Balsam dla duszy miłośnika psów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ostatni wybryk Bubby

Pies to pies, dopóki nie sta­niesz z nim oko w oko. Wtedy to jest Pan Pies. przy­sło­wie haitań­skie

W ciągu czte­rech lat, jakie prze­pra­co­wa­łam w schro­ni­sku dla zwie­rząt, nauczy­łam się, że nadej­ście wio­sny psy wyczu­wają jako pierw­sze. Psiaki, które ni­gdy by się nie ośmie­liły wyjść poza swoje podwórko, nagle masze­rują przez mia­sto, wie­trząc zapach wio­sny. Bubba nie był wyjąt­kiem.

Co roku nasza sta­cja odbie­rała od nie­za­do­wo­lo­nych miesz­kań­ców kilka tele­fo­nów na temat Bubby – zawsze wio­sną. Bubba – leciwy, gru­ba­śny i zwy­kle draż­liwy bul­dog z wyraź­nym przo­do­zgry­zem – drze­mał w swoim cie­ni­stym ogródku całe lato, a i zimą nie miał nic prze­ciwko temu, żeby sie­dzieć za ogro­dze­niem. Ale gdy tylko lód zaczy­nał top­nieć, Bubba ruszał ter­ro­ry­zo­wać mia­sto.

Prawdę mówiąc, Bubba był za stary, żeby kogo­kol­wiek ster­ro­ry­zo­wać. W jego nie­gdyś jasno­brą­zową, prę­go­waną sierść wkra­dło się już tyle siwi­zny, że wyglą­dał, jakby miał co naj­mniej dwa­dzie­ścia lat. Zauwa­ży­łam też, że zaczyna kuleć, co zde­cy­do­wa­nie wyglą­dało na artre­tyzm. Ni­gdy za nikim nie gonił – nie sądzę, żeby był w sta­nie, nawet jeśliby pró­bo­wał. Nie­mniej jed­nak jego wygląd i chro­nicz­nie zapchany nos, plus jego bur­kliwe zacho­wa­nie, spra­wiały, że kiedy ucie­kał, ludzie się go bali.

Cza­sami wpa­dał na pomysł, żeby usiąść sobie pod miej­sco­wymi deli­ka­te­sami i po pro­stu się gapić. Wła­ści­ciele sklepu chcieli go kie­dyś prze­go­nić, rzu­ca­jąc mu kawa­łek rost­befu, ale Bubba pową­chał go tylko, połknął w cało­ści, wark­nął i… został, gdzie był. W więk­szo­ści wypad­ków ludzie na jego widok scho­dzili mu z drogi, a potem wydzwa­niali do nas.

Jego wła­ści­ciel, Tim – szczu­pły, cichy męż­czy­zna w wieku trud­nym do okre­śle­nia, jak to bywa w przy­padku męż­czyzn, któ­rzy więk­szość życia prze­pra­co­wali na dwo­rze – zwy­kle przy­cho­dził do schro­ni­ska, prze­pra­szał, pro­sił kogoś, żebym pod­rzu­ciła mu man­dat, i zabie­rał Bubbę do domu. Obej­mo­wał wątłymi rękami wiel­gachny brzuch Bubby i tar­gał psa na tył swo­jej fur­go­netki. Ni­gdy nie narze­kał, ni­gdy nie doma­gał się roz­prawy. Po pro­stu prze­pra­szał i pła­cił man­daty.

Tim nie wyglą­dał na czło­wieka, który mógłby chcieć mieć zwie­rzaka, szcze­gól­nie tak nie­zno­śnego jak Bubba. Miesz­kał sam w dużym, walą­cym się wik­to­riań­skim domu, który nie­ustan­nie był remon­to­wany. Ni­gdy się nie oże­nił i nikt tak naprawdę nie pamię­tał, czy Tim ma w ogóle jakąś rodzinę. Raczej nie lubił oka­zy­wać nikomu uczu­cia, a już na pewno nie gru­bemu, nabur­mu­szo­nemu bul­do­gowi. A Bubba nikomu nie pozwa­lał się dotknąć, poza Timem, ale nawet wtedy nie wyglą­dał na spe­cjal­nie zado­wo­lo­nego. A mimo to każ­dego roku Tim zosta­wiał swoją robotę i przy­jeż­dżał zabrać swego sta­rego, nie­zno­śnego psa do domu.

Któ­rejś wio­sny wyda­wało się, że Bubba w końcu prze­szedł na eme­ry­turę. War­czał tylko na prze­chod­niów, prze­sia­du­jąc bez­piecz­nie na podwórku. To dla­tego nieco się zdzi­wi­łam, kiedy pew­nego, nie­zwy­kle cie­płego czerw­co­wego dnia ktoś zadzwo­nił z infor­ma­cją, że w budynku szkoły śred­niej zja­wił się potwor­nie brzydki, stary, gruby i sapiący bul­dog. Jak on się tak daleko dostał? – zacho­dzi­łam w głowę, jadąc do szkoły. Z domu Bubby do szkoły droga wio­dła pod górkę. Nie­dawno widzia­łam Bubbę i naprawdę nie wyglą­dał na psa, który byłby w sta­nie poko­nać taką trasę.

