Zew krwi

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zew krwi
Zew krwi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,80  16,64 
Zew krwi
Audio
Zew krwi
Audiobook
Czyta Ireneusz Załóg
14,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału:

The Call of the Wild

Projekt okładki:

Artur Łobuś

Opracowanie:

Danuta Sadkowska na podstawie wydania z 1925 roku

Warszawa, E. Wende i Spółka

Lektura dla klasy VI

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-735-0

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg:

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2017

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Motto

Rozdział pierwszy. Ku pierwotności

Rozdział drugi. Prawo kłów i prawo pięści

Rozdział trzeci. Zwierzę zwycięskie

Rozdział czwarty. Kto będzie rozkazywał?

Rozdział piąty. Znój uprzęży i szlaku

Rozdział szósty. Z miłości dla człowieka

Rozdział siódmy. Zew

Przypisy

Stara tęsknota za szlakiem, za dalą –

Sus jeden zrywa łańcuch codzienności.

Sen się zimowy kończy. Nagłą falą

We krwi Zew śpiewa melodię dzikości.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ku pierwotności

Gdyby Buck czytywał gazety, dowiedziałby się niewątpliwie, iż zarówno jemu, jak wszystkim muskularnym i długowłosym psom na przestrzeni od Puget Sound do San Diego zagrażać poczęło poważne niebezpieczeństwo. Ludzie bowiem, myszkując w podbiegunowych ciemnościach, natrafili na żółty metal, parowce zaś i towarzystwa transportowe szeroko po świecie rozniosły tę wiadomość. Tysiące chciwych rzuciło się ku Północy, a każdy potrzebował psów. Wielkich psów, o mięśniach zdatnych do pracy i gęstej puszystej sierści, co chroni przed mrozem.

Buck mieszkał pośród słonecznej doliny Santa Clara, w obszernym domu, zwanym dworkiem sędziego Millera. Dworek odsunięty był nieco od szosy i otulony drzewami, pośród których przeświecała wielka, zacieniona, biegnąca wzdłuż czterech ścian weranda. Do dworu prowadziły żwirowane dróżki, wycięte śród rozległych trawników, popod splecionymi gałęźmi wysokich topoli. Od strony podwórka więcej jeszcze było rzeczy godnych widzenia. Stały tam obszerne stajnie, dokoła których krzątało się kilkunastu groomów[1], dalej szereg otulonych winem domków dla służby, wreszcie długi, pięknie utrzymany rząd budynków gospodarskich, zielone winnice, rozległe pastwiska, ogrody owocowe i zagony. Nie brakło też studni artezyjskiej ani ocementowanej sadzawki, w której chłopcy sędziego pluskali się co rano i odświeżali w upalne popołudnia.

Nad całym domostwem panował Buck. Tu się urodził i tu przeżył cztery lata. Co prawda, istniały jeszcze inne psy. Czyż na tak wielkiej przestrzeni mogło ich nie być? Nie wchodziły jednak w rachubę. Pojawiały się i znikały, przyłączając do licznej sfory albo rezydując czas pewien w głębokościach domu, jak na przykład Toots, drobiazg japoński, albo Ysabel, nagusieńka psina meksykańska – dziwne stworzenia, które rzadko wysuwały nosy poza drzwi pokojów lub łapką dotykały ziemi. Poza tym istniała jeszcze zgraja foksterierów, przynajmniej ze dwadzieścia sztuk licząca; trudniła się przeważnie wyszczekiwaniem groźnych obietnic ku Toots i Ysabel, które strzeżone przez legion pokojówek, uzbrojonych w szczotki i miotełki, spokojnie wyglądały przez okna ku dalekiemu niebezpieczeństwu.

Buck jednak nie był psem pokojowym ani nie należał do sfory. Całą okolicę uważał za swą własność. Pluskał się w sadzawce, chodził na polowanie z synami sędziego, eskortował panienki Mollie i Alice podczas dalekich spacerów o zmroku lub wczesnym poranku; w długie wieczory zimowe leżał u nóg sędziego przed płonącym w bibliotece kominkiem. Wnuczków swego pana nosił na grzbiecie, przewracał po gazonie albo strzegł ich nieudolnych kroków w pełnych przygód wędrówkach ku studni na podwórzu stajennym i nawet dalej, poza ogrodzenie, ku zagonom. Pośród zgrai terierów kroczył Buck majestatycznie, zaś Toots i Ysabel ignorował zgoła, albowiem był królem na fermie sędziego Millera – królem wszelkiego stworzenia, co biegało, pełzało i latało – do ludzi włącznie.

