Topiel

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

DAREK

Po raz pierwszy słowo na „P” padło w domu Woźniaków właśnie w sobotę, w porze obiadowej. Nie dalej jak kwadrans wcześniej Darek, wywołany po raz trzeci przez mamę, by skończył wreszcie z tym graniem i pomógł w kuchni, westchnął ciężko, odłożył pada i podniósł się z fotela. Na ekranie telewizora King, wrestler w masce jaguara, którego Darek wybierał zawsze, bo kojarzył mu się z Tygrysią Maską z jednej z jego ulubionych japońskich animacji, tryumfował nad Paulem Phoenixem, porywczym amerykańskim judoką o postawionych na sztorc blond włosach. Dwie rundy i do piachu, jak mawiał czasem Grzesiek. Druga bez przyjęcia nawet jednego ciosu.

– Wyłączyłeś telewizor? – zapytała mama, gdy z ociąganiem zameldował się w kuchni.

– Nie, bo zaraz będę grał dalej – odparł, jednak zorientował się, że to „zaraz” jest na wyrost, bo mama wyjęła spod zlewu brudne od ziemi wiaderko, co oznaczało, że będzie musiał zejść do piwnicy, przynieść ziemniaki i pewnie je jeszcze obrać. Westchnął ciężko.

– A nie może być z ryżem? – zapytał.

Mama nawet nie odwróciła głowy znad zmywanych naczyń.

– Im szybciej pójdziesz, tym szybciej zrobisz i będziesz miał wolne.

– I będę mógł pograć?

– Zobaczymy, co powie tata.

Czyli nie, pomyślał, łapiąc za wiaderko. Tata wyszedł rano, więc później będzie chciał posiedzieć przed telewizorem. Albo nawet nie, bo będzie zmęczony i nic mu się nie będzie chciało, ale zwali się na kanapie zamiast w sypialni i wszyscy będą musieli wyjść ze stołowego, by mógł się zdrzemnąć. Słowem: jak się nie odwrócić, dupa z tyłu. Tak czasem mówiła mama, gdy coś jej nie szło.

Chociaż niekoniecznie. Tata czasem bywał nieprzewidywalny, nawet ze dwa razy stał i patrzył, jak Darek gra w Raymana czy Crasha. Z jakiegoś powodu te krzykliwie kolorowe, nieco dziecinne platformówki z karykaturalnymi postaciami sprawiały mu przyjemność. Kacper powiedział kiedyś, że pewnie się napawa, bo wreszcie ma telewizor w kolorze, co najlepiej właśnie widać na tych grach, ale co on tam wie. Jego stary ma go gdzieś, więc pewnie zazdrości.

Może dziś będzie właśnie tak jak wtedy, gdy w którąś niedzielę po obiedzie znowu leciało Rio Bravo i ojciec rzucił: „Dobra, zagrajmy w coś na tym twoim cudzie. Tylko bez bijatyki”. Darek odpalił Crasha i potem śmiali się wszyscy z tego, jak ojciec raz za razem spada z platformy i nie radzi sobie z padem przy skakaniu.

Myśląc o tym, zszedł na poziom klatki i już miał wejść do piwnicy, gdy zobaczył, że stoi tam woda. Niezbyt wysoka, może na centymetr, dwa, ale podmywała już drzwi wiodące do poszczególnych komórek i tych do suszarni. Zapach wilgoci nie był jeszcze wyczuwalny, a przynajmniej nie na tyle, by zwrócić czyjąś uwagę. Czyli woda podeszła dopiero co.

– O cholera – mruknął chłopiec, widząc unoszącą się na powierzchni różową trutkę na szczury. W pierwszej chwili pomyślał o swoim rowerze i desce z logo Batmana, stojących za drzwiami zbitymi z desek, zaraz jednak przypomniał sobie o ziemniakach. Czy mógł je wziąć, skoro pewnie też już pływały w tej samej wodzie co trutka? Tyle że jeśli poleci na górę i powie o zalanej piwnicy, matka pewnie każe mu zaraz wynosić stare książki. Ostatnie, na co Darek miał ochotę, to targanie na czwarte piętro książek, których nikt nie czyta. Niech zgniją!

Zszedł po dwóch stopniach, ale się rozmyślił i wrócił na górę.

