Wyga. Kurzawa Bellew

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jack London

Wyga. Kurzawa Bellew

Translacja

Jerzy Bandrowski

Saga

Wyga. Kurzawa Bellewtranslacja Jerzy Bandrowski tytuł oryginału Smoke BellewZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1912, 2019 Jack London i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726106657

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

SMAK MIĘSA.
I.

Z początku nazywał się Krzysztof Bellew. W czasach uniwersyteckich przeistoczył się w Krzysia Bellew. Następnie wśród cyganerji San-Francisca zaczęto go nazywać Kitem. Potem zaś nie nazywano go już inaczej jak Wyga Bellew. Ewolucja jego imienia stanowi zarazem historję jego własnej ewolucji. Zresztą, prawdopodobnie nie zaszłoby nic w tym rodzaju, gdyby Bellew nie posiadał kochającej matki i żelaznego wuja i gdyby nie otrzymał listu od Giletta Bellamy.

— Tylko co widziałem numer „Fali“ — pisał mu Gillet z Paryża. — Naturalnie O’Hara będzie miał powodzenie. Lecz tego i owego mu brak (tu następowały wyczerpujące wskazówki co do niezbędnych ulepszeń w świeżo powstałym tygodniku). Udaj się do niego i pogadaj z nim. Utrzymaj go w przekonaniu, że są to twoje własne rady i wskazówki. Niechaj nie wie, że pochodzą ode mnie. Gdyby się o tem dowiedział, zechciałby zwerbować mnie, jako paryskiego korespondenta, a ja na to przystać nie mogę, ponieważ z dwuch czasopism ciągnę dobre pieniążki za mój materjał. A co najważniejsze, nie zapomnij namówić go, aby „wylał" idjotę, który pisze mu krytyki muzyczne i artystyczne. San-Francisco zawsze odznaczało się swoistą oryginalną formą literacką. Teraz tego nie widać. Powiedz mu niech dobrze poszuka i postara się o zucha do pisania żywego feljetonu, grającego gorącemi barwami San-Francisca.

Otóż Kit Bellew udał się do redakcji „Fali" gdzie ściśle wyłożył powyższe wskazówk. O’Hara wysłuchał je. O’Hara spierał się, O’Hara przyznał rację. O’Hara „wylał" idjotę — krytyka. A następnie O’Hara uczynił to właśnie, czego tak bardzo obawiał się Gillet w dalekim Paryżu. Kiedy bowiem O’Hara pragnął czego, żaden z jego przyjaciół nie mógł mu tego odmówić. Działając za pomocą miękkiej stanowczości był wprost nieodparty. Zanim Kit Bellew wyrwał się z redakcji już został współwydawcą, zgodził się pisać tygodniowe artykuły krytyczne po kilka kolumn, dopóki nie znajdzie się jakie takie pióro i zobowiązał się dostarczać co tydzień porcję dziesięciu tysięcy słów feljetonu z życia San-Francisca i wszystko to bezpłatnie. „Fala" nie dawała jeszcze dochodu — wyjaśniał O’Hara a zarazem w sposób niezmiernie przekonywujący udowadniał, że w całem San-Francisco jest jedyny człowiek zdolny do pisania tego niezbędnego feljetonu i że tym człowiekiem jest właśnie Kit Bellew.

— O, Boże! jakiż ja jestem głupiec! — wzdychał Kit, schodząc po wązkich schodach.

I oto bezpośrednio potem zaczęło się wysługiwanie O’Harze i nienasyconym kolumnom „Fali“. Tydzień za tygodniem siedział w redakcji, wykręcał się wierzycielom, kłócił z drukarzami i dostarczał dwudziestu pięciu tysięcy słów do wszelkiego rodzaju przeglądów. A praca jego nigdy nie stawała się lżejszą. „Fala“ natomiast zaczynała nabierać ambicji, doszło nawet do jej upiększania ilustracjami, a te wymagały wielkich wydatków. Przedsiębiorstwu nigdy nie wystarczało pieniędzy na zapłacenie Kita i z tego samego powodu nie było ono w możności pozwolić sobie na powiększenie liczby współpracowników i służby.