Ojciec Bucka, Elmo, ogromny bernardyn, ongiś nieodstępnie towarzyszył sędziemu, syn zaś wstępować poczynał w ojcowe ślady. Nie był tak wielki – ważył zaledwie sto czterdzieści funtów – bowiem matka jego, Shep, pochodziła z owczarków szkockich. Niemniej jednak owe sto czterdzieści funtów, do których dodać należy dumę pochodzącą z dostatniego życia i ogólnego szacunku – umożliwiały Buckowi osiągnięcie królewskiej zaiste postawy i manier. Podczas tych lat czterech, od czasów szczenięcych począwszy – Buck żył życiem sytego arystokraty. Posiadał wysoce rozwinięte poczucie godności osobistej, a może nawet nieco egoizmu, jak niejeden stylowy sobiepanek wiejski, żyjący w dworze własnym niby na wyspie. Uchronił się jednak od sybarytyzmu psów domowych. Rozkosze polowań i dalekich wędrówek wysysały tłuszcz z jego ciała i krzepiły mięśnie, zimna woda zaś, którą lubił niby pies północny, utrzymywała młodość i zdrowie.

Takie oto były dzieje psa Bucka aż do końca 1897 roku, kiedy nagle wieść o skarbach Klondike pędzić poczęła ludzi z całego świata ku mrozem ściętej Północy. Buck przecież nie czytywał gazet, nie wiedział również, iż Manuel, jeden z ogrodniczków, nie należał do pożądanych znajomości. Manuel odznaczał się pewną grzeszną słabością: lubił grać w chińską loterię. Co gorsze, grał według pewnego nieomylnego systemu; to ostatnie zadecydowało o jego zgubie. Albowiem żeby grać według systemu, potrzeba pieniędzy – pensja zaś ogrodniczka z trudnością wystarcza na utrzymanie żony i licznego stadka dzieci.

Pamiętnego wieczoru zdrady Manuela sędzia pojechał na zebranie Towarzystwa Plantatorów Winogron, a chłopcy zajęci byli organizowaniem klubu gier ruchowych. Nikt nie widział, jak Manuel i Buck minęli ogród owocowy. Pies pewien był, że zapowiada się zwykła przechadzka. Z wyjątkiem jednego samotnego człowieka nikt nie widział również, jak przybyli na małą stacyjkę kolejową, zwaną College Park. Nieznajomy pogadał z Manuelem. Brzęknęły pieniądze.

– Mógłbyś owiązać towar, zanim go sprzedasz – mruknął chmurnie nieznajomy, wobec czego Manuel grubą linką okręcił szyję psa tuż pod obrożą.

– Zaciągnij mocno i masz go w łapie – powiedział. Obcy człowiek skinął twierdząco.

Buck przyjął linkę z godności pełnym spokojem. Niewątpliwie, była to zmiana niepożądana; uważał jednak, że ludziom, których się zna, należy niekiedy ufać na kredyt, choćby nawet pewne ich czyny przewyższały psie zrozumienie. Kiedy jednak końce linki umieszczone zostały w rękach nieznajomego – Buck warknął groźnie. Zaledwie zaznaczył niezadowolenie, mniemając w swej dumie, iż okazać – znaczy: rozkazać. Lecz ku jego zdumieniu linka zacisnęła się mocniej, dławiąc oddech. Skoczył ku wrogowi w nagłym porywie wściekłości, lecz ten spotkał skok w pół drogi, chwycił psa za gardziel i błyskawicznym ciosem przewrócił na grzbiet. Potem linka zacisnęła się bezlitośnie, choć Buck walczył jak szalony, wywaliwszy język i nadaremnie łapiąc oddech szeroką piersią. Przez całe życie nie był traktowany w podobny sposób, nigdy też nie czuł równie strasznego gniewu. Lecz siły opuściły go nagle, oczy powlekła mgła. Nie słyszał nadejścia pociągu, nie czuł wrzucenia do towarowego wagonu.

W następnej chwili świadomości odczuł niejasny ból języka oraz dziwne trzęsienie, nie wiadomo czym spowodowane. Dopiero gwizd lokomotywy na zakręcie wyjaśnił Buckowi, co się stało. Zbyt często podróżował był z sędzią Millerem, żeby nie znać wrażenia jazdy w bagażowym wagonie.