Zaje­cha­łam na szkolny par­king. Drzwi sali gim­na­stycz­nej były otwarte, praw­do­po­dob­nie żeby zro­bić nieco prze­wiewu. Bubba musiał wejść do szkoły wła­śnie tędy. No to będzie zabawa – pomy­śla­łam. Wzię­łam pudełko cia­ste­czek dla psów i chwy­tak, a na szyję zarzu­ci­łam sobie smycz. Prawdę mówiąc, żaden ze straż­ni­ków ni­gdy nie tknął Bubby. Cały ten sprzęt, który ze sobą dźwi­ga­łam, naj­praw­do­po­dob­niej na nic nie miał się przy­dać – Bubba raczej nie pozwoli mi się do sie­bie zbli­żyć. Musia­łam wymy­ślić jakiś spo­sób, żeby sam zechciał sobie pójść. Mia­łam nadzieję, że sprawę zała­twią cia­steczka. Kiedy weszłam do szkoły, ujrza­łam pod ścia­nami zasty­głe rzędy nasto­lat­ków w sta­nie zawie­sze­nia czyn­no­ści życio­wych. Jeden z nich zawo­łał do mnie:

– Ten pies na nas war­czy, nawet jak chcemy otwo­rzyć szafki. On nas wszyst­kich pożre!

Jak się łatwo domy­ślić, to był Bubba – wziął sobie za zakład­ni­ków cały kory­tarz. Stał tam na swo­ich krzy­wych noży­nach, rzę­żąc jak ni­gdy w życiu i war­cząc, gdy tylko ktoś się nie­spo­dzie­wa­nie poru­szył. O-o – pomy­śla­łam sobie. Napę­dzić stra­chu sąsia­dowi to jedno, ale war­czeć na dzie­ciaki na tere­nie szkoły to co innego – Bub­bie gro­ziła surowa kara, być może nawet zosta­nie mu posta­wiony zarzut stwo­rze­nia zagro­że­nia, który, jak­kol­wiek nale­żał do rzad­ko­ści, ozna­czał poważne tara­paty, jeśli pies uznany został za win­nego.

– Bubba! – zawo­ła­łam.

Bubba zdo­łał jakoś wykrę­cić swoje pękate ciało, żeby zoba­czyć, któż to go woła. Spoj­rzał na mnie, porzę­ził nieco i gło­śno zawar­czał. Wyję­łam cia­steczko i rzu­ci­łam mu. Bubba dokuś­ty­kał do niego, obwą­chał je, kich­nął i usiadł, wpa­trzony we mnie. OK, no to byłoby na tyle, jeśli cho­dzi o plan A. Będzie trzeba użyć chwy­taka, a wcale mi się to nie uśmie­chało.

Nagle z tyłu dobiegł mnie czyjś głos:

– Hej, brzy­dalu, spró­buj tego.

Jakiś rosły nasto­la­tek rzu­cił Bub­bie Froot Loopa. Bubba spoj­rzał naj­pierw na śnia­da­niowy przy­smak, potem na chło­paka. Obwą­chał Froot Loopa1, wziął go w pysk i połknął. Odwró­ci­łam się do opar­tego o ścianę nasto­latka.

– Mogła­bym je sobie poży­czyć?

– Jasne. – Nasto­la­tek wrę­czył mi paczkę.

Rzu­ci­łam Bub­bie kolej­nego Froot Loopa. Pies poczła­pał do cia­steczka i zjadł je. Cofa­jąc się ku otwar­tym drzwiom sali gim­na­stycz­nej, rzu­ca­łam Bub­bie Froot Loopy. Pies był w złym sta­nie. Krzywe nogi z tru­dem utrzy­my­wały jego masywne ciało. Wyda­wało się, że każdy krok spra­wia mu ból. Coraz bar­dziej rzę­ził. Chcia­łam wziąć go na ręce, lecz jak tylko zro­bi­łam krok w jego stronę, Bubba zawar­czał i cof­nął się. Musia­łam więc dalej cen­ty­metr po cen­ty­metrze zmie­rzać do samo­chodu, wabiąc Bubbę Froot Loopami. Koniec koń­ców, dotar­li­śmy do wozu. Sapał tak mocno, że oba­wia­łam się, że może mieć zawał. Posta­no­wi­łam zawieźć go do domu, a rapor­tem zająć się póź­niej – Bubba gasł w oczach.

To, co zostało z cia­ste­czek, wysy­pa­łam na tylne sie­dze­nie samo­chodu. Bubba poczła­pał do wozu i wszedł przed­nimi łapami do środka, żeby wyjeść okru­chy. Prze­łknę­łam ślinę i szyb­kim ruchem wepchnę­łam zad Bubby do samo­chodu. Nie był zado­wo­lony i zawar­czał na mnie, lecz zbyt był zajęty prze­żu­wa­niem ostat­nich kęsów cia­ste­czek. Sama w to nie mogłam uwie­rzyć – dotknę­łam Bubby i prze­ży­łam!

