go z cie­płego i przy­tul­nego łóżka i siłą dopro­wa­dzono tu, by roze­grał par­tyjkę.

Wycią­gnął rękę, zwi­sał z niej strzęp luź­niej szaty. Czarny pion sko­czył dwa pola przed sie­bie, omio­tłem wzro­kiem wszyst­kie figury, trzeba być ostroż­nym. Nie chcę, by kto­kol­wiek prze­cho­dził to, co ja. Muszę to skoń­czyć jak naj­szyb­ciej.

Cuda naprawdę dzieją się wokół nas, a prze­cież nie wszyst­kie księ­gar­nie spa­lono. Kto wie, kto teraz czyta wła­śnie TĘ książkę?

Bo ktoś ją czyta, a my wła­śnie zaczy­namy grać o jego życie.

PAN PIA­NI­STA I CZARTY

Cichy akord popły­nął po pokoju. Kawa­lerka ziała pustką, okna już dawno zale­pił brud. Jęzory tapety zwie­szały się ze ścian, w rogach przy sufi­cie mali kon­struk­to­rzy ple­tli paję­czyny; wzdłuż pod­ło­go­wych listew leżały poko­tem koty kurzu. Śro­dek pokoju zaj­mo­wało pia­nino – jedyny mebel w całym miesz­ka­niu.

O kostkę Pana Pia­ni­sty otarł się chudy dydelf, leni­wie brnąc przez dywan kurzu. Spod futra zwie­rzaka prze­bi­jały kości, wyłu­pia­ste oczy tonęły w gęstej sier­ści na łebku. Pan Pia­ni­sta uśmiech­nął się oszczęd­nie, po chwili twarz na powrót przy­brała sku­piony wyraz. Włosy miał siwe i dłu­gie, poprze­ty­kane paję­czyną i łupie­żem. Brud czer­nił się na szyi, a sele­dy­nowe oczy oka­lał legion zmarsz­czek.

Palce tań­czyły po kla­wi­szach – gra­jący led­wie muskał instru­ment. Muzyka sączyła się cicho, nie­śmia­łym ryt­mem wzno­siła, by po chwili opaść, osiąść na zaku­rzo­nym wieku pia­nina. Kil­ka­dzie­siąt strun wysta­wało z dołu instru­mentu i wni­kało w pod­łogę, zni­ka­jąc w trze­wiach budynku.

Stara mary­narka na ple­cach Pana Pia­ni­sty miej­scami wyda­wała się cienka jak bibuła. Rękawy lśniły, na szwach wid­niały dziury wiel­ko­ści pię­cio­zło­tó­wek. Koł­nie­rzyk koszuli posza­rzał, a polu­zo­wany kra­wat bez­ład­nie wisiał na zapad­nię­tych pier­siach. Pokry­wały go war­stwy kurzu.

Męż­czy­zna grał od wielu lat, poru­sza­jąc tylko dłońmi i ramio­nami. Inne kości zastały się, stawy usztyw­niły. Wszystko bolało. Co jakiś czas, lecz bar­dzo rzadko, Pan Pia­ni­sta prze­sta­wał i na kilka chwil dawał wytchnie­nie obo­la­łym dło­niom, maso­wał palce, kie­dyś nawet wstał i usiadł z powro­tem. Było to bar­dzo ryzy­kowne.

Chrząk­nął cicho, a dydelf odwró­cił głowę, dostoj­nie prze­mie­rza­jąc pokój. Chrząk­nię­cia, tak jak każdy inny dźwięk zakłó­ca­jący melo­dię, zawsze były nie­spo­dzianką w miesz­ka­niu Pana Pia­ni­sty.

* * *

Kie­dyś każdy miał dia­bła, cze­ka­ją­cego tylko na niego w wierz­bo­wej dziu­pli, ale odkąd sami pie­lę­gnu­jemy w sobie sza­tana, już ich nie potrze­bu­jemy. Moim jest wul­garny dre­siarz, ster­czący nocą w pod­ziem­nym przej­ściu pod ron­dem, innym razem pijak gło­śno żąda­jący zro­bie­nia mu laski przed Tesco. Nie mroczne stwory z rogami, nie ogo­nia­ste biesy o krwa­wych śle­piach.