Rozwarł powieki. Z głębi oczu buchnął nieokiełznany gniew zakutego w kajdany króla. Człowiek rzucił się ku gardłu psa, pies ku pięściom człowieka. Mocne szczęki zamknęły się na ręce wroga i nie zwolniły chwytu, dopóki druga ręka zwycięzcy raz jeszcze nie wytrzęsła przytomności z cielska więźnia.

– Konwulsje ma bestia – odezwał się obcy, chowając krwawiącą rękę przed konduktorem, który nadszedł na odgłos walki – wiozę go do weterynarza, do Frisco. Tutejszy majster kiepski, ale powiada, że tam wyleczą.

Bardziej wymownie o przygodach tego wieczoru opowiadał obcy w małej izbie za szynkiem, w portowej dzielnicy San Francisco.

– Zarobiłem tylko pięćdziesiąt na całym interesie – mruczał ponuro – drugi raz nie zgodziłbym się nawet za tysiąc gotówką.

Rękę miał owiązaną skrwawioną chustką, prawą nogawicę spodni rozdartą od kolan do kostki.

– Ileż tamten sobie policzył? – zapytał szynkarz.

– Setkę – brzmiała odpowiedź. – Niech mnie szlag trafi, jeśli grosz dodałem.

– To razem sto pięćdziesiąt – obliczał szynkarz. – Pies wart tyle, albom cymbał.

Prześladowca Bucka rozwiązał zakrwawiony gałgan i obejrzał poranioną rękę.

 

– Żebym tylko nie dostał wścieklizny.

– Co ma wisieć, nie utonie – zaśmiał się szynkarz. – No, pokaż łapę, zanim pójdziesz na pociąg – dodał.

Oszołomiony, półżywy, dręczony nieznośnym bólem gardła i języka, próbował jeszcze Buck rzucić się na swych prześladowców, ale cisnęli go o ziemię i wytrząsali duszę tak długo, aż bezwładny dał przepiłować i zedrzeć obrożę. Potem zdjęto mu z szyi linkę i wtrącono do wielkiej klatki.

Resztę tej nocy straszliwej przebył w swym więzieniu, żywiąc zranioną dumę nienawiścią. Nic nie rozumiał, czego chcą od niego ci obcy ludzie? Dlaczego zamknęli go w ciasnym pudle? Nie wiedząc, czuł jednak, że w sposób natarczywy dręczy go bliskość nieuniknionego nieszczęścia. Kilkakrotnie w ciągu nocy otwierały się nagle drzwi drwalki i za każdym razem pies zrywał się na równe nogi, oczekując wejścia sędziego albo chociaż jego synów. Lecz zawsze tylko opasła twarz szynkarza spoglądała ciekawie spoza migotliwego płomyka świecy. I zawsze głos radości, co drżał w gardle Bucka, przechodził w dziki pomruk gniewu.

Szynkarz pozostawił psa w spokoju, lecz za to z rana weszło czterech ludzi i zabrało skrzynię. Znowu dręczyciele – zdecydował Buck, przybysze bowiem, obdarci i brudni, wyglądali wstrętnie. Od razu zaatakował ich przez kraty. Śmiali się tylko i drażnili go wsuwaniem do klatki kijów, które pies zawzięcie chwytał zębami, dopóki nie zrozumiał, że o to właśnie chodziło. Wtedy położył się, groźny, i patrzał, jak klatkę wstawiano do wagonu. Odtąd Buck wraz ze swym więzieniem rozpoczął wędrówkę z rąk do rąk. Zajmowali się nim urzędnicy kolejowi; przenoszono go z wagonu do wagonu; wreszcie wraz z ładunkiem skrzyń i kufrów przewieziono wózkiem na statek, ze statku pociągnięto znów do wielkich składów kolejowych, wreszcie złożono w bagażowym wagonie pośpiesznego pociągu.

Przez dwie doby wagon ów trząsł się, przyczepiony do gwiżdżących lokomotyw, i przez dwie doby Buck nic nie jadł i nie pił. Zły i nastroszony, przywitał obsługę kolejową groźnym pomrukiem, za co odpłacono mu kpinami. Kiedy pies rzucał się na ściany klatki, ludzie śmiali się i dokuczali mu, ile mogli. Szczekali i warczeli, niby rozjuszone psy, miauczeli jak koty, piali, uderzając ramionami o boki. Buck rozumiał, że wszystko to było bardzo głupie, tym dotkliwiej jednak obrażało jego dumę, tym mocniej podsycało pasję. Głód nie dręczył zbytnio, za to brak wody powodował nieznośne męczarnie i rozżarzał wściekłość. Złe traktowanie doprowadziło wrażliwego i szlachetnego psa do gorączki, podniecane bólem opuchniętego i wyschłego języka i gardła.