Gdy zaje­cha­łam przed dom Bubby, stała już tam zapar­ko­wana w pośpie­chu fur­go­netka Tima. Tim wybiegł z domu, za nim zatrza­snęły się drzwi.

– Czy z Bubbą wszystko w porządku? Dzwo­ni­łem do szkoły, ale zdą­żyła pani już wyje­chać. Zapłacę man­dat, bez względu na wyso­kość. Mogę nawet dostać parę. Jak on się wydo­stał z domu? Wie­rzyć mi się nie chce, że się dowlókł do szkoły. Jest taki chory. A tak wła­ści­wie, to jak się pani udało wsa­dzić go do samo­chodu? – W ciągu minuty Tim powie­dział wię­cej niż przez te kilka lat naszej zna­jo­mo­ści.

Zanim zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć, Tim pod­szedł do mojego wozu i otwo­rzył drzwi. Bubba gło­śno chra­pał, śpiąc głę­boko na grzbie­cie, cały w okrusz­kach Froot Loopów. Wyglą­dał zupeł­nie jak nie on. Tim wziął sta­rego czwo­ro­noga na ręce i z dużym tru­dem wycią­gnął go z samo­chodu. Trzy­mał go w ramio­nach, jak się trzyma nie­mowlę. Bubba nawet się nie prze­bu­dził, tro­chę tylko pomru­czał przez sen.

– Ehm, rzu­ca­łam mu Froot Loopy. Zwa­bi­łam go nimi do samo­chodu – wyja­śni­łam.

Tim pod­niósł wzrok znad śpią­cego psa i spoj­rzał na mnie.

– Froot Loopy? Nie wie­dzia­łem, że lubi Froot Loopy.

W ostrym słońcu zmarszczki na bla­dej twa­rzy Tima wyda­wały się jesz­cze głęb­sze. Wyglą­dał na zmę­czo­nego; wię­cej – wyglą­dał na zmar­twio­nego.

– Wie­rzyć mi się nie chce, że uciekł. Kaza­łem go zamknąć w domu, miał włą­czoną kli­ma­ty­za­cję. – Tim ści­szył głos. – Wete­ry­narz mówi, że Bubba ma raka. Kazali mi go zabrać z lecz­nicy do domu na week­end, wie pani, żeby się poże­gnać.

Spoj­rza­łam na Tima. Trzy­mał swo­jego sta­rego, gru­ba­śnego, sza­rego bul­doga. Nagle zro­zu­mia­łam coś, czego dotąd nie rozu­mia­łam. Przez wszyst­kie te lata, które przed­wcze­śnie nazna­czyły smutną twarz Tima zmarszcz­kami, był przy nim Bubba. Mieli sie­bie nawza­jem i to im wystar­czało.

– Tak mi przy­kro, Tim – mruk­nę­łam i ruszy­łam do samo­chodu. – Poroz­ma­wiamy póź­niej.

– A co z moimi man­da­tami? Tym razem pew­nie dostanę kilka, co?

Odwró­ci­łam się do Tima.

– Naj­pierw zoba­czymy, co powie sier­żant. Na razie niech pan się zaj­mie Bubbą, w porządku?

Znów zaczę­łam zbie­rać się do drogi, gdy nagle mi się przy­po­mniało, że chcia­łam jesz­cze o coś zapy­tać.

– Tim? – zawo­ła­łam. Tim wno­sił wła­śnie Bubbę do domu. – Jak pan myśli, dla­czego Bubba poszedł do szkoły? Nie pamię­tam, żeby wcze­śniej tam wędro­wał.

Tim uśmiech­nął się do mnie – była to kolejna rzecz, któ­rej dotąd ni­gdy u niego nie widzia­łam.

– Bubba uwiel­bia dzie­ciaki. Kiedy był szcze­nia­kiem, zabie­ra­łem go na boisko. Może sobie o tym przy­po­mniał.

Ski­nę­łam głową i poma­cha­łam do nich – do szczu­płego, zmę­czo­nego męż­czy­zny w sza­rej fla­ne­lo­wej koszuli, który niósł swo­jego dwu­dzie­sto­let­niego szcze­niaka do domu… Być może po raz ostatni.

 

Bubba umarł nie­długo potem. Ni­gdy nie wypi­sa­łam Timowi man­datu za szkolny wybryk Bubby. Uzna­łam, że Bubba posta­no­wił odwie­dzić miej­sce, które znał ze swo­jej mło­do­ści, żeby poże­gnać się z nim na swój bub­bowy spo­sób.

Wydaje się nam, że kogoś znamy, a potem się oka­zuje, że ma on w sobie wię­cej, niż możemy sobie wyobra­zić. Dopiero ostatni wybryk Bubby pozwo­lił mi uświa­do­mić sobie, że kocha­jące rodziny mają różne obli­cza, a każde jest piękne.

