Kłamca 2.8. Papież sztuk

Tekst
Z serii: Kłamca
Z serii: Cyngiel niebios #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kamera zakołysała się, rozległy się piski i wrzaski. Ludzie rzucili się w stronę okalającego hotel niskiego żywopłotu, za którym upadło ciało. Ktoś krzyczał, że to Lester, że ktoś go zabił, jakaś dziewczyna powtarzała nabożnym szeptem: „O Boże! O Boże!”. Ktoś inny szlochał, a obraz – rozszalały, rozkołysany jak podczas sztormu – pokazywał teraz kilku jegomości, którzy wyminąwszy bramki i ochronę, przeskoczyli żywopłot tylko po to, by stanąć jak wryci po drugiej stronie.

– Kurwa, gdzie jest ciało? – zapytał jeden. – Tu go nie ma!

…„Pewnie, że nie ma, zjebie – pomyślał Dezyder… znaczy Crane. – Nie ma, bo parę kul i upadek z kilku metrów to za mało, by zabić boga!”

Dezyderiusz się uśmiechnął.

– A wiesz, że dokładnie tak pomyślałem?

…„No mówię przecież” – pomyślał Crane, sprawiając wrażenie nieco oburzonego.

– A wiesz, co jeszcze pomyślałem?

…zapytał samego siebie. I choć oczywiście w myślach znał odpowiedź, nie odmówił sobie satysfakcji, by powiedzieć to na głos…

– A żebyś wiedział! Bo teraz dopiero się zacznie. A gdy już się rozkręci, zajmiemy się tymi skurwielami, którzy byli tak nierozsądni, by postanowić mnie zabić.

…powiedział bóg Dezyderiusz Crane.

– Za długo.

…powiedział Crane.


Pierwszy łomot Bachus zafundował sobie jeszcze na posterunku prośbą o przysługujący mu telefon. Policjant, szczupły, umięśniony szatyn, najpierw droczył się z nim przez chwilę, każąc sięgnąć po słuchawkę złamaną ręką – spoczywającą teraz na temblaku – a potem bez ostrzeżenia uderzył go pięścią w twarz. Bóg Wina poleciał na prawy bok i jęknął, upadając na uszkodzoną kończynę.

Szatyn obszedł tymczasem biurko i odtrąciwszy przewrócone krzesło, doprawił cios kilkoma solidnymi kopniakami w brzuch, żebra i głowę, aż wreszcie pracujący biurko obok policjant poprosił go, by przestał, bo są granice tego, co może przyjąć raport w rubryce „Uwagi” pod hasłem: „Obrażenia odniesione podczas dokonywania czynności przestępczej”.

Skutek przyniosła jednak dopiero wizyta kapitana, który zajrzał do biura i z właściwym sobie – a znanym wszystkim jego podwładnym – wdziękiem i taktem zapytał, co tu się, do kurwy nędzy i wszystkich jej dziwkarskich córek, wyrabia.

– Oglądaliśmy to z żoną – odparł szatyn. – Pan kapitan wie, „Bóg pośród nas”.

Dowódca skinął głową, po czym spojrzał z obrzydzeniem na leżącego na ziemi grubasa.

– Ale i tak dajcie mu już spokój, Roller. Idźcie do łazienki ochłonąć i gówno z butów opłukać, a ty, Stevens, dopisz mu tam w rubryczkę podejrzenie o pedofilię i dopilnuj, by ktoś się w transporcie wygadał.

– Tak jest, kapitanie.

Dowódca pokręcił głową i poklepał się po karku porośniętym srebrzystą szczeciną.

– Taki dobry serial, cholera. Taki dobry – powiedział, wychodząc.

Nie minęła godzina, a obolały Bachus zaliczył łomot numer dwa. Czekał właśnie w przeładowanej celi aresztu, siedząc w kąciku i próbując z całych sił być tak czarny, jak blisko połowa aresztantów, albo chociaż brązowy jak reszta. Było, nie było, Kalifornia pozostawała Południem i skoro trafiłeś do aresztu jako biały, musiałeś być naprawdę szumowiną, jakiej wstydzą się dumni z koloru skóry koledzy. Tak się złożyło, że grubas, niebędący nawet człowiekiem, był jednocześnie jedynym reprezentantem rasy białej.

To by w zasadzie wystarczyło, żeby oberwał, ale Bachus był na tyle uprzejmy, że dostarczył jeszcze pretekstu sam z siebie. Skomentował swoją sytuację jako czarny humor, a potem tłumaczył się rosłemu, wytatuowanemu osiłkowi, że nie chciał obrazić „jemu podobnych”, a zupełnie zapomniał, jak są na tym punkcie przeczuleni.

