Święto ognia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Chlap-chlap-chlap, skaczę sobie po kałużach, a ludzie mijają mnie, panie i panowie, i myślą sobie: o proszę, co to za miła dziewczynka skacze po kałużach, a ja uśmiecham się do nich, no i oni do mnie też, mimo że przecież tak w ogóle to mam dwadzieścia lat i siedzę w domu, na wózku, a ich widzę przez szybę, ale to nie szkodzi, bo skakać po kałużach można wszędzie, nawet w domu, na wózku, i jak się ma dwadzieścia lat, to przecież każdy wie.

Szybko mi się to nudzi, bo lubię, jak się dzieje trochę więcej, no więc odwracam się od tych kałuż i patrzę, co tam się jeszcze dzieje na świecie, czyli tak dokładnie to na podwórku pomiędzy kamienicami. Na mokrym betonie jak zwykle zrobił się ciemny ślad w kształcie ucha, pani Józefina z koralami na szyi pali papierosa w oknie i strzepuje popiół do słoika, a na ławce w rogu pan Spodszóstki czesze swojego włochatego psa.

Tata mówi:

– Królewno, twój uniżony sługa chciałby obwieścić, że śniadanie podano. Czy Królewna łaskawa będzie zjeść, czy sługa ma wrócić i zjeść sam? Bo sługa baaaardzo głodny! – I mnie przy tym gryzie w szyję jak wąż.

Zawsze się ślinię okropnie z tych żartów i teraz też, więc tata wyciera mnie, a potem przynosi i stawia przede mną, i zaczynamy jeść. Jeszcze się trochę ślinię, bo on jest naprawdę śmieszny, to najśmieszniejszy tata na świecie i chociaż innych nie znam, to tyle akurat wiem.

Jest ser żółty z chlebem i musztardą, i rzodkiewką, ale rzodkiewkę to raczej wypluwam, a jak tata się zaczyna niecierpliwić, to wypluwam jeszcze bardziej – to nasza ulubiona zabawa.

***

Nazywam się Anastazja Łabendowicz, mam dwadzieścia lat, starszą siostrę, jeszcze starszego tatę, telefon iPhone pięć używany, własne zdjęcie z gór w ramce, komputer z internetem, sporo dosyć komiksów i dwadzieścia kasztanów, bo tata przynosi mi jeden w każdą jesień, od kiedy jestem na świecie.

Moją ulubioną częścią mnie są włosy. Kolor taki, jakby masło kakaowe trochę wymieszać z mlekiem i potem rozciapkać dosyć grubo na kartce. Takie są moje włosy. Długie, prawie do pasa. Łucja umie robić warkocz, zwykły albo dobierany, i jak przychodzi, rozczesuje mi te moje długaśne kudły, jak je sama nazywa, a potem splata na nowo, pięknie i ciasno. Opowiada mi przy tym różne rzeczy, które i tak przecież wiem.

Na drugim miejscu są oczy. Duże i wyraźne, tata mówi, że strach ludzi do mieszkania wpuszczać, bo się będą masowo we mnie zakochiwać, a on już nie ma gdzie zakopywać tych wszystkich, co się zakochali do tej pory i ich musiał potem ukatrupić, bo przecież jestem tylko jego. Rano są w sumie niebieskie, w dzień bardziej zielone, a wieczorem znowu niebieskie, chyba że w łazience pod żarówką – to wtedy nie wiadomo jakie.

Jestem nie za bardzo wysoka, ważę mało, skórę mam jasną i chyba się mogę podobać, tak myślę. Mam poroże mózgowe od na zawsze, ale to nie szkodzi, bo dzięki temu jestem piękna i wyjątkowa, mówi tata, a tata ma zawsze rację, nawet jak trochę nie ma, na przykład kiedy przewiduje wynik jakiegoś meczu i nie ma racji, to nawet wtedy ma.

