Balsam dla duszy miłośnika kotów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Naszą książkę dedy­ku­jemy milio­nom ludzi na całym świe­cie, któ­rzy otwo­rzyli swe serca i domy dla kotów i radują się bez­gra­nicz­nym przy­wią­za­niem, dosko­nałą miło­ścią, szcze­gól­nym uro­kiem i nie­prze­nik­nioną tajem­ni­czo­ścią tych nie­po­wta­rzal­nych stwo­rzeń.

Dedy­ku­jemy ją wete­ry­na­rzom i wszel­kim kocim fachow­com, któ­rych nie­zrów­nana kom­pe­ten­cja i współ­czu­cie chro­nią i poma­gają tym futrza­stym cudom – nie­odzow­nemu ele­men­towi naszego zdro­wia i dobro­stanu.

Książkę tę dedy­ku­jemy rów­nież wszyst­kim odpo­wie­dzial­nym hodow­com kotów i wystaw­com, któ­rzy zabie­gają o coraz lep­sze zdro­wie fizyczne i psy­chiczne kotów – piesz­czo­chów nako­lan­nych i mizia­ków łyd­ko­wych, tych prę­go­wa­nych i tych cęt­ko­wa­nych, mikru­siąt kie­szon­ko­wych i mru­czy­deł wagi cięż­kiej, kudła­tych, gład­ko­wło­sych, poro­śnię­tych futrem i pokry­tych deli­kat­nym mesz­kiem – przy­czy­nia­jąc się tym samym do zacho­wa­nia nie­po­wta­rzal­nego dzie­dzic­twa kociego rodzaju we wszyst­kich jego cudow­nych odmia­nach.

Dedy­ku­jemy ją boha­te­rom – oso­bom i orga­ni­za­cjom – które dają z sie­bie wszystko, by bez­dom­nym kotom zna­leźć kocha­jące domy, poma­gają cho­rym, ran­nym albo nie­wy­cho­wa­nym wyli­zać się z ran i nabrać ogłady, które – kot po kocie – zbli­żają nas do tego wspa­nia­łego dnia, kiedy wszyst­kie potrze­bu­jące futrzaki będą miały swoje pełne miło­ści miej­sce na ziemi.

I dedy­ku­jemy ją Bogu, który szczo­drze pobło­go­sła­wił nas kotami – przed­sma­kiem nieba tu, na ziemi, za co jeste­śmy Mu nie­skoń­cze­nie wdzięczni.

Wpro­wa­dze­nie

Koty to stwo­rze­nia jedyne w swoim rodzaju. Od naskal­nych wyobra­żeń pre­hi­sto­rycz­nych bura­sków po współ­cze­sne wysta­wowe deli­ka­tesy – koty nie prze­stają nas fascy­no­wać. Kot może obda­rzyć uczu­ciem jedną czy dwie osoby, ale ni­gdy nie prze­sta­nie być tą don­ki­cho­tow­ską mie­sza­niną nie­prze­wi­dy­wal­no­ści i indy­wi­du­ali­zmu, która prze­ra­sta poję­cie nawet naj­cier­pliw­szych z nas. Koty chyba zdają sobie sprawę, że gdy po raz pierw­szy weszły w roz­świe­tlony bla­skiem ognisk świat ludzi, na zawsze odmie­niły naszą histo­rię, reli­gię, lite­ra­turę, sztukę – nasze życie.

Koty zawsze budziły ukryte głę­boko w nas emo­cje, bez względu na to, czy były ubó­stwiane, jak działo się to w sta­ro­żyt­nym Egip­cie, czy prze­ga­niane i prze­śla­do­wane, jak w śre­dnio­wie­czu. Kot jest Dzi­kim Bra­tem, któ­rego nie spo­sób ujarz­mić, Łagod­nym Towa­rzy­szem, który mru­czy swoją man­trę dla uko­je­nia zbo­la­łych ludz­kich dusz, Wiecz­nym Kociąt­kiem, które zmu­sza do uśmie­chu nawet naj­bar­dziej odrę­twiałe serca. Uwiel­biamy nasze koty – a one, mamy nadzieję, nas.

Zago­rzali miło­śnicy kotów cie­szą się, że ich ulu­bieńcy wró­cili na pie­de­stał, z któ­rego nie­gdyś tak okrut­nie zostali strą­ceni. I jak­kol­wiek daw­niej nie­zbyt chęt­nie przy­zna­wa­li­śmy się do żywio­nych wzglę­dem kotów uczuć, dziś o naszej miło­ści do kotów mówimy otwar­cie.

