Balsam dla duszy miłośnika psów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bashur, pies z Iraku

Mój syn, Mike – major Mike Fen­zel ze 173. Bry­gady Powietrz­no­de­san­to­wej – został zrzu­cony ze spa­do­chro­nem do pół­noc­nego Iraku 27 marca 2003. Po dwóch tygo­dniach Mike wraz z trzema tysią­cami żoł­nie­rzy z jed­nostki roz­po­czął misję prze­ję­cia mia­sta Kir­kuk.

Po pierw­szych paru godzi­nach zatrzy­mali się, żeby uzu­peł­nić paliwo. Kobieta ofi­cer wywiadu, zauwa­żyła, że coś się rusza w tra­wie. Kiedy przyj­rzała się bli­żej, zoba­czyła, że to mały szcze­nia­czek, nie więk­szy niż bank­not jed­no­do­la­rowy. Był sam i nie wyglą­dał naj­le­piej; kobieta wie­działa, że jeśli go tam zostawi, pie­sek nie prze­żyje. Wzięła go więc na ręce i zabrała ze sobą do Kir­kuku.

Kiedy dotarli na miej­sce, zabrali szcze­niaczka do kwa­tery głów­nej, umyli i nakar­mili. W bazie był wete­ry­narz, któ­rego głów­nym zada­niem było spraw­dza­nie jedze­nia dla wojsk. Dał psu szcze­pionkę prze­ciwko nosówce. Potem wypu­ścili psa na teren lot­ni­ska, gdzie włó­czył się z set­kami innych dzi­kich psów miesz­ka­ją­cych w bazie. W ciągu następ­nych paru tygo­dni pie­sek zro­bił wra­że­nie na żoł­nier­zach z bazy, w tym na Mike’u. Żoł­nie­rze dbali o to, żeby suczka (Mike nazwał ją Bashur, na cześć lot­ni­ska, na które zostali zrzu­ceni) miała dość jedze­nia – dawali jej resztki z kan­tyny i ze swo­ich przy­dzia­łów żyw­no­ścio­wych.

Któ­re­goś z pierw­szych tygo­dni swego lot­ni­sko­wego życia Bashur została potrą­cona przez hum­mera, ale prze­żyła. Miała mocno potłu­czone bio­dro, ale wyli­zała się z tego i wyro­sła na sil­nego, zdro­wego psa. Mimo że mogła bie­gać po całej bazie, więk­szość czasu krę­ciła się w oko­li­cach kwa­tery głów­nej, gdzie dosta­wała jedze­nie i mnó­stwo czu­ło­ści od żoł­nie­rzy.

Bashur wyróż­niała się na tle innych psów. Miała nie tylko wyjąt­kowe umasz­cze­nie – łeb w kolo­rze kar­melu z białą strzałką i smutne bursz­ty­nowe oczy psa myśliw­skiego – ale też uwiel­biała towa­rzy­stwo żoł­nie­rzy. Pod­bie­gała rado­śnie do każ­dego, mer­da­jąc ogo­nem, z błysz­czą­cymi oczyma, gotowa do zabawy albo piesz­czot – kojący widok po stre­sach zwią­za­nych z kolej­nymi żoł­nier­skimi misjami. Była nie­za­wod­nym komi­te­tem powi­tal­nym i żoł­nie­rze ją za to kochali.

Ale baza woj­skowa to ruchliwe i nie­kiedy nie­bez­pieczne miej­sce – któ­re­goś dnia pędzący pikap prze­je­chał Bashur po łapie. Wtedy Mike był już bar­dzo do niej przy­wią­zany i kiedy usły­szał, że została potrą­cona, pobiegł ją odszu­kać.

Zaniósł ją do swo­jego pokoju i spro­wa­dził leka­rzy, żeby się nią zajęli. Stwier­dził, że zatrzyma ją przy sobie, dopóki się łapa nie zro­śnie (a może nawet do końca pobytu w Iraku), żeby już się jej nic nie stało. Wkrótce Bashur wyzdro­wiała, a Mike zaczął ją zabie­rać do punktu dowo­dze­nia bata­lio­nem, gdzie pra­co­wał. Uwią­zy­wał ją na dwo­rze, żeby nie wpa­dła pod samo­chód. Żoł­nie­rze zało­żyli jej spe­cjalną czer­woną obrożę z naszywką „Bry­gada Powietrz­no­de­san­towa”, żeby było wia­domo, czyją jest maskotką.