— Oto do czego prowadzi dobre serce — zaczął kiedyś mruczeć Kit.

— Dzięki Bogu, w takim razie, że je stworzył — zawołał O’Hara ze łzami w oczach, ściskając rękę Kita. Pan mnie uratował. Bez pana przepadłbym z kretesem. Miejże, przyjacielu, trochę cierpliwości, aż interesy pójdą lepiej.

— Widzę wyraźnie swój los — wzdychał Kit — nigdy w życiu nie uda mi się stąd wydobyć.

Wkrótce jednak wydało mu się, że znalazł wyjście. Korzystając z odpowiedniej chwili w obecności O’Hary potknął się o krzesło. Po kilkunastu minutach zawadził o brzeg biurka i omackiem starał się znaleźć flakon z klajstrem.

— Pan poźno położył się spać — zapytał O’Hara.

Kit przetarł oczy i zanim odpowiedział spojrzał niespokojnie na mówiącego.

— Nie. Coś z oczami. Odmawiają posłuszeństwa.

W ciągu następnych kilku dni z rzędu Kit w redakcji potykał się i zderzał z meblami. Serce O’Hary nie miękło.

— Bellew, wiesz pan co? — rzekł pewnego razu — powinien się pan zwrócić do okulisty. Jest tu doktór Hassdepple, pyszny lekarz. 1 nie będzie to pana kosztowało ani grosza. Zapłacimy mu ogłoszeniami. Sam z nim pomówię.

Jakoż dotrzymał obietnicy i Kit znalazł się u okulisty.

— Oczy pańskie są w zupełnym porządku — oznajmił doktór po dłuższem badaniu. — Prawdę powiedziawszy, wzrok pan ma wspaniały — na miljon ledwie dwu ludzi mogłoby się takim poszczycić.

— Nie mów pan tego, O’Harze — błagał Kit. — I daj mi pan czarne okulary.

Rezultatem powyższego było to, że O’Hara wyraził Kitowi gorące współczucie i zaczął rozwodzić się szeroko o przyszłości, kiedy to „Fala“ stanie na nogi. Kit na szczęście posiadał własny majątek, który mu przynosił pewien stały dochód. Jakkolwiek dochód ten był bardzo skromny, jednak wystarczał na należenie do kilku klubów i posiadanie pracowni w Quarter Latin.

Faktycznie od czasu udziału Kita w wydawnictwie, jego wydatki osobiste zdumiewająco się zmniejszyły. Poprostu nie zostawało mu dość wolnego czasu na wydawanie pieniędzy. Przestał zaglądać do swej pracowni i nie urządzał już dla miejscowej cyganerji swych słynnych gorących kolacji. Mimo to stale był bez pieniędzy, gdyż „Fala“ w swych wiecznych kłopotach czyhała zarówno na gotówkę Kita, jak i na pracę jego mózgu. Artyści-ilustratorzy co pewien okres czasu odmawiali dostarczenia rysunków, drukarz i chłopcy redakcyjni odmawiali pracy. Za wszystko trzeba było płacić i płacić. W takich chwilach O’Hara spoglądał na Kita... a Kit załatwiał resztę.

Kiedy z Alaski przyszedł parowiec „Excelszior“ wieścią, która doprowadziła do szaleń stwa cały kraj, a mianowicie o nowem odkryciu złota w Klondike, Kit uczynił O’Harze zgoła lekkomyślną, jak się to później okazało, propozycję.

— O’Hara, posłuchaj pan, — rzekł — ta złota gorączka będzie poważna, powtórzą się czasy 49 roku. Czy nie warto, abym tam pojechał w interesach „Fali“. Rzecz prosta że na własny koszt.