Lisa Duffy-Kor­pics

1 Froot Loopy to kolo­rowe płatki śnia­da­niowe w kształ­cie koła, pro­du­ko­wane przez Kel­loga. [wróć]

2
Szcze­gólne więzi

Więź z psem jest tak silna, jak tylko silne mogą być więzi na ziemi. Kon­rad Lorenz

Śnie­żek, który nie top­nieje

Śnie­żek poja­wił się w naszym życiu zimą 1974 roku. Mia­łam wtedy cztery lata. Odkąd tylko tato przy­pro­wa­dził do domu krą­glut­kiego szcze­niaczka, mię­dzy nim a psem wytwo­rzyła się szcze­gólna więź. Cho­ciaż w środ­ko­wym Tek­sa­sie nie ma za wiele śniegu, tato nazwał nie­zdar­nego bia­łego owczarka nie­miec­kiego Śnież­kiem. Pod­no­sił go, patrząc w jego pełne smutku brą­zowe oczęta.

– Z tego psiaka będą ludzie – mawiał, głasz­cząc miękki, puchaty łebek Śnieżka.

Nie­ba­wem stali się nie­roz­łączni.

Kiedy Śnie­żek był jesz­cze mło­dym psem, tato zaczął go szko­lić, by dowieść, że Śnie­żek potrafi na sie­bie zaro­bić. Dobry pies paster­ski na ran­czo dla bydła jest nie­odzowny, więc tato szko­lił go na straż­nika krów. Zdu­mie­wa­jące było, jak bar­dzo Śnie­żek pra­gnął zado­wo­lić ojca. Widok, jak obaj zaga­niają bydło, był niczym poezja. Tato wska­zy­wał Śnież­kowi krowę, a ten zamie­niał się w białą plamkę, która zyg­za­kiem gnała pomię­dzy zwie­rzę­tami, by zapę­dzić ją do zagrody.

W dzień tato pra­co­wał przy budo­wie auto­strad. Każ­dego ranka Śnie­żek żało­śnie się przy­glą­dał, jak tato odjeż­dża do pracy swoją fur­go­netką. Jasne było, że chciałby poje­chać z ojcem, lecz mimo to nie zbli­żał się do samo­chodu. Wie­dział, że pokle­pa­nie po gło­wie i unie­siona klapa skrzyni ładun­ko­wej ozna­czają, że doni­kąd nie jedzie – a uśmiech, opusz­czona klapa i pole­ce­nie „wsia­daj” to zapro­sze­nie na wyprawę z tatą. W takich razach Śnie­żek rzu­cał się do fur­go­netki, nie posia­da­jąc się z rado­ści.

Codzien­nie o tej samej porze po połu­dniu Śnie­żek masze­ro­wał wol­nym kro­kiem na koniec pod­jazdu, kładł się pod drze­wem juda­szowca i cier­pli­wie spo­glą­dał na długą, żwi­rową drogę, wypa­tru­jąc fur­go­netki taty. Nie musia­ły­śmy z mamą patrzeć na zega­rek, żeby wie­dzieć, kiedy tato wraca z pracy – zacho­wa­nie Śnieżka jasno oznaj­miało jego bli­skie przy­by­cie. Śnie­żek naj­pierw uno­sił łeb – nasta­wiał uszy, a każdy mię­sień jego ciała się napi­nał. Potem z wolna wsta­wał, ani na chwilę nie odry­wa­jąc wzroku od żwi­ro­wej drogi. W oddali mogły­śmy już wtedy z mamą zoba­czyć chmurę kurzu i usły­szeć zna­jomy odgłos die­slow­skiego sil­nika toczą­cej się drogą fur­go­netki taty. Gdy tato wysia­dał z wozu, Śnie­żek pędził do niego, gło­śno dając upust swo­jemu zachwy­towi. Mimo że był potęż­nym psem, tań­czył wokół ojca z wdzię­kiem balet­nicy.

Pew­nego sobot­niego poranka, gdy Śnie­żek miał już sześć lat, tato zabrał go razem z Tygry­sem – naszym dru­gim psem paster­skim, owczar­kiem austra­lij­skim – do posia­dło­ści dziadka, gdzie mieli się zająć kro­wami, a ja z mamą poje­cha­ły­śmy do mamy mojej mamy, Nany, która rów­nież miesz­kała nie­da­leko. Kie­dy­śmy były u babci, zadzwo­nił tele­fon. Ze stołka przy tele­fonie, gdzie przy­cup­nę­łam, wyraź­nie mogłam usły­szeć pełen paniki głos mamy ojca na dru­gim końcu kabla tele­fonicznego. Twarz Nany była blada jak papier, gdy przy­wo­ły­wała mamę do tele­fonu. Bab­cia powie­działa mamie, że tatę stra­to­wał byk. Nie było wia­domo, jak roz­le­głe są jego obra­że­nia, lecz nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że konieczna jest wizyta u leka­rza. Posta­no­wiono, że ja zostanę u Nany, tym­cza­sem mama zawie­zie ojca na pogo­to­wie. Z pła­czem wtu­li­łam się w naroż­nik sta­rej bab­ci­nej kanapy, a Nana na próżno usi­ło­wała mnie pocie­szyć.

