Topiel

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Minęli niewielki park i ponurą podstawówkę po lewej, naprzeciw której znajdował się wlot na Papierniczą, a tam, o ile Józek dobrze pamiętał, mieszkał Darek. Przez moment sądził, że skręcą po niego, ale zamiast tego polecieli prosto, obok żłobka z zadbanym trawnikiem z kilkoma pojedynczymi huśtawkami i bujakami. Sam gmach, długi, biały, z balkonami i tarasami, bardziej przypominał szpital albo sanatorium niż placówkę dla dzieci. To wtedy Kacper zaczął stopniowo zwalniać, by wreszcie, pięćdziesiąt metrów dalej, zatrzymać się, dysząc ciężko. Józek zdążył się dopiero rozgrzać, więc skrzywił się tylko z satysfakcją i czym prędzej zamaskował ją, kaszląc w pięść.

– Daleko jeszcze? – Odruchowo pochylił się przy koledze, opierając dłonie na udach. Czuł, jak deszcz wielkimi kroplami bębni mu po plecach. Na kałużach wokół było tyle bąbli, jakby ktoś wylał tam płyn do baniek. Niektóre zresztą nawet lśniły tłustą, benzynową tęczą. – I gdzie my w ogóle tak pędzimy?

Kacper starał się nie dyszeć, więc tylko sapał przez nos. Odgarnął włosy z twarzy, zamknął oczy i zadarł głowę, stojąc tak dobre pół minuty, aż udało mu się uspokoić oddech.

– Jest taki jeden pijaczek – powiedział w końcu. – Kupuje od nas pornoski. Płaci niedużo, ale wiesz, zawsze coś. I jak trzeba, fajki kupi albo flaszkę komandosa. Z Mieciem warto dobrze żyć.

– No spoko, ale w taki deszcz?

– A co, z cukru jesteś? Dawaj, jeszcze trochę. I w sumie możemy wolniej. Bardziej mokrzy już nie będziemy.

Przy placu Amorka, jak nazywano fontannę otoczoną ustawionymi w krąg głazami, skręcili w prawo.

Józek pamiętał to miejsce. Którejś zimy zjeżdżał tutaj z innymi na sankach. Mniejsze dzieci niżej, od czeskich torów po ulicę, starsi wspinali się umiarkowanie stromym podejściem aż po linię drzew i zjeżdżali stamtąd do torów. A co śmielsi albo zwyczajnie głupsi ze śmiechem i zgrzytem płoz na szynach sunęli aż na sam dół, by wyhamować pod drzwiami zakładu fryzjerskiego.

Dwadzieścia metrów dalej, tuż przed wielkim, masywnym mostem kolejowym, skręcili na mniejszy, wiszący i drewniany, choć na metalowych odciągach.

– Teraz uważaj, bo dechy będą śliskie – ostrzegł Kacper. – Byłeś tu kiedyś? Nazywamy go huśtanym.

– Byłem – odparł Józek.

Skąd nazwa, domyśliłby się każdy, wkraczając na tę drewniano-metalową konstrukcję. Kacper znowu wysforował się do przodu i w połowie mostu złapał oburącz za grubą, kanciastą poręcz, po czym zaczął uginać kolana, jakby próbował zrobić przysiad. Wystarczyły cztery ruchy, by cały most się rozhuśtał.

– Przestań! – Józek natychmiast się zatrzymał, stanął pewniej i mocniej złapał za poręcze. Rzeka pod nim, Biała Głuchołaska, zwana potocznie Białką, do złudzenia przypominała Starynkę. Brudna woda kotłowała się, brunatne fale zwieńczone beżowymi pióropuszami piany niosły małe gałązki i całkiem grube konary, a także kilogramy mniejszych i większych śmieci. Wśród nich chłopak dostrzegł wielką oponę, kubeł na odpady i coś, co przypominało koślawo zbitą psią budę. Za nią ciągnął się jak ogon łańcuch o ogniwach przetkanych czerwoną wstążką i Józek miał szczerą nadzieję, że na drugim jego końcu nie ma już psa.

Kacper najwyraźniej bawił się w najlepsze. Kucał i prostował się, prawie wyskakując w powietrze, a do tego śmiał się w głos. Most nie mógł już chyba rozbujać się bardziej, metalowe pasy trzeszczały na łączeniach, a deski skrzypiały, jakby wszystko zaraz miało się rozpaść.

– Dajesz, Jóźwa! – wołał ze śmiechem. – Pokaż, że nie jesteś cipa, no dalej!