Wrażliwość osiłka i jego kolegów kosztowała grubasa dwa ruszające się zęby, opuchnięty nos i kolejne pęknięcia żeber.

Można więc powiedzieć, że kiedy poinformowano go, że przyjechali po niego marshale, by zabrać go do innej placówki, jego przeciągły, boleściwy jęk i przestraszone spojrzenie były w pełni uzasadnione. Uspokoił się dopiero, gdy zobaczył, że postawny wąsacz w mundurze United States Marshals Service żuje wykałaczkę. A gdy zaraz potem dostrzegł jego partnera, przystojnego blondyna w typie młodego Pitta, stojącego teraz w kącie i uśmiechającego się półgębkiem, z ulgą stwierdził, że męczarnie już się dla niego skończyły.

Jak się jednak okazało, uznał tak zdecydowanie przedwcześnie.

– No dobra, panowie. – Wąsacz z wykałaczką podniósł głowę znad dokumentów przypiętych do czarnej podkładki z gwiazdą wpisaną w koło i powiódł wzrokiem po zebranych w pomieszczeniu policjantach. – Z chwilą gdy podpiszę ten dokument, US Marshals oficjalnie przejmują więźnia i odpowiadają za jego ochronę. Zrobimy wtedy wszystko, by pan – spojrzał w dokument – Chus dotarł bezpiecznie do właściwej placówki penitencjarnej, w której będzie oczekiwał prawomocnego wyroku w sprawie o zabójstwo z premedytacją. Zgodnie z zasadami, jakie nam przyświecają, nie zamierzamy go oceniać, szafować przedwczesnymi wyrokami czy wreszcie dawać mu do zrozumienia, że jest kimś od nas gorszym. Wypełnimy tylko nasz obowiązek, którym jest wspomniany wcześniej transport, jak również odizolowanie pana Chusa od społeczeństwa i społeczeństwa od pana Chusa. Czy to jasne?

Policjanci, w większości młodzi, pełni wigoru mundurowi smętnie pokiwali głowami. Trudno powiedzieć, na co mieli nadzieję, gromadząc się tutaj, ale najwyraźniej cokolwiek to było, właśnie zostało im odebrane. Bachus schylił głowę, by nikt nie dostrzegł, że się uśmiecha.

– Na razie jednak – powiedział wąsacz po krótkiej pauzie – niczego jeszcze nie podpisałem, a na dodatek zmuszony jestem pilnie udać się do toalety, by nie musieć tego robić później, podczas transportu. Jestem przekonany, że mój kolega również zapomniał o tej prozaicznej czynności. A czyż nie jesteśmy wszyscy tylko ludźmi?

Policjanci przytaknęli skwapliwie, a Bachus, poderwawszy głowę, zdołał tylko wyrzucić z siebie ciche, niemal bezgłośne:

– Dlaczego?

Miało minąć pięć minut pełnych ciosów i kopnięć, a potem jeszcze godzina bez przytomności, nim usłyszał odpowiedź.


– Zabić nic niepodejrzewającego telewizyjnego aktora w pustym pokoju z odległości metra. Co w tym, do cholery, może być trudnego?! – ryknął wreszcie Loki, przerywając nieznośną ciszę.

Jechali już dobre pół godziny drogą międzystanową. Więźniarka trzęsła niemożliwie, radio pojękiwało głosem wokalisty Rush, a wtórowała mu swym brzęczeniem latająca po szoferce tłusta mucha. Eros siedzący na miejscu pasażera odganiał się od niej podkładką z emblematem US Marshals.

– Jeden koleś! Jeden chrzaniony serialowy wymoczek! – nie przestawał krzyczeć Loki. – Gdybym wiedział, że to takie skomplikowane i trudne, pewnie wysłałbym kogoś o boskich mocach… a nie, kurwa, czekaj! Przecież wysłałem pierdolonego boga!

Nagle skręcił gwałtownie, zjechał na pobliski parking i wysiadł, trzaskając drzwiami. Obszedł więźniarkę i otworzył tylne drzwi, nic sobie nie robiąc z zaniepokojonych spojrzeń rodziny z trójką dzieci biwakującej tam akurat przy stoliczku wyjętym z potężnego, luksusowego kampera.

– Wysiadaj! – warknął do skulonego w ciemności, wciąż obolałego Bachusa. – Byle prędko, bo mam zamiar opowiedzieć ci, jak wyglądał mój dzisiejszy dzień.

Tłusty bóg wina się zawahał, ale wtedy Loki wydobył z kabury pistolet.

– Wysiadaj, mówię – wycedził.