– Mamo, piwnica jest zalana – ogłosił już w progu. – Wszystko stoi po kostki w wodzie.

Mama wychyliła się z dużego pokoju, dając mu znak, żeby umilkł, i dopiero wtedy zobaczył w jej ręce słuchawkę bezprzewodowego telefonu. Głośność jak zawsze miała wyregulowaną tak, że nawet Darek słyszał głos rozmówcy. Rozmawiała z tatą.

– Mówię ci, tama tutaj trzeszczy w szwach, a woda idzie też z gór. Niektóre domy już zalane, ewakuują ludzi. – Ojciec mówił głośno, by przekrzyczeć szum za nim.

Darek zastanawiał się, skąd dokładnie tata dzwoni i czy używa tego przydzielonego mu telefonu komórkowego, który rzadko kiedy działał, więc zazwyczaj po prostu leżał w biurze.

– Jezus, kiedy dojdzie do nas?

– Ta woda nie dojdzie, ona na Prudnik idzie. Jak Białka?

Matka podeszła do drzwi balkonowych, położyła telefon na parapecie i na kilka sekund wyszła na deszcz. Gdy wróciła, na twarzy miała kilka dużych kropel, jak gdyby płakała.

– Wzburzona cały czas, ale jeszcze się nie przelała. Krzysiek... może my też powinniśmy się ewakuować?

Tata Darka się roześmiał. A może to były tylko trzaski na linii?

– Jesteś na czwartym piętrze, powódź nic ci nie zrobi.

Darek dopiero wtedy zorientował się, że wciąż trzyma wiaderko. Postawił je na podłodze.

Powódź, pomyślał z ekscytacją. Idzie powódź.

KACPER

Musiał dobiec do klatki, bo gdy był w połowie drogi, znowu zaczęła się ulewa. Gwałtownie, bez ostrzeżenia czy przejściowej mżawki. Zawiało i jak na sygnał lunęło tak, że gdy wpadł na schody, mało się przy tym nie wywracając, dosłownie się z niego lało. Wokół jego butów utworzyła się już kałuża, a cienki strumyczek popłynął w dół po schodach wiodących do piwnicy. Zauważył w niej wodę, jednak nie przejął się tym specjalnie, bo ich piwnicę mama oddała sąsiadowi, gdy zadeklarował, że połączy ją ze swoją i zrobi siłownię. Zwlekał z tym długo, ostatecznie nie zrobił, za to trzymał w ich piwnicy słoiki i inne takie. Ojciec miał się postawić, ale ciągle zapominał, aż w końcu zapomniał na dobre. A matka... No cóż, ona nie stawiała się nikomu.

Przed wejściem do mieszkania, po lewej stronie drzwi, zobaczył męskie półbuty. Skórzane o przytartych czubkach i zagniecionych tyłach, z guzełkiem na jednej z dwóch cienkich sznurówek. Ułożone równo ani chybi odpowiadały za brudne ślady na owijającej wycieraczkę szmacie.

Pierwszą myśl, tę mimo wszystko entuzjastyczną, Kacper nie tyle stłumił, ile prawie z miejsca spróbował wyprzeć. To nie mógł być ojciec, bo nigdy nie nosił podobnych butów, a poza tym nie zostawiłby ich na zewnątrz. On tak nie robił, chyba że...

„Może ma tam kogoś, twój stary w sensie” – przypomniał sobie słowa Józka i to, jak go wtedy ubodły. Bo kiedyś już o tym myślał. Co, jeśli ojciec tak się przyzwyczai do tego swojego „tam”, które zajmuje mu coraz więcej czasu i wyraźnie go zmienia, że zapomni o „tu”? Co, jeśli te właśnie buty, takie inne, to właśnie nowy on?

Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się tej myśli, ale wtedy niczym w upiornym kalejdoskopie pojawiła się straszniejsza. Co, jeśli to ktoś z papierni?

Już miał zamiar odwrócić się i zwiać, gdy jednak się przełamał, zaszurał mokrymi podeszwami o wycieraczkę i położył dłoń na klamce. Odetchnął głęboko, po czym wszedł do mieszkania.