***

Przejeżdżam do salonu. Tutaj okna wychodzą na ulicę Kruczą, gdzie ciągle rozgrywają się rozmaite wyścigi i dosyć lubię czasem komuś kibicować, chociaż naprawdę w tych wyścigach to nikt nie wygrywa, nie wiem nawet, po co się oni wszyscy ścigają – może to po prostu miłe czy coś. Wszystko tu jest tak znajome, że aż moje, okno i parapet, i przejście dla pieszych, trzy drzewa, sklep spożywczy i kawałek kawiarni, bo całej niestety nie widzę, chyba że się mocno wychylę, ale toby mi musiała Łucja pomóc, i światła nad skrzyżowaniem, i ten gołąb, co ląduje właśnie na parapecie, też jest znajomy i mój.

Drap-drap-drap, drapią małe nóżki gołębia o parapet, kiedy tak patrzę zza szyby, a ten gołąb jest szaro-fioletowo-szary i wcale mnie nie widzi, bardzo są te gołębie czasem głupawe. Przechyla łepek i obserwuje ulicę, jak ja.

Wszyscy gdzieś jadą albo idą, albo tak jakby podbiegają, tylko tak, żeby nie było widać, że podbiegają, a jakiś chłopak na rowerze przystaje i poprawia sobie torbę na ramieniu, jest wysoki i szczupły i ma krótkie włosy i tatuaż kolorowy na szyi – zastanawiam się, czy może na mnie spojrzy, ale nie spogląda, rusza dalej, kiedy tylko czerwone jest z powrotem zielone. Gołąb odlatuje, może go przestraszyłam, ale to nie szkodzi, przyleci jeszcze, jak nie ten, to inny – ja się stąd nigdzie nie ruszam.

***

Łucja pewnie siedzi w autobusie, może już nawet wysiadła i idzie mokrym chodnikiem, cała po swojemu lekko-zgrabna, może skręca w ulicę Moliera i spotyka znajomych, może z kimś nawet zapala papierosa, o czym mi nie powie. Zaraz się przebierze i wejdzie do sali prób, gdzie są lustra, zapach drewna i szum jarzeniówki, która brzmi, jakby owada złapać w słoik.

Każdy jej dzień jest dokładnie taki sam, tylko ma inną nazwę, nie to co u mnie, bo ja zawsze mogę liczyć na coś ciekawego, co się wydarzy na podwórku albo na Kruczej, albo w którymś z moich innych żyć, i czasem to dosyć współczuję Łucji, że ona musi być tylko w jednym, swoim, bo to chyba przykre.

Szur-szur-szur, robi tata, a dokładnie zmiotka w rękach taty, kiedy zamiata tata podłogę obok mnie, za mną i znów obok mnie. Zamiata często, bo dużo gubię i kruszę, i rozrzucam, choć bardzo, bardzo się staram, żeby nie.

– Przed chwilą tu był gołąb, ale już odleciał, taki szaro-fioletowo-szary, trochę śmieszny, wiesz?

– No, smakowało ci, tak? Tylko ta rzodkiewka…

– Gołąb! Nie rozumiesz? Gołąb, tato!

– No wiem, nie lubisz, jak zamiatam. Już kończę.

Wzdycham rozczarowana, bo zawsze wygląda to tak samo, ale ciągle próbuję, no bo myślę sobie, że on kiedyś się zmieni, że zacznie słyszeć to, co mówię, a nie to, co wydaje mu się, że mówię, no ale trochę już na tym świecie żyję i trochę wiem, dlatego obawiam się, że mężczyźni są generalnie chyba raczej uparci.

To jest zresztą dosyć przykre: że chcesz coś zrobić, a robisz coś innego. Na przykład chcesz powiedzieć: „Ja przecież lubię rzodkiewkę, tylko tak się wygłupiam”, a prychasz przez zęby, strzelając sobie śliną na spodnie. Chcesz chwycić łyżkę, a zrzucasz talerz ze stołu. Chcesz wstać – nie wstajesz. I tak przez cały dzień.