Przez następne pół roku, mimo że Bashur była maskotką całej jed­nostki, nawią­zała szcze­gólną więź z Mikiem. Mike powie­dział, że opie­ko­wa­nie się nią pozwala mu zacho­wać pogodę ducha. Każ­dego ranka szli pobie­gać, spę­dzali też razem wie­czory. Mike nie mógł się nadzi­wić, jak bar­dzo jej towa­rzy­stwo potrafi popra­wić mu nastrój.

Miesz­ka­nie z Bashur miało i inne zalety. Kie­dyś, kiedy roz­ma­wia­łem z Mikiem przez tele­fon, Bashur zaczęła zawzię­cie szcze­kać.

– Muszę lecieć, tato. To ostrzał – powie­dział Mike.

Oka­zało się, że Bashur potrafi wyczuć moź­dzie­rze i rakiety na długo przed­tem, zanim ludz­kie ucho jest w sta­nie je usły­szeć. Kiedy Bashur spo­glą­dała na niego nie­spo­koj­nie, Mike wie­dział, że zbliża się kolejny atak arty­le­ryj­ski.

W grud­niu 2004 Mike się dowie­dział, że wkrótce opu­ści Irak. Nie mógł zosta­wić Bashur, więc spy­tał nas, czy się nią zaopie­ku­jemy, jeśli się uda mu nam ją dostar­czyć. Wie­dzie­li­śmy z żoną, ile Bashur dla niego zna­czy, i zgo­dzi­li­śmy się.

Począt­kowo Mike myślał, że będzie mógł wysłać Bashur przez Jor­da­nię, z pomocą urzęd­nika z bag­dadz­kiego zoo. Ale w kraju ogar­nię­tym wojną nic nie jest pewne. Naj­pierw Jor­da­nia zabro­niła tran­zytu psów przez swoje tery­to­rium, a potem jego czło­wiek w zoo – naj­więk­sza szansa Bashur na opusz­cze­nie Iraku – odszedł.

Czasu było coraz mniej, ale Mike się nie pod­da­wał. W końcu zna­lazł w Kuwej­cie mię­dzy­na­ro­dową lecz­nicę wete­ry­na­ryjną, która mogła prze­trans­por­to­wać Bashur do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Kolejną prze­szkodą było dostar­cze­nie jej do Kuwejtu. Tak się zło­żyło, że Mike był zastępcą dowódcy bata­lionu, który miał zostać prze­rzu­cony do Vicenzy we Wło­szech przez port w sto­licy Kuwejtu. Mike mógł więc wziąć Bashur ze sobą.

W dniu, kiedy sto czter­dzie­ści wozów bata­lionu opusz­czało Kir­kuk, Mike zała­do­wał Bashur do swo­jego hum­mera – i ruszyli w tysiąc­ki­lo­me­trową drogę do Kuwejtu. Bashur miała już wszyst­kie szcze­pie­nia, ale musiała odbyć jesz­cze tygo­dniową kwa­ran­tannę w mię­dzy­na­ro­do­wej lecz­nicy wete­ry­na­ryj­nej. Całe szczę­ście, że lecz­nica mie­ściła się nie­da­leko portu i Mike mógł odwie­dzać Bashur codzien­nie.

Ostat­nią prze­szkodą, z jaką musiał się zmie­rzyć Mike, było zna­le­zie­nie odpo­wied­nio dużej klatki – Bashur nie­wia­ry­god­nie uro­sła od dnia, w któ­rym zna­le­ziono ją przy dro­dze. W Kuwej­cie takiej nie było, więc lecz­nica przy­go­to­wała ogromną drew­nianą skrzy­nię według wytycz­nych linii lot­ni­czych. Skrzy­nia była wiel­ko­ści lodówki i miała z przodu sta­lową kratę, żeby Bashur mogła oddy­chać i wyglą­dać na zewnątrz.

W końcu klatkę z Bashur zała­do­wano do samo­lotu linii KLM lecą­cego do Amster­damu. Stam­tąd Bashur cze­kał ostatni etap podróży, na lot­ni­sko O’Hare w Chi­cago.