Tożsamość gościa zidentyfikował już w przedpokoju, jeszcze zanim usłyszał jego głos. Zapach bijący od ociekającej na wieszaku kremowej wiatrówki, aromatyzowanego tytoniu i ostrej, słodkawej wody kolońskiej kojarzył mu się tylko z jednym człowiekiem, a on nie widział go od tak dawna, że wręcz zapomniał, jak się stęsknił.

– Dziadek? – zawołał.

– W stołowym. – Usłyszał w odpowiedzi głęboki, chrapliwy męski głos.

Na kanapie, przy niskiej ławie z przeszklonym blatem siedziała Anna Matwiejczak, mama Kacpra, a niemal naprzeciw rozpostarty w fotelu rosły, siwy mężczyzna z gęstymi wąsami barwy popiołu i nienaturalnie niebieskimi oczami. Mama miała je właśnie po nim i u niej wyglądały ładnie. U niego niepokojąco.

Na widok Kacpra mężczyzna uniósł się, uśmiechnął szeroko i rozłożył ręce. Zaraz jednak się zmitygował i zamiast tego wyciągnął dłoń.

– W sumie to jesteś już taki chłop, że nie wiem, jak się z tobą witać – powiedział. – Nie chciałbym ci zaraz na wejściu narobić wstydu.

– Cześć, dziadek. – Kacper zrobił krok w stronę mężczyzny, ale w tym momencie zorientował się, że nie zdjął butów. Zerknął na matkę, a ta machnęła ręką.

– Już i tak naniosłeś – stwierdziła. – Wejdź, zaraz pościerasz.

– Jasne – odparł Kacper i już bez skrupułów wszedł na wykładzinę i najpierw podał dziadkowi rękę, a potem pozwolił się uścisnąć, czując to powitanie każdym trzeszczącym żebrem. Dziadek Zbyszek był bowiem nie tylko potężny, niewiele mniejszy od Mietka, ale i naprawdę silny. Całkowite przeciwieństwo ojca spoglądającego ponuro ze zdjęć nad telewizorem, chudego typa o za szybko rzednących włosach.

– Gdzie byłeś? – zapytała matka, ale nim zdążył odpowiedzieć, wtrącił się dziadek:

– Daj chłopakowi spokój. Wakacje ma, nie? Kacper, idź do siebie, coś ci tam zostawiłem na biurku.

– O, fajnie, dzięki.

Mama miała przez moment taką minę, jakby chciała się wtrącić, może zaprotestować, jednak tylko opuściła wzrok.

– Lilki nie obudź – powiedziała, sięgając po stojącą przed nią filiżankę herbaty. – Pani Ola zostawiła ją u nas, więc położyłam ją u ciebie. I krzesła jej nie odsuwaj.

– Jasne.

Przeszedł do łazienki, rozebrał się, uprzednio opróżniając kieszenie, i wrzucił wszystkie ciuchy do plastikowej miski. Z wieszaka zdjął szlafrok ojca, włożył go i przeszedł do pokoju. Akurat złapał za klamkę, gdy stanął za nim dziadek.

– Musimy pogadać – powiedział cicho mężczyzna.

Wszedł do pokoju za wnukiem, zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie plecami.

– Trochę się nie widzieliśmy, nie? – powiedział, uśmiechając się półgębkiem. – Ale stare zasady obowiązują, pamiętasz?

Chłopiec niechętnie skinął głową i z nerwów mocniej zacisnął paski szlafroka.

– No to co się wydarzyło wczoraj?

Kacper pociągnął nosem, odgarnął włosy i odchrząknął.

– Skąd wiesz? – zapytał piskliwie.

– Ja zawsze wiem, nie pamiętasz?

 

Kacper pamiętał. Dziadek zawsze dużo wiedział, ale dziś odpowiedzenie sobie na pytanie, skąd tym razem ma informacje, po chwili namysłu nie wydawało mu się takie trudne.

– Byłeś w Zaciszu?

– Kto tu kogo przesłuchuje, co? – Dziadek zaśmiał się cicho, po czym odchrząknął i dodał już poważnie: – Mieliście szczęście, Kacper. Cholerne szczęście, bo mogło się skończyć nawet policją. Ciebie nie rozpoznali, ale Łęczak, ten, któremu rozwaliliście nos, jest prawie pewien, że był tam syn Szczęsnego. Pamięta go, bo kiedyś przychodził z ojcem na zakład.