Na szczęście jest ktoś, kto potrafi zajrzeć poza to prychanie i stękanie, poza te jęki, za którymi jestem przecież prawdziwa ja. Pamiętam pierwszy raz, kiedy to się stało. To było dawno temu, kiedy ja miałam chyba jakoś tak około pięć, a ona piętnaście lat, usłyszałam, jak krzyczy do taty, który był w pokoju:

– Ona mówi, że nie lubi tego swetra, co dostała na urodziny!

Tata przyszedł, czyli bardziej przybiegł, i spojrzał na nią, na mnie i na nią.

– Co?

– No mówi, że nie lubi tego swetra.

Tata ściągnął mi sweter – którego rzeczywiście nie lubiłam – a ja, zapominając całkiem o tym swetrze i w ogóle o wszystkich swetrach świata, miałam ochotę rzucić się Łucji na szyję i pocałować ją całą od oczu po nogi, bo to było prawie tak, jakbym się dowiedziała, że jednak jestem zdrowa.

Od tamtej pory Łucja pracuje jako tłumaczka z języka mojego na polski. Wiem, że tata z początku był o to zazdrosny, bo to on chciałby być tym wyjątkowym, jedynym na świecie człowiekiem, który rozumie, co mówię, no ale niestety, nie każdy może być wyjątkowy, bo wtedy to by nie miało sensu, co nie?

Czasami oczywiście udaje nam się dogadać, ale bardziej ściskaniem i oczami, i głównie moim dżojstikiem, kiedy pokazuję mu litery na ekranie, ale tak, żebym ja coś mówiła, a on odpowiadał i ja odpowiadała, to nie.

***

Łucja jest już pewnie w sali prób i patrzy w lustro. Ma włosy krótsze niż ja, wygodniejsze, nosi je często uwięzione w jakichś gumkach i spinkach, makijażu nie używa, czasem tylko jakiś lekki.

Codziennie przychodzi przed wszystkimi. Rozwija zieloną taśmę, podkłada pod palce i naciąga, a przy tym rusza stopą w przód i na boki. Winylowa wykładzina jest chłodna i szorstka, i twarda, i pokrywają ją blade ślady po tych wszystkich rzeczach, których nazwy umiem powiedzieć tylko w głowie: fouetté, entrechat albo pas assemblé. W narożniku stoi fortepian, co wygląda jak wielki przyczajony zwierz.

Lustra są na dwóch ścianach, od podłogi po sufit, i gdzie popatrzeć, tam ona: mnóstwo metrów kwadratowych mojej siostry. Na zewnątrz po ulicach chodzą ludzie, co zmieniają sobie hobby i myśli, i poglądy jak opony, z zimowych na letnie i z powrotem, dzisiaj tacy, jutro inni, i w kółko czekają, aż w ich życiu znowu coś się wydarzy, a ona, Łucja Łabendowicz, robi to samo, co robiła wczoraj, tydzień temu, rok temu, i co będzie robić jutro, za dwa lata, za pięć.

Może staje właśnie przy drążku i powtarza plié, schodzi coraz niżej, ma Prosteplecy! i Kolananazewnątrz!, a potem robi różne inne ćwiczenia, które zna na pamięć i które ja znam na pamięć też. Za godzinę usłyszy głosy pozostałych tancerzy, którzy się będą schodzili długim holem i wreszcie otworzą się białe drzwi na środku ściany bez luster, wejdą Witalij, Monika, Yoko, Robert i Elwira, a potem kolejni, sala zacznie się zapełniać i nie będzie należeć już tylko do Łucji, rozbiegną się po niej głosy, śmiechy, westchnienia, klaskanie przybijanych piątek. Kolejne torby odkładane przy ścianie, znajome twarze i stopy. Yoko pewnie przytuli się do Łucji po swojemu, na chwilę, od tyłu, bo czasem tak robi i to jest bardzo miłe, fantastyczne, nie wiem, czy Łucji to się podoba, ale mnie na pewno.