O’Hara pokiwał głową.

— Nie mogę w redakcji obejść się bez pana. A kto będzie pisał feljetony? Zresztą przed godziną widziałem Jackson’a. Jutro wyjeżdża do Klondike i zgodził się przysyłać co tydzień korespondencje i fotografje. Wydębiwszy tą obietnicę, dopiero go puściłem. A co najwspanialsze — że nie będzie o nas kosztowało ani grosza.

Tego samego dnia poraz drugi zdarzyło się Kitowi mówić o Klondike, kiedy zajrzawszy do klubu spotkał w bibljotece swego wuja.

— Dzień dobry, wujaszku — powitał go, wsuwając się w skórzany fotel i wyciągając nogi. — Czy wujaszek nie zechciałby dotrzymać mi dziś towarzystwa?

Kit zamówił cocktail, wujaszek zadowolnił się ojczystym claretem, który niezmiennie pijał. Niechętnie, gniewnie popatrzył na cocktail, a nastąpnie na twarz swego siostrzeńca. Kit zrozumiał, że czeka go kazanie.

— Mam tylko chwilkę wolną — pośpiesznie oświadczył. — Muszę biec na wystawę Ellery i napisać o niej pół kolumny.

— Co ci jest? — spytał wuj — jesteś ł lady i masz kiepską minę. —

W odpowiedzi Kit tylko jęknął.

— Będę miał przyjemność być na twym ogrzebie, jestem tego pewny.

Kit smutnie pokiwał głową.

— Tylko aby nie pokarm dla robaków-Wolę krematorjum.

Wuj Bellew należał do wytrwałego i upartego pokolenia, które w połowie przeszłego stulecia zjeździło na wołach stepy. Po przodkach odziedziczył nieugiętość i surowość. Mlodość spędzona na podboju nowego kraju utrwaliła jeszcze te cechy charakteru.

— Nie prowadzisz się jak należy, Krzysztofie. Wstyd mi za ciebie,.. Szaleństwa młodości co?

Kit roześmiał się. Stary wzrnszył ramionami.

— Nie potrząsaj, wujaszku, patrząc na mnie swemi ognistemi kędziorami. Bardzobym sobie życzył, aby to były szaleństwa młodości, lecz z tem już dawno skończone — nie mam czasu.

— Więc skąd...

— Nadmierna praca.

John Bellew roześmiał się ostro i niedowierzająco.

— Ludzie to wytwór otaczającego ich środowiska — wygłosił Kit, wskazując szklankę współbiesiadnika. — Dowcip wujaszka jest mizerny i kwaśny, jak je o napój.

— Nadmierna praca! — ironicznie powtórzył stary. — Przez całe swoje życie nie zapracowałeś ani centa.

— Chcesz się założyć, że zarobiłem, tylko nie otrzymałem należności. Właśnie obecnie zarabiam pięćset dolarów tygodniowo, a pracuję za czterech.

— Obrazy, nie znajdujące nabywców? Albo coś w rodzaju wierszy?..

— Czy umiesz pływać?

— Umiałem.

— Jeździć konno?

— Próbowałem odważyć się na to...

John Bellew parsknął z oburzenia.

— Cieszę się, że ojciec twój nie dożył do tego, aby zobaczyć cię w całej pełni twej niezdarnosci — mówił star. — Ojciec twój był prawdziwym mężczyzną, od stóp do głów. Mężczyzną — rozumiesz? On byłby z ciebie wybił wszystkie te artystyczne i muzyczne głupstwa.

 

— Niestety, nasze czasy dekadenckie... — westchnął Kit.

— Byłbym gotów pogodzić się z tem i zrozumieć — gniewnie ciągnął dalej stary — gdybyś osiągnął jakieś powodzenie. Lecz tyś przez całe swoje życie nie zapracował ani centa i nie dowiedział się, co znaczy prawdziwa praca.