Kacper bez słowa podszedł do szafy, wyjął majtki, skarpetki, spodnie dresowe oraz koszulkę bez rękawów. Położył wszystko na łóżku obok śpiącej, zawiniętej w koc maleńkiej sąsiadki i westchnął.

– No to nie mieliśmy szczęścia – stwierdził.

Poczuł wielką, ciężką dłoń na ramieniu, a zaraz potem oddech dziadka pachnący tytoniem, kawą i alkoholem.

– Jak mówię, że mieliście, to znak, że dziadek jeszcze coś w tym mieście znaczy. Na biurku masz słodycze, prawdziwy prezent dostaniesz, gdy matki nie będzie. A teraz idź się umyj, bo jedziesz fajkami gorzej niż ja. I dawaj te, co w łapie chowasz. Powiem, że moje.

Zdjął rękę z ramienia wnuka, wziął od niego papierosy i ruszył do drzwi.

– Mama nic nie wie? – zapytał Kacper.

Dziadek obejrzał się i pokręcił głową, wyraźnie rozbawiony.

– Zdecydowanie zbyt długo mnie tu nie było, skoro musisz pytać.

Wziął z biurka książkę, na której dziwnie wyglądający rycerz na koniu i z hełmem przypominającym główkę owada wznosił coś na kształt włóczni. Nad głową rycerza widniał napis: „Andrzej Sapkowski Czas pogardy”, a nieco niżej informacja, że to drugi tom sagi o wiedźminie. Mężczyzna otworzył książkę i przeczytał dwie strony. Zawsze tak robił, gdy zabierał wnuka do księgarni.

– Ciekawe – powiedział. – Masz może pierwszy tom?

– Pewnie tam leży. – Chłopiec wskazał na półkę. – Najpierw są dwa tomy opowiadań. Weź Ostatnie życzenie.

Dziadek odłożył książkę na biurko.

– O, fajnie, to sobie poczytam. Pogadamy później, dobrze? Teraz muszę zapytać twojej mamy, czy pozwoli mi u was spać.

– Zostajesz u nas? – Kacper zdał sobie sprawę, że zareagował zbyt entuzjastycznie, gdy leżąca obok dziewczynka poruszyła się niespokojnie i zakwiliła cicho. Szczęśliwie się nie przebudziła. – Na jak długo?

– Się okaże – odparł dziadek, mrugnął porozumiewawczo i wyszedł.


DAREK

Gdy o dziewiątej zadzwonił budzik, Darek jęknął i zamiast podnieść się i wyłączyć sygnał, ukrył głowę pod poduszką i docisnął ją do uszu. Oczywiście niewiele to pomogło, więc po niespełna pół minucie sapnął, odrzucił poduchę na bok i usiadł, trąc oczy.

– Wyłącz to! – zawołała mama, wzmacniając przekaz kilkoma uderzeniami pięścią w cienką ścianę. Głos miała zmęczony, poirytowany. Nic dziwnego, to była ciężka noc.

Darek podszedł do biurka i wyłączył budzik. Przez chwilę stał z dłonią opartą o blat i ze wzrokiem utkwionym w pudełku Magii i miecza, niezdolny do zebrania myśli, zawieszony, jakby ktoś go wyłączył albo zmienił w postać z gry zaplątaną w piksele ściany. W końcu potrząsnął głową, podrapał się po tyłku i tęsknie spojrzał na rozgrzebane łóżko.

Czy mógł położyć się jeszcze na pół godziny? Sądząc po głosie mamy i biorąc pod uwagę fakt, że tata wrócił do domu po szóstej, może tym razem nie musiał się zbierać na mszę młodzieżową o dziesiątej? Już dawno się nauczył, że nijak nie uniknie wizyty w kościele, ale pójście samemu stwarzało pewne możliwości, w przeciwieństwie do rodzinnej wyprawy na sumę o dwunastej trzydzieści.

Za oknem wciąż padało. Tym bardziej powinien wrócić do łóżka. Niebo, a za nim cały świat pocięty smugami deszczu tonął w szarości. Na parkingu, na ogromnych kałużach, niemal tworzących wielkie jezioro, rozkwitały i pękały pęcherzyki powietrza. Studzienki wybijały, zalewając trawnik i ziemię pod huśtawkami. Kilka samochodów przeparkowano na chodnik, by nie stały w wodzie.

