Przygoda na Karaibach

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jackie Ashenden

Przygoda na Karaibach

Tłumaczenie: Monika Łesyszak

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Demanding His Hidden Heir

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Jackie Ashenden

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5970-5

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Enzo Cardinali nie cierpiał przyjęć. Uważał, że ludzie urządzają je, żeby zyskać pretekst do pijaństwa i złego zachowania. Nie aprobował ani jednego, ani drugiego.

Stał w kącie bogato urządzonego salonu Henry’ego St George’a z tym samym kieliszkiem whisky, który trzymał w ręku od godziny, i z coraz większym zniecierpliwieniem obserwował elegancki, gawędzący o niczym tłum. Impreza, na którą go zaproszono, trwała w jego odczuciu całe wieki. Miał dość już w momencie przybycia, jak zwykle w podobnych okolicznościach.

Nie lubił czekać. Jego brat, Dante, wielokrotnie doradzał mu, żeby ćwiczył cierpliwość, ale Enzo nie widział powodu. Nie przyszedł na świat dla cudzej przyjemności. Jeżeli inni nie dotrzymywali mu kroku, to ich problem. Drażniła go ludzka opieszałość.

Żałował, że nie zlecił Dantemu załatwienia sprawy, dla której przybył do Anglii, ale w ostatniej chwili zdecydował, że jest zbyt ważna, żeby polegać na niefrasobliwym bracie. Dlatego przyjechał na dwa dni do obszernej rezydencji w Cotswolds.

St George, bogaty przemysłowiec, uwielbiał wydawać w domu staromodne przyjęcia, co bynajmniej nie cieszyło Enza. Robił dobrą minę do złej gry tylko dlatego, że gospodarz posiadał wyspę u wybrzeży Neapolu, o której marzył. Do tej pory niemal zdołał go przekonać do sprzedaży upragnionego skrawka lądu. Pozostało tylko zawrzeć umowę.

Niestety St George zwlekał z niewiadomych powodów, które nie bardzo Enza interesowały. Dokładał wszelkich starań, żeby nie uchybić zasadom dobrego wychowania, by doprowadzić sprawę do końca jeszcze w tym tygodniu. Nie przychodziło mu to łatwo.

Po drugiej stronie salonu St George pochylił siwą głowę, żeby wysłuchać rozmówczyni. Należał do popularnych osobistości. Wielu członków londyńskiej elity zabiegało o zaproszenia do jego rezydencji.

Zniecierpliwienie Enza narastało z każdą chwilą. Wyczekiwał odpowiedniego momentu, żeby złapać gospodarza i przedstawić mu ostateczną ofertę, ale ciągle otaczał go tłum. Dante zalecał mu uprzejmość, ale Enzo najchętniej wysłałby go do wszystkich diabłów wraz z jego radami.

Marzył o tej wyspie o nazwie Isola Sacra. Ze wszystkich miejsc, jakie widział, najbardziej przypominała Monte Santa Maria, maleńkie wyspiarskie królestwo na Adriatyku. Dorastał w nim, póki jego ojciec, król, nie okazał zbyt obcesowo władzy swoim poddanym. W efekcie parlament ogłosił koniec monarchii, proklamował republikę i grzecznie poprosił rodzinę królewską, żeby wyjechała. Na zawsze.

Znaleźli dla siebie miejsce w lądowej części Włoch, w Mediolanie, ale Enzo nigdy nie uznał go za dom. Opuścił Monte Santa Maria w wieku piętnastu lat i od tej chwili czuł się pozbawiony korzeni. Niedawnemu następcy tronu nie zostało nic. No, prawie nic, oprócz spółki obrotu nieruchomościami, wartej wiele miliardów, ale to niezupełnie to samo. Potrzebował własnego miejsca na ziemi. Skoro nie istniała szansa na powrót w rodzinne strony, musiał znaleźć nowe.

