Blizny

Tekst
Autorzy:Nancy Rue, Rebecca St. James
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Nie po­win­no nas dzi­wić, że Re­bec­ca St. Ja­mes – uta­len­to­wa­na i wraż­li­wa pio­sen­kar­ka i au­tor­ka tek­stów pio­se­nek – na­pi­sa­ła tak nie­zwykle po­rusza­ją­cą po­wieść. To fan­ta­stycz­na lek­tura, któ­ra z pew­no­ścią tra­fi do mło­dych ko­biet. Pięk­nie opo­wie­dzia­na hi­sto­ria – wspól­nie z Nan­cy Rue – nie tyl­ko chwyci was za ser­ce, ale tak­że po­mo­że wam zna­leźć dro­gę do uzdro­wie­nia”.

Kari Jobe, lau­re­at­ka Dove Award, ar­tyst­ka,

pre­le­gent­ka pod­czas zjaz­du Re­vo­lve

„Ra­zem z Jo­elem roz­ma­wia­my po kon­cer­tach z mło­dymi ludź­mi z ca­łe­go kra­ju. Je­ste­śmy więc prze­ko­na­ni, że prze­sła­nie tej książ­ki przy­sta­je do na­szych cza­sów i jest jak naj­bar­dziej traf­ne! Mie­szan­ka hu­mo­ru, wni­kli­wo­ści i dra­ma­tu spra­wia, że po­wieść Bli­zny po­ma­ga z całą mocą w gło­sze­niu praw­dy. Gra­tulu­je­my Re­bec­ce i Nan­cy, że na­pi­sa­ły tak wspa­nia­łą książ­kę!”

Luke Smal­l­bo­ne z ze­spo­łu For King and Co­un­try

„Bli­zny to pięk­na, wni­kli­wa książ­ka zaj­mu­ją­ca się trud­nym te­ma­tem. Nan­cy Rue i Re­bec­ca St. Ja­mes stwo­rzyły hi­sto­rię chwyta­ją­cą za ser­ce, któ­ra wy­da­je się bar­dziej praw­dzi­wa, niż moż­na by przy­pusz­czać. Pod­czas lek­tury nie po­win­no się za­po­mi­nać o tym, że wszyst­kie po­sta­ci są fik­cyj­ne. Fa­bu­ła, zwro­ty ak­cji i wstrzą­sa­ją­ce sy­tua­cje tak moc­no po­rwą cię za ser­ce, że nie bę­dziesz w sta­nie przejść obok nich obo­jęt­nie”.

Lori Twi­chell, na­ło­go­wa czytel­nicz­ka li­te­ra­tury pięk­nej


Tym wszyst­kim od­waż­nym ko­bie­tom, któ­re po­dzie­li­ły się swo­ją hi­sto­rią, by po­móc in­nym od­na­leźć swój głos i głos Boga

Al­bo­wiem On jest na­szym Bo­giem,

a my lu­dem z Jego pa­stwi­ska

i owca­mi w Jego ręku.

Oby­ście usłysze­li dzi­siaj głos Jego (…).

Ps 95,7

Część pierw­sza

[Eliasz] sam o je­den dzień dro­gi od­szedł na pustynię. Przy­szedł­szy, usiadł pod jed­nym z ja­now­ców i pra­gnąc umrzeć, po­wie­dział: «Wiel­ki już czas, o Pa­nie! (…)».

1 Krl 19,4

Roz­dział pierw­szy

Tyl­ko raz po­kłó­ci­li­śmy się z We­sem. Nig­dy w życiu z ni­kim się nie kłó­ci­łam. Pew­nie dla­te­go nie po­szło mi to naj­le­piej.

Dys­kusje… zda­rza­ły się nam. Wła­śnie wszyst­ko się za­czę­ło tam­tej nocy. Ko­lej­ny raz roz­ma­wia­li­śmy o prze­pro­wadz­ce Wesa do mo­je­go miesz­ka­nia.

Po­win­nam się do­myślić, że do tego wła­śnie zmie­rzał, kie­dy po­cią­gnął mnie za ko­szul­kę, przy­cią­gnął do swo­je­go smu­kłe­go cia­ła i po­wie­dział: – Wiesz, co uwiel­biam w two­jej ka­na­pie?

– Że nie mu­sisz z niej scho­dzić od mo­men­tu, kie­dy prze­kra­czasz próg tego domu? – po­wie­dzia­łam.

Skrzywił się, aż ką­ci­ki oczu za­czę­ły się stykać z jego ko­ść­mi po­licz­ko­wymi. W ten spo­sób Wes uda­wał zra­nio­ne­go. – Czy we­dług cie­bie je­stem ka­na­po­wym le­niem?

– Mó­wię tyl­ko, że ob­sługuję cie­bie, jak­byś był ka­na­po­wym księ­ciem. – Na­chyli­łam się, żeby pod­nieść wca­le nie wy­li­za­ny do czysta ta­lerz ze sto­li­ka ka­wo­we­go z Ikei. – Może jesz­cze tro­chę que­sa­dil­las, ja­śnie pa­nie?

Wes za­gar­nął mnie do sie­bie łącz­nie z ta­le­rzem. – Nie mu­sia­ło­by tak być, gdybym nie był tutaj go­ściem, Kir­sty.

No tak, zno­wu to samo.

– Po pierw­sze – po­wie­dzia­łam – wiesz, że nie cier­pię, kie­dy mó­wisz tak do mnie. Czuję się, jak­bym wy­stę­po­wa­ła w re­kla­mie z Jen­ny Cra­ig.

– Co ta­kie­go?

– Kir­stie Al­ley. Była twa­rzą ich kam­pa­nii przed Va­le­rie Ber­ti­nel­li.

– Zmie­niasz te­mat.

– Jaki te­mat?

Wes ob­ró­cił się do mnie bo­kiem, żeby móc pa­trzeć mi w oczy, jed­no­cze­śnie trzyma­jąc mnie przy so­bie. On tak jak ja do­brze wie­dział, że chcia­łam się uwol­nić z jego uści­sku i pójść zro­bić co­kol­wiek, byle nie to­czyć tej sa­mej dys­kusji po raz dzie­więć­dzie­sią­ty szó­sty.