Ludzie. Ludzie to dia­bły. Praw­dzi­wych, sta­rych dia­błów pra­wie już nie ma. Słabe, zagu­bione, zaszczute przez ludzi i mia­sto. Mało kto się ich boi, więk­szość z nas nie ma na to czasu. W mie­ście żyją już tylko dwa stare dia­bły. Jeden zgłu­piał i robi z sie­bie cyrk, para­du­jąc po Ale­jach Tysiąc­le­cia w podar­tym płasz­czu i różo­wych oku­la­rach. Czę­stuje dzieci gorz­kimi liza­kami, biega na czwo­ra­kach pomię­dzy prze­chod­niami. Za pięć zło­tych liże brudną posadzkę na dworcu kole­jo­wym, za dzie­sięć polewa palec wodą świę­coną. Poli­cja ma go dosyć, a ludzie z mia­sta dawno już przy­wy­kli. Drugi dia­beł cho­ruje na alzhe­imera i gdy­bym go nie przy­gar­nęła, dawno już by znik­nął. Ma na imię Jurek i noszę go w torebce.

Malo­wa­łam oczy, a Jurek mam­ro­tał coś w pokoju.

— Gry­zo­nie, gry­zo­nie — war­czał sam do sie­bie. — Gry­zo­nie gryzą, a ja gryzę też. Też gryzę, a nie jestem gry­zo­niem. Pani Marto, kim ja jestem?

 

— Jesteś dia­błem, Jurek. — Nało­ży­łam puder i spoj­rza­łam w lustro.

Klacz. To słowo za każ­dym razem przy­cho­dzi mi do głowy, kiedy patrzę na swoje odbi­cie. Jestem za duża, zbyt wysoka, ramiona mam jak nie­miec­kie pły­waczki. Cie­kawe świata zęby co chwilę wyglą­dają zza warg, sze­roka szczęka przy­po­mina wyciętą z komiksu. Do tego wyłu­pia­ste oczy i pryszcz na czole. Na samiut­kim środku, niech go szlag. Puder zakrył kolor, wypu­kło­ści nie zdo­łał już zama­sko­wać. I ja się dzi­wię, że Damian ze mną zerwał.

No dobra, może nie jestem jakoś spe­cjal­nie brzydka. Ale, powiedzmy sobie szcze­rze, ładna też nie jestem.

— Kim?! Raczy pani żar­to­wać — spie­rał się Jurek. Było z nim coraz gorzej.

— Dia­błem, Jurek. Jesteś dia­błem.

— O kurwa.

— Ano widzisz, ja też się zdzi­wi­łam, kiedy się dowie­dzia­łam.

Śmieję się do sie­bie, gdy przy­po­mina mi się scena zna­le­zie­nia Jurka. Może przy­bie­rać dowolną postać, ale od dłuż­szego czasu wygląda po pro­stu jak pie­sek. Ni to jam­nik, ni terier, czę­ściowo szorst­ko­włosy, czę­ściowo łysy zupeł­nie. Krót­kie nogi i zamglony wzrok. Wła­śnie taki zwy­kle jest Jurek.

Zna­la­złam go pod blo­kiem, a w domu zmie­nił mi się w pla­cek droż­dżowy. Wtedy to wła­śnie przy­znał się, kim jest.

— Co za numer, ludzie… — dzi­wił się teraz w pokoju. — Dia­błem…

Wcią­gnę­łam spód­nicę, znowu ledwo ledwo. Jak dopadnę tego, co mi ciu­chy zwęża w nocy, to zatłukę chyba. Prze­cież aż tak nie przy­ty­łam. W ogóle nie przy­ty­łam. Zbie­gła się w pra­niu.

W dużym pokoju Jurek dalej gadał do sie­bie:

— No, ale skoro jestem dia­błem, to chyba powinna się pani mnie oba­wiać.

— Niby tak.

Weszłam do pokoju aku­rat w chwili, kiedy Jurek się zmie­niał. Leżał w torebce, jak zwy­kle mosz­cząc sobie gniazdko wśród chu­s­te­czek higie­nicz­nych, szmi­nek i doku­men­tów, machał ogon­kiem i w pew­nym momen­cie zalał się krwią. Z torebki wysu­nęła się tru­pia dłoń. Blada, upstrzona zaschniętą juchą, po paznok­ciach zostały tylko czarne plamy.

— Jurek… — wes­tchnę­łam. — Daj spo­kój.

— No dobrze.