Bachus obejrzał się przez ramię, by w niewielkim, zakratowanym okienku dostrzec profil Erosa. Bóg Miłości zdawał się w ogóle nie przejmować zaistniałą sytuacją – patrzył prosto przed siebie i co jakiś czas poruszał gwałtownie ręką uzbrojoną w podkładkę. Zachowywał się jak jakaś lalka albo…

„Iluzja?” – pomyślał Bachus i poczuł, jak po plecach spływa mu nagle strużka zimnego potu. Czy to możliwe, że Loki był tak wściekły, że zabił Erosa, a teraz, dla pozoru, zastąpił go iluzją?!

Loki wycelował do środka więźniarki i strzelił. Pocisk zrykoszetował od lewej ściany, potem od tylnej, jakieś dziesięć centymetrów od grubasa, wreszcie od prawej i z impetem wyleciał na zewnątrz.

Od strony kampera dobiegł pisk i dziecięcy płacz, a zaraz potem odgłos upadających na ziemię plastikowych naczyń i składania przenośnego stolika. Loki wychylił się zza więźniarki i pomachał rodzince pistoletem.

– Proszę się nie przejmować, to tylko szczury – powiedział, po czym znowu spojrzał w głąb więźniarki. – Wychodzisz czy tym razem mam…?

– Wychodzę. – Grubas wyłonił się z cienia. – Już wychodzę, nie strzelaj. I naprawdę, Loki, ja…

Kłamca przysunął grzbiet lufy do ust tak blisko, że poczuł na wargach ciepło bijące od rozgrzanej broni.

– Ciii… – polecił. – Najpierw mój dzień. Wyobrażasz sobie, że zaczął się całkiem fajnie? Utarłem nosa pewnemu skrzydlatemu dupkowi, wygrałem parę piór w zakładzie, a w dodatku udało mi się wykonać numer, o którym myślałem już od jakiegoś czasu. Numer ryzykowny i taki, który na pewno nie spodoba się skrzydlatym, ale przecież, myślę sobie, hej, wiem, jak odwrócić ich uwagę! Wiem, jak ich udobruchać! Facet, który staje się nowym bogiem, zostaje skasowany, zanim stanie się prawdziwym problemem. Archaniołowie mają wątpliwości? Bum, paczka dowodów sumiennie zbieranych przez grupę nastoletnich hakerów. Wiesz, co musiałem zrobić, by ich do tego zmusić?

Bachus wiedział. Osobiście zdobywał dla Lokiego fotografie seksownych nauczycielek, sklepikarek, ponętnych sąsiadek tych zakompleksionych nerdów. Kłamca przemieniał się potem w każdą z nich i ubrany w damską bieliznę – albo i zupełnie bez niej – robił sobie naprawdę gorące sesje. Wtedy wyglądało, jakby sprawiało mu to perwersyjną przyjemność, ale teraz Bachus wolał o tym nie wspominać. Ograniczył się więc do skinienia głową.

 

– Wyobraź więc sobie moje zdziwienie – kontynuował Loki – gdy oto po wyjściu z głupawego przesłuchania włączam sobie telewizor, a tam co kanał ta sama wiadomość. Aktor wypada przez okno i znika, tłusty zamachowiec aresztowany. Brakowało jeszcze, by do prasy wyciekło twoje nazwisko! Ale by mieli używanie, gdyby wiedzieli, że jak Chapman, Oswald czy cała reszta pieprzniętych zamachowców używasz dwóch imion!

Rozległ się ryk silnika, ale Kłamca nawet się nie obejrzał. Na moment znalazł się w cieniu opuszczającego parking kampera.

– Wiesz, jak bardzo mamy teraz przewalone? – zapytał po chwili.

Bachus w pierwszej chwili chciał skinąć głową, ale postawił na uczciwość i potrząsnął nią gwałtownie. Zbyt gwałtownie, zważywszy na obrażenia, jakich doznał. Jęknął z bólu, ku wyraźnej satysfakcji Kłamcy.

– No więc bardzo – powiedział Loki.

– A właściwie dlaczego? – zapytał nagle Eros, wyłaniając się zza więźniarki.

Najwyraźniej znudziło mu się siedzenie w rozgrzanej szoferce. A może po prostu uznał, że – zważywszy na rykoszetujące pociski – bezpieczniej jest jednak poza samochodem.

Loki odruchowo skierował w niego lufę pistoletu, zaraz ją jednak opuścił.

– Hę? – mruknął.

– Dlaczego mamy tak bardzo przerąbane? – rozwinął Eros. – Bo jakoś nie było dotąd czasu, byś mi to wyjaśnił.