– Daj spo­kój, ko­cha­nie. Wiesz, co mam na myśli. Nie ma sen­su, że­bym za­ła­twiał so­bie miesz­ka­nie na lato, sko­ro u cie­bie jest tyle miej­sca.

– Mam jed­ną sy­pial­nię. – Z wiel­kim trudem uda­ło mi się to po­wie­dzieć, gdyż jego dło­nie z dłu­gi­mi pal­ca­mi trzyma­ły moją twarz, a jego nos zmie­rzał w stro­nę mo­je­go, by w zna­ny so­bie obez­wład­nia­ją­cy spo­sób przy­go­to­wać mnie do po­ca­łun­ku. – A poza tym po­trze­bu­ję mo­je­go drugie­go po­ko­ju na swo­ją pra­cow­nię.

– Wiem.

– Wiesz tak­że, ja­kie jest moje sta­no­wi­sko w tej spra­wie.

– Tak. Nie zmie­ni­ło się od trzech lat, sze­ściu mie­się­cy, dwóch ty­god­ni, czte­rech dni i… – zer­k­nął na swój ze­ga­rek – dwudzie­stu sied­miu mi­nut.

Po­zwo­lił, by jego usta prze­sko­czyły z mo­je­go nosa w stro­nę mo­ich ust, ale za­miast pod­dać się po­ca­łun­ko­wi, po­wie­dzia­łam:

– To zno­wu po­trwa nie wia­do­mo jak dłu­go, więc przy­zwyczaj się do tego.

W ta­kim wy­pad­ku za­zwyczaj mó­wił: „Do­bi­jasz mnie Kir­sten. Do­bi­jasz mnie”. Wte­dy po­zwa­la­łam się raz po­ca­ło­wać, po czym wsta­wa­łam, by przy­go­to­wać ko­lej­ną por­cję que­sa­dil­las. Wła­śnie ta­kiej już wie­lo­krot­nie prze­pro­wa­dza­nej roz­mo­wy się spo­dzie­wa­łam.

Ale Wes w ca­łej swo­jej roz­cią­gło­ści – a miał nie­mal 190 cen­tyme­trów wzro­stu – ze­sztyw­niał, schwycił mnie za ra­mio­na i od­sta­wił na bok, jak­bym była skła­da­nym krze­słem. Pa­trzyłam, jak prze­cho­dzi nad sto­li­kiem ka­wo­wym, wsuwa ręce do kie­sze­ni swo­ich szor­tów i pod­cho­dzi z po­wro­tem do okna – z wy­pro­sto­wa­ną szyją i za­ci­śnię­tymi usta­mi, a jego blond wło­sy jeżą mu się na gło­wie. Jesz­cze nig­dy nie wi­dzia­łam, żeby przyj­mo­wał taką pozę. W tym mo­men­cie za­czę­ła mnie pa­lić skó­ra.

– Co ro­zu­miesz przez „nie wia­do­mo jak dłu­go”, Kir­sten?

Do­pó­ki się nie po­bie­rze­my. Taka była moja od­po­wiedź uwię­zio­na w moim gar­dle już od trzech lat, sze­ściu mie­się­cy, dwóch ty­god­ni, czte­rech dni i sie­dem­dzie­się­ciu dwóch mi­nut. Za­mknę­łam oczy, skrzyżo­wa­łam ra­mio­na, by móc nimi po­cie­rać. Pie­cze­nie nie usta­wa­ło.

Wes spoj­rzał w moją stro­nę, wi­dać było, jak pra­cu­ją mię­śnie jego kwa­dra­to­wej szczę­ki. – Czy wiesz, jak trud­no jest cie­bie ko­chać i nie móc się… z tobą ko­chać?

Pró­bo­wa­łam przy­brać cierp­ki wy­raz twa­rzy. – No tak, wiem.

– No to – pod­szedł do sto­li­ka ka­wo­we­go i usiadł na nim. – Po­słuchaj, wy­da­je mi się, że byłem wy­jąt­ko­wo cier­pli­wy w po­rów­na­niu z każ­dym in­nym fa­ce­tem, któ­ry był­by na moim miej­scu.

– Całe szczę­ście, że nie chcę żad­ne­go in­ne­go fa­ce­ta.

– Daj spo­kój, do­brze? Już skończ z tym.

– Ale z czym?

– Z tymi słod­ki­mi uwa­ga­mi i tym swo­im ma­łym tań­cem. Chcę o tym po­roz­ma­wiać. Te­raz.

Przy­lgnę­łam moc­no do ka­na­py. – Roz­ma­wia­li­śmy o tym już z ty­siąc razy, Wes. Wy­czer­pa­li­śmy już ten te­mat.

– To w ta­kim ra­zie chcesz w nie­skoń­czo­ność cho­dzić na rand­ki?

Z trudem prze­łknę­łam śli­nę. – Daw­no temu, kie­dy za­czę­li­śmy się spo­tykać, obo­je usta­li­li­śmy, że żad­ne z nas nie chce upra­wiać sek­su po­za­mał­żeń­skie­go.

Wes po­zwo­lił, by jego rysy nie­co zła­god­nia­ły i ujął moje dło­nie. – Ile mie­li­śmy wte­dy lat, skar­bie? Osiem­na­ście, dzie­więt­na­ście? Byli­śmy wte­dy do­syć na­iw­ni.

Jesz­cze nig­dy tak da­le­ko nie za­brnę­li­śmy w tej dys­kusji. Gdybyśmy mie­li już to za sobą, może wpa­dła­bym na ja­kąś ri­po­stę, któ­ra za­mknę­ła­by ten te­mat. Mo­gła­bym rzucić coś w stylu: „Nie, na­iw­ni byli­byśmy wte­dy, gdybyśmy myśle­li, że uda nam się zgubić dzie­sięć fun­tów tuż przed świę­ta­mi Bo­że­go Na­ro­dze­nia”. Ale tak nie było, a ja czułam, jak moja de­ter­mi­na­cja, by unik­nąć przy­zna­nia tego jako pierw­sza, aż kipi pod skó­rą.

