Balsam dla duszy miłośnika psów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pies Bul­leta

Psy uwiel­biają towa­rzy­stwo. Towa­rzy­stwo zaj­muje pierw­sze miej­sce na liście ich potrzeb. J. R. Acker­ley

Pewnego ranka na początku czerwca wyszłam z domu nakar­mić naszego konia, Bul­leta. Zazwy­czaj Bul­let czeka cier­pli­wie na śnia­da­nie przy ogro­dze­niu, ale tym razem krę­cił się przy dwóch wyso­kich dębach, rosną­cych na środku pastwi­ska, gdzie lubił spę­dzać naj­go­ręt­sze godziny dnia.

Byłam cie­kawa, dla­czego nie czeka na śnia­da­nie, toteż przyj­rza­łam mu się z daleka, mając nadzieję, że nie jest chory. Kiedy ruszył wol­nym kro­kiem w moją stronę, w wyso­kiej tra­wie pod jed­nym z drzew spo­strze­głam rudą plamę. A więc to to przy­kuło uwagę Bul­leta tego ranka – kolejny zabłą­kany pies, któ­remu udało się prze­do­stać na naszą posia­dłość. Z reguły psy bały się naszego rosłego konia wyści­go­wego na eme­ry­tu­rze, jed­nak ten czuł się w zaro­ślach bez­pieczny pomimo obec­no­ści Bul­leta. Prze­ło­ży­łam za ogro­dze­nie wia­dro kostek lucerny. Kiedy Bul­let się z nimi upora, dam mu kilka cia­ste­czek owsia­nych, za któ­rymi prze­pada.

Był piękny pora­nek, usia­dłam więc sobie na scho­dach z tyłu domu, nie śpie­sząc się spe­cjal­nie, by wejść do środka i zacząć dzień. Gdy Bul­let zaja­dał lucernę, pies ostroż­nie wstał. Przez dłuż­szą chwilę przy­pa­try­wał się Bul­letowi, po czym z wolna zaczął iść w jego stronę. Co parę kro­ków się zatrzy­my­wał i przy­glą­dał mi uważ­nie, chcąc się upew­nić, czy nie sta­no­wię dla niego zagro­że­nia. Gdy pod­szedł do Bul­leta, wstrzy­ma­łam oddech. Nie wie­dzia­łam, jak Bul­let zare­aguje na zwie­rzę, które pod­cho­dzi do niego pod­czas jedze­nia. Zda­wa­łam sobie sprawę, że jego kop­niak może zabić psa, i mia­łam wła­śnie zamiar krzyk­nąć, żeby go prze­pło­szyć, gdy Bul­let odwró­cił łeb i przez chwilę przy­glą­dał się zbli­ża­ją­cemu się zwie­rzęciu. Potem, zupeł­nie się nie przej­mu­jąc, wró­cił do jedze­nia.

Pies pod­szedł tak bli­sko, że zdo­łał porwać kostkę lucerny, którą Bul­let upu­ścił. Serce mi się kra­jało, kiedy patrzy­łam, jak pies – suczka – ją pała­szuje. Musiała być strasz­nie głodna, skoro się­gnęła po koń­ską karmę.

Poszłam do domu, żeby zna­leźć coś, czym można by nakar­mić psa. W lodówce była resztka pie­czeni rzym­skiej, którą chcia­łam odgrzać na obiad. Prze­ło­ży­łam ją do sta­rej alu­mi­nio­wej formy i poma­sze­ro­wa­łam z tym na pastwi­sko. Pies czmych­nął do swo­jej kry­jówki w tra­wie pod dębami, gdy tylko zro­bi­łam krok w jego kie­runku. Posta­wi­łam jedze­nie na ziemi i pró­bo­wa­łam go przy­wo­łać. Po kilku minu­tach pod­da­łam się i wró­ci­łam do domu. Pomy­śla­łam, że na pewno podej­dzie, jak sobie pójdę.

Jakiś czas potem, kiedy skła­da­łam pra­nie, uprzy­tom­ni­łam sobie, że wciąż nie dałam jesz­cze Bul­le­towi jego cia­ste­czek. Wzię­łam kilka z pudełka, które trzy­ma­li­śmy pod zle­wem, i wyszłam na dwór. Ku memu zdu­mie­niu, Bul­let i suczka leżeli w tra­wie obok sie­bie. Uśmiech­nę­łam się na ten słodki widok. Bul­let wie­dział, że niosę dla niego cia­steczka, więc pozbie­rał się szybko i przy­ga­lo­po­wał do ogro­dze­nia. Pies się przy­glą­dał, kiedy rzu­ca­łam ciastka przez ogro­dze­nie. Zauwa­ży­łam, że wciąż jesz­cze nie zdo­był się na odwagę, żeby wyjść za płot i zjeść pie­czeń, którą mu zosta­wi­łam.