Loki przyglądał się bogu miłości przez moment, potem przeniósł wzrok na Bachusa. Podrapał się lufą w skroń, westchnął…

– Daj grubemu ciuchy do przebrania – polecił w końcu Erosowi. – Do naszego samochodu mamy jeszcze tylko parę kilometrów, a potem zatrzymamy się gdzieś na kawę. Cholera, naprawdę potrzebuję kawy.


„Co jeszcze mogę, gdzie kończą się moje możliwości”…

…zastanawiał się Crane, wpatrując się w swoją dłoń uformowaną teraz na kształt pistoletu – mały i serdeczny palec podwinięte, środkowy ze wskazującym wyprostowane, sterczący prostopadle do nich kciuk.

– Myślę, że każdy wie, jak wygląda pistolet z dłoni – westchnął Crane. – Nie musisz wdawać się w takie detale.

To powiedziawszy, Crane sięgnął po małą, posrebrzaną łyżeczkę i nabrał nią cukru z niewielkiej, porcelanowej cukiernicy ozdobionej malowanymi wizerunkami kolibrów zbierających pyłki z… – tu Crane musiał się przyjrzeć, bo na pierwszy rzut oka nie rozpoznawał tego kwiatu. Czyżby to była…?

– Dobra, dobra, już rozumiem, przestań!

… przyznał się do swej jakże sromotnej porażki Crane.

Westchnął, zdając sobie sprawę, że trudno być bogiem.

Ale oczywiście musiał też przyznać, że miało to swoje plusy. Niecałe trzy godziny temu wszedł do studia, używając kilku filmowych sztuczek, jak machanie niewłaściwym dokumentem wystarczająco szybko, by nikt nie zauważył, że to nie legitymacja FBI, a karta biblioteczna. Krzyczenie na strażnika, zmuszanie go do dzwonienia do przełożonego i gra nerwów, gdy mundurowy szukał w jego oczach śladów blefu. Seria przypadków pozwalająca na prześlizgiwanie się między ochroniarzami i wreszcie niepilnowane stanowisko charakteryzatorskie, gdzie akurat znajdowała się zrobiona przez jego obsadę maska szefa studia.

Tanie filmowe klisze, zagrywki z filmów klasy B, a nawet C,

które w normalnym życiu nie miałyby prawa zadziałać. A tu proszę, moc Dezyderiusza Crane’a i czyń swoje klisze, niechaj się staną prawem!

Crane pomyślał, że ładnie by to wyglądało na jego nagrobku.

– Wcale tak nie pomyślałem. Bogowie nie umierają!

Faktycznie. Po zastanowieniu przyznał sam sobie rację.

Filmik, który Crane nagrał i zaraz potem wypuścił, w świat, miał już cztery miliony wyświetleń. Ułamek w porównaniu z tym, na którym wypada z hotelowego okna i znika, ale młody bóg był pewien, że te liczby w końcu się zrównają – dwa obrazy są wszak jak pytanie i odpowiedź.

Co się stało? – chcieli wiedzieć ludzie po obrazie pierwszym.

Oto co, odpowiedział im obraz drugi. Dużo prostszy, nie tak efektowny, ale jakże silny w przekazie.

Na ekranie Dezyderiusz Crane, kiedyś znany jako Marcus Lester, patrzy z powagą w ekran, w ręku trzymając popołudniowe wydanie powszechnie znanej gazety. Nie sprawia wrażenia rozbawionego, ale ma ten swój dziwaczny półuśmieszek, w którym kochają się fanki serialu na całym świecie. W zębach trzyma źdźbło trawy. Mówi, nie wyjaśniając w zasadzie niczego, ale stawiając pytanie za pytaniem. „Nasz serial, choć rozrywkowy, opierał się na solidnym researchu i wprowadzał do popkultury najnowsze odkrycia w zakresie dawnych religii i wierzeń. Czy to nie dziwne, że zamach na mnie nastąpił akurat wtedy, gdy chcieliśmy powiedzieć wam, że bogowie istnieją?”

Crane wiedział, że to, co mówi, nie trafi do rozsądnych ludzi, ale… przecież nie do nich, nie do tej garstki mówił. Zwracał się do ludzi z pogranicza, tych, którzy, spotkawszy aktora z serialu o lekarzach, pokażą mu chore kolano i poproszą o tabletki, a oglądając kolejny wydumany, spiskowy pseudodokument o WTC, powiedzą: „Cholera, coś w tym musi być!”. Mówił do ludzi, którzy nie uznawali Jezusa, ale święcie wierzyli w jego prapraprawnuczkę i to, że Dan Brown odkrył, że dybią na nią pospołu kościelni asasyni z Opus Dei i francuska policja.