Nieco póź­niej dzia­dek zadzwo­nił do Nany z prośbą, czy mogłaby mnie przy­wieźć, bo może uda mi się zro­bić coś z tym „prze­klę­tym psem”. W dro­dze do dziadka sie­dzia­łam cały czas na brzegu sie­dze­nia, popy­cha­jąc deskę roz­dziel­czą, żeby samo­chód jechał szyb­ciej. Kiedy Nana zaje­chała swoim sapią­cym che­vro­le­tem nova na piasz­czy­sty pod­jazd, zoba­czy­łam nie­bie­ską, spo­nie­wie­raną fur­go­netkę ojca zapar­ko­waną pod samotną sosną nie­opo­dal domu dziad­ków. Gdy wysia­dłam, moje uszy prze­szyło żało­sne zawo­dze­nie. Roz­dzie­rało spo­kój popo­łu­dnia, aż włos mi się zje­żył na gło­wie. Z tyłu fur­go­netki stał Śnie­żek, wyciem oznaj­mia­jąc światu swój ból i roz­pacz. Dzia­dek miał nadzieję, że na mój widok się uspo­koi, lecz Śnie­żek i ja ni­gdy nie byli­śmy aż tak sobie bli­scy. Zro­bi­łam wszystko, co w mojej mocy, żeby go pocie­szyć, ale to nic nie pomo­gło.

Kiedy tak na próżno usi­ło­wa­łam ukoić żałość Śnieżka, dzia­dek wska­zał na niego pal­cem powy­krę­ca­nym reu­ma­ty­zmem i powie­dział:

– Ten pies jest nie­sa­mo­wity. Praw­do­po­dob­nie ura­to­wał życie two­jemu ojcu.

Dzia­dek opo­wie­dział nam, że do zagrody zapę­dzili już całe stado, poza bykiem. Uparty zwierz nie chciał do niej wejść, mimo że Śnie­żek i pozo­stałe psy robiły, co mogły, żeby go zago­nić. Dzia­dek sądził, że to panu­jący tego dnia upał roz­ju­szył byka. Cier­pli­wość zwie­rzę­cia się wyczer­pała, więc byk odwró­cił się i zaata­ko­wał sto­ją­cego nie­da­leko ojca. Zasko­czył tatę, prze­wró­cił go na zie­mię i stra­to­wał. Kiedy byk bił kopy­tem o zie­mię, przy­go­to­wu­jąc się do następ­nego ude­rze­nia, pomię­dzy niego a ojca wpa­dło coś bia­łego. War­cząc na roze­źlo­nego byka, Śnie­żek zain­sta­lo­wał się przed ojcem. Potem, z pora­ża­ją­cym war­cze­niem, rzu­cił się na byka, odga­nia­jąc go dalej. Dzia­dek powie­dział, że dzięki Śnież­kowi tato miał dość czasu, by wczoł­gać się pod sto­jącą w pobliżu fur­go­netkę. Śnie­żek przy­drep­tał do samo­chodu, pod któ­rym ukrył się ojciec, i niczym wilk odpę­dzał kolejne ataki byka. Razem z Tygry­sem i Niedź­wie­dziem – psem mojego stryja – nie pozwo­lił bykowi zbli­żyć się do fur­go­netki, dopóki dzia­dek ze stryj­kiem nie wydo­byli taty.

Nieco póź­niej, po połu­dniu, mama wró­ciła do domu z tatą i cała rodzina ode­tchnęła z ulgą, dowie­dziaw­szy się, że obra­że­nia taty nie są poważne. Śnie­żek nato­miast był nie­po­cie­szony, dopóki mama nie wpu­ściła go do domu, żeby mógł odwie­dzić ojca. Podrep­tał bez­gło­śnie do sypialni i cicho poło­żył głowę na łóżku rodzi­ców. Tato pokle­pał go i podzię­ko­wał mu za ura­to­wa­nie życia. Usa­tys­fak­cjo­no­wany Śnie­żek wyma­sze­ro­wał z pokoju z „psim uśmie­chem” na pysku.

Nie­stety, Śnie­żek nie był w sta­nie ura­to­wać taty sześć lat póź­niej, gdy ojciec zgi­nął pod­czas pracy. Tego strasz­nego dnia wierny pies jak zwy­kle zajął swoje miej­sce na końcu pod­jazdu, ocze­ku­jąc powrotu pana. Na jego mordce malo­wało się zakło­po­ta­nie, gdy na pod­jazd zjeż­dżały kolejne samo­chody. Mogłam czy­tać w jego myślach: „Tyle samo­cho­dów, tylu ludzi, ale gdzie jest mój pan?” Nie zra­żony czu­wał do póź­nej nocy, cały czas wpa­trzony w drogę. Kiedy ojciec zmarł, coś się stało ze Śnież­kiem – posta­rzał się. Tak jakby miłość i odda­nie, jakimi darzył ojca, przy­da­wały mu mło­do­ści i woli życia. Przez dwa lata po śmierci ojca dzień w dzień pies szedł na swoje miej­sce na pod­jeź­dzie, by cze­kać na pana, który ni­gdy już nie miał powró­cić. Żadne namowy ani bła­ga­nia nie były w sta­nie go prze­ko­nać, by porzu­cił swoją wartę, nawet jeśli pogoda była brzydka.