O wyzna­czo­nej godzi­nie poje­cha­łem na lot­ni­sko. Pra­cow­nicy KLM-u potrze­bo­wali wózka widło­wego, żeby wyła­do­wać drew­nianą skrzy­nię z samo­lotu. Kiedy otwarto drzwi klatki, wokół niej stało dzie­wię­ciu męż­czyzn, w tym ja.

Bashur zacho­wy­wała się ostroż­nie, nie wie­dząc, czego się spo­dzie­wać. Wysta­wiła głowę i rozej­rzała się dokoła. Kiedy powie­dzia­łem: „Jak się masz, Bashur?” pod­nio­sła wzrok, roz­po­zna­jąc swoje imię.

Wie­dzia­łem, że jest duża, ale nie mia­łem poję­cia, że będzie aż tak wielka. Kiedy zaczęła wycho­dzić z klatki, ktoś ze sto­ją­cych obok wykrzyk­nął:

– Mój Boże, kiedy ona się skoń­czy?

A Bashur wycho­dziła i wycho­dziła, aż wyszedł cały jej metr.

Przy­klęk­ną­łem i wzią­łem ją za obrożę. Od razu roz­po­zna­łem naszywkę „Bry­gada Powietrz­no­de­san­towa”. Przy­tkną­łem głowę do jej łba, obją­łem ją i przy­pią­łem jej smycz.

Wyszli­śmy na zewnątrz, na wio­senne słońce, i prze­szli­śmy przez par­king do mojej fur­go­netki. Roz­ło­ży­łem koc za przed­nimi fote­lami i Bashur wycią­gnęła się na nim jak kró­lowa Saby – ale nie na długo! Jak tylko ruszy­li­śmy, wsko­czyła na miej­sce pasa­żera, zadkiem oparła się o fotel, a przed­nimi łapami i pyskiem o deskę roz­dziel­czą, żeby móc podzi­wiać widoki. Nie powinno mnie było dzi­wić, że umie się zacho­wać w samo­cho­dzie, skoro przez więk­szość życia jeź­dziła wozami woj­sko­wymi.

Kiedy dotar­li­śmy do domu, Bashur wysko­czyła z auta i rzu­ciła się pro­sto do mojej żony, Muriel, która led­wie spoj­rzała na ogrom­nego bry­sia, od razu się roz­kle­iła. Bashur to potrafi. Ma wielki ogon, któ­rym cią­gle merda, i oczy tak pełne miło­ści, że nikt się jej nie oprze.

Bashur ofi­cjal­nie była w domu.

Teraz co rano Bashur i ja wycho­dzimy z domu o szó­stej i uda­jemy się do pracy – do salonu samo­cho­do­wego na pół­nocny wschód od Chi­cago. Wszy­scy ją tam uwiel­biają. Pod­łoga mojego gabi­netu usłana jest jej zabaw­kami i kośćmi do gry­zie­nia. Ponie­waż Bashur wycho­wy­wała się wśród żoł­nie­rzy, woli męż­czyzn, a jej ulu­biona zabawa to siło­wa­nie się i tar­mo­sze­nie.

Kiedy napi­sano o niej w gaze­cie, dostała nie­zli­czone kosze sma­ko­ły­ków od życz­li­wych ludzi – tyle ich było, że część zanie­śli­śmy do pobli­skiego schro­ni­ska dla zwie­rząt – a dwie kobiety przy­szły zro­bić Bashur zdję­cie dla swo­ich synów – żoł­nie­rzy, któ­rzy znali Bashur jesz­cze z Iraku i chcieli się upew­nić, że wszystko z nią w porządku.

W połu­dnie idziemy z Bashur na spa­cer po polach w pobliżu biura. To szcze­gólny czas dla nas obojga. Uwiel­biam patrzeć, jak rado­śnie bryka, zafa­scy­no­wana pta­kami albo zapa­chem, który zwie­trzył jej wielki tro­pi­ciel­ski nos. Wydaje się zachwy­cona wszyst­kim, co przy­nosi jej nowe życie.