Cieszyło go jedno: linki nie czuł już na szyi. Linka dawała wrogom nieuczciwą przewagę; ale teraz Buck pokaże, co umie. Nigdy już nie pozwoli opasać sobie szyi sznurem. Postanowił to z całą stanowczością. Przez dwie doby nie jadł i nie pił i przez owe dwie doby męki nagromadził w sobie potężny zapas wściekłości, grożący wybuchem każdemu, kto podejdzie pierwszy. Oczy zaszły mu krwią – wyglądał jak rozjuszony szatan. Sam sędzia nie poznałby go teraz. Konduktorzy odetchnęli z ulgą, pozbywszy się wreszcie w Seattle niebezpiecznego pakunku.

Czterej ludzie ostrożnie wyjęli skrzynię z wagonu i zanieśli na małe podwórko, otoczone wysokim parkanem. Duży, barczysty mężczyzna, ubrany w czerwony, mocno przy szyi rozciągnięty sweter, pokwitował odbiór przesyłki. Oto jest nowy prześladowca, pomyślał Buck i natychmiast rzucił się ku ścianom skrzyni. Człowiek uśmiechnął się złowrogo. Podchodził z drągiem i siekierą.

– Nie macie chyba zamiaru wypuszczać go teraz? – zagadnął jeden z czterech.

– Owszem – odrzekł człowiek w czerwonym kaftanie, podważając siekierą ścianę skrzyni.

Na podwórku zakotłowało się raptownie i po chwili czterej tragarze, bezpiecznie przyczepieni do parkanu, szykowali się na wesołe widowisko.

Buck chwytał pękające w drzazgi drewno, wpijając w nie zęby, warcząc i gryząc. Gdzie tylko na zewnątrz uderzyła siekiera, tam pies rzucał się od wewnątrz, warcząc i chrapiąc. Równie panicznie bał się wyjść ze skrzyni, jak spokojnie postanowił człowiek, że go z niej wydobędzie.

– No, teraz dosyć, mój czerwonooki diable – rzekł, wyrąbawszy otwór dostateczny dla ciała Bucka. Równocześnie cisnął precz siekierę i prawą ręką podniósł wielki drąg.

Buck wyglądał istotnie jak czerwonooki diabeł, gdy cały zebrał się do skoku, z sierścią nastroszoną, pyskiem ociekającym pianą i wściekłym błyskiem w krwawych ślepiach. Wprost ku napastnikowi cisnął swoje sto czterdzieści funtów gniewu, obarczonych jeszcze dwiema dobami więziennej męki. Nagle pośród skoku i właśnie w chwili, gdy szczęki zamknąć się miały na ciele wroga, Buck otrzymał cios, co rzucił jego ciałem i zwarł mu zęby z przeszywającym zgrzytem. Opisał koło w powietrzu, padając na grzbiet i bok. Nigdy w życiu nie był bity drągiem, więc – nie zrozumiał. Z chrapliwym porykiem, bardziej skargą niż groźbą brzmiącym, zerwał się na łapy i znowu wzbił w powietrze. Lecz znowu napotkał cios i, zdruzgotany, runął na ziemię. Zrozumiał – co to kij. Lecz wściekłość jego nie chciała znać ostrożności. Kilkanaście razy z rzędu rzucał się do skoku, i tyleż razy opadał drąg i walił go o ziemię.

Po jakimś szczególnie mocnym ciosie pies począł pełzać – zbyt słaby, żeby próbować ataku. Przerzucał się niedołężnie z łapy na łapę, a piękne puszyste futro, splamione krwią kapiącą z nosa, oczu i uszu, zwisało kłakami. Wtedy człowiek podszedł i powoli, świadomie, umyślnie, zadał psu straszliwe uderzenie w nos. Cały ból, jaki zniósł Buck do tej chwili, niczym był w porównaniu z nieznośną dotkliwością tej katuszy. Z rykiem, nieomal lwim, od nieprzytomnej furii, pies znowu runął na człowieka. Ten jednak, przerzuciwszy kij z prawej do lewej, spokojnie zdzielił psa w dolną szczękę, równocześnie uchylając się w dół i wstecz. Buck opisał półtora koła w powietrzu, po czym spadł na głowę i pierś.