Zmie­nił się z powro­tem w psiaka i zamilkł. Czę­sto podej­mo­wał takie próby stra­sze­nia i zawsze, kiedy mu nie wyszło (a teraz prak­tycz­nie w ogóle już nie wycho­dziło), popa­dał w głę­boką melan­cho­lię.

* * *

Agenci ubez­pie­cze­niowi są gorsi niż zło­dzieje. Zło­dziej, kiedy wyj­muje ci port­fel z torebki, nie robi tego z per­fid­nym uśmie­chem na ustach.

Firma, w któ­rej pra­cuję, mie­ści się w odre­stau­ro­wa­nej willi przy Budry­sów i zatrud­nia tylko takich, któ­rzy wła­sną matkę sprze­da­liby za nie wię­cej niż pięć­dzie­siąt zło­tych. Oszu­ści, kłamcy i skur­wy­syny.

Jest więc wśród nas Rafał, który bez wstydu odwie­dza po raz setny wszyst­kich swo­ich zna­jo­mych i wci­ska im polisy, Leszek, który spe­cja­li­zuje się w okła­my­wa­niu star­szych pań, oraz Beti, gotowa dawać dupy za każ­dego pode­sła­nego klienta. No i ja – naj­bar­dziej nor­malna z nas wszyst­kich, która noszę dia­bła w torebce.

Rafał zale­wał wła­śnie kawę i prze­krzy­wia­jąc głowę, przy­trzy­my­wał bar­kiem tele­fon. Miał rzad­kie włosy pocią­gnięte żelem i cerę tak nie­zdrową, jakby codzien­nie rano przed wyj­ściem do pracy oble­piał twarz papie­rem. Roz­ma­wiał przez tele­fon i uśmie­chał się sztucz­nie do słu­chawki. Tak jak nas uczyli pod­czas szko­leń, na któ­rych dzień zaczyna się nie od śnia­da­nia, lecz od regu­lar­nego pra­nia mózgu.

— Sta­aaary, ale potem będziesz bejcą ganiał po mie­ście, a na wycieczki to tylko Kanary i Kreta — łgał kolej­nemu kole­dze, z nie­usta­ją­cym roga­lem na gębie. — Tak, no tak… No nie. Nie patrz na to w ten spo­sób, prze­cież bym ci gówna nie wci­skał… Teraz się tro­chę prze­mę­czysz, ale za kilka lat będziesz z tego tylko spi­jał śmie­tankę. Słu­chaj, muszę teraz koń­czyć, klient wła­śnie przy­szedł. No, trzy­maj się… Co? Tak, ale to póź­niej, póź­niej. Ode­zwę się. No. Narka.

Tele­fon wylą­do­wał na biurku.

— Goń się, fra­je­rze — dorzu­cił i klap­nął za biurko. Kubek z kawą stuk­nął o blat.

— Kogo ty tam znowu okła­mu­jesz, co? — Ostroż­nie uło­ży­łam torebkę na szafce za biur­kiem, kom­pu­ter zaszem­rał, moni­tor ożył błę­kit­nym ekra­nem.

— No cześć, Mar­tuś. A tam, zaraz kła­miesz… Z kolegą roz­ma­wia­łem, tyle. Jak tam po week­en­dzie?

— Ano jakoś. Ponie­dzia­łek — wes­tchnę­łam.

— Ponie­dzia­łek — powtó­rzył Rafał z ponurą miną i pogrą­żył się we wła­snym świe­cie pro­duk­tów ubez­pie­cze­nio­wych.

W pracy zasada była jedna, i Jurek ją sza­no­wał. Pozwa­la­łam mu sie­dzieć w torebce, ale miał kate­go­ryczny zakaz odzy­wa­nia się. Teraz smacz­nie spał. Ostat­nia rzecz, jaką można by pomy­śleć na jego widok, to że jest dia­błem.

Do dwu­na­stej nic się nie działo. Nie, wszedł raz potężny łysy facet i gro­ził Beti, że ją zabije, jeśli rze­czy­wi­ście firma zwróci mu tylko połowę z zain­we­sto­wa­nych pie­nię­dzy. Wci­ska­li­śmy dłu­go­let­nie pro­gramy z naj­wyż­szymi opła­tami likwi­da­cyj­nymi w począt­ko­wym okre­sie trwa­nia polisy. Były z tego dla nas znacz­nie lep­sze pro­wi­zje. Poza face­tem – do dwu­na­stej spo­kój.