– Myśla­łam, że bę­dzie­my po­stę­po­wać zgod­nie z wia­rą, któ­rą, z tego, co pa­mię­tam, po­zna­łam dzię­ki to­bie – po­wie­dzia­łam.

– Ja­koś ci nie wie­rzę. Nie byli­śmy w domu mo­dli­twy od mo­men­tu, kie­dy za­czę­łaś studia ma­gi­ster­skie. Czyli od ja­kichś dzie­wię­ciu mie­się­cy? Kie­dy ostat­nim ra­zem byli­śmy w ko­ście­le?

– To wca­le nie ozna­cza, że prze­sta­łam wie­rzyć.

– Nie, wca­le – Wes pu­ścił moje dło­nie i mach­nął ręką, jak­by wy­ma­zywał moje sło­wa. – To nie o to w tym wszyst­kim cho­dzi. Ty chcesz, że­byśmy się po­bra­li, praw­da?

Po­czułam, jak moje gar­dło się za­ci­ska. Przy­najm­niej raz w ty­god­niu przez ostat­nie trzy lata i dwa­dzie­ścia sie­dem mi­nut, czy ile tam tego było, wy­obra­ża­łam so­bie, że Wes po­ruszy te­mat mał­żeń­stwa. Przed ocza­mi mia­łam za­rów­no Wesa klę­czą­ce­go na jed­nym ko­la­nie w bla­sku mi­go­czą­cych świec, jak i oświad­czyny w po­sta­ci pier­ścion­ka we­tknię­te­go w opa­ko­wa­nie po Big Macu. Ale w żad­nym z tych sce­na­riu­szy nie prze­wi­dzia­łam, że zo­ba­czę wy­raz za­rzutu w tych nie­bie­skich oczach czy że po­czuję na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój pod po­wierzch­nią mo­je­go cia­ła.

– To o to cho­dzi, praw­da? – po­wie­dział. – Dla­cze­go mi nic o tym nie po­wie­dzia­łaś?

– Bo chcia­łam, że­byś ty to pierw­szy po­wie­dział!

Sło­wa wy­dar­ły się ze mnie, za­nim uda­ło mi się je po­wstrzymać, i wy­da­wać się mo­gło, że nie chcia­ły prze­stać, tyl­ko żyły wła­snym życiem.

– Nie chcę, że­byśmy skoń­czyli jak wszyst­kie inne pary – tyl­ko seks i wspól­ne miesz­ka­nie, i kie­dyś może zde­cydu­je­my się na ślub. Spójrz tyl­ko na Ca­le­ba i Tes­sę. Oni są jak para roz­kła­da­nych fo­te­li. Ja nie chcę pójść tą dro­gą, Wes, po pro­stu nie chcę.

 

Przy­glą­dał mi się, jak­bym była in­truzem, któ­ry na­gle wtrą­cił się do roz­mo­wy, któ­ra tak na do­brą spra­wę już daw­no prze­sta­ła przy­po­mi­nać roz­mo­wę.

– Wiesz co – po­wie­dział – od­kąd pa­mię­tam, nie­mal bła­gam cię o to, że­byś się przede mną otwo­rzyła i po­wie­dzia­ła, co ci na­praw­dę leży na ser­cu.

– Chcia­łam, że­byś miał na myśli to samo co ja. – Moje sło­wa stra­ci­ły nie­co im­pet. Od in­nych krę­ci­ło mi się w gło­wie. Spryt­nie, Kir­sten, bar­dzo spryt­nie. Wy­bra­łaś do­sko­na­ły mo­ment, żeby, no nie wiem, by na­gle stać się au­to­ryte­tem mo­ral­nym.

Wes opadł na ka­na­pę tuż obok mnie. – Po­słuchaj, skar­bie, to nie jest dla mnie od­po­wied­ni mo­ment na tego typu rze­czy. Nie skoń­czyłem jesz­cze studiów, mu­szę po­nadra­biać za­le­gło­ści w te wa­ka­cje. Nie wiem, co będę ro­bił po­tem.

– Wiem o tym.

– Ale ty… ty je­steś taka po­ukła­da­na. Za­wsze taka byłaś. Dla­te­go je­steś moją ska­łą. Po­trze­bu­ję, że­byś była przy mnie jesz­cze przez ja­kiś czas. Czy mo­gła­byś to dla mnie zro­bić?

Co to tak na­praw­dę zna­czy? Mia­łam ocho­tę krzyczeć. Ale już wy­star­cza­ją­co dużo roz­dzie­ra­nia szat jak na jed­ną noc. Przy­najm­niej tego ro­dza­ju.

– Okej, wiesz co, ja już pój­dę – po­wie­dział Wes.

– Te­raz?

Pięk­ne po­sunię­cie. Wzbu­dza­nie współ­czucia, to za­wsze dzia­ła.

– Te­raz. – Wes uśmiech­nął się do mnie jak zwykle tro­chę pro­tek­cjo­nal­nie, ale tym ra­zem tyl­ko pół­gęb­kiem. – Za­nim cie­bie upi­ję i wy­ko­rzystam.

Od­po­wie­dzia­łam au­to­ma­tycz­nie: – Prze­cież i tak żad­na z tych rze­czy się nie wy­da­rzy.

Zno­wu jak­by chciał po­wie­dzieć, do­bi­jasz mnie, mała. W rze­czywi­sto­ści po­wie­dział jed­nak – Tak. – Po pro­stu, tak.

Pod­niósł mnie do góry z ka­na­py i po­szedł przede mną w stro­nę drzwi. Z ręką na gał­ce od­wró­cił się nie­znacz­nie w moją stro­nę. – Kil­ka osób z mo­jej kla­sy wy­bie­ra się jutro na wspi­nacz­kę do M[a].