Paplanina i śmiechy gości doprowadzały go do szału, a St George nadal gawędził z nieznajomą. Enzo postanowił, że jeśli nie skończy w ciągu najbliższych kilku minut, zlekceważy zasady dobrego wychowania i im przerwie. Nie był już piętnastoletnim bezpaństwowcem, skulonym ze strachu w mediolańskim mieszkaniu, lecz właścicielem międzynarodowego imperium. Pozbawiono go kraju, ale w branży budowlanej nadal był królem.

Nagłe otwarcie drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia na chwilę odwróciło uwagę Enza. Ujrzał w nich kilkuletniego chłopczyka, obserwującego gości rozszerzonymi z zaciekawienia oczkami.

Co dziecko robiło tu o tak późnej porze? Dochodziła jedenasta wieczorem.

Mały z niepewną miną zrobił krok do przodu. Nosił niebieską piżamę. Czarne włoski sterczały na sztorc. Robił dziwnie znajome wrażenie.

Musiał być synkiem St George’a, spłodzonym w dość późnym wieku, zważywszy, że gospodarz niedawno przekroczył sześćdziesiątkę. Przed czterema laty poślubił o połowę młodszą kobietę. Wieść o jej ciąży tuż po ślubie wywołała pewną sensację.

Enza nigdy specjalnie nie interesowały plotki. Sam nie rozumiał, dlaczego akurat tę sobie przypomniał. Pewnie dlatego, że coś w malcu go zaintrygowało.

Gdy podszedł kilka kroków bliżej, dostrzegł niezwykły kolor jego oczu: złoty, jak świeżo wybite monety. Niewielu ludzi takie miało. Znał tylko dwóch: siebie i ojca. Stanowiły rodzinną cechę Cardinalich. Na Monte Santa Maria uchodziły za znak rozpoznawczy królewskiego rodu. Dziwne, że zobaczył je u obcego chłopczyka, pewnie wskutek zbiegu okoliczności.

Chwilę później ktoś jeszcze stanął w progu: kobieta, nie w wieczorowej kreacji, lecz w zwykłych dżinsach i luźnym niebieskim podkoszulku. Rude włosy związała w nieporządny węzeł na czubku głowy. Ona też wyglądała znajomo.

Pamiętał te włosy na swojej piersi, ich miękkie pasmo jak jedwabny sznur pomiędzy palcami, ogniste jak usta, które całował.

Przeszukała wzrokiem salon, dając mu okazję do uważniejszej obserwacji. Wyraźnie widział wysokie czoło, ostry nos, zdecydowaną linię wąskiego podbródka i piegi na wysokich kościach policzkowych. Kiedyś ją martwiło, że przybędzie ich po pobycie w tropikalnym słońcu. Pokrywały jak złoty pył kuszące krągłości jej piersi. Ucałował każdy z nich…

Nie, niemożliwe.

Jeszcze raz przebiegła wzrokiem pokój. W końcu napotkał spojrzenie szarych oczu. Ich czysta, lodowata barwa zadawała kłam namiętności, która w niej płonęła. Smakował ją wiele godzin. Nigdy nie doświadczył większej. Zgasła jednak nieoczekiwanie następnego ranka, gdy nie zastał jej w łóżku. Po przeszukaniu willi stwierdził, że zniknęła.

Poznał ją przed czterema laty na Karaibach, w nowym kurorcie brata. Przewróciła jego świat do góry nogami. Odebrała mu zdolność logicznego myślenia. Na kilka dni uśmierzyła ból, który stale mu towarzyszył. Zapomniał przy niej o tym, co utracił. A potem odeszła bez pożegnania.

Na jego widok zrobiła wielkie oczy. Nie ulegało wątpliwości, że to jednak ona, namiętna nieznajoma, z którą przed czterema laty przeżył dwudniową przygodę.