Bo prze­cież koty są dosko­na­łym anti­do­tum na wszel­kie nasze bolączki. Ów pozy­tywny „efekt pupila”, pro­pa­go­wany przez orga­ni­za­cje takie jak Delta Society, doku­men­tują nie­zli­czone bada­nia nad ludz­kim zdro­wiem. Już sama obec­ność ulu­bio­nego kota pomaga uśmie­rzyć prze­wle­kły ból, pod­nosi na duchu, obniża ciśnie­nie krwi, pomaga wyjść z wynisz­cza­ją­cych cho­rób, a nawet zmniej­sza u dzieci ryzyko wystą­pie­nia aler­gii i astmy w wieku doj­rza­łym. Kot jest w sta­nie wyczuć zbli­ża­jące się zała­ma­nie stanu zdro­wia. I z roku na rok ta Więź mię­dzy czło­wie­kiem a zwie­rzę­ciem staje się coraz sil­niej­sza!

Prawdę mówiąc, to wła­śnie siła i moc tej Więzi stały się inspi­ra­cją do napi­sa­nia naszej książki. W odpo­wie­dzi na apel o nad­sy­ła­nie opo­wie­ści otrzy­ma­li­śmy tysiące listów od miło­śni­ków kotów z całego świata, któ­rzy poka­zali nam, jak na miriady spo­so­bów koty pozy­tyw­nie wpły­nęły na ich życie. Bal­sam dla duszy miło­śnika kotów opiewa nie­ga­snącą miłość, jaka łączy ludzi i koty. Kolejne roz­działy książki mówią o dobro­dziej­stwach, jakimi obda­rzają nas koty – kochają nas, leczą, uczą nas, roz­śmie­szają, a cza­sem łamią nam serca, kiedy odcho­dzą.

Koty zaj­mują szcze­gólną niszę w życiu współ­cze­snych ludzi. Dzień w dzień witają nas u drzwi, czule łasząc się do naszych nóg, doma­gają się piesz­czot, roz­dają wąsi­ste całusy i pocie­rają łeb­kami, kiedy naj­bar­dziej tego potrze­bu­jemy. Nie ma dla nich zna­cze­nia, jak wyglą­damy, ile zara­biamy, czy jeste­śmy znani czy nie­znani – kochają nas bez względu na wszystko, ponie­waż my kochamy je. Towa­rzy­stwo kota i jego bez­wa­run­kowa miłość są naszą rado­ścią, ile­kol­wiek mie­li­by­śmy lat i w jakiej­kol­wiek sytu­acji życio­wej byśmy się zna­leźli.

Choć­by­śmy nie wiem jak się sta­rali, za nic nie uda nam się zacho­wać wobec kota obo­jęt­no­ści – zwłasz­cza o czwar­tej nad ranem, kiedy miseczka okaże się pusta! Pośmiej się z kocich zwy­cza­jów, nakarm swoją miłość do kotów histo­riami z tej książki. Niech cię zachwycą i roz­ba­wią, zadzi­wią i cze­goś nauczą, a przede wszyst­kim niech będą pochwałą tajem­ni­czo­ści i nie­zwy­kło­ści cudow­nych kotów, które dzielą z nami życie.

1
O miło­ści

Cóż jest więk­szym darem nad miłość kota? Karol Dic­kens

Kot Kadłu­bek

Miau-miau to masaż dla serca. Stu­art McMil­lan

Moja żona, Teresa, przez lata była nauczy­cielką wycho­wa­nia fizycz­nego w szkole pod­sta­wo­wej. Ponie­waż pra­co­wała w sze­ściu róż­nych szko­łach, miała oka­zję poznać więk­szość oko­licz­nych dzieci i ich mocne – i słabe – strony.

Dzie­ciń­stwo samo w sobie jest trud­nym okre­sem, a zaję­cia wuefu bez­li­to­śnie obna­żają całą prawdę o małym czło­wieku, ukrytą skrzęt­nie pod szkol­nym mun­dur­kiem. Żadne inne zaję­cia tak bar­dzo nie uwi­dacz­niają moc­nych i sła­bych stron dziecka, jego mło­dzień­czej zuchwa­ło­ści lub nie­śmia­ło­ści, feno­me­nal­nych warun­ków fizycz­nych albo kom­plet­nego braku koor­dy­na­cji. A naj­gor­sze jest to, że nie pozo­sta­wiają wąt­pli­wo­ści co do miej­sca, jakie zaj­muje się w hie­rar­chii grupy. Nie­któ­rzy z nas byli tymi na sza­rym końcu.