Po ci­chu jęk­nę­łam. Wspi­na­nie się na M było tra­dycją wśród ab­sol­wen­tów sta­nu Mon­ta­na. Po­le­ga­ła ona na po­ko­na­niu stro­me­go szla­ku i dłu­gie­go grzbie­tu gór­skie­go w świe­tle bez­li­to­sne­go słoń­ca Mon­ta­ny po to, by do­trzeć do ol­brzymie­go M uło­żo­ne­go z bia­łych ka­mie­ni, a póź­niej na im­pre­zo­wa­niu, za­wra­ca­niu i po­wro­cie przy jesz­cze bar­dziej do­skwie­ra­ją­cym słoń­cu, by ba­lo­wać da­lej. Po­da­ro­wa­łam to so­bie, gdy sama byłam ab­sol­went­ką w ze­szłym roku; praw­da jest taka, że wo­la­ła­bym wło­żyć so­bie wi­de­lec w oko niż ba­wić się w ten spo­sób. Wes tak­że nie za­ła­pał się na swo­je ab­so­lu­to­rium, bo je­den rok za­wa­lił, więc jemu tak­że nie było dane uczest­ni­czyć w tej za­ba­wie.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­łam.

– Nie, oni chcą, że­bym z nimi po­szedł. Co to ta­kie­go trzy za­li­cze­nia? Dla nich to tak, jak­bym z nimi był. Nie mu­sia­łem tyl­ko sie­dzieć na kil­ku prze­mó­wie­niach owi­nię­ty w płaszcz ką­pie­lo­wy i z de­ską na gło­wie.

– Nie wiem na­wet, co po­wie­dzieć na to wszyst­ko – po­wie­dzia­łam. – To o któ­rej go­dzi­nie?

– Wy­rusza­my od Ca­le­ba i Tes­sy o siód­mej. – Wes pod­niósł swo­ją brew w ko­lo­rze pia­sku. – Je­śli uda mi się ich prze­ko­nać, by ruszyli się ze swo­ich roz­kła­da­nych fo­te­li.

Au! To mu­sia­ło cię tra­fić pro­sto w ser­ce.

– Chcesz, że­bym przy­go­to­wa­ła ja­kiś pro­wiant? – za­pyta­łam.

Wzrok Wesa po­wę­dro­wał w inną stro­nę, a on po­gła­dził ręką swo­je przy­kle­pa­ne ja­sne ko­smyki.

– Albo mo­że­my coś kupić rano w skle­pie – po­wie­dzia­łam.

– Spra­wa wy­glą­da na­stę­pują­co… wy­da­je mi się, że po­wi­nie­nem po­je­chać tam sam. Więk­szo­ści z tych lu­dzi już nig­dy nie zo­ba­czę, co jest dla mnie tym dziw­niej­sze, że ja się nig­dzie stąd nie ruszam. Sam nie wiem, po pro­stu tak mam.

To już na­wet nie był cios pro­sto w ser­ce. To, co po­wie­dział, do­tknę­ło mnie do żywe­go. Nie chcia­łam tam wca­le je­chać. Chcia­łam tyl­ko, żeby to jemu za­le­ża­ło, bym po­je­cha­ła.

To już prze­kra­cza gra­ni­ce bycia ża­ło­snym. Te­raz to już cał­ko­wi­ta że­na­da. Na­praw­dę, na ca­łe­go.

– Okej… no to okej – po­wie­dzia­łam.

– Wie­dzia­łem, że zro­zu­miesz. – Wes po­ca­ło­wał mnie w szyję. – Ty za­wsze ro­zu­miesz.

Mój we­wnętrz­ny głos Nudzia­ry na­wet nie cze­kał, aż Wes zamk­nie za sobą drzwi, by roz­po­cząć swo­je zrzę­dze­nie. Nudzia­ra od za­wsze ko­ja­rzyła mi się z okre­śle­niem, ja­kie­go używa­ła wo­bec dzie­ci moja opie­kun­ka z przed­szko­la, gdy wy­pro­wa­dza­li­śmy ją z rów­no­wa­gi. Po pro­stu pięk­nie, wtrą­ci­ła się te­raz Nudzia­ra. Stwo­rzyłaś po­zo­ry, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, gdy naj­wyraź­niej tak nie jest. Ko­lej­na war­stwa złej ener­gii w czystej po­sta­ci jest tuż pod two­ją skó­rą.

Za­po­mnij o tym. Nie będę tego ro­bić. Nie ro­bi­łam tego od – już sama nie wiem – od dłu­gie­go cza­su.

Nie od Wa­len­tynek, kie­dy nasz uro­czy We­sley zno­wu się nie spi­sał i nie spre­zen­to­wał ci pier­ścion­ka? A może to była Wiel­ka­noc? Tak, zro­bi­łaś to w Wiel­ka­noc. Ale czy ktoś to pa­mię­ta?

Ty pa­mię­tasz! Chcia­łam po­wie­dzieć na głos. Jed­nak za­wsze po­wstrzymywa­łam się przed gło­śną od­po­wie­dzią na pyta­nie Nudzia­ry. Gdybym to zro­bi­ła, to na­praw­dę mu­sia­ła­bym przy­znać sama przed sobą, że mam nie­rów­no pod su­fi­tem.

Ale ona mia­ła ra­cję. Od sze­ściu mie­się­cy to w so­bie tłumi­łam, od po­cząt­ku kwiet­nia. Obie­ca­łam so­bie, że to już ostat­ni raz, po­nie­waż byłam prze­ko­na­na, że Wes po ukoń­cze­niu studiów oświad­czy mi się. Jed­nak tak się nie sta­ło. W ostat­nią so­bo­tę ukrywał się u mnie (gra­li­śmy w scrab­ble), za­miast pójść ze swo­ją kla­są na roz­da­nie dy­plo­mów. To nie był naj­lep­szy mo­ment na oświad­czyny. Jak się oka­zuje, nig­dy nie było na to od­po­wied­nie­go mo­men­tu.

Nudzia­ra sie­dzia­ła już ci­cho, cho­ciaż i tak bym jej te­raz nie usłysza­ła ze wzglę­du na okrzyki, ja­kie wy­da­wa­ła moja skó­ra. Do­ma­ga­ła się mo­jej uwa­gi.