Usiłował o niej zapomnieć. Wmawiał sobie, że mu się udało, lecz kiedy pochwycił jej zaszokowane spojrzenie, pojął, że okłamywał sam siebie.

Nie zapomniał ani dzikiej pasji, która ich ogarnęła, ani poczucia przynależności, gdy otoczyła go ramionami, ani wściekłości, kiedy obudził się dwa dni później sam, w pustym łóżku, w zimnej pościeli.

Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wszystkie te uczucia powróciły z taką siłą, że ledwie pozwalały mu oddychać. Śnił o niej przez cztery lata. Wstawał obolały, spragniony czegoś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, co tylko ona jedna mogła mu dać.

Duma nie pozwoliła mu jej poszukać. Wmawiał sobie, że zastąpi ją każda inna, ale sam w to nie wierzył.

Teraz znów ją spotkał, wiele lat później, tysiące mil od ich wyspy. Stała w progu, wpatrzona w niego, jakby czuła to samo co on.

Co tu robiła? Gdzie przebywała przez te cztery lata?

Bezwiednie postąpił krok w jej kierunku, kiedy chłopczyk nieoczekiwanie zwrócił ku niej główkę i zawołał:

– Mamo!

Potem podbiegł i oplótł ramionami jej nogi.

Enzo znów przeżył wstrząs.

Summer, bo takie imię mu podała, położyła malcowi rękę na główce, ale nadal patrzyła na Enza, jakby nie mogła oderwać od niego wzroku.

Synek Henry’ego St George’a tulił się do niej i nazywał ją mamą, a więc… musiała być jego żoną. Przeżył kolejny szok, choć po tak długim czasie nie powinno go obchodzić, za kogo wyszła.

Cztery lata temu nie miał najmniejszej ochoty na wizytę w kurorcie Dantego. Właśnie stracił pierwszą okazję zakupu Isola Sacra. Ktoś sprzątnął mu ją sprzed nosa. Nie pociągała go perspektywa rozwiązywania problemów z zarządzaniem w imieniu Dantego. Ponieważ jednak inne zobowiązania nie pozwoliły bratu przyjechać, wolał osobiście sprawdzić, jak sprawy stoją, niż powierzyć zadanie komuś innemu.

 

Nie znosił tego miejsca od momentu opuszczenia samolotu. Gęsta, tropikalna atmosfera i lazurowe morze za bardzo przypominały utracony kraj i dom, których nie potrafił zapomnieć.

Stał pod palmami, spocony w szytym na miarę garniturze, w butach pełnych piasku, z coraz większym zniecierpliwieniem słuchając, jak menedżer ośrodka wylicza tutejsze problemy.

I nagle ją spostrzegł: bladą, kształtną postać w jaskrawoczerwonym bikini, pasującym do odcienia rudych włosów. Szła w kierunku basenu z ręcznikiem na ramieniu i książką w ręku. Miała figurę dziewczyny z plakatu z lat pięćdziesiątych i usta stworzone do grzechu. Napotkawszy spojrzenie Enza, posłała mu uśmiech, co go mocno poruszyło.

Ludzie nigdy nie patrzyli mu w oczy. Budził w nich lęk, ale nie w niej. Dostrzegł nawet w jej oczach rozbawienie, jakby widziała w nim nie bezwzględnego, zimnego władcę imperium, jakim z czasem się stał, ale zwyczajnego człowieka.

Nagle spodnie zaczęły go uwierać. Bez wahania przerwał rozmowę z menedżerem i podążył za nią nad basen.

Gdy tam dotarł, już leżała na leżaku. Posłała mu chłodne spojrzenie znad książki. Długo jednak nie pozostało chłodne. Ledwie na siebie popatrzyli, powietrze między nimi zaiskrzyło elektrycznością. Godzinę później wylądowali w jej willi, a jego garnitur wraz z jej kostiumem na podłodze.