Józek zazgrzytał zębami, sam nie wiedział, czy bardziej na tę cipę, na którą po wczoraj z pewnością nie zasłużył, czy na znienawidzoną odmianę imienia. Cokolwiek to jednak było, sprawiło, że strach w jednej chwili zmienił się w gniew. Ten zaś pchnął go do działania.

– Sam jesteś cipa! – powiedział, robiąc pierwszy krok, a potem kolejny. I jeszcze jeden. Każdy następny pewniej i śmielej. – Brudna, włochata, niedomyta picza!

Ostatnie słowa wykrzyczał Kacprowi w twarz, dysząc z wściekłości i pryskając wokół białymi drobinkami śliny.

Starszy chłopak umilkł i przestał się kołysać, co oczywiście nie miało najmniejszego znaczenia, bo most i tak bujał nimi, jakby stali właśnie na pokładzie statku podczas sztormu.

Patrzyli na siebie w milczeniu, mrużąc oczy i zaciskając ręce na poręczach. W końcu Kacper nie wytrzymał i parsknął głośnym, szczerym śmiechem.

– Niedomyta picza! – ryknął. – A to dobre! Jesteś gość, stary. Jesteś, kurwa, gość!

Józek skinął głową, charknął i splunął do rzeki.

– Możemy już iść?


Później, gdy już stało się, co się stało, Józek przypomniał sobie w ulotnej myśli ten właśnie moment, na trzy minuty przed poznaniem Mietka. Chwilę, gdy zatrzymał się nagle pod odrapaną, ciemną bramą z numerem dwadzieścia trzy, wystarczająco szeroką, by pomieścić samochód dostawczy, ale jednocześnie sprawiającą wrażenie ciasnej i niebezpiecznej jak opuszczona, grożąca zawaleniem sztolnia.

Sam nie wiedział, dlaczego wtedy się zawahał. Ot, zwykła brama, prostokąt czerni wycięty w odrapanej, wyblakłej elewacji starej kamienicy. Pogięte skrzydło pordzewiałej bramy, przywiązane do ściany drutem, pojedynczy zawias i dziura po drugim. W środku podmokłe, błotniste klepisko z wysepkami szarej betonowej wylewki.

Nic ładnego, ale w Chorzowie bywał w gorszych, nawet po zmroku. Wystarczyło zajść główną ulicę od tyłu, od podwórek, by uciekło złudzenie wywołane odnowionymi fasadami.

A jednak mimo to, mimo deszczu, który znowu przybrał na sile, Józek przystanął dwa kroki od wejścia i wszystko w nim krzyczało, żeby tam nie wchodził. Idź dalej, mówił jego wewnętrzny głos. Zniknij za zakrętem albo zawróć i skryj się pod wiaduktem. Gdziekolwiek, byle nie tu, nie do tej bramy.

Kacper odgarnął z twarzy mokre włosy.

– Coś nie tak? – zdziwił się.

Józek nie umiał odpowiedzieć na to pytanie, więc tylko wyszczerzył się głupio i sztucznie, po czym pokonał dystans dzielący go od bramy. Gdy uderzyła go w nozdrza woń wilgoci i grzyba, a także smród moczu i siarczany odór zbuka, poczuł mdłości.

– Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony Kacper.

Józek wzruszył ramionami.

– Nie wiem, dreszczy jakichś dostałem – odparł. – Kurde, jak się przeziębię, to...

– Tak, słyszałem. To co, idziemy?

Zdjął plecak i poniósł go przed sobą. Zatrzymał się trzy kroki przed schodkiem prowadzącym do wypaczonych drzwi. Obok wejścia stał szkielet metalowego wózka z dyszlem. Taki sam miał dziadek Józka, tyle że z dnem wyłożonym płytą pilśniową i burtami z deseczek.

– Kacper, zobacz. – Józek wskazał na szczelinę pod drzwiami i wydostające się z niej światło w kłębach pary.

Starszy chłopak parsknął i poklepał młodszego po ramieniu.

– Zaraz zrozumiesz – szepnął. – Na wejściu wstrzymaj oddech.

Wspiął się na wytarty schodek, zastukał dwa razy, zrobił pauzę, jeszcze trzy, pauza i raz, po czym cofnął się, zstępując ze stopnia. Zza drzwi dobiegły ich ciężkie, wolne kroki.

– Kto tam mieszka? – szepnął Józek. – Troll?

Kacper nie zdążył odpowiedzieć, bo zaraz drzwi otworzyły się do wewnątrz i w progu stanął rozczochrany olbrzym, a zza jego pleców buchnął śmierdzący gorąc.

Józek chciał się cofnąć, ale wytrwał. Kacper podniósł tylko plecak.

– Mamy prezenty – powiedział głosem imponująco pewnym, wręcz rozbawionym.