Bashur z całą pew­no­ścią zdo­była moje serce – tak jak i serca wielu innych. Cza­sami przez sen prze­wraca się na bok i wzdy­cha z ukon­ten­to­wa­niem. Jestem szczę­śliwy. Zawdzię­czamy jej bar­dzo dużo i chcemy jej dać jak naj­lep­sze życie. Nie ma spo­sobu, by się odwdzię­czyć za to, że tyle pocie­chy dała naszemu synowi i jego towa­rzy­szom broni. Ale zawsze możemy pró­bo­wać…

John Fen­zel, Jr

Moja futrza­sta muza

Młodzi mał­żon­ko­wie zawsze na początku mają do poko­na­nia prze­szkody, zanim się nauczą, czego się po sobie nawza­jem spo­dzie­wać. Mój mąż, Mah­moud, jest Irań­czy­kiem. Wywo­dzi się z kul­tury, a przede wszyst­kim z rodziny bar­dzo róż­nej od mojej (zży­tej i uwiel­bia­ją­cej zwie­rzęta). Ale wie­rzy­li­śmy, że nasza miłość wystar­czy, by uło­żyć życie razem.

W listo­pa­dzie 1979 roku nasz świat wywró­cił się do góry nogami. Pró­bo­wa­li­śmy pojąć, dla­czego na dru­gim końcu świata pory­wani są zakład­nicy, i mar­twi­li­śmy się o krew­nych Mah­mo­uda, uwi­kła­nych w ten straszny kosz­mar.

 

Kry­zys poli­tyczny zagra­żał rów­nież naszemu mał­żeń­stwu – tak bar­dzo się od sie­bie róż­ni­li­śmy. Stres stał się nie do wytrzy­ma­nia. Nasze nad­mierne ocze­ki­wa­nia spra­wiały, że się cza­sami rani­li­śmy wza­jem­nie. Wystar­czyło opacz­nie zro­zu­mieć jakieś słowo, gest, spoj­rze­nie, które dla każ­dego z nas zna­czyły coś innego. Zasta­na­wia­li­śmy się, czy nasza miłość prze­trwa.

Gdy więc Mah­moud zapro­po­no­wał mi na uro­dziny szcze­niaczka, miało to dla mnie ogromne zna­cze­nie. W jego ojczyź­nie psy uwa­żane są za stwo­rze­nia brudne i nie­bez­pieczne, nada­jące się tylko do pil­no­wa­nia domu na podwórku. To, że chciał wpro­wa­dzić psa pod nasz dach, ozna­czało, że mnie rozu­mie. Że chce, aby­śmy byli szczę­śliwi. I że wie, co naj­bar­dziej może mi pomóc w tym prze­ra­ża­ją­cym i trud­nym cza­sie.

Młody owcza­rek nie­miecki, Faf­nir, dotrzy­my­wał mi towa­rzy­stwa, kiedy Mah­moud szedł na nocną zmianę. Słu­chał, kiedy opo­wia­da­łam mu o swo­ich tro­skach, wygłu­piał się, żeby mnie roz­we­se­lić, i zli­zy­wał moje łzy – a było ich wiele. Czu­łam się obco w małym mia­steczku we wschod­nim Ken­tucky, gdzie miesz­ka­li­śmy. Tęsk­ni­łam za rodziną w dale­kiej India­nie. Sta­ra­łam się być żoną dosko­nałą i oczy­wi­ście kata­stro­fal­nie zawo­dzi­łam.

Ale dzięki Faf­ni­rowi czu­łam się ważna. On ni­gdy nie narze­kał, że posiłki nie sma­kują tak jak u mamy, ni­gdy nie nazy­wał mnie jan­ke­ską – mie­li­śmy wspólny język, który nie wyma­gał słów. Uwa­żał, że jestem wspa­niała, a ja wie­dzia­łam, że on jest wyjąt­kowy.

Mah­mo­uda zwol­nili z pracy, więc prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Louisville, gdzie poszedł na stu­dia uzu­peł­nia­jące. Nie minął tydzień od naszej prze­pro­wadzki, a zna­la­złam nie­da­leko domu pracę jako asy­stentka wete­ry­na­ryjna. Dodat­ko­wym atu­tem było to, że mogłam zabie­rać ze sobą Faf­nira. Mały spa­niel sąsiada, Fid­get, zaprzy­jaź­nił się z Faf­ni­rem. Prze­ja­śniało się!