– Rany, wiesz, że tylko ja cię słyszę, a ja to wszystko już wiem?! – zapytał zniecierpliwiony nagle Crane…

…bo – wierzcie lub nie – on naprawdę tak właśnie myślał. Że te wszystkie myśli, spostrzeżenia i koncepcje nie wychodzą poza jego głowę. Ale one już poszły w świat. W chwili, gdy w filmiku powiedział zdania sakramentalne, które tylko umocniły jego wiarygodność. Zdania, które brzmiały: „To nie jest promocja następnego odcinka czy sezonu, bo już nigdy więcej nie zobaczycie „Boga pośród nas”. Chyba że rozejrzycie się wokół siebie”…

Crane pokiwał głową. Teraz, siedząc w niemal opustoszałym barze nad drinkiem barwy zdrowego moczu, uniósł pistolet z palców i wycelował w stronę samotnej dziewczyny na drugim końcu kontuaru. Mrugnął do niej, a ta zaraz wstała i podeszła, kręcąc biodrami. Poznała go? Nie, chyba nie, nie zachowywała się jak fanka. Ale i bez tego, nawinąwszy na palec kosmyk włosów, zapytała:

– Postawisz mi drinka, przystojniaku?

„Ech – pomyślał Crane – naprawdę powinienem oglądać w życiu ambitniejsze filmy, z lepiej nakreślonymi postaciami, zwłaszcza kobiecymi. Wystarczy wszak spojrzeć na obrazy twórców naprawdę szanujących kobiety. Na filmy Almodovara, Ozona… Ale nawet w szeroko rozumianej popkulturze – czy taka Sarah Connor dałaby się tak łatwo wyrwać? Porucznik Ripley? Czy”…

– Pierdolenie – mruknął Crane, przerywając narratorowi wywód, a dziewczyna zaśmiała się, jakby był to najlepszy żart na świecie.

– Najpierw drink, kochaniutki – stwierdziła zalotnie. – A potem się zobaczy.

…i niech skonam, jeśli nie mówiła tego tak, jakby cokolwiek w tej scenie zależało od niej.


Trzy zjazdy później odbili z międzystanowej, minęli małe miasteczko i zatrzymali się na porośniętym zielskiem parkingu opuszczonej stacji benzynowej. Loki wysiadł i ruszył w stronę zaplecza, jednocześnie rozpinając koszulę munduru. Nie decydował się tym razem na iluzję; wbrew pozorom mogłaby się okazać trudniejsza niż zdobycie marshalowych ciuchów. Było ich dwóch i musiałby utrzymywać złudzenie nie tylko na sobie, lecz także na Erosie, a to zawsze wymaga czuwania i nanoszenia zmian na bieżąco. Plama z wylanej kawy nie robi się sama, trzeba ją nałożyć, refleksy światła czasem nie znikają w porę. A gdy w grę wchodzi policja i sprawa zabójcy, wszyscy są jakoś wyczuleni na detale. Stąd iluzoryczna twarz owszem, ale mundur czy tym bardziej dwa – już nie.

Kłamca podszedł do budynku i otworzył nową, ale specjalnie postarzoną kłódkę kluczykiem, który wyjął z kieszeni. Szarpnął za skobel, rozwarł skrzydła drzwi. Wszedł, cisnął koszulę w kąt, zdjął buty, rozpiął i zsunął spodnie.

Wszystkiemu temu przyglądał się swymi reflektorowymi ślepiami żółty ubłocony dodge charger. Loki w samych slipach i skarpetkach podszedł do maski i z leżącej na niej sportowej torby wyjął dżinsy, T-shirt z George’em Carlinem upozowanym na Che Guevarę i conversy. Ubrał się szybko, wsiadł do dodge’a, torbę rzucając na siedzenie pasażera. Wyjechał i zaparkował koło więźniarki, gdzie czekali na niego Eros i Bachus. Grubas, przebrany już w dżinsy i flanelową koszulę, ściskał w rękach perukę, sztuczny nos i brodę.

– Kompletnie nie wiem, jak się to zakłada – wyjaśnił Lokiemu.

– Daj to – polecił Kłamca. – A ty zdejmuj ten mundur, w torbie masz cywile.

Wziął perukę w obie dłonie, wywrócił brzegi na bok, po czym wcisnął ją na głowę Bachusa, poprawił i przyjrzał się krytycznie. Włosy peruki były nieco kręcone, więc teraz, jak jeszcze nigdy wcześniej, Bachus wyglądał niczym postać antyczna. Czy też może jeden z rafaelowskich cherubinków, który, niczym młode hollywoodzkie gwiazdki, zachłysnął się karierą, rozpił, roztył i oto teraz był jedynie pyzatą, starą i groteskową wersją siebie z czasu świetności. Broda w tym zestawie mogłaby być już tylko groteskowa, dlatego Loki odrzucił ją, skupiając na nieco garbatym, sztucznym nosie. Zamocował go na sucho, bez kleju, docisnął.