Olbrzym podrapał się po szerokim pasku owłosionego brzucha, który wylał się spod prążkowanego podkoszulka i zawisł nad pożółkłymi majtkami. Pociągnął nosem, cmoknął i zrobił krok do tyłu.

– Wejdźcie – mruknął.

W środku smród przybrał na sile. W pierwszej kolejności Józka uderzyła woń przetrawionego alkoholu i brudnych skarpet. Ledwie jednak zdążyło go zakręcić w nosie, a już owo pierwsze wrażenie wyparł smród kału i moczu z brudnej toalety oddzielonej od głównego pomieszczenia ścianką działową i ceratową zasłonką zamiast drzwi.

Następnie do mieszanki zapachów doszła słodycz pleśni z przepełnionego chlebaka i miodu z pełnego much słoika stojącego na chybotliwym stosie brudnych, obtłuczonych naczyń. Kwaśny odór zaschniętych wymiotów bił od strony masywnego stołu, poznaczonego kółkami po herbacie i zasypanego stosami gazet porno, pustych flaszek oraz blistrów po tabletkach.

By poczuć ostatni składnik mieszanki – chemiczną woń detergentów kojarzącą się chłopcu z przychodnią, szpitalem, ale też trochę ze szkolnym korytarzem zaraz po umyciu – Józek musiał pokonać kilka kroków po lepkiej podłodze. Zapach dochodził z drugiego pokoju, gdzie zza uchylonych drzwi wyglądał skotłowany barłóg przypominający robalowatego Jabbę z Gwiezdnych wojen.

Najgorsza, zdaniem Józka, była jednak temperatura. Z rozgrzanego piecyka w kącie buchał taki gorąc, że chłopiec czuł, jak paruje na nim ubranie i ta para miesza się ze smrodami, ale zamiast je rozrzedzić, jeszcze wzmacnia. Sprawia, że go oblepiają.

– Napijecie się czegoś? – Gospodarz ciężko opadł na krzesło, a ponieważ materiał majtek wszedł mu w tyłek, siadaniu towarzyszyło głośne mlaśnięcie. – Mleko mam. I trochę piwa.

– Nie, dzięki – odparł Kacper, otwierając plecak. – My tak na szybko tylko.

Mietek pokiwał wielką, nieforemną głową. Miał poczciwą, chłopską twarz, na której dominował zaczerwieniony, bulwiasty nos, kiedyś najpewniej złamany. Oczy zaczerwienione, podkrążone, lewe zdawało się większe, ale mógł mieć na to wpływ napuchnięty, naciągnięty zielenią i fioletem prawy łuk brwiowy. Poza tym pyzate policzki i zawadiacko wysunięty kanciasty podbródek, jakby olbrzym rzucał światu wyzwanie. Wnioskując po rozmiarach pięści, śliwie nad okiem i po bliznach na przedramionach czy knykciach, faktycznie raz czy drugi musiał to zrobić.

 

Józek zastanawiał się chwilę, czy mężczyzna jest opóźniony, ale doszedł do wniosku, że nie. Owszem, trochę otępiały, na pewno wyciszony i chyba zaspany, jednak nic nie wskazywało na większe zaburzenia. Był po prostu...

Trollem, pomyślał chłopiec i natychmiast skarcił się za tę szczeniacką myśl, choć nijak nie potrafił się jej pozbyć. Tak właśnie wyobrażał sobie olbrzymy z książkowego Hobbita, które pojmały bohaterów, by w końcu wyleźć głupio na słońce i zamienić się w kamień.

Kacper wyjął gazetki z plecaka, ostrożnie sprawdził, czy któraś nie zamokła, i położył je na wolnym krześle.

Na samej górze znajdował się „Cats” z latynoską pięknością polewającą obnażone piersi czymś białym, najpewniej mleczkiem do opalania. Obok widniał nagłówek „Nie tylko dla naftowych szejków ORIENTALNY STRIPTIZ”. Poniżej, ewidentnie jako temat numeru, „Wakacyjne trendy”.

Mietek wytarł dłoń o włochatą nogę, podniósł pisemko i przekartkował.

– Biorę – powiedział. Zwinął je w rulon i rozsunął nim dwie pozostałe gazetki: „Extasy” i „Peep Show”. – Tych nie. Te mam.

Kacper zerknął na Józka, wyraźnie skonsternowany.

– Jesteś pewien, że masz właśnie te? To świeża dostawa. Wczoraj zdobyte.

Mietek postukał rulonem w udo, jakby się zastanawiał, po czym nagle wstał i przeszedł do drugiego pokoju. Poruszał się teraz zaskakująco szybko i energicznie, plaskając bosymi stopami o lepką podłogę.