Pierwszy raz wziął ją przy ścianie, szybko i gwałtownie. Obydwoje równie zdesperowani, nie zawracali sobie głowy grą wstępną. W momencie połączenia gwałtownie nabrała powietrza. Oplotła go nogami. Jej oczy pociemniały, ale nie widział w nich strachu, tylko jakby zdziwienie, które wkrótce ustąpiło miejsca przyjemności, gdy w szaleńczym tempie doprowadził oboje do ekstazy…

Spędzili razem dwa dni. Dotknął każdego skrawka jej skóry. Trzymając ją w objęciach, mówił jej o wszystkim, czego jeszcze nikomu nie wyjawił. Obnażył przed nią duszę jak przed nikim wcześniej. Doszedł do wniosku, że nie tylko własne miejsce na ziemi może dać poczucie przynależności, ale drugi człowiek również.

Myślał tak, póki nie opuściła go bez słowa.

Nie, nie powinna nic dla niego znaczyć.

– Matildo? – zagadnął ze zdziwioną miną St George, który wreszcie zakończył pogawędkę. – Czy coś się stało?

Rudowłosa piękność, jego Summer, wreszcie oderwała od niego wzrok, żeby popatrzeć na St George’a.

– N…nie – wymamrotała znajomym głosem, który przybierał nieco schrypnięty ton, kiedy Enzo całował ją pomiędzy udami lub dotykał jedwabistej skóry na piersiach. – Simon się obudził i wstał. Pewnie trafił tu przez przypadek – dodała, biorąc chłopczyka na ręce.

Miała na imię Matilda. I była żoną St George’a.

Enzo stał jak skamieniały, podczas gdy gospodarz podszedł i przemówił do małego. Chłopiec zwrócił na niego wzrok, ale przedtem zerknął przez jego ramię. Enzo na ułamek sekundy napotkał spojrzenie złotych oczu. W tym momencie doznał olśnienia.

Matilda St George to jego Summer, kochanka z wyspy, której wspomnienie prześladowało go przez długie, samotne cztery lata. Istniało tylko jedno wyjaśnienie niezwykłej barwy oczu jej synka.

Enzo ścisnął kieliszek tak mocno, że pękł mu w dłoni. Mały nie był dzieckiem St George’a tylko jego, Enza.

Matilda mocno trzymała malca, gdy Henry do niego przemawiał. Serce biło jej tak głośno, że nie słyszała nic innego.

Popełniła straszny błąd. Myślała, że wykazała wiele sprytu, unikając go przez cały weekend. Pojechała na dwie całodzienne wycieczki, a wieczorem zatrzymywała Simona na wyższych kondygnacjach domu z dala od gości. Pozostało jej tylko przetrwać ostatni wieczór.

Już gratulowała sobie realizacji założonego planu. Położyła Simona wcześniej spać. Sama też poszła do łóżka. Wzięła sobie lody i oglądała telewizję. Zapomniała, że musi za wszelką cenę uniknąć spotkania z jednym z gości.

Nieoczekiwanie Simon się obudził. Uwielbiał ludzi, więc odgłosy przyjęcia zwabiły go na dół.

Całkowicie pochłonięta poszukiwaniem dziecka, Matilda z początku nie spostrzegła mężczyzny w kącie. Szybko omiotła wzrokiem pokój. Kiedy nie wypatrzyła Simona, zrobiła krok do przodu. W tym momencie poczuła iskry elektryczne na skórze, przerażające, jakby poraził ją prąd.

Przystanęła więc i popatrzyła. Stał przy sofie, rozpoznawalny na pierwszy rzut oka. Nie rozumiała, jak to możliwe, że wcześniej go nie spostrzegła. Nieprawdopodobnie wysoki, barczysty, promieniował tą samą kinetyczną energią, jaką pamiętała sprzed lat, niecierpliwy, niespokojny i gorący.