Na trzy­na­stą przy­szła ta pechowa parka i od razu widać było, że szy­kuje się jakiś syf.

Umó­wili się z samego rana, ponoć cho­ler­nie im się spie­szyło.

Facet zamiast ręki podał mi śle­dzia. Uścisk miał miękki i mokry, aż nie­do­brze się robiło. Był dobrze zbu­do­wany, blond włosy przy­po­mi­nały siano. Przy­gry­zał mię­si­stą wargę. Jego dziew­czyna była jesz­cze bar­dziej zde­ner­wo­wana. Przed wej­ściem zacią­gnęła się papie­ro­sem kilka razy, jakby chciała to zro­bić na zapas. Dłu­gie, czarne włosy i wiel­kie oczy, które patrzyły na mnie, jak­bym była ufo­lud­kiem albo księ­ciem ciem­no­ści.

— Chcie­li­śmy się ubez­pie­czyć — zaczęła, zanim jesz­cze zdjęła płaszcz.

— Rozu­miem. — Teraz trzeba było wci­snąć im jak naj­wyż­szą sumę ubez­pie­cze­nia, kupę dodat­ko­wych gadże­tów i namó­wić na umowy dodat­kowe. — Jaka kwota ubez­pie­cze­nia pań­stwa inte­re­suje?

— Cho­dzi o ubez­pie­cze­nie męża. Na życie.

— Mhmmm… — Noto­wa­łam coś bez sensu na kartce. Klienci to kupują.

— Inte­re­suje nas kwota dwóch milio­nów zło­tych.

Dys­kret­nie prze­łknę­łam ślinę. O w mordę! O w mordę, w mordę, w mordę! Spo­koj­nie, teraz trzeba to dobrze roze­grać. Jeśli sprawa się zamknie, wyha­czę dwa­dzie­ścia tysięcy pro­wi­zji.

— W takim razie możemy zaofe­ro­wać pań­stwu spe­cjalny pro­gram… — I poszło jak z płyty. Zawsze śmie­jemy się na zaple­czu, że jak przy­cho­dzi klient, wystar­czy włą­czyć w gło­wie odpo­wiedni dysk. Gadka sama pły­nie, trzeba tylko pamię­tać o gesty­ku­la­cji, szcze­rym spoj­rze­niu i podob­nych pier­do­łach.

Wysła­łam go na szyb­kie bada­nia do LUX MED-u, wró­cili po pół­to­rej godziny. Wyli­czy­łam mie­sięczną składkę – była ogromna, mimo że facet cie­szył się koń­skim zdro­wiem. W końcu to dwie bańki.

— Bie­rzemy — pal­nęła kobieta.

Zro­biło mi się gorąco. Prze­cież nawet tyle nie zara­biają… Nie mają szans, żeby opła­cać taką składkę. Szybko zdła­wi­łam wyrzut sumie­nia, który poja­wił się gdzieś w oddali.

— Dobrze, pro­szę pod­pi­sać tu, o, i tutaj. Tak. — Z naj­wyż­szym tru­dem powstrzy­my­wa­łam drże­nie ręki. — Ochrona ubez­pie­cze­niowa roz­po­czyna się w dniu ode­bra­nia polisy. Doku­menty powinny przyjść z cen­trali około czwartku.

— Nie, to za późno! — wrza­snęła klientka.

Facet na­dal sie­dział bez słowa i gapił się tępo w szafę. Paznok­cie miał obgry­zione do krwi.

— Pro­szę? — spy­ta­łam grzecz­nie, rzu­ca­jąc okiem na torebkę, w oba­wie, czy krzyk nie obu­dził Jurka.

— No, za późno! Ubez­pie­cze­nie musi być już od dzi­siaj.

Typowy objaw. Ludzie, któ­rzy lecą gdzieś po raz pierw­szy samo­lo­tem, robią w spodnie ze stra­chu przed kata­strofą. Wyku­pili sobie pew­nie drogą wycieczkę i chcą dopiąć wszystko na ostatni guzik. A mnie w to graj.

— No, w takim razie możemy zawrzeć dodat­kową umowę o ochro­nie tym­cza­so­wej (coś we mnie uśmie­chało się sze­roko na myśl o kolej­nych trzech stów­kach pro­wi­zji), która będzie ważna od chwili pod­pi­sa­nia doku­men­tów. Czyli od zaraz.