– Trochę trudno mi się oddycha – pożalił się bóg wina.

– Dla ciebie już najwyraźniej nie ma łatwych zadań – odparł Loki. – Nie poradzę.

Zamachał coś rękami, przechylił głowę i doprawił wygląd kolegi drobną, prostą iluzją. Powinna się trzymać nawet niekontrolowana. Kłamca pokiwał głową zadowolony.

– Dobra, jedziemy – stwierdził w końcu. – Im szybciej obgadamy, co trzeba, tym… sam nie wiem. Kawy.

Siadł za kierownicą, Eros po prawej, Bachus z tyłu. Koła zabuksowały na skruszonym betonie i dodge wyrwał na drogę. Po chwili byli z powrotem na międzystanowej, a pół godziny później w boksie przydrożnego baru. Zamówili po burgerze i kawie, rozsiedli się wygodnie.

– Co wiecie o serialu „Bóg pośród nas”? – zapytał w końcu Loki.

– Do tej pory dwa sezony, dwadzieścia siedem odcinków – odezwał się Bachus. – Niezwykle popularny, w rekordowym momencie blisko trzydzieści milionów widzów, a w rankingach uzyskał wtedy współczynnik…

– O fabułę pytam – wszedł mu w zdanie Loki. – O czym jest.

Bóg wina wzruszył ramionami.

– No o bogach. I aniołach. Ci pierwsi ukrywają się przed drugimi, a Crane to taki trochę…

– No?

Kłamca zakręcił młynka palcem, ale ten gest zaraz przeszedł w inny. Wyciągnięta przed siebie dłoń z palcami skierowanymi w górę. „Poczekaj”.

Do stolika podeszła kelnerka z kubkami na kawę, szklanym dzbankiem wypełnionym niemal po brzegi czarnym płynem o brunatnym połysku i zestawem dodatków.

– Co tam, chłopcy? Skąd jesteście? – zapytała, stawiając kubek przed każdym z nich, a potem wypełniając wszystkie kawą.

Eros już otwierał usta, ale Loki pokręcił głową. „Nie teraz”.

– Z Kanady – powiedział.

Nancy, bo tak według tabliczki na piersi miała na imię kelnerka, natychmiast straciła ochotę do dalszej rozmowy.

– Aha – mruknęła tylko. – Jakbyście, panowie, czegoś potrzebowali, to…

– Zawołamy. – Loki pokiwał głową i uśmiechnął się tak, jak jego zdaniem powinien się uśmiechać funkcjonariusz kanadyjskiej konnej na wymarzonym urlopie w Ameryce.

Odczekał jeszcze moment, aż dziewczyna odejdzie, i spojrzał na Bachusa.

– No, możesz kontynuować.

Bóg wina upił kawy, po czym, zmrużywszy oczy, doprawił ją sobie magicznie pięćdziesiątką bourbona. Jego ciało regenerowało się szybciej niż ludzkie, ale nadal bolało go niemal każde miejsce, jakie potrafiłby nazwać. Z całą pewnością potrzebował znieczulenia.

– W każdym razie, wracając – powiedział w końcu – Crane to trochę taki… no… ty, szefie. A cały świat przedstawiony jest jakby…

– …na faktach – wtrącił się Eros. – Chcesz powiedzieć, że ten, kto go wymyślił i napisał, wie, jak się rzeczywiście sprawy mają?

 

Loki milczał.

– Ale w takim razie to nie aktora, a jego czy też ich powinniśmy załatwić – stwierdził Eros. – A przynajmniej przepytać, skąd wiedzą i w ogóle. To oni stanowią prawdziwe zagrożenie!

Loki upił kawy, po czym sięgnął do pojemniczka z wykałaczkami. Wyjął jedną, bawił się nią przez chwilę, zanim wreszcie włożył do ust. Przygryzł, wciąż nie mówiąc ani słowa.

Eros i Bachus wymienili spojrzenia. Taka postawa szefa mogła mówić w zasadzie tylko jedno. Nie powiedzieli niczego, na co sam wcześniej by nie wpadł. A skoro wpadł i nie uznał tej drogi za sensowniejszą, to znaczyło, że się z nimi nie zgadza. A to z kolei prowadziło do jednego logicznego wniosku.

– To twój serial, prawda? – zapytał Eros. – To ty go napisałeś?

Wykałaczka przewędrowała z jednego kącika ust do drugiego.

– Tylko po co właściwie to zrobiłeś? – chciał wiedzieć Bachus.