Włożył doskonale uszyty grafitowy garnitur. Króciutko ostrzyżone, kruczoczarne włosy podkreślały arystokratyczne kości policzkowe, długi nos, mocny zarys żuchwy i zmysłową linię ust. Piękna twarz, której nie można zapomnieć, o zawziętym, drapieżnym wyrazie. Ale uwagę Matildy przykuły jego oczy. Płonęły gorącym, złotym blaskiem jak tropikalne słońce na odległej wyspie. Na ich widok zastygła w bezruchu.

Mimo że rozpalił w niej dawną pożogę, wstrząsnął nią dreszcz. Wbrew woli zerknęła jeszcze raz, żeby sprawdzić, czy to na pewno on, jakby natychmiastowa reakcja organizmu na jego obecność nie dała jej tej pewności. Ale tym razem nie patrzył na nią, tylko na Simona. Ledwie zdążyła sformułować myśl, że może nie zauważy odcienia jego oczu, ponownie zwrócił na nią spojrzenie, tym razem gniewne. Nie ulegało wątpliwości, że wie.

Henry nadal mówił, ale Matilda od dawna nie słuchała. Gorączkowo szukała sposobu ucieczki od mężczyzny, z którym spędziła dwa niezapomniane dni, od którego uciekła po kryjomu, którego syna trzymała na rękach.

Równocześnie odczuwała zimno, gorąco i lekkie zawroty głowy. Musiała zmobilizować całą siłę woli, żeby nie umknąć w popłochu. Jako że Henry nie znosił publicznych scen, została, dopóki nie uspokoił Simona. Zanim zdążył zrobić coś jeszcze, na przykład przedstawić ją gościom, pospiesznie wyszła.

Po powrocie na piętro usiłowała uspokoić szaleńczo bijące serce i zapomnieć o złowrogim spojrzeniu złotych oczu przybysza. I o tym, jak postąpił krok w jej kierunku i zastygł jak skamieniały, kiedy Simon do niej podbiegł. A przede wszystkim próbowała nie myśleć o tym, że samym spojrzeniem na nowo rozpalił w niej żar i na nowo obudził tłumioną przez lata bolesną tęsknotę. Wszystkie jej wysiłki spełzły na niczym.

Położyła Simona z powrotem do łóżka, otuliła kołderką i zaśpiewała jedną z kołysanek, które uwielbiał jako niemowlę. Potem gładziła go po plecach, dopóki nie zasnął.

Kiedy zyskała pewność, że tym razem mały mocno śpi, wyszła i cichutko zamknęła za sobą drzwi. Stanęła w korytarzu, wsparta o ścianę, zakryła twarz drżącymi rękami i przeklęła własną lekkomyślność.

Oczywiście przejrzała listę gości i zauważyła jego nazwisko. Od niechcenia spytała Henry’ego, po co zaprosił na przyjęcie jakiegoś włoskiego miliardera. Usłyszała, że chce kupić od niego wyspę czy coś w tym rodzaju. Prawdę mówiąc, nie słuchała zbyt uważnie. Nadal nie ochłonęła po szoku, jakim było ujrzenie jego nazwiska.

Enzo Cardinali, miliarder, przedsiębiorca obrotu nieruchomościami, dawny następca tronu w królestwie, które przestało istnieć, wraz z bratem Dantem objął niewielką firmę budowlaną, Cardinal Construction. Przekształcił ją w wielkie, międzynarodowe przedsiębiorstwo. Nie tylko budowali domy, ale też handlowali nieruchomościami na wielką skalę. Rozszerzyli działalność na branżę hotelową, produkcyjną i technologiczną.

Podobnie jak Henry, był dobrze znany w kręgach największych przedsiębiorców umieszczanych corocznie na liście Fortune 500 przez amerykański magazyn gospodarczy Fortune. Cardinali uchodził za bezwzględnego, zimnego rekina. Budził zarówno powszechny strach, jak i respekt. Tak przynajmniej przedstawiano go w mediach. Matilda nie czytała wielu artykułów, ale uznała, że warto znać jego poczynania, żeby wiedzieć, skąd może przyjść zagrożenie.