— Sztychy, obrazy, piosenki — ironicznie poddał Kit.

— Jesteś partacz i pechowiec. Co za obrazy malowałeś? Nędzne akwarele i plakaty, które mogą się przyśnić. Nie mogłeś zdobyć się na wys awienie czegokolwiek nawet tu w San-Francisco...

— Przepraszam, wuj zapomina. Jedno moje płótno wisi tu w tym klubie.

— Nędznie zasmarowany karton. Muzyka? Twoja kochana nierozsądna matka, wydała całe setki na lekcje. Mimo to niczego się nie nauczyłeś, zostałeś partaczem. Nie potrafiłeś zarobić nawet pięciodolarówki, choćby za akompanjament na koncercie. A twoje pieśni? Bezwartościowe głupstwa, których nikt nie wydrukuje, a które mogą być śpiewane tylko przez twoich przyjaciół próżniaków.

— Pewnego razu wydałem książkę — pamięta wuj, moje sonety? — wesoło dodał Kit.

— Ile cię ona kosztowała?

— Całego kramu — parę setek.

— No, a jeszcze co masz na swoim rachunku?

— W teatrze amatorskim wystawiono moją sztukę.

— Co zarobiłeś na niej?

— Sławę.

— A kiedyś umiałeś pływać i próbowałeś jeździć konno. — Tu John Bellew stuknął gniewnie szklanką w stół. Do czego ty jesteś zdolny. Rosłeś zdrów i krzepki, a mimo to nawet w uniwersytecie nie grałeś w foot-ball. Nie wiosłujesz?

— Nie. — Boksowałem się trochę i fechtowałem.

— Kiedy boksowałeś się po raz ostatni?

— Nie tak znowu dawno; mówiono nawet, że posiadam doskonałe oko, tylko...

— No, no...

— Tylko twierdzono, że jestem niezrównoważony i nierówny.

— Bez energji, chcesz powiedzieć...

— Tak, zawsze wydawało mi się, że tu wchodzi w grę pewien eufemizm.

— Mój ojciec sir, a twój dziad Izaak Bellew zabił człowieka uderzeniem pięści, kiedy miał sześćdziesiąt dziewięć lat.

Kto, ten człowiek?

— Nie, twój dziad, gałganie jeden. A ty, ty w tym wieku nie będziesz w stanie zabić moskita.

— Czasy się zmieniły, o mój wujaszku. Za naszych czasów za zabójstwo sadzają do więzienia.

— Ojciec twój robił po 185 mil, nie schodząc z konia i nie śpiąc. Potrafił zajeździć na śmierć trzy konie.

— Gdyby dożył naszych czasów podróż tą odbywałby w wagonie Pullmanowskim.

Stary omal nie stracił oddechu z gniewu, ale się opanował i wymówił z trudem:

— Ile masz lat?

— Mam zasadę przypuszczać...

— Wiem dwadzieścia siedem. Szkoły skończyłeś w dwudziestym trzecim roku życia. Całe pięć lat zbijałeś bąki, mazałeś bohomazy i robiłeś głupstwa. Powiedzże przed Bogiem i ludźmi, do czego ty jesteś zdolny? Kiedy byłem w twoim wieku, miałem zaledwie jedną zmianę bielizny. Pasłem bydło w Galusa. Byłem twardy jak skała i sypiać mogłem na skale. Żywiłem się wędzonem i niedźwiedziem mięsem. A teraz nawet fizycznie jestem silniejszy i zdrowszy niż ty. Ważysz około 185 funtów, z łatwością mógłbym powalić cię na ziemię jednym uderzeniem pięści.

— Trudno stać się bohaterem, łykając cocktail albo atramentową herbatę — mruknął Kit. jakgdyby się tłumacząc.