Ponow­nie usia­dłam na scho­dach, pró­bu­jąc wymy­ślić, jak nakło­nić psa, żeby poko­nał swój strach i zabrał się do pie­czeni. Z jakie­goś powodu suczka czuła się bez­piecz­nie wewnątrz ogro­dze­nia. Spo­strze­gł­szy, że Bul­let je, zaczęła powoli do niego pod­cho­dzić, cały czas mnie obser­wu­jąc. Podzie­lił się z tobą lucerną, ale ni­gdy nie odda ci swo­ich cia­ste­czek – pomy­śla­łam sobie. Lecz ku memu zdzi­wie­niu, Bul­let pra­wie wcale się nie zain­te­re­so­wał, kiedy suczka porwała jedno z cia­stek. Wygło­dzona, połknęła je w cało­ści, po czym rzu­ciła się po następne. Nie zostało już ani jedno, ale suczka sta­nęła pod Bul­letem i wyła­py­wała wypa­da­jące z koń­skiej mordy okru­chy, wyli­zu­jąc ener­gicz­nie zie­mię, by nie uro­nić ani kawałka.

Kiedy Bul­let truch­tał w cień dębów, pies drep­tał obok niego. Przez cały dzień, za każ­dym razem, gdy spo­glą­da­łam przez okno na pastwi­sko, widzia­łam suczkę w pobliżu Bul­leta – bie­gała u jego boku albo wyle­gi­wała się z nim w tra­wie. Przy­wią­zała się do konia, który ocho­czo podzie­lił się z nią swoim jedze­niem.

Trzeba było trzech dni, nim udało mi się wywa­bić ją z pastwi­ska. Poło­żyła się na brzu­chu i przy­czoł­gała do mnie, a jej wiel­kie piwne oczy bła­gały, by nie robić jej krzywdy. Skom­ląc, czę­ściowo ze stra­chu, a czę­ściowo z rado­ści, pozwo­liła mi się deli­kat­nie pogła­skać. Zauwa­ży­łam, że jest młoda i pomimo nie­do­ży­wie­nia cał­kiem ładna. Nazwa­łam ją Lucy. Wie­dzia­łam, że ta przy­błęda u nas zosta­nie.

Choć Lucy w końcu prze­ko­nała się do mnie i do mojego męża, Joego, zawsze naj­bar­dziej lubiła towa­rzy­stwo Bul­leta. Więk­szość dnia spę­dzała z nim na pastwi­sku. Bie­gali razem, try­ska­jąc ener­gią i rado­ścią, dopóki ze zmę­cze­nia nie padli obok sie­bie na trawę, żeby odpo­cząć. Bul­let zawsze dzie­lił się z Lucy swo­imi ciast­kami. Czę­sto pochy­lał łeb i łasił się do Lucy, a ona wycią­gała głowę i lizała mu pysk. Było rze­czą oczy­wi­stą, że się kochają. Noce Lucy spę­dzała w stajni obok Bul­leta.

Kiedy nasi goście mówili coś o naszym psie, odpo­wia­da­li­śmy ze śmie­chem, że Lucy to nie nasz pies, tylko Bul­leta.

W życie sta­rze­ją­cego się konia Lucy wnio­sła ogrom rado­ści, a w nasze – mnó­stwo zadzi­wie­nia.

Eli­za­beth Atwa­ter

Daisy

W pierw­szych latach naszej wspól­nej pracy w salo­nie pięk­no­ści dla psów zaba­wia­li­śmy się z moim mężem, Davi­dem, stu­dio­wa­niem cha­rak­te­rów ludzi, któ­rzy prze­wi­jali się przez nasz salon, uwią­zani do dru­giego końca psiej smy­czy. Żyło się wów­czas spo­koj­niej. Mie­li­śmy mnó­stwo czasu na dro­bia­zgową ana­lizę oso­bo­wo­ści naszych klien­tów i dzie­le­nie się obser­wa­cjami.