Jeżeli tak wyglądało tutaj, pomyślał Darek, to jak musiało na wioskach? Bo właśnie z powodu interwencji na wsiach otaczających miasto ta noc była taka ciężka. Do ojca dzwonili raz po raz, najpierw koło jedenastej, potem, ledwie wrócił, koło drugiej i wreszcie rano, o piątej. Po drugim razie tata już nawet się nie rozbierał, słusznie przewidując, że to nie koniec. Ściągnął tylko kurtkę i gumowce, a mama rozłożyła mu folię malarską na kanapie, by nie uwalał poduszek błotem. I tak chodził, wracał, chodził, wracał, jakby nie mógł pomyśleć o rodzinie i przespać się w biurze.

Za ścianą zaskwierczało i rozszedł się zapach smażonej kiełbaski z cebulką. To ostatecznie przekonało Darka, że kładzenie się nie ma sensu. Złapał za zawieszone na krześle spodnie, wygrzebał z szafy świeży, choć pomięty tiszert i poszedł do kuchni, plaskając bosymi stopami o wykładzinę.

– Cześć, mamo – powiedział.

Mama skinęła głową, skupiona na krojeniu kolejnej porcji kiełbasy. Po chwili jednak się zreflektowała i spojrzała na zegarek nad głową Darka.

– Do kościoła pójdziesz sam – stwierdziła. – Tata nie wiadomo o której wstanie, a ja muszę jeszcze przygotować rzeczy na obiad. Pamiętasz, że jemy dziś u dziadków?

– Tak, z ciocią Basią i Józkiem, pamiętam – potwierdził, trąc ręką ramię. – A co do kościoła...

Nóż zawisł nad kiełbasą. Mama powoli przeniosła wzrok na syna. Włosy miała w nieładzie, oczy podkrążone, w lewym pękło jej naczynko. Wiedział, co usłyszy, zanim jeszcze otworzyła usta.

– Darek, nawet nie zaczynaj.

– Ale pada!

– To weźmiesz kalosze i kurtkę przeciwdeszczową. – Wycelowała w niego ostrzem. – O, albo tę pałatkę, co od taty dostałeś.

– Pałatkę? – zdziwił się. – Do kościoła?

Wzruszyła ramionami, nóż ponownie opadł na deskę, pieczętując sprawę.

– Ubierz się porządnie i chodź na śniadanie.

Zrobił, co kazała, uprzednio zahaczając najpierw o ubikację, potem łazienkę. Opłukał twarz zimną wodą, przyjrzał się sobie i z obrzydzeniem wycisnął świeżego pryszcza tuż nad lewą brwią. Nienawidził ich, zwłaszcza tych dojrzałych, z białą główką. Nie dość, że wyglądały paskudnie, to jeszcze pojawiały się znikąd, w ciągu jednej nocy, więc trzeba było nieustannie uważać, by nie wyjść tak na miasto i nie narazić się na ośmieszenie.

Gdy wrócił ubrany, czekała na niego porcja kiełbasy z dwiema kromkami chleba i parujący kubek herbaty. Planował zabrać to do siebie, by przeczytać przy jedzeniu zaległych X-Menów, ale mama uparła się, by jadł w kuchni, bo inaczej będzie się guzdrał i nie zdąży. W sumie miała rację, bo właśnie o to chodziło. I zresztą niemal mu się tu udało, tyle że mama w porę się zreflektowała i pogoniła go, grożąc zabraniem kabla do konsoli. Ostatecznie zdecydował się na kurtkę, nie pałatkę, i kategorycznie odmówił założenia gumowców, robiąc z tego sprawę życia i śmierci. Gdy mama zgodziła się wreszcie na adidasy, potraktował to jak małe, choć satysfakcjonujące zwycięstwo.