Za­nim wśli­zgnę­łam się do swo­jej sy­pial­ni i zamk­nę­łam za sobą drzwi, upew­ni­łam się, że mini co­oper Wesa – ten sam, do któ­re­go wsia­da­ła jego tycz­ko­wa­ta po­stać, co za­wsze ob­ser­wo­wa­łam z czuło­ścią – od­je­chał. Na­wet je­śli zo­sta­wa­łam zupeł­nie sama w domu, za­wsze pil­no­wa­łam swo­jej prywat­no­ści. To je­dyna rzecz, któ­ra była wy­łącz­nie moja.

In­strumen­ty znaj­do­wa­ły się w wy­po­le­ro­wa­nym pudeł­ku z afrykań­skie­go ma­ho­niu, scho­wa­nym pod moim łóż­kiem, ale nie zdą­żyłam go jesz­cze wy­jąć. Usia­dłam na dy­wa­ni­ku i zdję­łam tur­kuso­wą bluz­kę, któ­ra zda­niem Wesa wy­do­bywa­ła z mo­ich oczu nie­bie­ski od­cień to­pa­zu. Jak ktoś tak do bólu ro­man­tycz­ny mógł być przy­czyną tylu ran?

Kie­dy prze­bie­ga­łam pal­ca­mi po śla­dach de­li­kat­nych na­cięć na mo­ich bar­kach, spoj­rza­łam na te mniej wi­docz­ne na moim brzuchu. One nie były spo­wo­do­wa­ne kło­po­ta­mi w re­la­cjach dam­sko-mę­skich. Tak na­praw­dę, to po­tra­fi­łam po­dać przy­czynę każ­de­go z nich.

Te nie­rów­ne na li­nii mo­ich że­ber od­zwier­cie­dla­ły moją pa­ni­kę na pierw­szym roku studiów, kie­dy po­czułam się na­gle bar­dzo sa­mot­na, tu, w Bo­ze­man, z per­spek­tywą czte­rech lat ocze­ki­wań roz­cią­ga­ją­cych się przede mną jak nie­koń­czą­ca się gór­ska dro­ga.

Urwa­ne kre­ski po­ni­żej mo­je­go pęp­ka to wspo­mnie­nie lata przed drugim ro­kiem studiów, kie­dy po raz pierw­szy po­je­cha­łam do domu, do Mis­so­uri. A dłu­gie pre­cyzyj­ne na­cię­cia po bo­kach to po­zo­sta­ło­ści po po­czuciu bez­na­dziei pierw­sze­go ty­god­nia drugie­go roku studiów, gdy mia­łam wra­że­nie, że tra­cę za­rów­no na­dzie­ję, jak i po­mysły na zna­le­zie­nie miejsc, w któ­rych mo­gła­bym dać upust swo­im emo­cjom z dala od in­nych.

To wszyst­ko mia­ło miej­sce, za­nim po­zna­łam Wesa. Te rany, jak i te, na któ­re te­raz pa­trzyłam – te za­bliź­nio­ne, ale nadal głę­bo­kie na mo­ich udach. I ta jed­na na we­wnętrz­nej stro­nie le­we­go uda. Tej nocy, kie­dy ją zro­bi­łam, obie­ca­łam so­bie, że już nig­dy na nią nie spoj­rzę. Były tak sta­re jak sam ból, któ­ry do nich do­pro­wa­dził. Tyl­ko te na bar­kach na­le­ża­ły do Wesa.

Ja­sne, zrzuć winę na bied­ne­go Wesa, któ­re­go je­dynym prze­wi­nie­niem jest to, że chce cię za­cią­gnąć do łóż­ka. Co ci się w ogó­le nie po­do­ba w tym peł­nym we­rwy ame­rykań­skim chło­pa­ku?

Nie ob­wi­nia­łam Wesa. Wła­ści­wie to nie ob­wi­nia­łam ni­ko­go poza sobą. Ale co tak na­praw­dę było w moim życiu ta­kie­go złe­go, że aż pa­li­ło mnie pod skó­rą do tego stop­nia, że byłam zmu­szo­na zna­leźć ja­kieś uj­ście i po­zwo­lić, by to uczucie mnie opu­ści­ło? Nie wie­dzia­łam, jak od­po­wie­dzieć so­bie na to pyta­nie. W ta­kich chwi­lach, gdy moje cia­ło bła­ga­ło o przy­nie­sie­nie mu ulgi, nie mu­sia­łam tego wie­dzieć. Po pro­stu mu­sia­łam coś zro­bić, by to wszyst­ko się skoń­czyło.

Unio­słam po­fał­do­wa­ną na­rzutę i wy­cią­gnę­łam na ze­wnątrz drew­nia­ne pudeł­ko. W środ­ku in­strumen­ty były uło­żo­ne w rzę­dzie na zło­żo­nej śnież­no­bia­łej po­szew­ce od po­dusz­ki, nadal ste­ryl­ne i błysz­czą­ce od ostat­niej Wiel­ka­no­cy.

Ope­ra­cję czas za­cząć. Sio­stro, po­pro­szę skal­pel.

Ale to wca­le tak nie wy­glą­da­ło. Nie było w tym nic kli­nicz­ne­go. To była ulga. Im dłu­żej pa­trzyłam na srebr­ną brzytwę i cyno­wy nóż do pa­pie­ru, jak i pió­ro z ostro za­koń­czo­ną sta­lów­ką, tym bar­dziej moja skó­ra do­ma­ga­ła się po­mo­cy. Wy­bra­łam pió­ro do ka­li­gra­fii, pre­zent na za­koń­cze­nie studiów od Wesa, któ­re­go nie używa­łam do żad­ne­go in­ne­go celu poza tym wła­śnie. W dro­dze do ła­zien­ki z pió­rem w dło­ni, gdy po ci­chu sama się za­pew­nia­łam, że za chwi­lę wszyst­ko bę­dzie do­brze, na­gle usłysza­łam, jak mój te­le­fon wy­grywa blu­e­so­wą me­lo­dię.