Kłamca wzruszył ramionami.

– Bo mogłem? Bo świetnie płacili i szukali nowych pomysłów? Bo miałem, można powiedzieć, praktyki u Knoxa, a kto bardziej miesza ludziom w głowach niż ten skurwiel?

No i wreszcie to, co zrobiliśmy w Tokio, ta cała historia z wielkim Zeusem, wężem, aniołami. Widzieliście, co się potem działo w sieci? Ludzie dostali świra na punkcie skrzydlatych i bogów. Mnóstwo gówna padającego po sezonie, jeden całkiem mądry, ale robiony przez Foxa, więc zerżnięty w dupę i uwalony po sześciu odcinkach. Nisza panowie, nisza. Więc…

– Napisałeś serial, a on wyrwał się spod kontroli – dokończył Bachus.

– Nie doceniłeś charyzmy aktora – dodał Eros. – Nie doceniłeś scenarzystów i…

Kłamca wzruszył ramionami.

– Cokolwiek spieprzyłem, zorientowałem się za późno – odparł. – Myślałem, że jak zwykle prawda wyda się ludziom zbyt szalona, zbyt wydumana i nierealna. Ale rzeczywiście scenarzyści odwalili kawał dobrej roboty. Podobno ten dzieciak Po-prostu-Teddy bardzo się zapalił jako producent i zachęcał scenarzystów do wplatania w tę opowieść wszystkich religijnych historii spiskowych, jakie siedzą ludziom w głowach. I robienia tego na poważnie, a nie odwalania Xeny czy Buffy.

Bogowie popatrzyli na niego, a Kłamca wzruszył ramionami.

– Zrobiłem research – powiedział, wyciągając z ust wykałaczkę. – Podchodzę poważnie do swojej pracy.

Ostatnie zdanie skierował wyraźnie do Bachusa, ale wyrzut nie zdążył porządnie wybrzmieć, bo zaraz zjawiła się Nancy z burgerami. Jedli je w milczeniu, raz po raz zapijając kawą.

– Na czym dokładnie polega problem? – zapytał w końcu Eros. – W sensie rozumiem, facet staje się kimś na kształt nas, nasycony wiarą swoich telewizyjnych wyznawców, ale to chyba nie jest prawdziwa wiara, nie?

– Padżyysza, nysz… – Loki przerwał, przełknął, zaczął jeszcze raz. – Prawdziwsza, niż myślisz. W przeciwieństwie do osób uważających się za religijne, ci maniacy teorii spiskowych to perfekcyjne połączenie idioty i geniusza. Wyznawca idealny, teolog stuprocentowy. Upierając się przy tej jednej rzeczy, którą przyjął na wiarę, będzie szukał i grzebał, a wszystko, co może potwierdzić jego teorię, uzna za kluczowy dowód. Zwłaszcza teraz, kiedy…

– …serial stał się rzeczywistością – mruknął Bachus. – Dobra, rozumiem, że spieprzyłem, szefie. Naprawdę.

Loki ponownie wgryzł się w burgera.

– Właściwie to spieprzyliśmy obaj – stwierdził w końcu. – Ja nawet podwójnie. Po pierwsze, dałem im ten pomysł na serial, a po drugie, zbyt długo nie orientowałem się, co się święci. Gdy się tam zjawiłeś, nasz telewizyjny Chrystus już dojrzał do tego, by go ukrzyżować. Właściwie wyświadczyliśmy mu przysługę.

– Pytanie teraz, czy z niej skorzysta – zauważył Eros. – Wiesz, może i z boskimi mocami, ale to nadal głupi aktorzyna.

Loki potrząsnął głową, po czym wskazał na Bachusa.

– Kim są według serialu rodzice Dezyderiusza Crane’a?

– Thor i Lo…

– I ja. – Kłamca wykonał gest, jakby to wszystko wyjaśniało.

Z twarzy rozmówców wywnioskował, że tak się nie stało, więc dopowiedział:

– Wiara to pojebany wynalazek. Z niej wszyscyśmy się zrodzili, ona czyni naszą rzeczywistość prawdziwą. Jeżeli ludzie wierzą, że Crane to mój syn, to tak właśnie jest. W dodatku ma po mnie łeb, a po tatusiu nienawiść do mamusi za żarcik, zdradę, zabójstwo. Taki trochę Hamlet w takt techno-Wagnera. Więc musimy założyć, że Dezyderiusz Crane dość szybko zorientuje się, kim jest i jak niebotycznie wielką ma moc. A także jak niebywałe posiadł narzędzia.

Kłamca odłożył hamburgera, wytarł ręce w serwetkę i odetchnął głęboko. Częściowo za sprawą jalapeño w burgerze, bardziej jednak, by podkreślić dramatyzm tej chwili.