Z domu wybiegł, bo do mszy zostało mu siedem minut, ale ledwie zniknął za rogiem budynku naprzeciwko, zaraz wyhamował i dalej szedł powoli, wtulając głowę w ramiona i nie rozglądając się na boki. Mimo to kątem oka widział bezdomne koty siedzące w piwnicznych oknach i benzynowe tęcze lśniące w kałużach owrzodzonych bąblami. Przynajmniej deszcz nieco zelżał i przestało wiać, więc nie zacinał prosto w oczy.

Rynsztokiem Jana Pawła, głównej ulicy zdrojowej części miasta, płynął strumień. Woda wraz z liśćmi, gałązkami i stosami śmieci raz po raz wybijała na chodnik, zalewając go i formując kałuże w wyszczerbionych płytach. Jednak dopiero mostek i spieniona Starynka, szturmem biorąca rozmiękłe koryto, uświadomiła Darkowi skalę tego, co się działo. Już poprzedniego dnia rzeczka nie przypominała zwykłej, leniwej siebie. Teraz, spiętrzona za sprawą połamanych gałęzi, tworzących pod mostem coś na kształt nieszczelnej tamy, pędziła przed siebie, niosąc na białych grzywach fal butelki, konary, stare reklamówki i rozmoknięte pudełka.

Za mostkiem, na Bohaterów Warszawy ciągnącej się aż do świateł, było lepiej, ale wcale nie dobrze. Wszystkie studzienki wybijały, powierzchnia ulicy lśniła od wody rozbryzgiwanej przez przejeżdżające samochody. Ludzie przemykali przy samych budynkach, tak blisko ścian, jak tylko pozwalały im czasze parasoli. Inni biegli z kurtkami naciągniętymi na głowę, zatrzymując się co chwilę w każdej bramie. W tej naprzeciwko liceum zebrał się już spory tłumek – wyglądał, jakby czekał na przystanku na autobus.

Gdy Darek wreszcie dotarł pod kościół parafialny, msza trwała od pięciu minut. Tych najmniej ważnych, bo wszystko dopiero się rozkręcało. Do czytań, a tym bardziej kluczowych do zapamiętania ewangelii i kazania, jeszcze trochę zostało. Jeśli nie chciał kłopotów, musiał o nich potem opowiedzieć w domu. Cotygodniowa święta trójca: o czym była ewangelia, o czym kazanie i który ksiądz odprawiał. Szczęśliwie kapłanów w Głuchołazach mieli tylko pięciu i dość łatwo rozpoznawał ich po samym głosie.

Zamiast wejść środkiem, przez zabytkowy portal, Darek skierował się do bocznych drzwi wiodących na chór. Wisiała na nich co prawda tabliczka „Wstęp tylko dla dorosłych”, ale w pobliżu nie zauważył nikogo, kto by mógł się przyczepić. I tak nie zamierzał wchodzić na balkon, wystarczyło mu na szczyt schodów, gdzie stał głośnik. Tam, postanowił, siądzie, posłucha, czego trzeba, i zmyje się przed drugą połową mszy. Gdyby miał komiks, spokojnie mógłby go doczytać, jednak dziś matka za bardzo patrzyła mu na ręce.

Wspiął się po krętych schodach niemal na samą górę. Przystanął dopiero, gdy usłyszał stłumione głosy i chichot oznaczające, że ktoś wpadł na ten sam pomysł, i w dodatku go ubiegł. Co samo w sobie nie stanowiło jeszcze problemu. Tyle że...

– Ciszej, bo ktoś cię usłyszy.

Do Darka dotarł dziewczęcy głos, na dźwięk którego zamarł i poczuł mrowienie w podbrzuszu. Laura. W zeszłym semestrze dołączyła do klasy wyżej i niech go diabli, jeśli nie była najładniejszą dziewczyną w szkole. Ileż to razy spędzał przerwę, siedząc na ławce i udając, że nie patrzy na Laurę? Pomagał też na ochotnika w każdej inicjatywie, o ile tylko ona brała w niej udział.