W jed­nej ze szkół, któ­rej szary budy­nek i asfal­towe boiska dosko­nale odda­wały przy­gnę­bia­jący kli­mat oko­licy, Teresa zwró­ciła uwagę na trze­cio­kla­sistkę, nazwijmy ją Meagan, która w uczniow­skim gro­nie była naj­mniej lubiana. Dziew­czynka była niska i miała potężną nad­wagę, a na jej twa­rzyczce malo­wała się bez­na­dzieja. Meagan zawsze sie­działa sama w ławce, sama się bawiła w cza­sie przerw i sama zja­dała swoje śnia­da­nie przy­nie­sione w papie­ro­wej torebce z odzy­sku. Nauczy­ciele i inni pra­cow­nicy szkoły byli dla niej mili, ale ucznio­wie nie.

Ręce opa­dały, kiedy sły­szało się krą­żące o Meagan opo­wie­ści. Teresa dowie­działa się na przy­kład, że gdy tylko nauczy­ciele dyżu­ru­jący na boisku patrzyli w inną stronę, dzieci pod­bie­gały do Meagan, żeby jej dotknąć, po czym rzu­cały się w pogoń za innymi dziećmi, żeby „zara­zić” je „wszami” Meagan. Ucznio­wie prze­zy­wali ją „Meaga-Żar­łacz”. Odsu­wali się od Meagan, ale nie to było naj­gor­sze – naj­gor­sze było to, że jej dni w szkole i droga do domu były dla niej fizyczną i psy­chiczną mor­dęgą. Nauczy­ciele dowie­dzieli się od mamy Meagan, samot­nej, ciężko pra­cu­ją­cej kobiety, która robiła, co w jej mocy, żeby „zwią­zać jakoś koniec z koń­cem, które za nic zwią­zać się nie chcą”, że dla Meagan naj­wspa­nial­sze są week­endy – nie dla­tego, że może pójść na piżama-party albo ktoś ją zapra­sza do kina czy na przy­ję­cie, ale dla­tego, że z dala od innych dzieci, w zaci­szu swo­jego pokoju Meagan nie jest przez nikogo napa­sto­wana i przy­naj­mniej do ponie­działku, do czasu, gdy trzeba znów pójść do szkoły, może zapo­mnieć o swo­jej nie­doli.

Sytu­acja Meagan bar­dzo poru­szyła moją żonę. Roz­ma­wiała o tym z dyrek­to­rem szkoły i nauczy­cie­lami, aż wpa­dła na pewien pomysł. Z roz­mów z Meagan wie­działa, że mała ni­gdy nie miała w domu zwie­rzątka. Teresa była prze­ko­nana, że taki pupil wnie­sie do życia Meagan miłość i akcep­ta­cję. Powie­działa Meagan, że musi poroz­ma­wiać o czymś bar­dzo waż­nym z jej mamą, i zapy­tała, czy mama mogłaby przy naj­bliż­szej oka­zji przyjść do szkoły. Obo­wiąz­kowa i tro­skliwa mama przy­szła zaraz następ­nego dnia.

Teresa naświe­tliła pro­blemy, z jakimi Meagan boryka się w szkole, i poru­szyła temat zakupu zwie­rzątka dla małej. Ku jej zdu­mie­niu i zachwy­towi mama Meagan oznaj­miła, że to świetny pomysł. Zgo­dziła się przyjść do lecz­nicy wete­ry­na­ryj­nej, w któ­rej pra­co­wa­łem, żeby przyj­rzeć się róż­nym bez­pań­skim nie­szczę­śni­kom, któ­rych u nas nie bra­ko­wało, i wybrać ide­al­nego przy­ja­ciela dla swo­jej córeczki.

Zgod­nie z umową, w następną sobotę po połu­dniu, po zamknię­ciu lecz­nicy, przed tyl­nym wej­ściem zja­wiła się Meagan razem z mamą. Gdy ode­zwał się dzwo­nek u drzwi, jak można się było spo­dzie­wać, psy roz­sz­cze­kały się żywio­ło­wym chó­rem.

Przy­klęk­ną­łem na jedno kolano i przed­sta­wi­łem się Meagan. Zapro­si­łem ją i jej mamę do swo­jego biura. Zauwa­ży­łem, że oczy Meagan, podob­nie jak oczy każ­dego stwo­rze­nia, które wiele się nacier­piało, prze­peł­nia ból – było go w nich tyle, że musia­łem na moment spoj­rzeć gdzieś indziej, żeby wziąć się w garść.

 

Zapro­wa­dzi­łem Meagan i jej mamę do wybie­gów z tyłu, gdzie miesz­kały bez­domne zwie­rzęta. Byłem abso­lut­nie pewien, że Meagan zako­cha się w jed­nym ze szcze­niąt mie­szań­ców teriera, które w mija­ją­cym tygo­dniu ktoś pod­rzu­cił w kar­to­nie pod nasze drzwi. Szcze­niaki miały szorstką sierść, wiel­kie, wil­gotne piwne oczy i różowe języczki, które bez­u­stan­nie się poru­szały.