Gdy wrócił, miał przy sobie dwa pogniecione, pofałdowane od wody i suszenia pisemka. Pokazał je Kacprowi z tryumfalnym uśmiechem.

I rzeczywiście nie pomylił się. To były te same numery. Na obu „Extasy” dziewczyna patrzyła na nich ni to wyzywająco, ni z zaniepokojeniem. W uchu kolczyk przypominający małą, białą kiść winogron, na szyi perły, poniżej dorodne piersi, wyłowione z białej bluzki. Mimo malującej się na twarzy niepewności, modelka dość śmiało i szeroko rozkładała nogi, prezentując równo przycięty paseczek włosów łonowych, na widok którego Józek czuł jednocześnie wstyd, niesmak i narastające podniecenie.

Okładka „Peep Show” wyglądała skromniej. Również jedna dziewczyna, ale stojąca bokiem w takiej pozie, że spragnieni widoków amatorzy darmochy dostawali tylko jedną nagą pierś, a poza tym udo i kawałek wysokiego, sięgającego za kolano skórzanego buta. Tym, co miało skusić potencjalnych klientów, były dwa żółte paski informujące, że w piśmie znajdują się seks oferty i seks adresy.

– Widzisz? Mam. – Mietek przeniósł wzrok z jednego chłopca na drugiego. – Trzeba się było pospieszyć.

Józek widział, że Kacper chce coś powiedzieć – międlił słowa w ustach, z trudem się powstrzymując. Cokolwiek układało mu się teraz w głowie, na pewno nie mogło się spodobać temu wielkiemu typowi mieszkającemu w trollowej jaskini.

Odchrząknął w pięść, mając nadzieję, że gdy teraz się odezwie, jego nowy, dojrzały głos, do którego sam tak naprawdę nie zdążył przywyknąć, nie załamie się i nie zdradzi prawdziwych emocji.

– Ale te, co pan ma, są poniszczone, a nasze lepsze – zauważył, a mocne brzmienie własnego głosu sprawiło, że odważył się jeszcze zapytać: – I kto w ogóle przyniósł panu tamte?

Mietek zawahał się, lewą ręką najpierw podrapał się po brzuchu, a potem dotknął śliwy nad okiem. Syknął z bólu, jednak grymas zaraz przeszedł w paskudny, spróchniały uśmiech.

– A co to takie interesowne, to nowe, hę? – zapytał. – Miejsce kabla jest w ziemi, synek, zapamiętaj se, jak ci jeszcze tego tatuś nie powiedział. Swoje sprawy załatwiajcie sami, a ja płacę pierwszemu, kto przyjdzie. Te, co mam, mi wystarczą. Wczoraj trza było przyjść. Dzisiaj tylko jedną biorę.

Rzucił gazetki na krzesło, po czym podszedł do stołu i z bałaganu wyłowił portfel – małą skórzaną podkówkę z przypiętym doń znaczkiem Solidarności. Wytrząsnął z niej górkę drobnych i wybrał dwójkę. Podał ją Kacprowi.

Ten wziął monetę, wrzucił do kieszeni i skinął głową.

– Następnym razem będę szybciej – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Chodź, Józek.

– Józek – powtórzył za nim Mietek, przyglądając się nowemu, tym razem uważniej i jakoś cieplej, życzliwiej. – Miałem wujka Józka kiedyś. Porządny chłop.

Zawiesił się na kilka sekund, po czym potrząsnął głową, ciężko opadł na krzesło i sięgnął po nowo nabytą gazetkę. Chłopcy wyszli w pośpiechu.


Akurat przestało padać. Spod ciężkich, grafitowych chmur zasłaniających niebo nie przezierał ani promień światła, ani kawałek błękitu, ale przynajmniej nie trzeba już było chować głowy w ramionach ani przecierać co chwilę twarzy.

Kacper szedł środkiem drogi, z rękami w kieszeniach. Prawą dłoń zaciskał w pięść, zapewne na tej jedynej dwójce, którą udało im się zdobyć. Józek mu się nie dziwił, bo tłuc się w deszczu przez całe miasto po dwa złote to żaden interes. Inna rzecz, że gdyby sprzedali wszystko, dostaliby – ile? Sześć złotych? Też żadna fortuna.

Choć, uznał po namyśle, co innego mieliby dziś do roboty?

Dumał tak w milczeniu, z jakiegoś powodu przeskakując i obchodząc kałuże, mimo iż nogi w sandałach miał już tak przemoczone, że pomarszczyła mu się skóra na palcach. Przemarzł, ale to akurat dobrze, bo ciepło wciąż kojarzyło mu się wyłącznie z Mietkiem i jego królestwem smrodu.