Ostrożnie pokonał ostatni zakręt, wychylił głowę i wtedy ją zobaczył. Siedziała na najwyższym schodku, z jedną nogą wyprostowaną i drugą podciągniętą pod brodę. Przesunął po niej wzrokiem, szybko, lękliwie niczym tchórz albo złodziej, jak zawsze pełen obaw, że ich spojrzenia się spotkają, a dziewczyna złapie go na gorącym uczynku, i dostrzegł na jej rudych włosach zaplecionych w warkocz lśniące gdzieniegdzie krople deszczu. Laura patrzyła gdzieś przed siebie, pewnie w okno, i te jej piękne, ciemne oczy wydały mu się smutne. Czy raczej, poprawił się w myślach Darek, smutniejsze niż zwykle. Bo już w szkole odniósł takie wrażenie, że nawet gdy dziewczyna się śmieje, to jej oczy pozostają smutne. Jakby miała jakieś kłopoty. Niemal noc w noc ją z nich wybawiał, walczył o nią, obrywał i wygrywał, a ona dziękowała namiętnymi pocałunkami i oddawała mu się. Jej oczy tchnęły wtedy żarem, a słowa wdzięcznością.

Tego dnia Laura miała na sobie krótką plisowaną spódniczkę, więc stojąc kilka schodków niżej, Darek mógł zobaczyć dziewczęce majtki. I tak go ten widok podniecił i zarazem skonsternował, że w pierwszej chwili nie zareagował ani na wysyczany w swoją stronę komunikat, ani na nagły ruch. Ocknął się, dopiero gdy tuż przed nim znalazł się Wiktor Kęski, licealista, którego znał z widzenia i o którym wiedział, że od jakiegoś czasu kręci się koło Laury. Do tej pory wydawało się, że bez zainteresowania z jej strony. Teraz licealista jedną rękę zacisnął w pięść, a drugą sięgał już w stronę Darka. Nim ten się zorientował, został złapany za połę kurtki.

– Co się gapisz? – wysyczał Wiktor. Jego oddech śmierdział fajkami z lekką tylko nutą mięty. – Zęby cię swędzą?

Darek nie odpowiedział. Mimowolnie odchylił się i zerknął na Laurę. Dziewczyna zdążyła się już podnieść i przygładzić plisy spódniczki. Pokonała dwa stopnie dzielące ją od Wiktora i położyła mu dłoń na ramieniu. Jej spokojne, dojrzałe gesty zdecydowanie nie pasowały do czternastolatki.

– Daj spokój, Wiktor. W kościele jesteś! Co on ci zrobił?

Licealista zawahał się. Przejechał językiem po zębach, szarpnął Darka i puścił. Pięści jednak nie rozluźnił.

 

– Między nogi ci się gapił, nie widziałaś? Zbok mały.

Dziewczyna uśmiechnęła się, trochę jakby zalotnie. Ten uśmiech też był starszy od niej o kilka lat.

– Jestem pewna, że tak to tylko wyglądało. Zresztą nawet jeśli, to moja wina, że tak usiadłam – powiedziała. – Ty jesteś Marek, nie? Kojarzę cię.

Darek odchrząknął, mając nadzieję, że głos go nie zawiedzie. Wystarczyło już, że drżały mu kolana.

– Darek – poprawił. – I też cię kojarzę. Ze szkoły znaczy.

Nie miał pojęcia, po co dodał to ostatnie. Skąd niby jeszcze mógł ją kojarzyć, z ulicy? Z kościoła? Ze swoich mokrych snów?

Laura złapała Wiktora za nadgarstek i odciągnęła nieco.

– Dobra, daj mu spokój, zaraz będzie ewangelia.

I rzeczywiście, z głośnika doszło ich odśpiewane przez księdza „Pan z wami”, na co wierni odpowiedzieli „I z duchem twoim”. Ksiądz zapowiedział czytanie z Ewangelii świętego Marka, a dłoń Darka odruchowo powędrowała do czoła, by wykonać na nim jeden z trzech maleńkich krzyżyków. Jeden dla myśli, drugi na ustach – dla słów, trzeci na piersi – dla serca. Laura dostrzegła to, puściła do niego oko i znów się uśmiechnęła, ni to kokieteryjnie, zalotnie, ni to z rozbawieniem. Darek poczuł, jak palą go policzki i czubki uszu. Tymczasem z głośnika rozległo się śpiewne „Amen” i ksiądz zaczął czytać:

– Wyszedł stamtąd i przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?”. I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Darek słuchał, za wszelką cenę starając się skupić na słowach, ale przeszkadzał mu w tym narastający gniew. Nie gniew, wściekłość. Patrzył na odwróconą teraz do niego plecami Laurę, na jej zgrabną pupę i nogi, na stojącego obok niej licealistę i czuł, że go nosi. Że łydki, ręce, drżą mu już nie ze strachu, a z nerwów. I wszystko zaczynało go swędzieć.