Przed czterema laty nie budził w niej lęku. Nie robił wrażenia zimnego czy bezdusznego. Wręcz przeciwnie. Płonął jak słońce, a ona wraz z nim, kompletnie bezbronna wobec przemożnej siły wzajemnego przyciągania.

Dlaczego wierzyła, że z łatwością go uniknie? Dlaczego nie zabrała Simona na dwa dni do wujostwa, do Londynu lub gdziekolwiek indziej?

Nie było sensu dłużej o tym myśleć, skoro została i zobaczył ją, a co gorsza, również Simona.

Nie ulegało wątpliwości, że poznał prawdę. Wyjawiła ją unikalna, przepiękna barwa oczu chłopczyka. Enzo nazwał ją znakiem rozpoznawczym królewskiego rodu. Kiedy leżeli, spleceni na plaży, opowiadał jej o wyspiarskim królestwie, w którym niegdyś był następcą tronu.

Po latach mieszkania z chłodną uczuciowo ciotką i wujem dał jej tyle ciepła, jakby po długiej zimie nastało gorące lato. Tak bardzo ją pociągał, że bez namysłu oddała mu całą siebie.

Przyleciała na tę wyspę na ostatnie wakacje przed zaręczynami. Henry ufundował jej pobyt, wiedząc, że nie chce za niego wyjść. Wtedy nie zdawała sobie jeszcze sprawy, że próbuje ją w ten sposób do siebie przekonać. Wiedziała tylko, że jeżeli nie przyjmie jego oświadczyn, ciotka i wuj stracą swój piękny, solidny dom w Devonshire. Zaaranżowali bardzo angielskie, niemal średniowieczne małżeństwo.

Po śmierci rodziców bezdzietni krewni wzięli ją do siebie. Mimo że byli dla niej dobrzy, zachowywali dystans. Zawsze odnosiła wrażenie, że zadbali o nią jedynie z obowiązku. Dlatego dokładała wszelkich starań, żeby być dla nich podporą, a nie ciężarem. Wuj nie znosił hałasu ani kaprysów, więc siedziała cicho i usiłowała zachowywać się poprawnie, żeby jej nie oddali ani nie żałowali, że ją wzięli. Z dobrym skutkiem. Tak dobrym, że kiedy bank odmówił im pieniędzy na utrzymanie domu, a przyjaciel rodziny zaoferował wsparcie finansowe w zamian za małżeństwo z Matildą, wyszli z założenia, że wyrazi zgodę.

I nie zawiodła. Skoro poświęcili wiele lat na jej wychowanie, uznała, że nie wymagają zbyt wielkiego poświęcenia.

Nie zdradziła, że nie ma ochoty wyjść za Henry’ego. Był rówieśnikiem ciotki i wuja, miłym i dobrym człowiekiem, ale go nie kochała. Nawet jej nie pociągał. Obiecał, że nie zażąda seksu, że potrzebuje tylko towarzystwa na stare lata, lecz nie przełamał jej rezerwy.

Kiedy zaproponował jej samotny wyjazd na ostatnie panieńskie wakacje na Karaibach, przyjęła propozycję. Potraktowała ją jako przedślubny podarunek.

Właśnie na tym wyjeździe poznała Enza. Ujrzała go w drodze na basen. Stał z menedżerem hotelu, niestosownie ubrany na tropikalny klimat, w trzyczęściowym garniturze z włoskiej wełny. Mimo rażąco nieodpowiedniego stroju nie wyglądał dziwacznie, tylko władczo, imponująco i nieodparcie atrakcyjnie.