Nie­ba­wem dla mnie i dla mamy stało się jasne, że Śnie­żek zaczyna mieć trud­no­ści z poru­sza­niem się. Masa, jakiej przez lata się doro­bił, dawała się we znaki sta­wom bio­dro­wym. Już samo kła­dze­nie się czy wsta­wa­nie było nie lada wysił­kiem, a jego nie­gdyś sprę­ży­sty krok zamie­nił się w pokuś­ty­ki­wa­nie. A mimo to każ­dego dnia wra­cał na swój poste­ru­nek na pod­jeź­dzie. W końcu nad­szedł dzień, gdy nie mógł już wstać o wła­snych siłach. Wył z bólu i fru­stra­cji, kiedy z mamą pomo­gły­śmy mu się pod­nieść. Kiedy zła­pał rów­no­wagę, stary psiak, wpa­trzony w swój cel, powlókł się na swoje sta­no­wi­sko.

Przez dwa mie­siące poma­ga­ły­śmy mu wsta­wać. Wresz­cie ze łzami w oczach uzna­ły­śmy, że czas poło­żyć kres cier­pie­niom czter­na­sto­let­niego paster­skiego psa. Syn naszego sąsiada był wete­ry­na­rzem, więc popro­si­ły­śmy go, żeby przy­szedł i dał Śnież­kowi zastrzyk. Śnie­żek leżał na pod­ło­dze, z głową na kola­nach mamy i oczyma peł­nymi miło­ści i zro­zu­mie­nia. Czu­li­śmy, że wie, co się sta­nie.

Kiedy wete­ry­narz zro­bił mu zastrzyk, po raz pierw­szy od śmierci ojca Śnie­żek uśmiech­nął się swoim „psim uśmie­chem”, po czym cicho zasnął w ramio­nach mamy.

Ści­skało nas w gar­dle, gdy owi­ja­ły­śmy ciało dziel­nego psa w stary koc. Pocho­wa­ły­śmy go na końcu pod­jazdu, w miej­scu, gdzie tyle lat czu­wał. Wszy­scy zebrani u jego grobu uznali, że Śnie­żek się uśmiech­nął, ponie­waż wie­dział, że znowu będzie z tym, kogo kochał naj­bar­dziej na świe­cie. Jeżeli ist­nieje jakieś zwie­rzęce niebo, a mam nadzieję i mocno wie­rzę, że tak jest, to wyobra­żam sobie w nim ojca razem z uko­cha­nym psem, cie­szą­cych się na powrót swoim towa­rzy­stwem – tym razem już na zawsze.

Deb­bie Rop­polo

Greta i Pearl – dwie eme­rytki

Gdy zadzwo­nił tele­fon i męż­czy­zna na dru­gim końcu tele­fonicznego kabla oznaj­mił, że chce nam oddać Gretę, swo­jego jede­na­sto­let­niego owczarka nie­miec­kiego, skrzy­wi­łam się. Sprze­dał dom, prze­pro­wa­dzał się wła­śnie do jakie­goś przej­ścio­wego lokum i nie­ba­wem miał zamiar wyje­chać z kraju. Jako szef schro­ni­ska i cen­trum adop­cyj­nego dla owczar­ków nie­miec­kich zgo­dzi­łam się obej­rzeć i oce­nić psa, jed­nak reali­stycz­nie ostrze­głam wła­ści­ciela, żeby przy­go­to­wał jakiś plan awa­ryjny.

Greta była naprawdę śliczną sta­ruszką. Natych­miast zamie­ści­li­śmy infor­ma­cję o niej na naszej stro­nie inter­ne­to­wej i nawet zain­te­re­so­wało się nią parę osób, ale nikt nie chciał się pod­jąć obo­wiąz­ków, jakie cza­sami wiążą się z posia­da­niem sta­rego psa.

Cen­tra adop­cyjne dla zwie­rząt wymie­niają się mię­dzy sobą infor­ma­cjami i współ­pra­cują. Któ­re­goś dnia ode­bra­łam e-mail od kobiety imie­niem Suzanne, która pro­wa­dziła inne cen­trum. Suzanne pisała, że pewna sta­ruszka, Pearl, szuka dla sie­bie star­szego, dużego owczarka nie­miec­kiego. Zapro­po­no­wa­łam Suzanne, żeby zaj­rzała na naszą stronę inter­ne­tową, gdzie znaj­dzie dwa star­sze już psy, dla któ­rych obec­nie szu­kamy wła­ści­cieli. Mniej wię­cej po tygo­dniu Suzanne prze­słała mi e-mailem numer tele­fonu Pearl, doda­jąc, że cho­ciaż Pearl ma osiem­dzie­siąt sześć lat, warto oddać jej psa.