To był Wes. Z pió­rem w dło­ni po­bie­głam w stro­nę kuchen­ne­go bla­tu, gdzie zo­sta­wi­łam swo­ją ko­mór­kę, i ode­bra­łam, z trudem ła­piąc od­dech.

– Skar­bie?

Jego głos był ro­ze­dr­ga­ny, jak­by ja­kaś struna w nim pę­kła. Przy­ło­żyłam dłoń do gar­dła. – Wes, co się sta­ło?

– Nie mogę, nie chcę roz­ma­wiać o tym przez te­le­fon.

– Chcesz do mnie przy­je­chać? Wszyst­ko w po­rząd­ku – mo­żesz do mnie przy­je­chać.

– Nie, nie te­raz. Chciał­bym tyl­ko po­wie­dzieć, że cię ko­cham, Kir­sten. Wiesz o tym, praw­da?

– No tak. Ko­cha­nie, o co cho­dzi?

– Po­wiedz tyl­ko, że o tym wiesz.

– Tak, wiem.

Moja druga ręka zo­sta­wi­ła spo­co­ny ślad na gra­ni­to­wym bla­cie.

– Okej. Okej, tyl­ko nig­dy nie prze­stań mnie ko­chać, ro­zu­miesz – po­wie­dział.

– A dla­cze­go mia­ła­bym to zro­bić?

– Ze wzglę­du na to, jak się dzi­siaj za­cho­wa­łem. Bar­dzo mi przy­kro, skar­bie, uwierz mi, że tak jest.

Nie dał mi na­wet szan­sy po­wie­dzieć, czy mu wie­rzyłam czy nie. I tak moje gar­dło było za­ci­śnię­te.

– Po­wiem ci, co chcę zro­bić – po­wie­dział. – Jutro upo­rząd­kuję myśli, do­brze?

– Do­brze.

– A póź­niej chcę do cie­bie przy­je­chać. Może urzą­dzi­my so­bie miłą ko­la­cję. Po­mo­gę ci…

Nie mo­głam mu na­wet przy­po­mnieć, że nie wie­dział, jak ob­sługi­wać mi­kro­fa­lów­kę. Tyl­ko cały czas mó­wi­łam: – Okej.

– A póź­niej chcę po­roz­ma­wiać z tobą. Na­praw­dę, je­stem go­to­wy na to, by roz­ma­wiać o przy­szło­ści.

To za­sługi­wa­ło na wię­cej niż zwykłe „okej”. – Co się z tobą dzia­ło od mo­men­tu kie­dy wy­sze­dłeś?

– Po pro­stu uświa­do­mi­łem so­bie, jak bar­dzo cię ko­cham. Mu­si­my po­roz­ma­wiać. Jutro. Będę o szó­stej.

– O szó­stej – po­wtó­rzyłam.

– Po­wiedz, że mnie ko­chasz.

– Ko­cham cię.

– Bogu dzię­ki.

Do­pie­ro po tym, gdy się roz­łą­czył, zo­rien­to­wa­łam się, że nadal trzymam w ręce pió­ro do ka­li­gra­fii. Otwo­rzyłam dłoń i po­zwo­li­łam mu po­to­czyć się po bla­cie. Wy­lą­do­wa­ło tuż obok ce­ra­micz­ne­go po­jem­ni­ka na cia­stecz­ka, do któ­re­go za­wsze za­glą­dał Wes.

Za­raz, czy ja do­brze ro­zu­miem? Wła­śnie masz za­miar dać upust swo­jej ner­wi­cy, po czym dzwo­ni do cie­bie Pan Wspa­nia­ły i ja­kimś ma­gicz­nym spo­so­bem je­steś już ule­czo­na. Na ja­kim świe­cie dzie­ją się ta­kie rze­czy?

 

Na ta­kim świe­cie, gdzie bro­nisz tego, co uwa­żasz za słusz­ne, a męż­czyzna, któ­ry wy­da­wał ci się wspa­nia­ły, na­praw­dę taki jest. Na świe­cie, któ­ry na­gle prze­stał się tak szyb­ko krę­cić, że aż trud­no było na­dą­żyć.

Odło­żyłam pió­ro do pudeł­ka i wsunę­łam całą swo­ją ko­lek­cję pod łóż­ko. Jutro po­zbę­dę się tego wszyst­kie­go. Przed pój­ściem spać, do­brze wie­dząc, że i tak cięż­ko mi bę­dzie dzi­siaj zmrużyć oko, chcia­łam jesz­cze po­roz­ma­wiać z Isa­bel. Z moją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką. No do­brze, praw­da jest taka, że była je­dyną moją przyjaciół­ką, je­dyną dziew­czyną, któ­rej ufa­łam, że nie umie­ści ne­ga­tyw­ne­go ko­men­ta­rza na moim pro­fi­lu na Fa­ce­bo­oku. Zbli­żyłyśmy się do sie­bie już na pierw­szym roku, kie­dy wspól­nie z We­sem po­zna­li­śmy ją w domu mo­dli­twy po tym, jak prze­nio­sła się z col­le­ge’u, i od tego cza­su ta zna­jo­mość prze­ro­dzi­ła się w przy­jaźń, zwłasz­cza po tym, jak obie do­sta­łyśmy się na ar­chi­tek­turę. Ona była je­dyną oso­bą, któ­ra wie­dzia­ła o mo­ich roz­ter­kach ser­co­wych do­tyczą­cych Wesa. Mia­ła na to na­wet spe­cjal­ną na­zwę „We­so­wa trwo­ga”.

Wy­sła­łam do niej wia­do­mość: „Do­bre wie­ści już wkrót­ce”!

Jej od­po­wiedź za­wsze przy­cho­dzi­ła błyska­wicz­nie. Jej kciu­ki non stop były przy­kle­jo­ne do te­le­fo­nu. Na­wet kie­dyś wi­dzia­łam, jak nimi po­rusza w głę­bo­kim śnie, jak­by wy­stuki­wa­ła swo­je sny.