Kosz­to­wało ich to dodat­kowe tysiąc pięć­set zło­tych. Zgo­dzili się bez słowa i wyszli. Babka mię­to­siła w dło­niach papiery, facet wyjął fajki i zapa­lił dru­gim koń­cem. Jak tylko opłacą pierw­szą składkę, będę im się w pas kła­niać na ulicy.

Za dwa­dzie­ścia tysięcy naprawdę się opłaca.

* * *

Gruby czarny kot zszedł z ulicy i z tru­dem wci­snął brudne ciel­sko mię­dzy kon­te­ner na śmieci a szarą ele­wa­cję. Zadra­pał pazur­kami o chod­nik, ode­pchnął się mocno i prze­ci­snął przez szcze­linę, za którą cze­kał na niego raj. Zaple­cze baru mlecz­nego pach­niało mię­sem i pomi­do­rową, gorące powie­trze tuż przy drzwiach kuchni wypeł­niała kle­ista woń sma­żo­nych nale­śni­ków.

Łupem kota padła tym razem ugo­to­wana szyjka kury i nie lada rary­tas – maleńki, ośli­zgły łebek ryby. Bez pośpie­chu prze­niósł zdo­bycz za kon­te­ner i oddał się codzien­nej przy­jem­no­ści pała­szo­wa­nia łatwo zdo­by­tych sma­ko­ły­ków.

Wokół lśniły czarne kałuże, ścianę budynku pokry­wały graf­fiti i koślawe napisy w hoł­dzie jakie­muś Rychowi Poła­mań­cowi. Chod­nik przed kamie­nicą cały był w ciem­nych pla­mach po gumach do żucia i sosie z keba­bów, kil­ku­na­stu ludzi tup­tało ner­wowo na przy­stanku auto­bu­so­wym. Co jakiś czas któ­ryś z nich odwra­cał się w kie­runku domu, prze­ko­nany, że sły­szy stam­tąd muzykę.

Jeśli stare kamie­nice w naj­bar­dziej par­szy­wych zaka­mar­kach miast są brzyd­kie jak Ron Per­l­man, to plomba przy Okól­nej sta­no­wiła samą esen­cję ohydy. Drzwi ledwo wisiały na zawia­sach, rynny były zardze­wiałe, a tynk nader czę­sto walił się na prze­chod­niów. Żaden bez­domny pies nie prze­szedł obok plomby na Okól­nej, żeby jej nie obsi­kać, żaden prze­la­tu­jący nad dziel­nicą ptak nie prze­pu­ścił oka­zji, by nie spró­bo­wać osrać któ­rejś z szyb. Więk­szość okien była wybita, nad wej­ściem powie­szono napis „Grozi zawa­le­niem”. Tuż obok rynien na rogach budynku ze ścian wycho­dziły lśniące struny i ginęły w ziemi, zupeł­nie jakby budowla wyma­gała dodat­ko­wego wzmoc­nie­nia.

Miesz­ka­nie na trze­cim pię­trze, nad przy­stan­kiem stało nie­mal puste, szyby od wewnątrz zakle­jał kurz, a od zewnątrz gruba war­stwa sadzy. Pra­wie wszyst­kie okna były całe, gów­nia­rze nie rzu­cali aż tak wysoko.

W środku, w jed­nym z pokoi Pan Pia­ni­sta pie­ścił kla­wi­sze instru­mentu, a wychu­dzony dydelf leżał u jego stóp. Muzyka pły­nęła coraz gło­śniej, a Pan Pia­ni­sta czuł się z dnia na dzień coraz słab­szy. Pot wystą­pił na czoło i skro­nie, gorączka roz­pa­lała ciało. Dydelf Czasz­kin otarł się o jego kostkę i uło­żył wygod­nie obok pia­nina.

* * *

Nie spo­dzie­wa­łam się, że pań­stwo Pota­siń­scy zja­wią się u mnie następ­nego dnia. Pod­pi­sali doku­menty, wszystko zostało zała­twione, nie mieli po co przy­cho­dzić. A już na pewno nie podej­rze­wa­ła­bym, że przyj­dzie tylko ona, na doda­tek cała na czarno.

— Robert nie żyje — rzu­ciła od drzwi i bez pyta­nia usia­dła.

— Pro­szę?

— Mój mąż. Umarł dziś w nocy.

To chyba jakiś żart.

— O mój Boże, to straszne — wydu­si­łam z sie­bie, a po gło­wie bie­gały idio­tyczne myśli. — Czy to… czy to się stało w podróży?