Nigdy nie zwracała specjalnej uwagi na mężczyzn, całkowicie zaabsorbowana nauką w szkole, a potem studiami na anglistyce. Odkąd zamieszkała u wujostwa, wiodła proste, skromne życie. Nigdy nie uchybiła zasadom dobrego wychowania, ale na widok tego człowieka zaparło jej dech. Nie potrafiła oderwać od niego oczu. Obudził w niej buntowniczą część natury, uśpioną od dnia śmierci rodziców.

Wyglądał na rozdrażnionego. Dostrzegła w jego oczach wyzwanie i podjęła je. Posłała mu uśmiech, uniosła brwi i popatrzyła prosto w oczy, gdy ją mijał. To tak, jakby drażniła tygrysa w klatce, wiedząc, że nie zaatakuje jej przez kraty, a równocześnie kontakt z dziką bestią podniósł jej poziom adrenaliny. Zaskoczona własną śmiałością, odnosiła wrażenie, że nagle obudził ją do życia.

Nie przypuszczała, że zada sobie trud, żeby za nią podążyć, dopóki nagle nie podszedł do basenu. Wszyscy zwracali na niego zaciekawione spojrzenia, ale je ignorował. Nie widział nikogo prócz niej.

W tym momencie dobrze wychowana dziewczyna znikła bez śladu.

Ledwie zamknęli za sobą drzwi willi, pocałował ją zachłannie. Oszołomił ją. Tylko raz całował ją nieśmiały kolega na szkolnej zabawie, ale tamten pocałunek nie wytrzymywał porównania z wirtuozerią Enza.

Pozwoliła, żeby przycisnął ją do ściany i ściągnął jej bikini, nie pozostawiając czasu na onieśmielenie czy rozterki. Duże, ciepłe dłonie objęły jej piersi, a kciuki drażniły sutki.

Słyszała tylko własny przyspieszony oddech, gdy przesunął ręce w dół, tam, gdzie nikt wcześniej jej nie dotknął. Dziwne, że pozwoliła na taką śmiałość nieznajomemu i że czerpała z jego pieszczot ogromną przyjemność.

Nie, nie mogła sobie pozwolić na takie wspomnienia! Nie była już tamtą lekkomyślną urlopowiczką, lecz dojrzałą, odpowiedzialną matką.

Po powrocie do Anglii ciężko pracowała nad sobą, żeby z powrotem wejść w rolę dobrze wychowanej panienki i wszystkich zadowolić. Zgodnie z obietnicą poślubiła Henry’ego. Później przerwała studia, żeby się zająć Simonem.

 

Dopiero cztery miesiące po ślubie odkryła, że jest w ciąży. Na szczęście wtedy poznała szlachetność i prawdomówność Henry’ego. Naprawdę nie żądał niczego prócz przyjaźni. Otarł jej łzy, kiedy wyznała, że oczekuje dziecka, i zdecydował, że najpewniej oszczędzi obojgu skandalu, uznając je za własne. Nie spytał o tożsamość jego biologicznego ojca, a ona z własnej inicjatywy jej nie wyjawiła.

Był naprawdę porządnym człowiekiem i dobrym mężem. Żałowała tylko, że zaprosił Enza Cardinaliego na to idiotyczne przyjęcie.

Spróbowała uspokoić wzburzone nerwy. Tłumaczyła sobie, że impreza dobiega końca. Wystarczy spokojnie przeczekać. Jutro wszyscy wyjadą, łącznie z Enzem. Nigdy więcej go nie zobaczy. Tylko czy Enzo Cardinali zrezygnuje z Simona? Odpowiedź przyszła natychmiast: wykluczone! Ze strachu dostała gęsiej skórki. Powoli, z mocno bijącym sercem oderwała ręce od twarzy.

Gdy otworzyła oczy, ujrzała przed sobą Enza Cardinaliego.

Buona notte, pani St George – zagadnął głosem, który dobrze znała. Kiedyś słyszała w nim ciepło, teraz tylko chłód. – Myślę, że powinniśmy porozmawiać.

Inne książki tego autora