Jed­nym z obiek­tów naszych badań był Geo­rge. Choć wyda­wał się bur­kliwy, w głębi duszy był bar­dzo sen­ty­men­talny – a to rzadka cecha w chłod­nej, powścią­gli­wej Nowej Anglii, gdzie sta­ramy się nie oka­zy­wać emo­cji. Geo­rge miał serce na dłoni, szcze­gól­nie jeśli cho­dziło o Evie, z którą był żonaty przez czter­dzie­ści pięć lat, zanim zabrała ją długa cho­roba. Jej śmierć była dla niego ogrom­nym cio­sem.

Co roku w kwiet­niu, w rocz­nicę śmierci Evie, Geo­rge uświet­niał pierw­szą stronę lokal­nej gazety wier­szem poświę­co­nym jej pamięci.

– Co roku o tej porze możemy być pewni dwóch rze­czy – powie­dział David, prze­glą­da­jąc gazetę. – Podat­ków i nowego wier­szyka Geo­rge’a.

– A ja uwa­żam, że to wzru­sza­jące – odpar­łam. – I powiem ci coś jesz­cze: jeśli Geo­rge szybko nie zabie­rze psa do wete­ry­na­rza, będzie mieć jesz­cze jeden powód do żałoby.

Przez nie­mal rok dener­wo­wa­łam się za każ­dym razem, kiedy Geo­rge przy­pro­wa­dzał na strzy­że­nie swoją terie­ro­po­dobną suczkę Daisy. Zauwa­ży­łam na jej ciele drobne guzki, ale gdy tylko suge­ro­wa­łam, żeby ją zabrał do leka­rza, natych­miast zmie­niał temat. Zatro­skana roz­ma­wia­łam o tym z Davi­dem, który pra­co­wał też jako pie­lę­gniarz w szpi­talu psy­chia­trycz­nym.

– Ludzie tacy jak Geo­rge nie zro­bią nic, dopóki nie będą gotowi – wyja­śnił David. – W psy­chia­trii nazywa się to „wypar­ciem”.

Rozu­mia­łam obawy Geo­rge’a. W jego poję­ciu, jeśli nie nazwiemy demona po imie­niu, demon nie ist­nieje. A Daisy była dla samot­nego wdowca czymś wię­cej niż tylko psem. W mło­do­ści Geo­rge dużo pił i palił, prze­szedł na wcze­śniej­szą eme­ry­turę ze wzglę­dów zdro­wot­nych, ale teraz bar­dzo dbał o zdro­wie. Codzienne spa­cery z Daisy były czę­ścią reżimu, jaki sobie narzu­cił.

Całe jego życie krę­ciło się wokół psa. Każ­dego ranka jechali do ciast­karni, gdzie kel­nerka imie­niem Ruthie odkła­dała im po pączku z dziurką (dla Geo­rge’a zwy­kłe, dla Daisy koko­sowe). „Wiem, że to nie­zbyt zdrowe, ale to mój jedyny nałóg”, wyznał mi któ­re­goś dnia. Po powro­cie do domu sado­wili się w roz­kła­da­nym fotelu i oglą­dali tele­tur­niej, a potem szli na spa­cer. Po obie­dzie krótka drzemka – budzili się aku­rat, gdy przed domem dzieci wysy­py­wały się ze szkol­nego auto­busu. Cokol­wiek Geo­rge robił koło domu – gra­bił liście, malo­wał płot, sadził cebulki kwia­tów czy kosił traw­nik – Daisy zawsze się krę­ciła u jego stóp, a on nie­ustan­nie z nią gawę­dził.

Za każ­dym razem, gdy zdej­mo­wał ją ze stołu fry­zjer­skiego, widać było, jaki jest z niej dumny.

– No, no, ależ z cie­bie ślicz­notka – zachwy­cał się kun­del­kiem, a Daisy z ucie­chy mer­dała całą sobą. – Pokaż, jak tań­czysz!

Suczka posłusz­nie podry­gi­wała na tyl­nych łapach, a potem pisz­czała o cia­steczko.

– Pokaż Kathy, jak idziesz na spa­cer – komen­de­ro­wał, a ona brała w pysk smycz i drep­tała do drzwi.

– A teraz idziemy do pańci pochwa­lić się, jakie masz piękne kokardy.

I szli zająć się kwiat­kami na gro­bie Evie.

Zanim Geo­rge wziął Daisy do leka­rza, minęła kolejna zima. Guzki były więk­sze i tward­sze. Mia­łam złe prze­czu­cia, kiedy Geo­rge powie­dział, że wete­ry­narz nie zde­cy­do­wał się na ope­ra­cję.