Nie­zwłocz­nie zate­le­fo­no­wa­łam do Pearl i opo­wie­dzia­łam jej o Gre­cie. Wyja­śni­łam, że pies bie­rze lekar­stwa, na co Pearl stwier­dziła ze śmie­chem, że w takim razie będą mogły zaży­wać leki razem. Powie­dzia­łam jej też, że owczarki nie­miec­kie żyją śred­nio około dzie­się­ciu, dwu­na­stu lat, choć wiele dożywa trzy­na­stego, czter­na­stego roku życia. Wypy­ta­łam ją rów­nież, w jakim stop­niu może się poru­szać i dbać o takiego psa. Nie zra­żona Pearl odparła, że gdy była młod­sza, pro­wa­dziła cen­trum adop­cyjne dla dogów. Powie­działa też, że zadba o to, jeśli cokol­wiek mia­łoby się stać, by Greta mogła zamiesz­kać u jej wnuczki, na czter­dzie­sto­akro­wym ran­czo. Dodała rów­nież, że na­dal pro­wa­dzi samo­chód, więc będzie mogła zabie­rać Gretę do wete­ry­na­rza.

Przed­sta­wi­łam Pearl nasze zasady i powie­dzia­łam, że ją odwie­dzę.

Z wielu powo­dów nie umiesz­czamy zwy­kle owczar­ków nie­miec­kich w miesz­ka­niach, jed­nak w tym wypadku nie widzia­łam prze­ciw­wska­zań. Greta nie potrze­bo­wała dużo ruchu – potrze­bo­wała mnó­stwa tro­skli­wej miło­ści, poczu­cia bez­pie­czeń­stwa i odda­nego towa­rzy­sza, który byłby z nią przez cały czas. Dokład­nie tego samego potrze­bo­wała Pearl.

Spo­tka­łam się z Pearl i jej mężem, Ber­tem, i spraw­dzi­łam, jak wygląda nowy dom Grety, po czym zgo­dzi­łam się ich sobie przed­sta­wić. Umó­wi­li­śmy się w pobli­skim parku. Spo­tka­nie było tak udane, że Greta od razu poszła z nimi do domu.

 

Za każ­dym razem, kiedy dzwo­ni­łam kon­tro­l­nie do Pearl, wstrzy­my­wa­łam oddech. I za każ­dym razem Pearl dono­siła, że wszystko jest w jak naj­lep­szym porządku. Popro­si­łam ją, żeby od czasu do czasu infor­mo­wała mnie, co sły­chać u Grety. Kiedy tylko w słu­chawce roz­brzmie­wał głos Pearl, spo­dzie­wa­łam się jakiejś tra­ge­dii.

Pew­nego razu Pearl powie­działa, że wyką­pała Gretę i zawio­zła ją do wete­ry­na­rza na wizytę kon­tro­lną. Kazała prze­ba­dać ją na wszyst­kie moż­liwe cho­roby wystę­pu­jące u ludzi i zwie­rząt, i poza nieco ospałą tar­czycą Gre­cie nic nie dolega. Przy następ­nej oka­zji Pearl wyznała, że Greta wszę­dzie za nią cho­dzi. Opo­wia­dała, jak to Greta pod­piera ją sobą, gdy tylko Pearl się zachwieje. Dzwo­niąc kolejny raz, Pearl oznaj­miła: – Gdy­bym miała ule­pić sobie z gliny psa i tchnąć w niego życie, ule­pi­ła­bym Gretę. Nie wyobra­żam sobie bez niej życia.

Zapew­ni­łam Pearl, że z pew­no­ścią Greta czuje to samo.

Mijał już piąty tydzień, odkąd Greta tra­fiła do Pearl, gdy ode­bra­łam od niej tele­fon. Pearl była zroz­pa­czona. Admi­ni­stra­cja osie­dla poin­for­mo­wała ją, że jak­kol­wiek może posia­dać zwie­rzę ważące nie wię­cej niż pięć­dzie­siąt kilo­gra­mów (spraw­dzi­li­śmy to), to jed­nak zabro­nione jest posia­da­nie psów nie­któ­rych ras – rot­twe­ile­rów, owczar­ków nie­miec­kich, dober­ma­nów, chow-chow i pit­buli. Umowa najmu nie wspo­mi­nała o tym ani sło­wem i ni­gdy wcze­śniej Pearl nie sły­szała o takich obostrze­niach. Tak czy owak, Greta będzie musiała odejść.