— Nie — odparła Julita Pota­siń­ska. — Umarł w domu, w łóżku. To chyba zawał.

To chyba zawał i naj­więk­szy zbieg oko­licz­no­ści, o jakim w życiu sły­sza­łam. Babce nale­żały się teraz dwa miliony zło­tych. Takie rze­czy po pro­stu się nie zda­rzają. Dwójka roz­trzę­sio­nych ludzi przy­cho­dzi po ubez­pie­cze­nie, a następ­nego dnia jedno z nich umiera na zawał. Pro­wi­zja pro­wi­zją, ale chryja będzie z tego olbrzy­mia. Kon­trole, audyty i wizyty Regio­nala. Widmo mojej potęż­nej kasy odpły­nęło na razie za hory­zont.

— To jest numer konta, na który pro­szę prze­lać odszko­do­wa­nie. — Przy­su­nęła po bla­cie wypeł­niony for­mu­larz o wypłatę środ­ków z polisy.

— Wie pani, to nie tak szybko, naj­pierw ubez­pie­czal­nia wysyła rze­czo­znawcę, jest sek­cja zwłok…

— Tak, tak, rozu­miem. Chcia­łam po pro­stu dopeł­nić wszyst­kich for­mal­no­ści już teraz. Tyle spraw na mnie czeka, pogrzeb, te wszyst­kie doku­menty. Ech…

Dała mi papiery i poszła. Roz­dzia­wi­łam buzię i prze­sie­dzia­łam tak dobre kilka minut, gapiąc się w doku­menty. Pani Julita Pota­siń­ska, kobieta, która wczo­raj wyglą­dała jak sie­dem nie­szczęść, została wła­śnie wol­nego stanu milio­nerką.

 

* * *

Minęło kilka dni. Nie mógł już wytrzy­mać. Pokój wiro­wał, skóra Pana Pia­ni­sty pokryła się cie­niutką war­stewką potu, ciało drżało. Jakieś cho­rób­sko; Bóg wie co.

Czasz­kin lizał go po kostce i cuch­ną­cej skar­pe­cie, spo­glą­dał w górę wiel­kimi śle­piami. Zwie­rzak wie­dział, że musi to nastą­pić. Że muzyka za chwilę ucich­nie. Palce męż­czy­zny zwol­niły, akord wydłu­żył się, roz­cią­gnął w powie­trzu jak guma. Wszystko umil­kło. W miesz­ka­niu Pana Pia­ni­sty po raz pierw­szy od bar­dzo dawna zapa­dła cisza.

Wstał, kolana strze­liły jak kapi­szony. Ledwo się wypro­sto­wał, mię­śnie miał z drewna, krę­go­słup z betonu. Wszystko pie­kło, bolało, stawy bar­kowe nie pozwa­lały unieść dłoni wyżej niż do pasa. Pan Pia­ni­sta usiadł w dywa­nie kurzu i powo­lutku, bar­dzo ostroż­nie uło­żył się na ple­cach. Tępy ból roz­szedł się po ciele, koszula i spodnie cał­kiem prze­sią­kły cuch­ną­cym potem. Trzeba odpo­cząć. Była pierw­sza dwa­dzie­ścia sie­dem.

* * *

Była pierw­sza dwa­dzie­ścia sie­dem, kiedy Jurek obu­dził mnie krzy­kiem.

— Zabiję cię — syczał z małego pokoju, gdzie zro­bi­łam mu kuwetę z kar­tonu po chip­sach. — Zabiję cię. Masz ryj jak klacz, wiesz o tym? No, mam nadzieję, że wiesz.

Zro­biło mi się gorąco. Ni­gdy wcze­śniej nie mówił w ten spo­sób. I skąd on wie­dział, że…

— Wszyst­kie jeste­ście brzyd­kie, wszyst­kie kurwy. Ale ja was zaje­bię, wszyst­kie zaje­bię.

— Jurek! Co ty znowu wypra­wiasz?

— O, jest i nasza pierw­sza klacz Rze­czy­po­spo­li­tej!

— Co? Do kogo ty się odzy­wasz w ten spo­sób?!

— Morda, kurwa, w kubeł! Nie dość, że lituję się nad tobą i żyję z takim szka­radz­twem, to jesz­cze będziesz mi tu pier­do­liła? Ty kla­czo, ty zębata franco. Zamknijże się wresz­cie, ty… ty… kurwo!