— Czy wujaszek nie spostrzega, że czasy się zmieniły? A następnie wychowano mnie nie tak może, jak należało. Moja kochana nierozsądna matka... — John Bellew gniewnie poruszył się na fotelu — jak ją wujaszek nazwał, była zbyt dobra dla mnie, trzymała mnie pod kloszem. Gdybym za moich młodzieńczych lat brał udział w tych męskich podróżach i wycieczkach, które robiliście wy... Dlaczego nigdy mnie nie zaprosiłeś, wuju? Brałeś ze sobą w podróż przez Sierrę i do Meksyku Hal’a, Robbie...

— Uważasz, dlatego, że nazbyt byłeś podobny do lorda Fauntleroy.

— Ty więc jesteś winien, wujaszku, i moja kochana mateczka. Gdzie miałem doświadczyć niedostatku, jak mogłem się zachartować? Uważano mnie zawsze tylko za dziecko. Cóż mi pozostawało, jeśli nie sztychy, rysunki i poetyckie fantazje? Czyż jestem temu winiem, że nie potrzebowałem nigdy pracować?

Stary spoglądał na siostrzeńca z nieukrywaną niechęcią. Nie znosił lekkomyślności.

— Dobrze, mam zamiar zrobić jedną z tych, jak je nazwałeś, męskich wycieczek. A gdybym cię tak na nią zaprosił?

— Musiałbyś zauważyć, że to trochę zapóźno. A dokąd to?

— Hal i Robert udają sią do Klondike, chcę ich odprowadzić za cieśninę i jezioro, a potem wrócić...

Nie zdążył skończyć, kiedy młody człowiek zerwał się i schwycił go za rękę.

— Zbawco! — zawołał.

John Bellew zerknął zrazu podejrzliwie. Nie wyobrażał sobie, aby propozycja jego została przyjęta.

— Serjo chciatbyś? — zapytał.

— Kiedy wyjeżdżamy?

— Droga będzie bardzo trudna nie wytrzymasz jej.

— Wytrzymam. Nauczyłem się wytrwałości od czasu, jak trafiłem do „Fali“.

— Każdy musi zabrać ze sobą pożywienie na cały rok. Zbierze się tylu ludzi, że Indjanie nie będą w możności przenieść wszystkich ładunków. Hal i Robbie będą sami nieść swoje pakunki. Właśnie dlatego wybieram się z nimi, aby im dopomóc. Jeśli pojedziesz, czeka cię to samo.

— Liczcie na mnie.

— Nie jesteś przyzwyczajony do noszenia ciężarów — oponował stary.

— Kiedy ruszamy w drogę?

— Jutro.

— Tylko nie wyobrażaj sobie, wuju, że to twoje kazanie podziałało na mnie w ten sposób, oświadczył żegnając się Kit. Właśnie trzeba mi było wynieść się jakkolwiek i dokądkolwiek byle dalej od O’Hary.

— Kto to jest ten O’Hara? Japończyk?

— Nie, Irlandczyk, a zarazem straszna „piła“ i mój najlepszy przyjaciel, Jest on właścicielem, redaktorem i wielkim inkwizytorem „Fali“. Co każemusi być zrobione. O’Hara mógłby namówić umarłego do ruszenia się.

Wieczorem. Kit napisał do O’Hary kartkę treści następującej:

„Chodzi tylko o parotygodniowy wypoczynek. Musi pan poszukać kogo innego do dalszego ciągu feljetonów, Żałuję bardzo, mój stary, lecz tego wymaga moje zdrowie. Zato po powrocie wezmę się do roboty z podwójną energją“.

II.