– Powie­dział, że pomogą jej lecz­ni­cze kąpiele w salo­nie – oznaj­mił.

Jakoś mi się nie wyda­wało, żeby to były jedyne zale­ce­nia leka­rza.

Mie­siące mijały, a Daisy opa­dała z sił. Coraz trud­niej było jej stać, więc strzy­głam ją na leżąco. Na­dal poka­zy­wała sztuczki na koniec każ­dej wizyty.

– Pokaż Kathy, jak się wsty­dzisz – mówił Geo­rge, a Daisy schy­lała łebek i zakry­wała sobie oczy łapą.

 

Kiedy wró­ci­łam z waka­cji, moja nowa asy­stentka, Trudy, prze­ka­zała mi wia­do­mość, któ­rej się od dawna oba­wia­łam.

– Daisy padła. Geo­rge był bar­dzo zawie­dziony, że cię nie było – powie­działa Trudy. – Wete­ry­na­rza nazwał kono­wa­łem. A potem się roz­pła­kał.

Nie mogłam się do niego dodzwo­nić, więc wysła­łam mu list z kon­do­len­cjami. Parę mie­sięcy póź­niej Geo­rge wpadł, żeby się z nami zoba­czyć. Wyglą­dał, jakby mu przy­było kilka lat. Wspo­mi­na­li­śmy Daisy, jej zabawne sztuczki, przy­milne zwy­czaje.

– Syn powta­rza mi, żebym się wziął w garść. Jeżeli jesz­cze raz powie: „Tato, to tylko pies”…

Zro­bi­łam jedyne, co mogłam – przy­tu­li­łam go.

– A naj­gor­sze, że to wszystko moja wina – powie­dział przez łzy. – Wini­łem wete­ry­na­rza, ale gdy­bym ją tam zapro­wa­dził wcze­śniej, tak jak mówi­li­ście, cią­gle by ze mną była.

David objął go ramie­niem.

– Każdy z nas uczy się na błę­dach, Geo­rge.

Parę tygo­dni póź­niej zrzą­dze­niem opatrz­no­ści do salonu wkro­czyła młoda kobieta, cią­gnąca za sobą umo­ru­sa­nego quasi-teriera. Był zaro­śnięty bru­dem od łba do ogona, całą sierść miał zmierz­wioną. Bijący od niego odór ozna­czał, że pies miał nie­dawno bli­skie spo­tka­nie ze skunk­sem.

– To jest Fanny. Należy do moich wujo­stwa, ale chcą się jej pozbyć.

Kiedy się pochy­li­łam, żeby ją dokład­niej obej­rzeć, kobieta szarp­nęła łań­cuch.

– Ale ostrze­gam panią, to zły pies. Szczeka całymi dniami i nie lubi dzie­cia­ków.

– Szczeka w domu? – spy­ta­łam.

– Skąd, jej nie wolno wcho­dzić do domu. Jest uwią­zana na podwórku.

Biedna Fanny była wystra­szona i ner­wowa. Czysz­cze­nie jej nie było ani łatwe, ani przy­jemne. Odpchli­łam ją i odskunk­si­łam, a przez łysawą skórę można było doj­rzeć ster­czące kości. Ale mimo to wyglą­dała dziw­nie zna­jomo.

– Kogo ci przy­po­mina? – spy­ta­łam Davida.

– Sinead O’Con­nor? – rzu­cił.

– Coś ty! Czy nie wygląda jak Daisy, świę­tej pamięci suczka Geo­rge’a?

Trzeba się było uzbroić w argu­menty. Geo­rge przy­się­gał, że ni­gdy wię­cej nie weź­mie psa.

– Nie chcę prze­cho­dzić przez to drugi raz – oświad­czył, gdy powie­dzia­łam mu o Fanny. – Nie zasłu­guję na to po tym, co stało się Daisy.

– Ależ Geo­rge! Prze­cież ostat­nio jesteś taki samotny – nale­ga­łam z upo­rem dealera samo­cho­dów.

– Każdy jest samotny – odburk­nął. – To nie nowość.

– Bidulka całe życie spę­dziła przy­wią­zana do zardze­wia­łego łań­cu­cha na błot­ni­stym podwórku. Jest zupeł­nie aspo­łeczna – gorącz­ko­wa­łam się. – Cho­ciaż może rze­czy­wi­ście nie powi­nie­neś jej brać. Trzeba ją będzie wytre­so­wać, a ona potrze­buje dużo cier­pli­wo­ści i miło­ści. Możesz nie dać rady.