Zapew­ni­łam Pearl, że jeśli zaj­dzie potrzeba, oddamy sprawę do sądu. Pearl oświad­czyła, że woli miesz­kać w samo­cho­dzie, niż roz­stać się ze swoją nową przy­ja­ciółką, dało się jed­nak wyczuć w jej gło­sie panikę na myśl, że być może – razem ze scho­ro­wa­nym mężem – w wieku nie­mal osiem­dzie­się­ciu sied­miu lat będzie zmu­szona porzu­cić swoje miesz­ka­nie. Powie­dzia­łam Pearl, że potrze­buję paru dni, by zba­dać sprawę. Musia­łam się­gnąć po umowę doty­czącą najmu i zapo­znać się z obo­wią­zu­ją­cym w tym zakre­sie pra­wem.

Tym­cza­sem pora­dzi­łam Pearl, aby zdo­była od swo­jego leka­rza zaświad­cze­nie, że Greta jest jej nie­zbędna dla zdro­wia psy­chicz­nego i fizycz­nego, że pies pomaga zarówno jej, jak i jej mężowi w cho­dze­niu i zapew­nia im poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Mąż Pearl, Bert, na sku­tek cukrzycy powoli tra­cił wzrok i sporo czasu prze­sy­piał, co spra­wiało, że Pearl czuła się samotna i przy­gnę­biona. To zna­czy, do chwili, gdy poja­wiła się Greta. Odkąd były razem, obie odżyły. Obie korzy­stały z tej przy­jaźni.

Zadzwo­ni­łam do współ­za­ło­ży­cielki REACH (Resto­ring and Exten­ding Abi­lity with Canine Hel­pers). Chcia­łam się dowie­dzieć, czy jej zda­niem moż­liwe jest uzy­ska­nie dla jede­na­sto­let­niego owczarka nie­miec­kiego sta­tusu psa prze­wod­nika. Odparła, że w zasa­dzie, jeżeli pies jest w sta­nie zaspo­koić wszyst­kie potrzeby Pearl, o jakich mówi lekarz, oraz jeśli zda pod­sta­wowy egza­min na psa pomoc­nika, to tak.

– O ile – dodała – uważa pani, że Greta ma odpo­wied­nią psy­chikę.

Popro­si­łam ją, żeby roz­po­częła sta­ra­nia o egza­min dla Grety, i powie­dzia­łam, że skon­tak­tuję się z nią nie­ba­wem.

Zadzwo­ni­łam do Pearl, aby spraw­dzić, czy zała­twiła już zaświad­cze­nie od leka­rza, i aby donieść jej, że za kilka dni przy­ma­sze­ruje do niej mała armia. Pearl nie otrzy­mała poza tym żad­nych innych infor­ma­cji na temat egza­minu ani się do niego nie przy­go­to­wy­wała.

Tydzień po dra­ma­tycz­nym tele­fo­nie w miesz­ka­niu Pearl i Grety zja­wił się dyplo­mo­wany egza­mi­na­tor REACH (z kartą egza­mi­na­cyjną w ręce), jesz­cze jeden egza­mi­na­tor, który oce­nić miał tem­pe­ra­ment Grety, dwie osoby nie znane psu i jego wła­ści­cie­lom, dwoje dzieci i suczka owczarka nie­miec­kiego, któ­rej ani Greta, ani Pearl rów­nież wcze­śniej nie spo­tkały. Był chłodny dzień, ale ja poci­łam się za dwóch. Nie mia­łam poję­cia, jak wypad­nie test posłu­szeń­stwa. Nie wie­dzia­łam, czy Pearl jest w sta­nie kon­tro­lo­wać Gretę, kiedy na jej tery­to­rium pojawi się obcy pies, nie­zna­jome dzieci będą ją trą­cać, a szansa na prze­ką­skę pojawi się aku­rat wtedy, gdy Pearl będzie miała ją przy­wo­łać. Byłam pewna, że z pozo­sta­łymi zada­niami Greta sobie pora­dzi.

Czter­dzie­ści pięć minut póź­niej do rąk egza­mi­na­tora REACH tra­fiła karta egza­mi­na­cyjna – Greta zali­czyła egza­min celu­jąco! W sza­cow­nym wieku jede­na­stu lat Greta została Psem Pomoc­ni­kiem pierw­szego stop­nia, a Pearl – naj­dum­niej­szą kobietą w Ari­zo­nie. Kiedy odbie­rała ofi­cjalne zaświad­cze­nie i zna­czek dla Grety, wycią­gnęła ręce, jakby chciała objąć cały pokój, i oświad­czyła:

– Kocham was!

Kiedy egza­mi­na­cyjny zespół wyjeż­dżał z par­kingu, Pearl, z listem i zaświad­cze­niem w ręku, i Greta, ze swoim znacz­kiem przy­wie­szo­nym do obroży, zmie­rzały w stronę biura admi­ni­stra­tora. Zadzwo­ni­łam do nich wie­czo­rem, żeby dowie­dzieć się, jak poszło. Kiedy admi­ni­stra­tor zoba­czył zaświad­cze­nie Grety, powie­dział:

– Cóż, zdaje się, że teraz może cho­dzić, gdzie jej się podoba.

Na co Pearl odparła:

– Zgrab­nie pan to ujął!

Ste­fany Smith