Ale Faf­nir zaczął uty­kać. Naj­pierw oszczę­dzał jedną łapę, potem drugą. Leki czę­ściowo przy­no­siły mu ulgę, ale łapy zro­biły się czer­wone, spuch­nięte i swę­dzące. Bez prze­rwy się dra­pał, szczę­śliwy był tylko pod­czas zabawy z Fid­ge­tem.

Pró­bo­wa­łam wszyst­kiego. Anty­bio­tyki wywo­ły­wały wymioty. Nie pomo­gła spe­cjalna dieta. Faf­nir schudł do dwu­dzie­stu sied­miu kilo­gra­mów. Mimo że jako pra­cow­nik lecz­nicy mia­łam zniżkę, koszty lecze­nia rosły. Nic nie poma­gało. Faf­nir był uczu­lony na powie­trze, któ­rym oddy­chał – na ple­śnie, pyłki i inne aler­geny doliny Ohio. Jego stan pogar­szał się z dnia na dzień. Nie wyglą­dał już jak owcza­rek nie­miecki. Kiedy go gła­ska­łam, futro wycho­dziło mu kęp­kami razem z łusz­czącą się skórą. Nie­gdyś pełne wyrazu uszy były teraz łyse, a w środku miały kro­sty i długo gojące się strupy. Od cią­głego wyli­zy­wa­nia i wygry­za­nia brzuch zro­bił mu się czarny, w nie­któ­rych miej­scach coś się sączyło z czer­wo­nych wrzo­dów. Przez opu­chli­znę na łapach kulał jak stary, poła­many reu­ma­ty­zmem wete­ran.

Kiedy szedł ze mną do kli­niki, wła­ści­ciele innych zwie­rząt odsu­wali się i odcią­gali od nas swoje psy. Nie chcieli, żeby Faf­nir poza­ra­żał je swoim cho­rób­skiem. Choć dole­gli­wość Faf­nira nie była zaraź­liwa, trudno winić wła­ści­cieli za takie zacho­wa­nie. Fid­get na­dal chciał się bawić, ale Faf­nir już nie mógł. Za bar­dzo go bolało. A na doda­tek cuch­nął.

Miał dopiero rok i dwa mie­siące.

Czyżby miłość zagłu­szyła we mnie głos roz­sądku? Gdyby to przy­milne bie­da­czy­sko nale­żało do kogoś innego, czy też bym się od niego odsu­wała? Czym mogłam wytłu­ma­czyć upo­rczywe lecze­nie? Czyż nie było lep­szej, bar­dziej huma­ni­tar­nej opcji? Nie! Nie mój Faf­nir! Wypar­łam tę myśl, zanim zdą­żyła się w pełni ufor­mo­wać, ale spo­kojny głos roz­sądku nale­gał, żebym sta­wiła czoło rze­czy­wi­sto­ści. Czy zacho­wy­wa­łam się samo­lub­nie? Czy śmierć byłaby naj­lep­szym roz­wią­za­niem?

Nie chcia­łam zawra­cać Mah­mo­udowi głowy tym pro­ble­mem – miał dość wła­snych zmar­twień. Przez dwa dni i dwie noce wal­czy­łam ze sobą, to pewna, że każde życie jest lep­sze niż przed­wcze­sne roz­sta­nie z moim uko­cha­nym psem, to znów szu­ka­jąc w sobie siły, by prze­rwać jego cier­pie­nia.

Na trzeci dzień rano, w dro­dze do pracy led­wie widzia­łam ulicę przez łzy. Faf­nir lizał mnie po szyi, jak zawsze pod­nie­cony wizytą w kli­nice i spo­tka­niem z kole­gami. Może uda mu się pową­chać kota (och, psie rado­ści!).

Pora­nek był ruchliwy, od jed­nego pacjenta do dru­giego; Faf­nir jak zwy­kle leżał w swoim kojcu. Za każ­dym razem, kiedy się­ga­łam do kie­szeni po nożyczki czy dłu­go­pis, doty­ka­łam ręką zwi­nię­tego papieru i oczy znów mi się napeł­niały łzami. Był to for­mu­larz zezwo­le­nia na euta­na­zję, który mia­łam zamiar wypeł­nić pod­czas prze­rwy na lunch, po ostat­niej zaba­wie z Faf­nirem.