 

Podczas lekcji moja siostra będzie się skupiać na słowach pedagog Kownackiej i wykonywać ruchy na chwilkę przed innymi: stanie tak, żeby Kownacka zawsze ją widziała, i w każdą figurę wciśnie tyle siebie, ile zdoła zmieścić, tak jakby to nie była lekcja ani nawet próba, tylko występ na scenie, bo z Łucją tak właśnie jest: jej się wydaje, że zawsze musi się starać, że zawsze wszyscy patrzą, że zawsze jest na scenie.

***

Potem jemy obiad, znaczy ja i tata. Jest marchewka z sosem i z ziemniakami, i z kotletem, i marchewkę to naprawdę lubię, a wręcz uwielbiam, ale kotleta raczej wypluwam, ale w końcu zjadam. Na deser dwie tabletki rozluźniające mięśnie i ciastko czekoladowe, okrągłe i miękkie, czyli najlepsze. Potem wracam do siebie. Mój pokój pachnie wywietrzeniem, bo na zewnątrz jest dzisiaj akurat trochę chłodno, a poza tym pełno w nim słońca. Przy ścianie po prawej stronie stoi moje łóżko na pilota, z którego się najpierw bardzo cieszyłam, ale teraz to już mi się trochę znudziło, bo ile można tak jeździć, góra-dół, góra-dół. Łóżko mam przykryte bardzo miłym, ulubionym moim kocem, czerwonym z frędzelkami na dwóch krótszych bokach, co go nazywam Stefan, ale nie mam pojęcia dlaczego. Po prostu jak go zobaczyłam, kiedy go tata przyniósł ze sklepu, to pomyślałam: Stefan. Na kocyku leży dosyć mocno wytarta poduszka, którą przywieźliśmy znad morza i której nie pozwalam wyrzucać, no i wałek z wypustkami, co go nie lubię bardzo, bo boli.

W rogu mam krzesełko toaletowe, ale to tylko do sytuacji nagłych, bo normalnie to załatwiam się w łazience, z niestety pomocą taty, dalej dwie piłki do ćwiczeń, plakat Wonder Woman w ramce, którego od pół roku nie zawiesiliśmy, bo ciągle się zastanawiam gdzie, a jeszcze obok złożony na płasko chodzik do ćwiczeń. W drugim rogu przy drzwiach jest moje ulubione miejsce w całym pokoju, czyli taki mały stolik na superkrzywych nóżkach, a na nim wielka monstera, którą sama – przy pomocy taty – podlewam. No i jeszcze białe biurko, komputer, a wyżej półka z komiksami i książkami, chociaż ogólnie to najwięcej słucham audiobooków, ostatnio na przykład Narnię siódmy raz.

Lubię bardzo komputer, a dokładnie internet, do którego wchodzę specjalnym dżojstikiem i w którym oglądam wspaniałe rzeczy. Na przykład super jest taka strona, co na niej są same zdjęcia kałuż występujących w różnych filmach, albo taka, gdzie można rozmawiać ze sztucznym rozumnym rozumem (nazywa się cleverbot), i też jeszcze inna, na której oglądam zdjęcia starych śnieżyc i się potem cieszę, że nie muszę być w tamtych czasach i w żadnej śnieżycy. Internet naprawdę jest świetny.

Tata mówi:

– Uniżony sługa chciałby zapytać, czy Królewna gotowa na codzienne Fikumiku, albowiem uniżony sługa już doczekać się nie może. – I nagle z okrzykiem łapie mnie za lewą stopę, a ja piszczę i prycham.

Fikumiku inaczej nazywa się rehabilitacja, ale to każdy wie. Kiedyś w celach Fikumiku przychodził pan Antek, dosyć fajny, ale drogi. Kosztował sto dwadzieścia złotych i nic się z tym nie dało zrobić. A ponieważ przychodził codziennie, to tata to sobie bardzo dokładnie wyliczył i zapisał się na kurs masażu, a potem jeszcze na terapie manualne, i jak już zrobił to wszystko, to powiedział panu Antkowi, że w poniedziałek już nie będzie musiał przychodzić.