Kie­dy po dwóch mi­nutach nadal nie otrzyma­łam od­po­wie­dzi, po­now­nie do niej na­pi­sa­łam: „Czy utknę­łaś pod czymś cięż­kim?”.

Uśmiech­nę­łam się do sie­bie pod no­sem. Isa­bel nie od­pi­sy­wa­ła mi z pręd­ko­ścią na­no­se­kun­dy tyl­ko wte­dy, kie­dy spę­dza­ła czas w to­wa­rzystwie ja­kie­goś fa­ce­ta. W wie­ku dwudzie­stu trzech lat była prze­ko­na­na, że zo­sta­nie – jak to sama okre­śli­ła – sta­rą pan­ną z sied­mio­ma ko­ta­mi i he­mo­ro­ida­mi, je­śli so­bie szyb­ko ko­goś nie znaj­dzie. Nie byłam do koń­ca pew­na, jak he­mo­ro­idy mia­ły się do tego wszyst­kie­go, ale jej życie to­wa­rzyskie było nie­usta­ją­cym przy­ję­ciem, na któ­re za­pra­sza­ni byli głów­nie po­ten­cjal­ni kan­dyda­ci na sta­no­wi­sko męża. Z krę­co­nymi wło­sa­mi, nie­wiel­kiej po­stury i za­wa­diac­ka z na­tury – moje to­tal­ne prze­ci­wień­stwo co do wy­glą­du – mia­ła w so­bie na tyle wdzię­ku, że spo­koj­nie mo­gła­by już zo­stać kil­ku­krot­ną mę­żat­ką, z tym że była nie­zmier­nie wy­bred­na w kwe­stii wy­bo­ru przy­szłe­go mał­żon­ka.

Z pew­no­ścią była te­raz za­ję­ta prze­pro­wa­dza­niem roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­nej, ale mu­sia­łam się z nią ko­niecz­nie skon­tak­to­wać. Włą­czyłam swo­je­go lap­to­pa i spraw­dzi­łam pocz­tę. Pod­czas pi­sa­nia słysza­łam jej głos: „Dla­cze­go pi­szesz mi o rze­czach, któ­re już od daw­na pró­bo­wa­łam to­bie uświa­do­mić? Czy mo­że­my w koń­cu dać so­bie spo­kój z We­so­wą trwo­gą i za­jąć się mo­imi pro­ble­ma­mi?”.

Izzy,

wiem, że znaj­dziesz pięt­na­ście spo­so­bów na to, by po­wie­dzieć mi: „a nie mó­wi­łam” i mi to wca­le nie prze­szka­dza. Nie będę się wda­wać we wszyst­kie szcze­gó­ły, cho­ciaż wiem, że umie­rasz z cie­ka­wo­ści, żeby je usłyszeć, ale nie są one zupeł­nie two­ją spra­wą. Jed­nak dzi­siaj Wes po­wie­dział, że chce po­roz­ma­wiać ze mną po­waż­nie o przy­szło­ści. On na­praw­dę tego chce. Nadal wy­da­je mi się to sur­re­ali­stycz­ne. W koń­cu cze­ka­łam na to tak dłu­go – ukła­da­łam w gło­wie wszyst­kie moż­li­we sce­na­riu­sze. Zresz­tą wiesz o tym. A te­raz, kie­dy to na­praw­dę się dzie­je, mam wra­że­nie, jak­by to do­tyczyło zupeł­nie in­nej oso­by. Czy je­stem skoń­czo­ną neu­ro­tycz­ką? Je­stem, praw­da? Po­win­nam wy­stą­pić w fil­mie Wo­ody’ego Al­le­na. Chyba na­wet je­stem sa­mym Wo­odym Al­le­nem. No do­brze, już od pię­ciu zdań plo­tę głupo­ty. Tak to się koń­czy, kie­dy nie ma Cie­bie przy mnie, by prze­mó­wić mi do ro­zu­mu. Dla­te­go za­dzwoń do mnie, jak tyl­ko zde­cydu­jesz, że oso­ba, któ­ra Ci te­raz to­wa­rzyszy, nie zo­sta­nie Two­im wy­bran­kiem. Będę sie­dzieć do póź­na.

Ko­cham cię, Sio­stro

Kir­sten

Pa­trzyłam na swo­je imię przez kil­ka se­kund, za­nim wci­snę­łam „wy­ślij”. Ta Kir­sten, któ­ra na­pi­sa­ła tego ma­ila i są­czyła lat­te ze swo­ją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką w ich ulu­bio­nej ka­wiar­ni, wspól­nie uża­la­jąc się nad gro­te­sko­wym mi­zo­gi­ni­zmem, któ­ry był po­wszech­nym zja­wi­skiem na wy­dzia­le ar­chi­tek­tury, to nie ta sama Kir­sten, któ­ra pół go­dzi­ny temu była o krok od po­więk­sze­nia ko­lek­cji ran na swo­im cie­le. Nie była tak­że tą Kir­sten, któ­ra nie­ustan­nie była sztor­co­wa­na przez wy­ima­gi­no­wa­ny, szyder­czy głos. Te Kir­sten były praw­dzi­we, tak samo jak ta Kir­sten, któ­ra spę­dza­ła czas z Isa­bel, tak samo jak każ­dy ka­wa­łek cia­sta jest praw­dzi­wy. Naj­ła­twiej przy­cho­dzi­ło mi być tą Kir­sten. Wci­snę­łam „wy­ślij” i po­zwo­li­łam na to, by Kir­sten prze­ka­za­ła do­bre wie­ści swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ce.

***

Kie­dy obu­dzi­łam się na­stęp­ne­go ran­ka, nadal nie mia­łam żad­nej wia­do­mo­ści od Izzy, co mo­gło ozna­czać rze­czy, któ­rych na­wet nie chcia­łam so­bie wy­obra­żać. Cza­sa­mi jej „prze­słucha­nia” wkra­cza­ły w trze­cią fazę.