Wtedy w lecz­nicy zja­wiła się bar­dzo zde­ner­wo­wana młoda kobieta. Przy­nio­sła na rękach szcze­nię minia­tu­ro­wego szpica.

– To Foxy, pro­szę, pomóż­cie! Prze­gryzł kabel.

Dwoje dzieci tej kobiety patrzyło na nas sze­roko otwar­tymi, załza­wio­nymi oczami.

Wete­ry­narz roz­po­czął akcję ratun­kową.

– Potrzebna jest trans­fu­zja, bo pies jest w szoku. Całe szczę­ście, że mamy Faf­nira, który może być dawcą.

Zamar­łam. Przez nie­skoń­cze­nie długą chwilę nie byłam w sta­nie oddy­chać. Potem bez słowa przy­pro­wa­dzi­łam Faf­nira. Oczy mu się zaświe­ciły, kiedy mógł pową­chać małe, drżące ciałko Foxy’ego. Poma­chał łysym, łusz­czą­cym się ogo­nem i uśmiech­nął się. Deli­kat­nie odsu­nę­łam go na bok, żeby pobrać z przed­niej łapy dwa­na­ście cen­ty­me­trów sze­ścien­nych cen­nej krwi, którą dosta­nie jego mały przy­ja­ciel.

W porze lun­chu dzią­sła Foxy’ego z bia­łych stały się różo­wiut­kie, a oddech się wyrów­nał. Rude szcze­nię nawet pomer­dało nie­mrawo ogo­nem i poru­szało noz­drzami, kiedy Faf­nir muskał je pyskiem przez kraty kojca.

Po raz pierw­szy od trzech dni byłam w sta­nie się uśmiech­nąć przez łzy, które teraz zmie­niły się w łzy szczę­ścia. Wycią­gnę­łam for­mu­larz z kie­szeni, nawet na niego nie patrząc, zgnio­tłam go i wrzu­ci­łam do śmieci. A co by było, gdy­bym pod­jęła nie­od­wra­calną decy­zję godzinę wcze­śniej? Jeśliby nie było Faf­nira, Foxy by zdechł.

Faf­nir uśmiech­nął się do mnie, a ja uświa­do­mi­łam sobie, że jego wcale nie obcho­dzi, jak wygląda. Cier­pli­wie zno­sił wszyst­kie nie­zro­zu­miałe nie­do­god­no­ści tego świata – nie­przy­jemne kąpiele, gorz­kie pigułki i straszne igły, na które nie mógł nic pora­dzić – tylko dla­tego, że mnie kochał, i wie­rzył, że nie dam mu zro­bić krzywdy. Chęt­nie przy­szedł z pomocą Foxy’emu, tak samo jak mnie ura­to­wał w ciągu kilku pierw­szych mie­sięcy mał­żeń­stwa. Tak wła­śnie zacho­wu­jemy się wobec tych, któ­rych kochamy. Dzie­limy się także z obcymi, bo przy­nosi to wiele rado­ści.

Pół roku póź­niej Mah­moud uzy­skał dyplom magi­stra, zna­lazł świetną pracę i prze­pro­wa­dzi­li­śmy się z Louisville do Ten­nes­see. Z dala od aler­ge­nów, które go drę­czyły, Faf­nir wró­cił do zdro­wia i już nie potrze­bo­wał leków. Na każ­dym wie­czor­nym spa­ce­rze moje serce roz­pie­rała wdzięcz­ność, kiedy sąsie­dzi podzi­wiali dumny chód i lśniącą sierść Faf­nira i pytali, czy mogą go pogła­skać.

W Ten­nes­see zaczę­łam opi­sy­wać swoje doświad­cze­nia z kli­niki wete­ry­na­ryj­nej. W pierw­szym arty­kule, jaki opu­bli­ko­wano, opo­wie­dzia­łam histo­rię Faf­nira – od niej zaczęło się moje pisa­nie o zwie­rzę­tach. Od tam­tej pory Faf­nir jest moją futrza­stą muzą. Co wię­cej, jego zaraź­liwy uśmiech, cicha ufność i entu­zjazm na widok innych stwo­rzeń (o, popatrz, kot!) napeł­niają moje serce rado­ścią nie do opi­sa­nia.