I jeszcze skoczył... Człowiek wzniósł drąg i zadał cios ostateczny, niby piorun umyślnie wstrzymywany dotychczas. Pies zwinął się i padł bez czucia.

– He, he, mówiłem, że to nie frajer w robocie z pieskami! – zawołał entuzjastycznie jeden z widzów na płocie.

– Codziennie przerabia taki jeden numer, a dwa przy świętej niedzieli – odpowiedział woźnica, siadając na kozioł i zacinając konie.

Buckowi wróciła przytomność, lecz nie wróciła siła. Leżał tam, gdzie był upadł; stamtąd zaś przyglądał się człowiekowi w czerwonym kaftanie.

„Nazywa się Buck” – zacytował sobie człowiek z listu szynkarza, który donosił o wysłaniu skrzyni z ładunkiem.

– No, Buck, moje dziecko – powiedział łagodnym głosem – daliśmy sobie małą lekcję, a teraz najlepiej zrobimy, jeśli poprzestaniemy na tej jednej. Poznałeś swoje właściwe miejsce, ja zaś znam swoje. Jeśli będziesz grzecznym pieskiem, wszystko pójdzie dobrze, bat wisieć będzie wysoko. Jeśli złym, wybijemy ci jakoś te grymasy. No cóż? Zrozumiane?

Przemawiając tak, gładził bez najmniejszej obawy głowę, którą przed chwilą storturował tak niemiłosiernie.

Buck, chociaż mimo woli nastroszył sierść od dotknięcia tej ręki – zniósł je przecież bez protestu. Gdy wróg przyniósł mu wody, wypił chciwie, potem połknął szczodrą porcję surowego mięsa, biorąc kęsek po kęsku z ręki człowieka.

Został obity (wiedział o tym), ale nie został złamany. I wiedział raz na zawsze, że człowiekowi z kijem w ręku oprzeć się niepodobna. Zapamiętał dobrze pierwszą lekcję i nie zapomniał przez całe życie. Kij został objawiony. Było to ukazanie się państwa pierwotności, rządzonego prawem siły. Buck wszedł tam bez oporu. Poprzez wszystkie rzeczy świata wyjrzał nagle ich kształt surowy. Buck, patrząc w nie bez trwogi, spoglądał jednak z całą ukrytą chytrością, niespodzianie w głębi jego natury zrodzoną. Z każdym dniem przybywały nowe psy, jedne w klatkach, inne na linkach, jedne łagodne, inne wściekłe i zbuntowane, jak on niegdyś; Buck widział, jak wszystkie bez wyjątku poddawały się władzy człowieka w czerwonym kaftanie. I za każdym razem, patrząc na brutalną przemianę, powtarzał dawną lekcję: człowiek z kijem w ręku jest prawodawcą, jest panem, któremu należy się posłuch, choćby nie zawsze – zgoda. Tej ostatniej udzielał Buck nader rzadko. Widywał jednak bite psy, co łasiły się do człowieka, merdając ogonem i liżąc po rękach. Widział też jednego psa, który nie chciał dać ani zgody, ani posłuchu, i który ostatecznie zabity został w walce o władzę.

Bezustannie przybywali obcy ludzie, którzy to ostro to przypochlebnie rozmawiali z człowiekiem w czerwonym swetrze. Jeśli pieniądze przechodziły z rąk do rąk, obcy uprowadzali jednego lub kilka psów. Buck zastanawiał się, dokąd pójść mogły, ponieważ nie wracały nigdy; lecz lęk przed nieznaną przyszłością czuł silniej niż ciekawość, toteż rad był, ilekroć nie został wybrany.

Przeznaczenie jednak nadeszło w postaci małego, ospowatego człowieczka, który łamaną angielszczyzną wykrzykiwał wiele dziwacznych słów, zupełnie dla Bucka niezrozumiałych.

– Sacredam! – zawołał, rzuciwszy okiem. – Diabelnie morowe psisko! Ile chcesz, hę?

– Trzy setki i jeszcze coś na piwo – odrzekł skwapliwie czerwony sweter. – A jako że pieniążki masz rządowe, nie przypuszczam, żebyś przyniósł ze sobą sześć pensów, he, he, Perrault?