– Jak myślisz, kto to? – zapytał w końcu. – W sensie kto nas uprzedził?

Kacper wzruszył ramionami.

– Cholera wie! Może ktoś, kto ma starego na papierni i wszedł półlegalnie? Bo ci to dopiero jadą hurtowo. Stary pozwolił mu wejść na zakład i wziąć komiksy, ten pod jego nieuwagę wsadził do plecaka ze trzy pornosy i już. Bywa i tak.

Józek w odpowiedzi kopnął kamień, a ten potoczył się i utonął w kałuży. Kilka minut wcześniej minęli bokiem most bujany i teraz szli szerokim chodnikiem, mając po jednej stronie ogrodzenia domków jednorodzinnych, a po drugiej ogródki działkowe. Na ulicy nie było nikogo, minęło ich tylko jedno auto.

– A skąd w ogóle znasz tego typa? Znaczy się tego Mietka całego.

Kacper pociągnął nosem i jednocześnie wzruszył ramionami.

– Przez Grześka. Mietek zna się z jego starym. Robili kiedyś razem, jeszcze na papierni. Potem stary Grześka poszedł do Niemca robić, a Mietek zniknął na jakiś czas. Gdy znów się pojawił, chyba rentę dostał czy coś.

Rozejrzał się i przebiegł na drugą stronę ulicy, gdzie wszedł w wysoką trawę i wysikał się na ogródkową siatkę. Wrócił już bez pośpiechu, mocując się z rozporkiem.

– To znaczy, że ojciec Grześka nie jest taki od urodzenia? – zapytał Józek, gdy ruszyli dalej.

– Że ślepy? Nie! Spadł z dachu podczas kładzenia papy – wyjaśnił Kacper. – Na mieście mówi się, że to nie tak, że nie do końca przy pracy, że był wstawiony i w dodatku się wygłupiał, ale ja tam nie wiem, a plotki mam w dupie. Poza tym jedna z nich to na bank bzdura, bo stary Szczęsny pracował w kasku i ten kask mu życie uratował. Facet jebnął z tego dachu czy tam rusztowania i łeb mogło mu rozpuknąć, a tak to się skończyło na tym, że mu coś tam się odkleiło. Siatkówki jakieś czy coś. No i teraz jest przez to na rencie. A ten pęknięty kask trzyma w szafie. Sam widziałem.

Znowu przerwał, bo z odgrodzonego parkanem podwórka wyszedł nagle szpakowaty mężczyzna pod parasolem i z psem na smyczy. Zwierzak, mały, kudłaty, przypominający dywanik rozciągnięty na podnóżku, prychnął na nich i może by nawet szczeknął, ale zdławiony smyczą, wydał z siebie tylko ciche jęknięcie i grzecznie podreptał za panem w stronę Zdroju, wiaduktu i huśtanego mostu.

– Matka Grześka ich opuściła – podjął Kacper. – Za to szef, Niemiec, okazał się w porządku. Nie robił problemów, nie mieszał w dochodzeniu. Dołożył drugą rentę od zakładu, na jakieś badania wysyła. W porządku facet ogólnie.

Józek pokiwał głową i przez chwilę szli w milczeniu. Minęli główną bramę papierni, odruchowo przyspieszając kroku i rozglądając się, czy w pobliżu nie ma aby tych, którzy ich wczoraj ścigali. Czy daliby radę ich rozpoznać? Kto wie, ale po co ryzykować.

Zwolnili dopiero na wysokości drewnianego mostu zwanego saperskim, bo ponoć postawili go właśnie saperzy. To powiedział Józkowi wujek, ojciec Darka, gdy szli tędy kiedyś na niedzielny spacer. Kiedy to było? Ze dwa, może trzy lata temu?

– Słyszałem, że twój stary tak jak mój na roboty wypieprzył. – Kacper przerwał przeciągające się milczenie.

– Tak. Wyjechał na kontrakt na dwa lata. Gdzieś do Anglii.

– Uuuu, na kontrakt? – Kacper zagwizdał z podziwem. – To nie byle ogórki! I to jeszcze Anglia. No to, stary, będziecie zarobieni po uszy, jak wróci. Ja widziałem, po ile funt teraz stoi i... kurwa, zazdroszczę.

– No, będzie spoko. – Józek odwrócił głowę i wlepił wzrok w rzekę. Ta brała koryto szturmem, unosząc konary, gałęzie, drewniane skrzynie i skrzydła drzwi niczym dziki, protestujący tłum podnoszący transparenty. Trochę jeszcze brakowało, by woda przelała się przez szary mur wału po drugiej stronie, a przekroczenie tej granicy coraz bardziej wydawało się prawdopodobne.