Więc teraz moim panem Antkiem jest tata, co ma swoje duże plusy, głównie to, że jest za darmo. Ćwiczymy bardzo mocno, półtorej godziny dziennie to co najmniej, bo jakbyśmy nie ćwiczyli albo ćwiczyli mniej, to stałoby się to, co się ogólnie przez lekarzy nazywa Szkodagadać.

Jak ćwiczę, to prawie zawsze myślę o Łucji i o tym, że ona też w tym czasie pewnie ćwiczy, i wyobrażam sobie, że robimy to razem, obok siebie, i zerkamy: ona na mnie, ja na nią, i w pewnej chwili ja się poruszam tak jak ona, a ona jak ja, zamienione rolami, bo przecież jesteśmy siostrami i w sumie to można powiedzieć, że robimy dokładnie to samo, tylko że ja przy pomocy taty, a ona przy pomocy siebie. Obie się siłujemy ze swoim ciałem i próbujemy je zmusić do czegoś, czego ono wcale nie chce, ale nie wiem, może to po prostu o to chodzi w życiu.

***

Potem tata wraca do swojej pracy, a ja znowu patrzę na podwórko i czekam, bo może Mateusz będzie przechodził, ale to jeszcze raczej nie jego godzina, za to pani sprzątaczka – ta nowa – pojawia się z wiaderkiem na kółkach, mopem i wózkiem najeżonym ścierkami oraz psikadłami i nagle przystaje w tym jedynym miejscu, gdzie jest słońce, zostawia wszystko na ziemi, podnosi głowę z zamkniętymi oczami i po prostu sobie jest. Łapie słońce, a ja patrzę na nią i powoli zaczynam czuć to ciepło na twarzy i zmęczenie w nogach, ale dość szybko przerywa nam pan Spodszóstki, który wychodzi właśnie z psem na spacer, a ja natychmiast spostrzegam, że sobie kupił, albo może dostał, nowe buty. Białe, sportowe i piękne, nigdy takich nie miał, pewnie się cieszy z takich butów. Kłania się pani sprzątaczce, ona kłania mu się nawzajem i spłoszona, że ją przyłapano na takim bezwstydnym po prostu byciu, zbiera wszystkie swoje urządzenia, a kiedy się podnosi, dostrzega mnie i jest mi nagle gorąco na całym ciele. Macha do mnie i ja też próbuję jej pomachać, co się kończy tym, że cała wierzgam na prawo, a głowa odwraca mi się do ściany, ale to nie szkodzi, nie szkodzi.

Kiedy znika w sąsiedniej klatce, patrzę jeszcze przez chwilę, bo zawsze jest szansa, że Mateusz jednak wróci wcześniej i przejdzie pod moim oknem, a tego tobym naprawdę nie chciała przegapić, ale w końcu trochę mi się zaczyna nudzić, bo ja to jednak lubię, jak się dużo dzieje. Po paru nieudanych próbach włączam audiobooka i dosłuchuję do końca rozdziału i potem jeszcze następny rozdział, a potem, szumiąc silniczkiem, jadę do salonu, gdzie tata pracuje, cicho podjeżdżam do okna i mu nie przeszkadzam.

Jest już późno, za szybą trwają wyścigi powrotne, kto ostatni w domu, ten przegrał. Przed przejściem stoją dwaj panowie w garniturach i z komórkami, a za nimi jest kurier z małą paczką, który nosi wielkie dredy spięte w kok. Myślę sobie, że może na mnie spojrzy, ale nie patrzy, tylko idzie dalej, bo też bierze udział w wyścigu.

Później wracam do siebie i nagle pik-pik, oznajmia domofon – to Łucja wchodzi na klatkę schodową, a potem otwiera drzwi kluczem, wita się z tatą, myje ręce i wchodzi do mojego pokoju: ma sto siedemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, jest gładka, jasna, szczupła i prawie tak ładna jak ja.