Kit wylądował wśród ogólnego zamieszania na brzegu Dyea. zawalonym ekwipunkiem i pakunkami wielu tysięcy ludzi. Olbrzymią masę bagażu i prowizji, przywiezioną wzdłuż górzystych brzegów na parowcach, zaczynano obecnie powoli wyładowywać i częściowo przenosić przez dolinę Dyea’i Chilcooth’u. Droga ciągnęła się na przestrzeni 18 mil, ładunek zaś można było przenosić wyłącznie na ramionach. Chociaż indyjscy tragarze wyśrubowali cenę z 8 centów za funt do 40, to jednak zostali tak przeciążeni pracą, że o przeniesieniu przez nich całej ilości bagażu nie mogło być mowy. Było widoczne, że zima zaskoczy większą część ekwipunku nieprzeprawioną na tamtą stronę.

Najsłabszym ze wszystkich słabych w nogach był Kit. Podobnie jak u setek innych, wisiał przy jego ładownicy duży, ciężki rewolwer. Błąd ten popełnił również i jego wuj, zapominając, że czasy jego krwawych wypraw na Zachodzie minęły bezpowrotnie. Lecz Kit był romantykiem. Wyobraźnię jego podniecał i olśniewał ruch ludzkiej fali, płynącej po złote runo. Na wszystko co go otaczało spoglądał oczyma artysty. Podróży tej nie traktował poważnie. Na parowcu żartował sobie z powagi współtowarzyszy, mówiąc, że nie uważa za potrzebne traktowanie przejażdżki tej jako swego pogrzebu. Miał poprostu uczucie ucznia na wakacjach, pragnął nacieszyć się widokiem słynnej północnej cieśniny, potem zawrócić. Pozostawiwszy swych towarzyszy podróży na ławicy piaskowej w oczekiwaniu wyładowania bagażu, poszedł brzegiem pod górę w stronę starej faktorji. Szedł nie potykając się, chociaż, jak zauważył, zdarzało się to wielu z tych, którzy również jak on byli obwieszeni rewolwerami. Przeszedł obok niego jakiś rosły Indjanin, niosąc na sobie wyjątkowo wielki ładunek. Kit poszedł za nim, zachwycony muskulaturą jego nóg oraz swobodą i swoistą elegancją, z jaką się poruszał, mimo wielkiego cięźaru. Indjanin zrzucił swój pakunek na kamień obok faktorji. a Kit podszedł do grupy poszukiwaczy złota, która otoczyła Indjanina. Pakunek ważył 120 funtów, co ze zdumieniem powtarzano sobie dokoła. Musi to być nie łatwo — zadecydował Kit i zadał sobie pytanie, czy mógłby wogóle dźwignąć taki ciężar, nie mówiąc już o noszeniu go. „Czy niesiesz ładunek do Jeziora Lindermanna?“ — zapytał. Indjanin nadąwszy się dumnie odburknął coś, co miało oznaczać odpowiedź twierdzącą.

— Ile otrzymasz za ten pakunek?

— Pięćdziesiąt dolarów.

Kit przerwał rozmowę. Wzrok jego padł na młodą kobietę, stojacą we drzwiach. W przeciwieństwie do innych kobiet, które wysiadły ze statku na brzeg, nie nosiła krótkiej spódniczki, a reszta jej toalety nie zwracała uwagi krzyczącemi barwami. Była ubrana tak, jak normalnie ubiera się do drogi każda kobieta. Uderzyło go, że nadzwyczajnie harmonizowała z tem niezwykłem otoczeniem, jakby oddawna była doń przystosowana. Pozatem była młoda i ładna. Blask tej urody i świeżość owalu twarzy przykuły wzrok Kita, Patrzył na nią długo, tak długo, aż jej ciemne o dużych rzęsach oczy skierowały się w jego stronę. Obrzuciła go obojętnym spojrzeniem. Po chwili oczy jej zsunęły się po twarzy Kita i z wyraźną ironją spoczęły na wielkim rewolwerze, wiszącym u pasa. Gdy ich spojrzenia znowu się spotkały — w oczach kobiety malowała się lekka pogarda. Na Kita podziałało to, jak uderzenie bicza. Tymczatem dziewczyna zwróciła się do stojącego obok niej mężczyzny, wskazując Kita i tamten popatrzył na niego z tą samą pogardą.