– Może jed­nak mógł­bym ją wziąć na próbę – wymam­ro­tał.

– Wiesz, jak się nie uda, zawsze możesz ją oddać – zasu­ge­ro­wa­łam.

Przede wszyst­kim Geo­rge zmie­nił jej imię na Daisy II. Odro­sła jej sierść, była miękka i puszy­sta. Daisy II nauczyła się cho­dzić na smy­czy i przy­bie­gać na zawo­ła­nie. Na­dal była pło­chliwa, kiedy Geo­rge zosta­wiał ją na strzy­że­nie, ale kiedy po nią przy­cho­dził, wybu­chała roz­sz­cze­kaną rado­ścią.

– Popatrz no – powie­dział któ­re­goś gru­dnio­wego dnia, kła­dąc klu­czyki od samo­chodu na krze­śle przy bla­cie. – Daisy, chcesz jechać po pączki?

Puchata bły­ska­wica dopa­dła do krze­sła i wylą­do­wała u stóp Geo­rge’a z prze­chy­loną głową i klu­czy­kami w zębach. Geo­rge’a roz­pie­rała duma.

Sta­li­śmy z Davi­dem w drzwiach, patrząc na szczę­śliwą parkę idącą przez przy­pró­szony śnie­giem par­king, a w oddali kościelne dzwony wygry­wały kolędę.

– Weso­łych Świąt, Geo­rge! – zawo­ła­łam do niego. – I pamię­taj, jak się nie uda, zawsze możesz ją oddać!

Kathy Sal­zberg

Przy­wią­za­nie

Dla swo­jego psa jesteś naj­wspa­nial­szym, naj­mą­drzej­szym i naj­mil­szym czło­wie­kiem, jaki kie­dy­kol­wiek cho­dził po ziemi. Louis Sabin

Na par­kingu przed super­mar­ke­tem stary pikap wto­czył się na miej­sce obok mnie i, trzę­sąc się cały, zatrzy­mał się. Zardze­wiałe zawiasy zapro­te­sto­wały, kiedy kie­rowca, oparł­szy się o drzwi, chciał je otwo­rzyć. Samo­chód był stary, a jego czer­wony lakier tak wybla­kły i znisz­czony, że nawet sześć warstw wosku by mu nie przy­wró­ciło bla­sku. Kie­rowca był rów­nie przy­bla­kły i przy­gar­biony jak jego samo­chód. Jego sprana fla­ne­lowa koszula w czer­wono-czarną kratę i spodnie w bli­żej nie­okre­ślo­nym kolo­rze dosko­nale paso­wały do aury sta­ro­ści, jaka ota­czała ich obu. Far­mer, pomy­śla­łam, sądząc po ogo­rza­łej, spa­lo­nej słoń­cem i poora­nej zmarszcz­kami twa­rzy i sęka­tych dło­niach z powbi­ja­nym na stałe bru­dem. Linie roz­cho­dzące się pro­mie­ni­ście od zewnętrz­nych kąci­ków oczu powstały przez lata mru­że­nia oczu w słońcu. Wycho­dząc z samo­chodu, zwró­cił się do jedy­nej mło­dej istoty w całej tej sce­ne­rii – do żywio­ło­wej sprin­ger spa­nielki, która chciała za nim iść.

– Nie, Lady – powie­dział. – Ty zostań tutaj i pil­nuj samo­chodu. Pan zaraz wróci.

Nie zamknął okna, naj­wy­raź­niej pewien, że pies upil­nuje samo­chodu.

Kiedy wcho­dził do sklepu, pies prze­su­nął się na miej­sce kie­rowcy, wzro­kiem śle­dząc ruchy pana. Kiedy drzwi sklepu się zamknęły, pies usiadł nie­ru­chomo i nie­mal nie mru­ga­jąc, wpa­try­wał się w miej­sce, w któ­rym znik­nął jego pan.

Minuty mijały. Pies ani drgnął, a ja zaczę­łam odczu­wać jego nie­po­kój.

– Nie martw się, niu­nia – powie­dzia­łam. – On zaraz wróci.

Wie­dzia­łam, że mnie usły­szała, bo dłu­gie brą­zowe uszy się nastro­szyły, a ogon zabęb­nił w sąsiedni fotel. Nosek drgnął, a brą­zowo cęt­ko­wana sierść na pysku zady­go­tała deli­kat­nie – ale oczy ani na chwilę nie ode­rwały się od drzwi sklepu.