Całuje mnie w nos, co jest trudne, bo nos dość często mi się rusza razem z resztą głowy, ale ona jest szybka, potrafi trafić w mój nos z każdej pozycji, jest jak ci ludzie na filmach, co strzelają do rzucanych talerzy. Siada na moim łóżku, podnosi nogi i je prostuje, marszcząc trochę Stefana, i ziewa. Pytam, co dzisiaj robiła.

– Same nudne rzeczy.

– Współczuję. Tutaj tyle się działo.

– Opowiesz mi?

– No pewnie.

I opowiadam.

***

Wychodzi jak zawsze za wcześnie, a tata siada tam, gdzie ona, bo czasami liczy, że jak to zrobi szybciutko i usiądzie w tej samej pozycji, to zacznie rozumieć więcej z mojego języka, ale to tak nie działa. Żeby być Łucją, trzeba być Łucją, nie tatą.

No więc rozmawiamy trochę, on sobą, a ja komputerem, i jest dosyć śmiesznie, no i okna się robią ciemne, a tata aż się pali do rozpoczęcia Naszego Wielkiego Wieczoru, bo dzisiaj będziemy jeść chipsy i oglądać mecz.

Czyli najpierw myjemy się mokrymi chustkami i robimy wszystkie te nieprzyjemne rzeczy typu maści i leki, ale wreszcie siadamy sobie razem na kanapie, tata podaje mi Stefana, a sobie bierze jakiś swój zwykły koc, który nie ma imienia, pomiędzy nami stawia wielką miskę z chipsami o dwóch smakach i nalewa do szklanek piwo bezalkoholowe, które mi nie za bardzo smakuje, ale chyba nie o to chodzi, że ma smakować, tylko żeby było fajnie.

Oglądamy, ale muszę przyznać, że tylko trochę patrzę na mecz, a bardziej na tatę, na jego dłonie, szorstkie i duże, na szyję z malutkim czerwonym śladem po goleniu i na cienkie białe włoski, które mu rosną w uchu.

Mój tata kiedyś myślał, że nigdy nie będzie miał dzieci, a to głównie dlatego, że mu się wydawało, że nie wytrzyma codziennego strachu o nie. No i tak żył. Ale poznał mamę, a wiadomo, co się dzieje w takich sytuacjach. Więc kiedy już było jasne, że urodzi się Łucja, to zaczął się bać na całego. Wydawało mu się, że na pewno coś pójdzie nie tak. Zaczął czytać o różnych chorobach i problemach dzieci w brzuchach, powtarzał pod nosem liczby, które mu mówiły, jak będzie. Bał się od rana do wieczora, w domu i pracy, w dni ciepłe i w dni zimne, sam, w towarzystwie, nawet przez sen się bał. Gdyby organizowano zawody w baniu się, mój tata dostawałby złote medale.

Ale pomyślał, że to czytanie o wszystkich możliwych chorobach świata, z którymi może się urodzić jego dziecko, to przecież jakby kuszenie losu, więc przestał czytać i bał się, że może czytał niepotrzebnie.

Najbardziej bał się w dzień porodu, wtedy strach rzucał nim po korytarzu szpitala jak piłeczką. Ściana, ściana, drzwi, ściana, okno. Ale Łucja urodziła się zdrowa. Wrzeszczała i kopała powietrze, jakby ze wszystkich sił chciała mu powiedzieć: „No już, już wszystko będzie dobrze”. Potem tata oczywiście bał się dalej, ale nauczył się z tym żyć: rano chował strach do kieszeni i szedł do pracy, potem wracał do domu, wyjmował go i kładł na szafce nocnej, żeby tylko patrzeć na niego przed zaśnięciem.