— Wyrzucę cię zaraz na dwór… — Łapa­łam powie­trze ury­wa­nymi hau­stami. Co mu się stało? — Jeśli odpła­casz mi w ten spo­sób, to siedź sobie sam, żyj sobie sam. Zdech­nij!

Jurek spoj­rzał na mnie psimi śle­piami i nagle zmie­nił się w akwa­rium pełne oczu. Gałki łypały w moją stronę, prze­le­wały się w szkla­nym naczy­niu.

— Nie robisz na mnie wra­że­nia.

Pod­nio­słam pudełko, a kiedy masze­ro­wa­łam przez pokój, ręce szarp­nęło mi w dół, jakby to, co nio­słam, stało się dzie­sięć razy cięż­sze. Czarne glany roz­biły dno kar­tonu, nogi w dżin­sach wystrze­liły ku pod­ło­dze.

Stał przede mną Damian, z któ­rym byłam przez pra­wie cztery lata. Gęste rude włosy wiły się bez­ład­nie wokół głowy, za mała koszula (tylko takie nosił) cia­sno opi­nała wątłą pierś.

Kiedy ude­rzył, wła­śnie pró­bo­wa­łam powie­dzieć „To nie możesz być ty…” lub coś rów­nie głu­piego. Trza­snął mnie w brodę, odgry­złam maleńki koniu­szek języka. Zabo­lało, jakby rwano go obcąż­kami.

— Czy ty myślisz, że jesteś jakąś moją panią?! Że będę cię słu­chał, głu­pia krowo? — mówił gło­sem Damiana. — Ciesz się, że cię jesz­cze teraz nie zatłukę.

I wyszedł.

Po chwili pobie­głam za nim.

* * *

Noc wciąż wisiała nad mia­stem. Stali na rogu Zgod­nej z Fir­le­jow­ską. Jurek i Julita Pota­siń­ska. Ta sama, któ­rej dwa dni wcze­śniej prze­lano na konto odszko­do­wa­nie za zgon męża. Jurek był teraz wyso­kim bru­ne­tem w brą­zo­wym płasz­czu się­ga­ją­cym ziemi, Julita nie miała maki­jażu i robiła wiel­kie oczy.

Pode­szłam bli­żej, zapar­ko­wane przy ulicy auta dawały względne schro­nie­nie. Nie widzieli mnie albo uda­wali, że nie widzą.

— To jest pana część. — Kobieta podała rekla­mówkę z Bie­dronki. — Czy możemy już do niego pójść? Potwor­nie śmier­dzi.

— Tak, oczy­wi­ście — odparł Jurek i ruszyli w górę ku Łęczyń­skiej. Szłam za nimi.

Szczyle darły się pod prę­gie­rzem, ktoś śpie­wał przy rogu budynku banku. Dwie dziew­czyny o bia­łych wło­sach i spa­lo­nych twa­rzach minęły mnie, recho­cząc.

Jurek i Julita doszli do skrzy­żo­wa­nia, gdzie na awa­ryj­nych cze­kał stary mer­ce­des – podłużny grat z okrą­głymi świa­tłami i rdzą zamiast karo­se­rii. Na sie­dze­niu pasa­żera sie­dział trup pana Pota­siń­skiego.

Kobieta otwo­rzyła drzwi i roz­pła­kała się, zasła­nia­jąc twarz rękoma. Wyglą­dała jak dziecko, które bawiąc się w cho­wa­nego, ukrywa się za złą­czo­nymi dłońmi.

— Odejdź — pole­cił Jurek i ode­pchnął ją na bok.

* * *

W tym samym cza­sie, nie­da­leko ulicy Okól­nej, drugi z dwóch ostat­nich czar­tów w mie­ście śmiał się tak gło­śno, że pobu­dził połowę miesz­kań­ców. Nikt nie wyj­rzał przez okno.

Ubrany był w biały dres, na nogach nosił gumo­filce. Na plecy narzu­cił płaszcz moro, który cią­gnął się za nim po ziemi. Czart miał gładką twarz nie­mow­laka, bez zna­ków szcze­gól­nych, bez wyraź­nych rysów i cha­rak­te­ry­stycz­nego wyrazu. Nijaka, blada.