Amy D. Sho­jai

Kiedy odszedł Dooley

W noc pięć­dzie­sią­tych uro­dzin mojej żony obu­dziło nas gwał­tow­nie trzę­sące się łóżko. Mię­dzy nami leżał Dooley, nasz osiem­na­sto­letni minia­tu­rowy jam­nik, i zwi­jał się w kon­wul­sjach. Był tak roz­go­rącz­ko­wany, że czu­łem bijące od niego cie­pło na odle­głość. Poje­cha­li­śmy z nim do cało­do­bo­wej lecz­nicy dla zwie­rząt i cze­ka­li­śmy na to, co nie­unik­nione. Dooley nie umarł tej nocy, ale jego stare, zmę­czone ciało prze­żyło już wię­cej, niż było w sta­nie. Parę dni póź­niej w jego żyły wtło­czono silny śro­dek uspo­ka­ja­jący i nasz pies zasnął na moich rękach po raz ostatni.

Kiedy moja żona, Patri­cia, i jej dwaj syno­wie dostali go w pre­zen­cie, Dooley był szcze­nia­kiem. Minęło pięć lat, zanim ja wkro­czy­łem w ich życie. Zawsze wycho­wy­wa­łem się wśród zwie­rząt, ale Patri­cia ni­gdy się nie uwa­żała za wiel­bi­cielkę psów. Dooley był jej pierw­szym pupi­lem. Przy innych psach robiła się ner­wowa. Tak więc kiedy odszedł Dooley, a ja zapro­po­no­wa­łem, żeby­śmy spra­wili sobie kolej­nego psa, Patri­cia powie­działa, że dobrze, ale tylko pod pew­nymi warun­kami.

Po pierw­sze, nie będziemy się z niczym spie­szyć. Cią­gle bole­śnie odczu­wa­li­śmy stratę Dooleya, choć minęło już dobre parę tygo­dni, i czu­li­śmy, że zastę­pu­jąc go zbyt szybko, ura­zimy jego pamięć. Po dru­gie, w grę wcho­dzą tylko szcze­nięta, ponie­waż doro­sły pies może być bar­dziej agre­sywny i w związku z tym trud­niej­szy do opa­no­wa­nia. Wresz­cie nasz nowy pies nie może doce­lowo ważyć wię­cej niż jakieś pięć, sie­dem kilo­gra­mów.

Posta­no­wi­li­śmy zacząć się roz­glą­dać za nowym psem pod koniec marca, tuż przed naszą rocz­nicą ślubu. Jeśliby się nam udało zna­leźć odpo­wied­niego, kupimy go sobie w pre­zen­cie. Wie­dzia­łem jed­nak, że Patri­cia robi to bar­dziej dla mnie niż dla sie­bie.

Pod­czas naszej pierw­szej wizyty w schro­ni­sku od razu wpadł mi w oko. Jak tylko otwo­rzyły się drzwi do tyl­nego pomiesz­cze­nia, powi­tał nas chór trzy­dzie­stu czy czter­dzie­stu szcze­ka­czy, ostro rywa­li­zu­ją­cych o naszą uwagę. Klatki stały jedna obok dru­giej, uło­żone w kształt litery U. Pomiesz­cze­nie było chłodne i pogrą­żone w pół­mroku. W pierw­szej klatce z pra­wej był doro­sły mie­sza­niec przy­po­mi­na­jący labra­dora. Spo­koj­nie się przy­słu­chi­wał ota­cza­ją­cej go kako­fo­nii. Czarny jak noc, pra­wie się zle­wał ze słabo oświe­tloną prze­strze­nią za gęstymi sta­lo­wymi kra­tami. Spoj­rze­li­śmy sobie w oczy, ale szybko odwró­ci­łem wzrok, nic nie mówiąc żonie. Za stary i za duży – nie paso­wał do naszych wytycz­nych.

Po krót­kiej wizy­cie w schro­ni­sku i pobież­nym obej­rze­niu jego młod­szych miesz­kań­ców wyszli­śmy z pustymi rękami, obie­cu­jąc, że wró­cimy nie­ba­wem.