A później, kiedy Łucja miała dziewięć lat i okazało się, że mama znowu jest w ciąży, wszystko wróciło i tata znowu się bał, że coś będzie nie tak. No i może tego bania się już było za dużo, strach taty zatkał coś w mamie i tlen nie doszedł gdzieś, gdzie powinien dojść, bo urodziłam się z porożem mózgowym. Specjalnie mówię źle, tata to wymyślił – porażenie to jest bardzo brzydkie słowo, okropne, takie słowo na zawsze, a poroże to przecież coś pięknego.

No więc byłam już ja. Taka właśnie. Przyniosłam ze sobą płacz, ciszę i leżenie w nocy z otwartymi oczami. Ale tacie wreszcie ulżyło. Mógł się przestać bać. Od czasu, kiedy jestem na świecie, mój tata jest szczęśliwy.

***

Po meczu jeszcze trochę mi pozwala posiedzieć, zanim pozmywa i wszystko pochowa. Patrzę na podwórko, na którym dużo jest teraz odgłosów, a dokładnie to ktoś się gdzieś kłóci, ktoś ogląda głośno telewizor i jeszcze ktoś kaszle. Z klatki wychodzi córka państwa Spoddwójki i gdzieś sobie idzie, a ja się zastanawiam, jak to jest tak sobie gdzieś iść. To musi być dopiero coś. Myślisz sobie: pójdę w lewo i idziesz w lewo, albo myślisz: pójdę tam i idziesz tam, albo myślisz: pobiegnę sobie trochę! i sobie biegniesz. Rewelacja.

Poza tym za jednym z okien łysy pan siedzi przy komputerze i mówi do niego, podpierając na rękach worki pod oczami, a piętro niżej je na stojąco zupę jakaś dziewczyna w pośpiechu i ładnej kolorowej bluzce. Pani Józefina znowu pali papierosa w oknie, jakby się nudziła, strzepuje popiół do słoika i wypuszcza dym przed siebie, ale tak trochę do góry, i jest naprawdę wspaniała.

Dawno już postanowiłam, że kiedyś będę właśnie taka jak ona. Będę nosiła korale, będę dużo wiedziała o świecie, te miłe rzeczy i te mniej miłe też, będę trochę już stara, ale pięknie stara, i będę sobie palić papierosy w oknie i nikt mi nie będzie mógł nic zrobić. Taki jest mój cel.

No ale na razie to muszę iść spać. Tata mnie smaruje i przebiera w pidżamę, co zajmuje dużo czasu, bo trochę ważę, a potem daje jeszcze tabletki i zostawia lampkę. Bez zostawionej lampki byłoby zupełnie ciemno.

– Dobranoc, Królewno. Jutro kolejny piękny dzień.

Mówię mu, że cieszę się, że ta jego drużyna wygrała, a on kiwa głową, jakby rozumiał, i szepcze:

– Śpij dobrze.

Zostawia mnie, ale słyszę wszystko, co robi po wyjściu z pokoju. Stara się zachowywać jak najciszej, kiedy z szafy w korytarzu wyjmuje swoją starą skórzaną torbę na ramię, kiedy sięga po buty do dolnej szuflady, kiedy zakłada je z wyrwanym z płuc stęknięciem i kiedy siada, taki gotowy, w butach, z torbą, na kanapie, żeby w bezruchu odczekać pół godziny, może trochę dłużej, aż zasnę.

 

Tata boi się przy tym, że podczas jednej z tych nocy obudzę się, że będę go potrzebować, zakrztuszę się śliną albo spadnę z łóżka, a jego nie będzie tutaj, no bo będzie tam. Zaraz wejdzie do mnie, żeby sprawdzić, czy śpię, a ja udam, że tak właśnie jest. Czekamy oboje. Jestem coraz lżejsza i lżejsza, pomiędzy sekundy wkrada się coraz więcej przerw, aż w końcu, wykręcona pod kołdrą w wielki znak zapytania, zasypiam, a chwilę później tata zamyka za sobą drzwi wejściowe na klucz.