W ręku trzy­mał suchy patyk, któ­rym machał nad głową jak batutą. Zgod­nie z ruchami dłoni prze­wra­cały się kosze na śmieci, zapa­lały i gasły samo­cho­dowe reflek­tory, pękały klo­sze ulicz­nych lamp. Osob­nik, który nie miał nawet imie­nia, bawił się w naj­lep­sze wśród pisku alar­mów i zgrzytu metalu.

Tań­czył pośrodku ulicy i sikał na auta, pobiegł za noc­nym auto­bu­sem, plu­jąc na szybę obok głowy kie­rowcy. Ku swej ogrom­nej rado­ści dostrzegł gru­bego czar­nego kota, spa­sio­nego przez kucharki baru mlecz­nego. Dopadł go i czar­nym języ­kiem poli­zał mu pysz­czek. Kocur miauk­nął prze­cią­gle i mach­nął łapą, zosta­wia­jąc na twa­rzy czarta trzy czer­wone linie.

Ten zare­cho­tał i wsa­dził zimne palu­chy w oczy zwie­rzaka. Wrzask, pisk, kot wierz­gał nogami. Nie pusz­czał. Zna­lazł sklep mię­sny, wszedł po ścia­nie i nadział swoją ofiarę na szyld w kształ­cie świń­skiego ogonka.

Kilka okien otwarło się z trza­skiem, łysy gru­bas wark­nął baso­wym gło­sem, żeby „zamknąć się i wypier­da­lać”, babka z pod­da­sza gro­ziła poli­cją i ciężką doniczką.

Kocur miau­czał, bił powie­trze łapami, rzu­cał się na wszyst­kie strony. Szyld wszedł głę­boko w ciało.

Czart sta­nął przed skle­pem i wziął się pod boki. Uśmiech prze­ci­nał bladą mordę, ręce błą­dziły po kie­sze­niach płasz­cza. Nie zna­lazł niczego przy­dat­nego, pocho­dził więc uli­cami, nazbie­rał kamieni i usiadł na kra­węż­niku po dru­giej stro­nie ulicy.

* * *

Stawy bolały jak jasna cho­lera, czoło pło­nęło gorączką. Pan Pia­ni­sta nie potra­fił okre­ślić, jak długo leżał, ale był pewien, że sta­now­czo za długo. Zebrał się w sobie i usiadł z powro­tem na wytar­tym tabo­re­cie. Drewno zaskrzy­piało, stopy bez­błęd­nie tra­fiły w pedały. Dło­nie zawi­sły nad kla­wia­turą.

Pierw­szy akord był led­wie sły­szalny, strze­liły stawy, powró­cił ból w pal­cach. Z każdą chwilą muzyka sta­wała się gło­śniej­sza. Pan Pia­ni­sta ode­tchnął, popra­wił się na tabo­re­cie. Wyda­wało mu się, że gorączka spada. Za to Czasz­kin wyglą­dał coraz gorzej. Wychudł jesz­cze bar­dziej, skła­dał się już chyba z samej skóry i wiel­kich oczu. Uło­żył się przy pudle instru­mentu, oparł łebek tuż przy jed­nej z nik­ną­cych w pod­ło­dze strun i zasnął. Tego Pan Pia­ni­sta zazdro­ścił mu najbar­dziej.

* * *

Jurek ode­pchnął kobietę na bok i pochy­lił się nad tru­pem pana Pota­siń­skiego.

— Muszę mu…

Urwał, zato­czył się i upadł. Głowa rąb­nęła o kra­węż­nik, nogi fajt­nęły pod sze­ro­kim kątem. Żółte, tru­pie świa­tło wystrze­liło z oczu, struga moczu popły­nęła po bruku.

— Co pan… Co się dzieje?

Jurek nie odpo­wie­dział, za to zmie­nił się w dziew­czynkę o rudych, spię­tych w kitki wło­sach. Miała całą twarz w pie­gach i mar­twego gołę­bia w ustach. Ręce ner­wowo latały, chod­nik zna­czyła krew z otar­tych dłoni.

Dziew­czynka pró­bo­wała wstać, lecz zanim jej się to udało, zmie­niła się w łysa­wego pie­ska o bez­ro­zum­nym spoj­rze­niu. W Jurka, któ­rego zna­łam i kocha­łam. Julita ucie­kła z krzy­kiem, zosta­wia­jąc otwarte auto i zwie­rzaka w ago­nii. Zbli­ży­łam się, wzię­łam swo­jego dia­bła na ręce i pobie­głam do domu.