Perrault skrzywił się w uśmiechu. Zważywszy, iż ceny na psy podniosły się gwałtownie z powodu niezmiernego popytu – przyznać należało, iż suma nie była zbyt wygórowana. Zwierzę wyglądało wyjątkowo pięknie. Rząd kanadyjski nie zostanie pokrzywdzony, jego poczcie odtąd nie będzie groziło opóźnienie. Perrault znał się na psach i pojął od razu, że ma przed sobą okaz jeden na tysiąc – „jeden na dziesięć tysięcy” – dodał w myśli.

Buck zobaczył, że pieniądze przeszły z rąk do rąk i nie zdziwił się wcale, gdy go wraz z Curlym, dobrodusznym nowofundlandczykiem zabrał ospowaty. Wtedy to po raz ostatni widział człowieka w czerwonym kaftanie, a gdy wraz z Curlym spoglądał z pokładu „Narwala” – na oddalające się miasto Seattle – po raz ostatni żegnał ciepły kraj Południa. Curly i Buck uwiezieni zostali przez Perraulta na Północ i oddani ciemnolicemu olbrzymowi imieniem François. Perrault, jako Francuz-Kanadyjczyk, mocno był śniady, François zaś, jako Francuz-Kanadyjczyk półkrwi, skórę miał jeszcze ciemniejszą. Obaj należeli do rodzaju ludzi nie znanych jeszcze Buckowi (przeznaczone mu było ujrzeć rodzajów tych znacznie więcej), i chociaż nie czuł do nich bynajmniej sympatii, dostatecznie był sprawiedliwy, żeby ich szanować. Zrozumiał szybko, iż Perrault i François postępują uczciwie, spokojnie i bezstronnie przy rozdzielaniu pochwał i kar, zbyt zaś dobrze znają naturę psów, żeby się dali oszukać.

Pod pokładem „Narwala” Buck i Curly spotkali jeszcze dwa psy. Jeden był to wielki, śnieżnobiały okaz ze Spitsbergenu, sprowadzony przez kapitana pewnego statku wielorybniczego. Swego czasu towarzyszył wyprawie geologicznej. Był nader przyjacielski, lecz przyjaźnią zdradziecką, uśmiechniętą w oczy i równocześnie obmyślającą podstępne kawały; od razu spróbował ukraść Buckowi żywność podczas pierwszego wspólnego obiadu. Gdy jednak Buck poskoczył, żeby ukarać złodzieja, bat François świsnął w powietrzu i wcześniej dosięgnął winnego. Buckowi nie pozostało nic prócz odebrania łupu.

François postąpił bardzo przyzwoicie – zdecydował Buck, i odtąd mieszaniec zyskał szacunek psa. Następny współtowarzysz nie okazywał nikomu życzliwości i nie odpowiadał na jej objawy; nie próbował również okradać nowo przybyłych. Był to ponury, chmurny zwierz, który demonstrował szczerze i otwarcie, iż życzy sobie jedynie, żeby go pozostawiono w spokoju, w przeciwnym bowiem razie będzie źle. Zwał się Dave, jadł, spał i ziewał od czasu do czasu, nie interesując się niczym, nawet tym, że „Narwal” przeciąwszy Queen Charlotte Sound począł chwiać się, kołysać i podskakiwać jak opętany. Podczas gdy Buck i Curly denerwowali się, półprzytomni ze strachu, tamten podniósł głowę, jakby znudzony, obrzucił ich obojętnym spojrzeniem, ziewnął i znowu pogrążył się w sen.

Dniem i nocą statek dygotał w takt nie słabnącego tętna maszyn, i chociaż dni podobne były jeden do drugiego, Buck zauważył, że z dniem każdym staje się chłodniej. Wreszcie któregoś ranka maszyny ucichły i na okręcie zapanowała atmosfera podniecenia. Buck poczuł to wraz z innymi psami. Wiedziały, że nastąpi zmiana. François wziął je na smycz i wyprowadził na pokład. Przy pierwszym kroku po zimnej powierzchni łapy Bucka zagłębiły się w coś miękkiego i białego, podobnego do błota. Odskoczył warcząc. Takie samo coś, miękkie i białe, sypało się z powietrza. Otrząsnął grzbiet, lecz zasypało go jeszcze mocniej. Powąchał ciekawie, potem spróbował dotknąć językiem. Ukąsiło jak ogień, a w następnej chwili zniknęło. Zdziwiło to psa. Spróbował raz jeszcze z jednakowym skutkiem. Ludzie wybuchnęli śmiechem. Buck poczuł wstyd. Nic nie rozumiał. Był to bowiem jego pierwszy śnieg.

 
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?