Nawet straż­nik przed pała­cem Buc­kin­gham nie jest tak oddany służ­bie jak ona. Za każ­dym razem, kiedy drzwi się otwie­rały, pies spi­nał się w ocze­ki­wa­niu i znów przy­ku­cał, kiedy wyła­nia­jąca się z nich postać nie była tą ocze­ki­waną.

W końcu poja­wił się pan, z wypchaną pla­sti­kową torbą w ręce. Sta­teczna straż­niczka stała się teraz biało-brą­zową zamie­cią czy­stej rado­ści. Wydała z sie­bie serię dźwię­ków, które można było zin­ter­pre­to­wać wyłącz­nie jako śmiech. Goniła swój ogon w cia­snym kółku, posy­ła­jąc w górę chmurę pyłu z zabru­dzo­nych foteli. Kiedy sta­ru­szek wresz­cie otwo­rzył siłą krnąbrne drzwi, rzu­ciła się na niego, przed­nie łapy zarzu­ca­jąc mu na ramiona i liżąc go po twa­rzy zama­szy­stymi pocią­gnię­ciami różo­wego języka. Zmarszczki w kąci­kach oczu sta­ruszka znik­nęły, a cała twarz roz­luź­niła się w odpo­wie­dzi na radość psa. Jego sze­roki uśmiech uka­zał mocne, prze­bar­wione zęby – praw­do­po­dob­nie efekt wielu lat pale­nia fajki, która wysta­wała mu teraz z kie­szeni koszuli.

– Posuń się, Lady, teraz pan popro­wa­dzi – powie­dział, deli­kat­nie prze­su­wa­jąc psa na fotel pasa­żera i sia­da­jąc za kół­kiem.

Nie był to by­naj­mniej koniec czu­ło­ści. Znów na niego wsko­czyła, myjąc mu języ­kiem twarz i uszy, strą­ca­jąc z głowy stary bez­kształtny kape­lusz. Z jej gar­dła doby­wał się nie­prze­rwany bul­got, wypo­wiedź w języku, który rozu­miał tylko pan. Bio­rąc w dło­nie psią głowę, sta­ru­szek pomierz­wił jej futerko za uszami i patrząc jej w oczy, powie­dział:

– No wiem, wiem, byłem w skle­pie dłu­żej, niż myśla­łem. Ale zgad­nij tylko, co ci przy­nio­słem.

Kupe­rek prze­stał maj­tać i Lady usia­dła, czuj­nie obser­wu­jąc każdy jego ruch. Uda­wał, że szuka po kie­sze­niach, w tor­bie z zaku­pami – i w końcu wyjął paczkę woło­wych prze­ką­sek. Otwie­rał ją powoli, a Lady obli­zy­wała się raz po raz. W końcu wydo­był z paczki pasek suszo­nego mięsa i chwy­cił jeden koniec zębami. Mięso wysta­wało mu z ust jak cygaro. Suczka nie odry­wała oczu od obie­ca­nej nagrody. Sie­działa grzecz­nie, dygo­cąc z nie­cier­pli­wo­ści, aż męż­czy­zna ski­nął głową. Wtedy wycią­gnęła szyję i samymi przed­nimi zębami wycią­gnęła mu z ust ciemny skra­wek woło­winy. Nie zja­dła go od razu – wpa­trzona w pana, usia­dła i cze­kała, śli­niąc się, a mięso wysta­wało jej z pyska tak samo, jak przed chwilą jej wła­ści­cie­lowi.

Uśmie­cha­jąc się ukrad­kowo, sta­ru­szek wziął następny kawa­łek woło­winy i wło­żył go do ust. Wyglą­dali jak dwaj kum­ple, któ­rzy sie­dzą i popa­lają cygara. Poczu­łam, jak i na mojej twa­rzy roz­lewa się uśmiech. Sta­ru­szek ski­nął głową jesz­cze raz i pies się pochy­lił, żeby napo­cząć przy­smak. On spoj­rzał nad jej głową i dopiero teraz mnie zauwa­żył.

Oboje uśmiech­nę­li­śmy się, zmie­szani. Ja, bo zła­pano mnie na pod­glą­da­niu faceta oka­zu­ją­cego czu­łość swo­jemu psu. On, bo został przy­ła­pany na głu­piut­kiej zaba­wie. Szyb­kim ruchem wyjął z ust pasek mięsa.

Kiedy z tru­dem prze­ko­ny­wał samo­chód, żeby zapa­lił, powie­dzia­łam:

– Ma pan pięk­nego psa.