— „Czeczako“ — odezwała się dziewczyna. Mężczyzna, wyglądający w swych tanich spodniach i zniszczonej wełnianej kurcie na włóczęgę, uśmiechnął się ironicznie. Kit poczuł, że zbladł z gniewu, chociaż nie potrafiłby określić przyczyny swego wzburzenia.

— Tak, czy inaczej nadzwyczaj ładna dziewczyna — zadecydował, gdy ze swym towarzyszem ruszyła w dalszą drogę. Patrząc jeszcze w ślad za oddalającymi się, Kit zwrócił uwagę na jej chód i pomyślał, że dziewczynę tą poznałby chociażby po upływie tysiąca lat.

— Czy widział pan tego mężczyznę z dziewczyną? — zapytał Kita z ożywieniem jego sąsiad. Kit zaprzeczył ruchem głowy. — Czy wiesz pan kto to taki?

— Cariboo-Charley. Tylko co mi go pokazano. Powiodło mu się nadzwyczajnie w Klondike. To stary mieszkaniec tutejszy, przemieszkał z dziesięć lat nad Yukonem, teraz właśnie przybył tutaj. —

— Co znaczy „czeczako“? — spytał Kit.

— Pan jesteś „czeczako“, ja również — brzmiała odpowiedź.

— Być może, lecz to mi nie wystarcza, cóż to znaczy? —

— Papinek —

Na drodze powrotnej do brzegu słowo to nie wychodziło z głowy Kita. Oburzała go myśl, że słaba dziewczyna ośmieliła się nazwać go „papinkiem“. Przechodząc wśród stosu bagażów i nie mogąc pozbyć się wrażenia, wywołanego spotkaniem z Indjaninem, Kit zapragnął wypróbować swe własne siły. Wybrał tedy worek mąki, który jak wiedział ważył 100 funtów. Rozstawił szeroko nogi, pochylił się i usiłował zarzucić sobie worek na plecy. Pierwszą jego konkluzją było, że 100 funtów to istotnie duży ciężar, drugą, że plecy jego nie są dostatecznie silne, a zamiast trzeciej nastąpiło soczyste przekleństwo, gdy po pięciu minutach bezskutecznych wysiłków — zwalił się bez sił na ten sam worek, nad którym się trudził. Kit otarł pot z czoła i ponad stosem worków dostrzegł Johna Bellew, obserwującego go z zimną złośliwością w oczach.

— Boże! — wygłosił apostoł wytrzymałości. Z naszych lędźwi wyszło takie pokolenie niedołężne. Gdy miałem lat szesnaście, dawałem sobie radę, śmiejąc się, z podobnemi rzeczami.

— Zapominasz wuju, — odparł Kit, że nie byłem, jak ty, karmiony niedźwiedziem mięsem.

— I, śmie, ąc się, dam sobie radę, kiedy mi stuknie sześćdziesiątka — kończył stary.

— Ano pokaż, wujaszku!

John Bellew pokazał. Miał czterdzieści osiem lat, lecz pochylił się elastycznie nad workiem, mocno go nchwycił i podnosząc szybko wyprostował się, przyczem worek w jednej chwili znalazł się na jego plecach.

— Przyzwyczajenie, mój chłopcze, przyzwyczajenie i mocny stos pacierzowy — oto wszystko.

Kit z uszanowaniem zdjął kapelusz.

— Jesteś godny podziwu, wujaszku, jesteś najprawdziwszym cudem. Jak myślisz, czy potrafię zdobyć potrzebne przyzwyczajenie?

John Bellew ruszył ramionami.

 

— Pokażesz pięty, zanim udamy się w drogę.

Kit jęknął. — Nie obawiaj się tego, tam z tyłu czyha O’Hara, lew ryczący. Nie zawrócę, pókim żyw!