Poza tym, mia­łam co ro­bić. Śmie­jąc się do roz­puku na samą myśl, że Wes miał­by po­ma­gać mi przy obie­dzie, wy­pi­łam kawę i opra­co­wa­łam li­stę za­kupów. Już o dzie­wią­tej rano byłam poza do­mem go­to­wa do ak­cji.

Miesz­ka­łam w sta­rej czę­ści Bo­ze­man, od­gro­dzo­nej od tej no­wej, ja­snej, uni­wer­sy­tec­kiej czę­ści drze­wa­mi i dwukon­dygna­cyj­nymi wik­to­riań­ski­mi bu­dyn­ka­mi. Więk­szość studen­tów mo­je­go kie­run­ku miesz­ka­ła w po­bli­żu kam­pusu z wi­do­kiem na bez­kre­sną Mon­ta­nę, jed­nak gdy mój oj­ciec wy­ruszył ze mną na po­szuki­wa­nie miesz­ka­nia tuż przed roz­po­czę­ciem mo­ich studiów ma­gi­ster­skich, na­le­gał, żeby zna­leźć coś bar­dziej w moim stylu. Jak­by wie­dział, czym cha­rak­te­ryzuje się styl „Kir­sten”. Jego wy­obra­że­nie o tym, kim byłam, za­owo­co­wa­ło ulo­ko­wa­niem mnie w oso­bli­wym dwupo­ko­jo­wym dom­ku, w oto­cze­niu buj­nych ogro­dów na­le­żą­cych do wła­ści­ciel­ki tej po­sia­dło­ści, a roz­po­ście­ra­ją­cych się od jej du­że­go domu do mo­jej chat­ki. Wo­kół ro­sły świer­ki cha­rak­te­rystycz­ne dla Co­lo­ra­do, bę­dą­ce for­mą tar­czy ochron­nej przed wszel­ki­mi za­gro­że­nia­mi, któ­re zda­niem mo­je­go ojca mo­gły na mnie czyhać. Bio­rąc pod uwa­gę fakt, że wspól­nie spę­dzo­ny czas we dwój­kę w ca­łym moim życiu mo­gła­bym pod­sumo­wać w jed­nym aka­pi­cie, oj­ciec miał zdu­mie­wa­ją­co do­brą in­tui­cję w wy­bo­rze ide­al­ne­go dla mnie miej­sca za­miesz­ka­nia. Po­do­ba­ło mi się wra­że­nie, że je­stem otulo­na ko­ko­nem.

Ale kie­dy je­cha­łam swo­im sa­mo­cho­dem – no do­bra, to była używa­na be­em­ka, któ­rą mój tata kupił po oka­zyj­nej ce­nie – roz­cią­gał się przede mną sło­necz­ny bez­kres i czułam, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Łań­cu­chy gór­skie po każ­dej stro­nie da­wa­ły mi dzi­siaj wy­star­cza­ją­ce po­czucie bez­pie­czeń­stwa.

Omi­nę­łam pa­saż na 19. uli­cy ze wzglę­du na nie­koń­czą­cy się sze­reg hi­per­mar­ke­tów i uda­łam się nie­zwłocz­nie w kie­run­ku tar­gu hrab­stwa Gal­la­tin. To był pierw­szy we­ekend jego funk­cjo­no­wa­nia, dla­te­go li­czyłam się z tym, że nie bę­dzie wie­lu pro­duk­tów, ale wie­dzia­łam, że sprze­daw­cy mię­sa tam będą, a za­le­ża­ło mi na zdo­byciu świe­żych ste­ków z wo­ło­wi­ny black an­gus[b], któ­re chcia­łam przy­go­to­wać po mi­strzow­sku. Gdy wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du i prze­bi­łam się przez gęst­nie­ją­cy tłum spra­gnio­nych lata miesz­kań­ców Mon­ta­ny, prze­sło­ni­łam oczy ręką i spoj­rza­łam na ol­brzymią li­te­rę M z bia­łe­go ka­mie­nia. Wes już co naj­mniej od go­dzi­ny się wspi­nał, a ja wy­obra­ża­łam so­bie, jak jego gło­wa sta­wa­ła się co­raz bar­dziej wi­docz­na z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem. Nie za­sta­na­wia­łam się nad tym, jak uda mu się tego do­ko­nać w to­wa­rzystwie Ca­le­ba i ca­łej resz­ty wda­ją­cej się w bój­ki, gdzie tyl­ko się da. Po pro­stu mia­łam peł­ne za­ufa­nie do gło­su, któ­ry usłysza­łam ze­szłej nocy w te­le­fo­nie.

Po­mię­dzy tar­giem a mod­nymi do bólu skle­pa­mi przy głów­nej uli­cy nie po­trze­bo­wa­łam zbyt dużo cza­su, by po­zbyć się nad­mia­ru go­tów­ki. Nig­dy tak na­praw­dę nie prze­sa­dza­łam z wy­da­wa­niem pie­nię­dzy z kon­ta za­ło­żo­ne­go dla mnie przez mo­je­go tatę. Praw­do­po­dob­nie odzie­dzi­czyłam zdol­ność do oszczę­dza­nia po ską­pej miesz­kan­ce Mis­so­uri… co tu dużo kryć, mo­jej mat­ce. Dzi­siaj nie mia­łam żad­nych wy­rzutów su­mie­nia, gdy pa­ko­wa­łam do sa­mo­cho­du siat­ki peł­ne kruchej mło­dej sa­ła­ty, an­tryko­tów od­po­wied­nio mar­mur­ko­wa­tych, chrupią­ce­go chle­ba do­mo­wej ro­bo­ty, jak i siat­ki miesz­czą­ce nową kre­ację, świe­ce za­pa­cho­we i ręcz­nie szli­fo­wa­ne kie­lisz­ki, któ­rymi wspól­nie z We­sem wznie­sie­my to­ast. Mój oj­ciec bar­dzo po­lu­bił Wesa od cza­su, gdy spę­dzi­li­śmy z nim świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia w Big Sky[c]. Na pew­no po­chwa­lił­by to za­kupo­we sza­leń­stwo.