Ski­nął głową i odparł:

– Nie ma dru­giej takiej.

Uśmie­cha­jąc się na poże­gna­nie, wyco­fał z par­kingu, mimo pro­te­stów sta­rego samo­chodu. Patrzy­łam, jak odjeż­dżają. Sta­ru­szek znów trzy­mał mięso w zębach. Pies, który zjadł już swoją nagrodę, znów sie­dział wypro­sto­wany, patrząc łako­mym wzro­kiem na por­cję pana. Coś mi mówiło, że zanim dojadą do domu, to ona dosta­nie ostatni kęs.

Mar­jie Lyvers

Kotek Dixie

Dixie była ład­nym psem, angiel­skim sete­rem o bia­łym umasz­cze­niu z czar­nymi i brą­zo­wymi łat­kami. Za młodu dużo bie­gała po polach, polu­jąc na prze­piórki. Ale teraz była tak stara, że więk­szość czasu spę­dzała na słońcu, wygrze­wa­jąc się w koją­cym cie­pełku jego pro­mieni. Naj­bar­dziej lubiła wyle­gi­wać się na podwórku. W pobliżu miała wia­dro pełne wody i miskę z jedze­niem. Jej buda wyście­łana była świe­żym, pach­ną­cym sia­nem. Cza­sami bolały ją stare kości; stę­kała, gdy musiała się pod­nieść, by prze­nieść się na kolejną plamę słońca. Ale nie­które dni były wspa­niałe – ktoś przy­no­sił szcze­niaczka do wyszko­le­nia i w jej zmę­czo­nych oczach poja­wiała się iskra. Uwiel­biała szcze­nięta i kiedy mogła się poba­wić z młod­szymi od sie­bie, na jakiś czas zapo­mi­nała o sta­ro­ści.

– Ty już dawno nie jesteś szcze­niacz­kiem, sta­ruszko – powie­dzia­łam jej któ­re­goś dnia, pochy­la­jąc się, by prze­cze­sać pal­cami jej jedwa­bi­stą sierść.

Zama­chała ogo­nem i spoj­rzała na mło­dziut­kiego psa, który bawił się nie­opo­dal. Z cichym jękiem uło­żyła wygod­niej swoje zbo­lałe ciało i oparła pysk na łapach. Oczy miała utkwione w szcze­niaka i wyda­wała się zamy­ślona. Pomy­śla­łam, że pew­nie wspo­mina dni, kiedy bie­gała po polach, ucząc szcze­niaki tro­pie­nia prze­pió­rek. Pokle­pa­łam ją po łbie i wró­ci­łam do domu.

Ostat­nio Dixie wyda­wała się samotna. Przy­po­mnia­łam sobie rodzinę kaczek, która co wie­czór prze­cho­dziła na naszą stronę drogi, żeby posi­lić się z psiej miski. Ani razu Dixie nie wark­nęła na nie, ani nie kłap­nęła zębami – cza­sami nawet się prze­su­wała, żeby kaczki miały lep­szy dostęp do jedze­nia. Do posił­ków dołą­czały rów­nież obce koty i nie­rzadko widzia­łam, jak Dixie stoi przy misce z kacz­kami, kotami i jakimś psem przy­błędą, który się aku­rat przy­plą­tał. Dixie była z natury bar­dzo towa­rzy­ska, ale ostat­nio nie bywało na obie­dzie aż tylu gości, z któ­rymi można by poga­wę­dzić.

Któ­re­goś dnia usły­sza­łam puka­nie. W drzwiach stał sąsiad i miał bar­dzo zatro­skaną minę.

– Nie widziała pani mojego kociaka? – spy­tał. – Gdzieś mi się wymknął i nie mogę go zna­leźć.

Kotek był śliczny, puchaty i bar­dzo mały. Obawy sąsiada były uza­sad­nione – mały zagu­biony kociak nie prze­żyje wśród kojo­tów i rysiów, które się kręcą po oko­licy.

Powie­dzia­łam, że go nie widzia­łam, ale jak zoba­czę, na pewno dam znać. Podzię­ko­wał mi, a na jego twa­rzy malo­wał się smu­tek.

– On jest taki malutki – dodał na odchod­nym, kie­ru­jąc się do następ­nego domu. – Oba­wiam się, że jeśli go szybko nie znajdę, sta­nie mu się coś złego.