– Wraca czasem? Na urlop? – dociekał Kacper. – Czy mu się nie opłaca raczej?

– Nie opłaca.

– Ech, tak myślałem. – Kacper sięgnął do kieszeni po pomiętą, nieco zawilgoconą paczkę i wyjął z niej zakrzywionego, choć całego i suchego papierosa. – Chcesz?

Józek pokręcił głową. Kacper nie namawiał.

– Mój stary też jeździ za granicę. Do Reichu, jak pewnie słyszałeś. Już piąty rok, ale wraca tu, ciągle wraca, i siedzi po dwa, trzy tygodnie. Tyle z tego jest, co słodyczy nazwozi i chemii trochę. Ja nie wiem, czy się go tam kasa nie trzyma, czy jaki chuj... Po takim czasie to już powinien tu beemą wracać. Twój czym jeździ? Pewnie jakąś zajebistą furą, co?

Józek przystanął. Zamknął oczy, odetchnął głęboko raz i drugi. Zdawało mu się, że zaciśnięte nie wiadomo kiedy pięści i szczęka już nigdy się nie otworzą, że nie ma siły zdolnej tego dokonać.

– Hej, Józek, co ci? – zaniepokoił się Kacper

– Może ma tam kogoś, twój stary w sensie – powiedział nagle hardo, zaczepnie, zupełnie przy tym ignorując dwa ostatnie pytania. – Czytałem, że takie rzeczy się zdarzają. Może dlatego nie przywozi kasy.

Kacper zamrugał zaskoczony. Zaraz też cofnął się o krok, zmrużył oczy i przechylił głowę jak zaciekawiona sroka.

Jest w szoku, dotarło do Józka. Jest w szoku, bo się nie spodziewał. Ale zaraz się na mnie rzuci.

Przygotował się, by się cofnąć, ustąpić pola i w razie potrzeby wyprowadzić cios. Był od Kacpra niższy, ale też – zauważył to już podczas biegu – w lepszej kondycji, a to znaczyło, że w razie czego mógł uderzyć i zwiać. I pieprzyć to, że resztę lata przyjdzie mu spędzić w chacie z matką i dziadkami!

Kacper jednak nie zaatakował. Zamiast tego uśmiechnął się półgębkiem i ręką, w której wciąż trzymał papierosa, odgarnął włosy z twarzy.

– Musiałby być jebnięty – stwierdził. – Moja matka nie jest tak fajna jak twoja, ale nadal lepsza niż Niemry. Widziałeś kiedyś pornola z Niemrami?

Józek parsknął śmiechem, plując drobinkami śliny i wydając dźwięk, jakby stopniowo puszczał bąka. To z kolei rozbawiło Kacpra. Zarechotał na cały głos, a że tkwił właśnie w chmurze wydmuchanego dymu, zaraz zachłysnął się nim i zaczął się krztusić, a w końcu ręką, tą z niedopałkiem, podjął bezskuteczną próbę klepnięcia samego siebie w plecy.

Józek zauważył to, doskoczył i uderzył go otwartą dłonią między łopatki. Rozległ się mlaszczący plask, gdy trafił w mokrą katanę.

– A wyobrażasz sobie... wyobrażasz... – próbował wydusić z siebie Kacper – jego niemieckie dzieci? Helmut... Herr Flick! Ha, ha, ha, nie mogę...

Rzeczywiście nie mógł, bo jeszcze bardziej się zgiął, a jego śmiech przeszedł w chrapliwe, rwane rzężenie, jakby miał zaraz zwymiotować. Józek ponownie uniósł dłoń, ale powstrzymany wzniesionym palcem wskazującym darował sobie kolejne uderzenie.

Kobieta z wózkiem szczelnie owiniętym foliowym pokrowcem, która właśnie przekroczyła most saperski, zjechała na ulicę, by ominąć chłopców szerokim łukiem. Niska, o szerokich biodrach, w przykrótkiej i ciasnej w biuście kurtce przeciwdeszczowej, wyglądała jak oburzona gruszka z nogami i cały czas zerkała na nich, udając, że wcale tego nie robi. Kiedy chłopcy wymienili się spojrzeniami, iskra wzajemnego zrozumienia przeskoczyła między nimi, wywołując kolejny napad wesołości. Gruszka przyspieszyła w końcu, człapiąc energicznie i skrzypiąc kółkami dziecięcego wózka.

 

– Jesteś równy gość, Józek, tak myślę – rzucił w końcu Kacper, gdy wreszcie udało mu się opanować wesołość. – Pojebany, ale równy.

Józek przyjął to skinieniem głowy.