– Chłopaki, nie sądzę, bym przesadził, gdy powiem, że ze wszystkich mitycznych, jacy istnieją, ten jebany skurwysyn może być najpotężniejszy.

Obaj bogowie przez chwilę wpatrywali się w Lokiego z pełnym powagi milczeniem. W końcu Bachus nieśmiało uniósł rękę.

– Loki, nie sądzę, że powinieneś go tak nazywać.

Kłamca uniósł brew.

– Kogo? Jak nazywać?

– No Crane’a – wyjaśnił Bachus. – Nie powinieneś nazywać go skurwysynem, bo, technicznie rzecz biorąc, to ty… jesteś jego matką.

Loki pokręcił głową.

– Ty chyba jednak za mało zebrałeś tego wpierdolu – stwierdził.


Dość szybko rozmowa przestała się kleić, ale Crane wiedział, że na domknięcie jej kluczowym pytaniem jest jeszcze za wcześnie. Poza tym to nie on powinien je zadać. Dziewczyna była z tych, które za wszelką cenę chcą, by to była ich decyzja. Znał takie jak ona i nie potrzebował nowych mocy, żeby móc to stwierdzić. Wystarczyło mu dotychczasowe życie przystojnego lekkoducha.

„Ach, gdyby tylko był jakiś sposób, by to teraz przyspieszyć”…

…pomyślał Crane i nagle zdał sobie sprawę, że obraz, który widział, wzbogacił się o dolny pasek menu z takimi opcjami jak: pauza, przewijanie do przodu i do tyłu, zmiana wersji językowej. Przez moment kusiła go ta ostatnia opcja, ale przypomniał sobie, jak kiedyś przestawił swoją starą nokię na chiński i…

– No już, już, nie musisz mi przypominać… – szepnął w rękaw, udając, że ziewa.

Dziewczynie wyraźnie się to nie spodobało.

– Nudzę cię? – zapytała.

Pokręcił głową.

– Ależ skąd! Neurony lustrzane dają o sobie znać, bo się przez moment zagapiłem na tamtego kolesia.

Wskazał faceta na drugim krańcu kontuaru rozmawiającego jak on, z jakąś kobietą, dużo jednak brzydszą i starszą niż jego towarzyszka. Dziewczyna obejrzała się, pokiwała głową i uśmiechnęła zalotnie.

– Serio? To już nie masz na kogo patrzeć?

– To trochę jak z patrzeniem na zachodzące słońce. Czasem trzeba odwrócić wzrok – odparł…

…zgrabnie wyplątując się z zastawionej pułapki.

Już chciał sobie podziękować za tę uwagę, ale wtedy znowu musiałby udawać ziewanie, więc ostatecznie zbył tę myśl milczeniem.

– No tylko nie zachodzące, dobra? – zaśmiała się dziewczyna. – Bez gumki nie ma zabawy, kowboju.

„O proszę – pomyślał. – Więc jednak obyło się bez przewijania?” Menu zniknęło za niewidoczną dolną krawędzią zasięgu jego wzroku.

– A z gumką jest? – zapytał.

Wzruszyła ramionami.

– Wiesz, w zasadzie to nic o tobie nie wiem. A co, jeśli okażesz się…

Menu natychmiast pojawiło się znowu, a on wyimaginowanym kursorem najechał na opcję „przejdź do następnej sceny”. Świat zakołysał się, obraz zamigotał i następnym, co usłyszał Crane, było:

– To gdzie idziemy, kowboju?

Otworzył usta, by odpowiedzieć, gdy nagle przed jego oczami pojawiła się ramka, a w niej trzy możliwe odpowiedzi: „do mnie”, „do ciebie” i „nie mam wystarczająco siły i krwi w nogach, by iść gdzieś daleko”. Każda z opcji, gdy się na niej skupił, zaprezentowała mu krótką zapowiedź tego, jak wszystko potoczy się dalej. To było prawie jak „w następnym odcinku” jakiegoś interaktywnego serialu, w którym był głównym bohaterem. Jak granie na kodzie, który na grę nakłada łatkę podpowiedzi.

Crane nie musiał się długo zastanawiać. Opcja pierwsza odpadała zupełnie, bo nie istniało coś takiego jak „u niego”, nie miał jeszcze pokoju w hotelu. Trzecia była ryzykowna, bo dziewczyna mogła się obrazić. Gdy to jednak sprawdził, najeżdżając na obraz, zdał sobie sprawę, że jednak nie, przyjmie to chętnie i przez następne dwadzieścia minut każdy, kto będzie chciał się wysikać, będzie musiał skorzystać z damskiej toalety.