Tego popo­łu­dnia zanio­słam Dixie jedze­nie. Leżała w budzie i waliła ogo­nem na powi­ta­nie, kiedy napeł­nia­łam jej miskę. Poszłam po wąż, żeby nalać wody do wia­dra, i zawo­ła­łam ją na obiad. Wygra­mo­liła się powoli i prze­cią­gnęła ostroż­nie, z bólem. Kiedy się pochy­li­łam, żeby ją pogła­skać, z budy wyszło maleń­kie szare kociątko i zawi­nęło się Dixie wokół nóg.

 

– A co ty tu masz? – zdzi­wi­łam się.

Dixie spoj­rzała w dół na kotka, potem pod­nio­sła wzrok z bły­skiem w oku. Zama­chała ogo­nem jesz­cze moc­niej.

– Kici, kici – zawo­ła­łam i wycią­gnę­łam rękę.

Dixie nosem deli­kat­nie ode­pchnęła moją rękę i zapę­dziła kotka z powro­tem do budy. Usia­dła, blo­ku­jąc wej­ście, by kotek nie mógł się wydo­stać. Sły­sza­łam, jak pomiau­kuje. To musiał być zagi­niony kotek sąsiada. Naj­wy­raź­niej prze­do­stał się przez gąszcz krze­wów, który dzieli nasze dwa podwórka, i zabłą­kał się wprost do budy Dixie.

– Zwa­rio­wany pies – wymam­ro­ta­łam.

Dixie pomer­dała ogo­nem, przy­zna­jąc mi rację, ale się nie ruszyła sprzed wej­ścia. Odcze­kała, aż się oddalę na bez­pieczną odle­głość, dopiero wtedy wstała i zaczęła sku­bać jedze­nie. Weszłam do domu i zadzwo­ni­łam do sąsiada.

– Chyba zna­la­złam pań­skiego kotka – powie­dzia­łam.

W jego gło­sie wyczu­łam ulgę. Roze­śmiał się, kiedy mu powie­dzia­łam, że to Dixie ukrywa kotka. Obie­cał, że zaraz przyj­dzie po małego zbiega, podzię­ko­wał jesz­cze raz i odło­żył słu­chawkę.

Cze­kał z nie­cier­pli­wo­ścią, aż zoba­czy zgubę.

– Tak, to on – oznaj­mił, kiedy z budy wyto­czyła się szara kulka.

Dixie odsu­nęła się od nas i nosem skie­ro­wała kotka w stronę drzwi. Pełen wdzięcz­no­ści sąsiad schy­lił się i wycią­gnął po niego rękę, ale w tej samej chwili Dixie zawar­czała.

Byłam w szoku. Dixie ni­gdy na nikogo nie wark­nęła! Zga­ni­łam ją, a sąsiad po raz drugi wycią­gnął rękę po kotka. Tym razem Dixie poka­zała zęby.

– Może ja spró­buję – zapro­po­no­wa­łam.

Pochy­li­łam się, ale Dixie wepchnęła kotka do budy, sama weszła za nim i poło­żyła się, oddzie­la­jąc go od nas całym cia­łem. Nikt nie będzie jej odbie­rał kotka!

Sły­sze­li­śmy, jak kotek mru­czy w środku. Potem wstał i śmiało otarł się o pysk Dixie. Poli­zała go po futerku i zmie­rzyła nas wzro­kiem. Było jasne, że zaadop­to­wała kotka i nie zamie­rza go odda­wać.

– Hmm – wes­tchnę­łam. Nic innego nie przy­cho­dziło mi do głowy.

– Cóż, wygląda na to, że jest szczę­śliwy – po paru chwi­lach ode­zwał się biedny sąsiad. Kotek zwi­nął się w kłę­bek mię­dzy przed­nimi łapami Dixie i zaczął się myć. Od czasu do czasu prze­ry­wał toa­letę, by poli­zać Dixie po pysku. Pies i kot byli w siód­mym nie­bie.

– Niech go sobie zatrzyma, skoro tak bar­dzo chce – powie­dział w końcu.

Tak więc Dixie pomo­gła wycho­wać kocię, które uznała za swoje. Dzięki uprzej­mo­ści i zro­zu­mie­niu sąsiada mały kot i stary pies spę­dzili razem wiele szczę­śli­wych chwil. Kotek sko­rzy­stał na takim obro­cie spraw i wyrósł na pięk­nego, dorod­nego kocura. A Dixie mogła szczę­śli­wie dożyć swych dni, wyle­gu­jąc się na słońcu i marząc o kocię­tach, szcze­nię­tach i hasa­niu po polach.

Anne Cul­bre­ath Wat­kins