– Ty też jesteś całkiem w porządku – odparł. Odkaszlnął, splunął i otarł usta. Potem zaczerpnął tchu i powoli wypuścił powietrze. – Umiesz dochować sekretu?

Kacper odwrócił się do niego i spojrzał tak, jakby się upewniał, czy to pytanie na serio. W jego postawie w jednej chwili górę wzięła ta urażona, szczeniacka duma, to oburzenie, że ktoś w ogóle śmie pytać. Gdy jednak zobaczył powagę na twarzy Józka, zawahał się, rozluźnił ramiona, w końcu podrapał się po głowie.

– Stary, nie wiem – odparł już całkiem poważnie. – W sensie wiesz, wydaje mi się, że tak, ale... Nie, w sumie wiesz co? Jak dam słowo, to umiem. Jaki sekret?

Józek jeszcze raz spojrzał na rzekę. Wielki konar płynący akurat środkiem nurtu to wynurzał się spod fal, to znowu chował pod rozpędzoną brązową wodą. Przypominał mu trochę krokodyla.

– Nie, dobra, nieważne. – Machnął w końcu ręką. – Chodźmy.

Ruszył, po chwili jednak obejrzał się za siebie. Kacper wyjął z kieszeni papierosy i paczkę gum. Po namyśle schował te pierwsze.

– Idziesz? – zapytał Józek.

Tamten pokiwał głową, odwinął i wpakował gumę do ust, po czym zrównał się z kolegą. Kolejne sto metrów, aż do pachnącej słodkością fabryki krówek, szli w milczeniu.

– Twój stary nie jest na kontrakcie, nie? – zapytał w końcu Kacper. – Zostawił was?

Pytając, patrzył przed siebie, nie dostrzegł więc jego spłoszonego wzroku.

Prawie się domyślił, pomyślał nerwowo Józek. I teraz pozostawało pytanie, czy prawie jest lepsze czy gorsze od prawdy.

– Nie zostawił nas – powiedział w końcu. – Siedzi w pierdlu.

Ledwie to wyznał, zakręciło mu się w głowie i ugięły się pod nim kolana. Znał to błogie uczucie, doświadczył go już nieraz skryty w ciemności pokoju. Tę mieszaninę ulgi, satysfakcji, wstydu i paniki. To uwolnienie energii, której być może nie powinien uwalniać. Potem usłyszał na religii, że to grzech. Czy to, co powiedział teraz, też nim było? Czy dlatego to poczuł?

Gdy uniósł głowę, dostrzegł, że Kacper przygląda mu się z zaciekawieniem.

– No co? – warknął Józek ostrzej, niż miał zamiar.

Kacper wzruszył ramionami.

– Zabił kogoś? Okradł?

– Pobił – stwierdził Józek. – Mocno.

– Może się należało?

– Może... Nie wiem. Pewnie tak.

Kacper pokiwał głową raz jeszcze, zdjął włosy z twarzy.

– Na długo?

– Dwa lata.

– To jeszcze nie tragedia – uznał. – Dobra, chodźmy, co? Znowu zaczyna kropić, a nie wiem jak ty, ale ja już mam dość moknięcia za dwa cholerne złote.

Uśmiechnął się, jednak nie tak, jak Józek się spodziewał, jak się obawiał. Nie było w tym uśmiechu ani pogardy, ani szydery czy politowania. Przez chwilę wydawało mu się, że kojarzy ten uśmiech z jakimś aktorem albo po prostu z filmem, ale nie znalazł żadnego odwołania. Ten uśmiech należał teraz wyłącznie do postawnego nastolatka w przemoczonej katanie, z lekką nadwagą dociążoną teraz Józkowym sekretem.

Odpowiedział uśmiechem.

– Ale nie powiesz nikomu, nie? – upewnił się, na co Kacper zrobił przesadnie zdziwioną minę.

– O czym? Przecież ja nic nie wiem! – Pociągnął nosem, charknął i splunął. – A, właśnie, bo miałem pytać. Czytałeś Wiedźmina?


Planowali rozstać się przy moście Andrzeja, który w zasadzie jako jedyny tak naprawdę łączył dwie części miasta za pomocą dwóch pełnowymiarowych pasów ruchu i szerokich chodników. Teraz most pełnił jeszcze jedną funkcję – punktu widokowego. Wzdłuż całej jego długości, przy obu barierkach stali bowiem głuchołazianie w różnym wieku. Jedni wzburzeni, inni podekscytowani, niektórzy w milczeniu, choć większość wymieniała się komentarzami ze znajomymi bądź zupełnie obcymi ludźmi. Przemoczone ortaliony i foliowe płaszcze jednorazówki ocierały się o ceratowe kurtki i płaszcze, parasole zaciekle walczyły o przestrzeń powietrzną, a spod kapturów wyzierały twarze i ładne, i brzydkie, ale wszystkie znużone deszczem, szarością, rozczarowane cholernym latem. A pod nimi płynęła woda.