Na piętrze dostrzegł jeszcze jednego chłopaka. Ewangelia ewidentnie mało go obchodziła, bo gapił się na Darka z głupim uśmieszkiem. Miał prosiakowatą twarz, jak Bepop z żółwi ninja albo starszy brat z Kevina samego w domu. Na policzku i czole widniały duże czerwone znamiona, którym zawdzięczał ksywkę Gorbaczow.

Chłopak otworzył usta, by coś powiedzieć, ale właśnie wtedy ksiądz śpiewnie poinformował wiernych, że przeczytał im Słowo Boże. Wierni równie śpiewnie podziękowali.

– Cześć, Laura – rzucił w tym momencie Darek i pognał w dół schodów.

Gdy wybiegł z kościoła, zgiął się wpół, drżąc z nerwów. Poczuł torsje, jednak zamiast wymiotować, splunął tylko gęstą, lepką śliną i oparł ręce na udach.

– Coś się stało?

Podniósł głowę. Zobaczył zaniepokojonego księdza Godfryda, rosłego mężczyznę o ulizanych na bok włosach, wiecznie w sutannie, jakby nie miał do założenia nic innego. Godfryd zajmował się w parafii ministrantami i słynął z tego, że potrafił rzucać naprawdę głupimi żartami, a czasami wypalić poślizgowego w tył głowy, gdy jeden z drugim nie umieli się zachować. Podobno tam, gdzie uczył religii, przychodził na wywiadówki i robił rodzicom pogadanki. Słowem, wszyscy uważali go za nadętego, wrednego dupka. Ale tym razem, sądząc po głosie, ksiądz dupek mocno się przejął.

– Niedobrze ci? Zasłabłeś?

Darek pokręcił głową, odetchnął głęboko i stanął prosto, siląc się na uśmiech.

– Nie, w porządku, proszę księdza. W głowie mi się zakręciło, to wyszedłem... Tata mówił, żebym chwilę odetchnął i wrócił.

To ostatnie dodał po krótkiej pauzie, dostrzegając, że ksiądz już szykuje się, by coś powiedzieć. I wyglądało na to, że trafił, bo kapłan zamknął usta i tylko pokiwał głową.

– Nie stój za długo na deszczu – rzucił w końcu i ruszył tam, dokąd zmierzał. Jak się okazało, w stronę wejścia na chór.

Darek popatrzył za nim, znowu sapnął i pokręcił głową. To nie była jego sprawa i w zasadzie nie powinien się w to mieszać. Nie znał za dobrze rodziców Laury, ale wiedział, że jej dziadek, kolegujący się z jego dziadkiem, sprawia wrażenie surowego. No i mocno kościelnego, bo należał do Klubu Inteligencji Katolickiej, chóru i rady parafialnej. Na Boże Ciało nosił sztandar dumny jak paw. A Godfryd to jednak menda.

Chłopak zawahał się. Tamtych dwóch na górze wcale nie żałował, tyle że nie dało się uratować tylko jej. Podszedł więc do drzwi, złapał za klamkę, szarpnął i z całej siły krzyknął:

– Proszę księdza, księże Godfrydzie, biją się! Niech ksiądz wróci, niech zejdzie. Bijatyka!

Wiedział, że brzmi to dziwnie, ale chciał zawrzeć wszystko w tym krótkim komunikacie. Darł się tak, że na pewno usłyszeli go na górze i mieli jeszcze szansę zareagować. Jak? Nie wiedział, ale przynajmniej kupił im czas, bo zaraz rozległy się głośne, ciężkie kroki zbiegającego kapłana.

Darek odskoczył od drzwi i przecinając plac, pognał w stronę ulicy Skłodowskiej. Zniknął za rogiem plebanii, przebiegł przez jezdnię, wbiegł po schodkach i schował się w bramie. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nie pamięta ani słowa z ewangelii, nie słyszał kazania, a z pięciu księży potencjalnie prowadzących mszę może wykluczyć tylko jednego.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?