Minął ponad tydzień. Po powro­cie z pracy z auto­ma­tycz­nej sekre­tarki dobiegł nas jakby nieco zna­jomy głos. „Gdzie się pań­stwo podzie­wali?” to pierw­sze słowa, jakie usły­sze­li­śmy. Wia­do­mość zosta­wiła Vicky, kie­row­niczka schro­ni­ska. Zachę­cała nas, żeby­śmy przy­szli i przyj­rzeli się nowym przy­by­szom.

Następ­nego dnia poszli­śmy do schro­ni­ska po raz drugi, ale poszu­ki­wa­nie ide­al­nego szcze­nię­cia znów speł­zło na niczym. Mie­li­śmy już wycho­dzić, kiedy zauwa­ży­łem psa, któ­rego podzi­wia­łem tydzień temu. Cią­gle patrzył na nas z nadzieją i cichym dosto­jeń­stwem z pierw­szej klatki od pra­wej.

Przy­sta­ną­łem i zwró­ci­łem się do żony. Wie­dzia­łem, z jaką reak­cją się spo­tkam, ale jak dziecko, które nie może się powstrzy­mać, żeby nie zapy­tać o coś, czego na pewno nie dosta­nie, posta­no­wi­łem spró­bo­wać:

– A co sądzisz o tym?

Parę minut póź­niej byli­śmy z Patri­cią w cichej sali po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. Nie mogłem uwie­rzyć, że zgo­dziła się obej­rzeć psa cztery razy więk­szego od Dooleya. Czu­łem jej nie­po­kój, kiedy tak sie­dzie­li­śmy na skła­da­nych krze­słach, cze­ka­jąc na spo­tka­nie z osie­ro­co­nym zwie­rzę­ciem, któ­rego na pewno nie zabie­rzemy do domu.

Drzwi się otwo­rzyły i do pokoju wsu­nął się czarny łeb. Pies się zawa­hał, pró­bu­jąc oce­nić sytu­ację. Popa­trzył na mnie, potem na Patri­cię. Jak gdyby wie­dząc, kogo musi do sie­bie prze­ko­nać, pod­szedł pro­sto do Patri­cii i deli­kat­nie poło­żył jej swą piękną głowę na kola­nach. Nie dowie­rza­jąc, patrzy­łem, jak Patri­cia od razu się zako­chuje. Ni­gdy nie zapo­mnę wyrazu współ­czu­cia na jej twa­rzy ani pew­no­ści w jej gło­sie, kiedy popa­trzyła na mnie i powie­działa:

– Chcę tego psa.

Exley jest człon­kiem naszej rodziny już od ponad czte­rech lat. Cią­gle nie mogę się nadzi­wić, że ten łagodny, wierny i kocha­jący pies został kie­dyś porzu­cony, a jesz­cze bar­dziej, że nikt go nie wziął mię­dzy naszą pierw­szą i drugą wizytą w schro­ni­sku. Może mie­li­śmy szczę­ście. Albo może za tym fuk­sem kryje się coś jesz­cze.

 

Moja żona jest prze­ko­nana, że otrzy­ma­li­śmy pomoc. Wie­rzy, że duch Dooleya był wtedy z nami i pchnął dużego psa w jej stronę, jakimś cudem odnaj­du­jąc spo­sób, by prze­ka­zać nam, że oto jest nasz ide­alny nowy towa­rzysz.

– Taa, na pewno – odpo­wia­dam, nie kry­jąc scep­ty­cy­zmu. – Wierz, w co chcesz, jeśli ci z tym dobrze.

Ale cza­sami, gdy sie­dzę na kana­pie obok Exleya i odpo­czy­wam – wsłu­chu­jąc się w jego oddech i czu­jąc jego cie­płe ciel­sko przy­tu­lone tak mocno, jak tylko się da do mojej nogi – przy­po­mi­nam sobie wizyty w schro­ni­sku i to, jak nie­wiele bra­ko­wało, bym prze­szedł obok tego pięk­nego psa bez słowa. W tych chwi­lach bło­go­ści, tak podob­nych do chwil spę­dzo­nych z Dooleyem, wcale mi się nie wydaje aż tak nie­praw­do­po­dobne to, że duch naszego sta­rego przy­ja­ciela zna­lazł spo­sób, by pomóc nam zna­leźć nowego ide­al­nego towa­rzy­sza.

Gary Ingra­ham

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?