– Często tak macie? – zapytał Józek.

Kacper pokręcił głową.

– Tak to chyba pierwszy raz. Widzisz te słupki z miarką po drugiej stronie? Pokazują wysokość wody. Teraz widać tylko ten najwyższy. A i tak ledwo.

Józek wytężył wzrok i po chwili, gdy przed nim przepłynął plastikowy pojemnik na śmieci z czeskimi napisami, dostrzegł kanciasty kształt to wynurzający się spod powierzchni, to znów znikający pod wodą niczym człowiek walczący o ostatni oddech.

– No to chyba nie jest dobrze, co? – zapytał.

Kacper nie odpowiedział. Patrzył, jak z nurtem płyną dwa grube, porośnięte liśćmi konary, sztachety płotów, balie i kawałki rusztowań, za którymi niczym welon panny młodej ciągnie się gruba folia malarska. Ludzie pokazywali sobie tę folię palcami i komentowali głośno, by przekrzyczeć szum wody.

– Ja panu mówię, że wyleje – odezwała się korpulentna kobiecina, walcząc z niedającym się złożyć parasolem. – Wyleje jak nic.

– To by musiało raz jeszcze tyle lać – odparł szczupły mężczyzna o przyprószonych siwizną włosach i grzywce lepiącej się do czoła jak najgorsza zaczeska. – Nie ma co się bać, zawsze przy deszczach trochę wzbiera.

– Trochę tak, ale nie tyle – rzucił z lewej gruby, zaniedbany typ w przemoczonym podkoszulku. – Pierwszy raz widzę, żeby Białka taka była. I sąsiad, listonosz, mówił, że ponoć na trzystu schodkach nad mostem już się przelewa.

Gość z grzywką skrzywił się wyniośle.

– Jak górą, jak tam wszędzie łąki wcześniej? Tam to jezioro może teraz być, ale nie że górą.

– Ja tam nie wiem – obruszył się gruby. – Ja tylko mówię, co słyszałem.

Józek wciąż patrzył na wodę, zastanawiając się, co najdziwniejszego w niej zobaczy. W przeciągu zaledwie kilku minut widział już bowiem i rower, i połamany parasol ogrodowy, oponę do traktora i...

– Jezus Maria, dziecko! – krzyknęła nagle przeraźliwie chuda kobiecina, owinięta za dużym, przemoczonym płaszczem, i wskazała na rzekę kościstym palcem.

Józek spiął się w jednej chwili, ale zaraz rozluźnił, dostrzegając to, co i ludzie z mostu.

– To lalka, idiotko! – krzyknął ktoś.

I rzeczywiście, lalka. Mała, z gumową głową i szmacianym ciałem, przypominająca niemowlę. Niejedna zresztą. Bo gdy znów zakotłowało się na wodzie i obróciło się płynące nurtem drzewo, nagle spod powierzchni wystrzeliły kolejne lalki, identyczne. Pięć, sześć, dziesięć, dwanaście. Płynęły środkiem rzeki i nawet gdy człowiek już wiedział, że to nie dzieci, wciąż przyprawiały o ciarki.

– To o to chodzi z tym niewylewaniem dziecka z kąpielą? – zadrwił Kacper tuż nad uchem Józka.

Ten aż się wzdrygnął, ale zaraz roześmiał się nerwowo. Odsunął się dwa kroki i nie wiedzieć czemu otrzepał dłonie.

– To co, zbieramy się? Muszę się przebrać, bo mi już zimno. No i mam Batmana do przeczytania.

– Jasne. – Kacper odgarnął włosy z twarzy. – Dobra, to ja tu – pokazał w lewo – a ty tam. – Wskazał prosto na most i drogę za nim. – Dojdziesz do świateł i...

– Spoko, wiem, jak stąd iść – przerwał mu Józek. – To co, widzimy się?

– Jasne. Pewnie jutro, nie?

– Jutro może nie wyjść, jakiś obiad rodzinny. Będą dziadkowie, wujek z ciocią i Darkiem.

Kacper machnął ręką.

– Spoko, mamy całe wakacje, nie?

– Noo.

Podali sobie ręce i rozeszli się każdy w swoją stronę.

– Podobno Czesi mają wodę z tamy spuścić – usłyszał jeszcze Józek, ale nawet się nie obejrzał, by sprawdzić, kto to powiedział.

Nim zszedł z mostu, znowu zaczęło mocno padać.