Tym­cza­sem, choć Meagan szcze­niaki się spodo­bały, nie skra­dły jej serca. Poszli­śmy więc dalej, przyj­rzeć się nieco bar­dziej „uży­wa­nym mode­lom”, gdy na spo­tka­nie wyszła nam maskotka lecz­nicy, prę­go­wany ame­ry­kań­ski kot krót­ko­włosy, któ­remu kosiarka ucięła jedną nogę, gdy polo­wał na myszy na polu lucerny, i zamiast pra­wej tyl­nej łapy miał tylko kikut. Nazy­wa­li­śmy go Kadłub­kiem.

Kadłu­bek miał taki dziwny zwy­czaj, że łasił się naj­pierw do czło­wieka, pomru­ku­jąc, po czym szczy­pał zębami na tyle mocno, by zwró­cić na sie­bie uwagę, ale też na tyle deli­kat­nie, by nie prze­bić skóry. To była miłość od pierw­szego ugry­zie­nia. Kadłu­bek wpił się w palec Meagan, która pod­nio­sła kota do góry, nie­mal odry­wa­jąc go od pod­łogi. Wyraź­nie było sły­chać, jak wycią­gnięty jak struna Kadłu­bek mru­czy z zado­wo­le­nia.

Tej soboty Meagan wyszła z lecz­nicy, pro­mie­nie­jąc szczę­ściem. Miała wresz­cie praw­dzi­wego, żywego przy­ja­ciela, który chciał się z nią bawić, uwiel­biał tulić się do niej na kana­pie i spać przy niej w łóżku. Jej mama opo­wia­dała nam póź­niej, że kiedy Meagan wraca ze szkoły, Kadłu­bek bie­gnie do drzwi, niczym Las­sie, a potem cho­dzi za nią po całym domu jak cień. Niby koci bume­rang Kadłu­bek odcho­dził na chwilę, żeby poza­ła­twiać swoje „kocie sprawy”, ale zawsze wra­cał do Meagan.

Bez­wa­run­kowa miłość Kadłubka, jego bez­gra­niczne przy­wią­za­nie i wier­ność dodały Meagan sił i spra­wiły, że dziew­czynka roz­kwi­tła. Może i nie będzie super­gwiazdą, ale udało jej się zaprzy­jaź­nić z kil­koma miło­śni­kami zwie­rząt i z wolna jej sytu­acja zaczęła się zmie­niać na lep­sze pod każ­dym wzglę­dem – fizycz­nym, emo­cjo­nal­nym i towa­rzy­skim.

Dzie­sięć lat póź­niej razem z Teresą otrzy­ma­li­śmy od Meagan zapro­sze­nie na uro­czy­stość ukoń­cze­nia szkoły śred­niej. Ucie­szy­li­śmy się, że Meagan ma być jedną z osób wygła­sza­ją­cych poże­gnalną mowę.

W dniu wrę­cze­nia świa­dectw zna­leź­li­śmy się wśród tłumu krew­nych i przy­ja­ciół, któ­rzy zasie­dli w auli, by się przy­glą­dać, jak abi­tu­rienci odbie­rają swoje świa­dectwa. Kiedy na podium dum­nym kro­kiem weszła roz­pro­mie­niona Meagan, led­wie ją pozna­łem. Była młodą, atrak­cyjną kobietą śred­niego wzro­stu i atle­tycz­nej budowy. Swoją prze­mową o tym, jak ważna jest akcep­ta­cja i przy­jaźń, przy­kuła uwagę słu­cha­czy. Miała zamiar stu­dio­wać komu­ni­ka­cję i wyraź­nie miała po temu zdol­no­ści.

Na koniec Meagan opo­wie­działa o swoim szcze­gól­nym przy­ja­cielu, któ­rego spo­tkała, gdy była w trze­ciej kla­sie szkoły pod­sta­wo­wej, a który pomógł jej w wędrówce po stro­mych i krę­tych ścież­kach dzie­ciń­stwa. O przy­ja­cielu, który pocie­szał ją, kiedy w domu bra­ko­wało na jedze­nie, ponie­waż mamę tym­cza­sowo zwol­niono z pracy; który był przy niej, kiedy wypła­ki­wała sobie oczy, bo pewien chło­pak dla żartu zapro­sił ją na tańce, cho­ciaż nie miał naj­mniej­szego zamiaru jej ze sobą zabrać. O szcze­gól­nym przy­ja­cielu, który zawsze, gdy tego potrze­bo­wała, był przy niej, by osu­szyć jej łzy albo zmu­sić ją do śmie­chu.

Cała sala słu­chała jej z zapar­tym tchem, tym­cza­sem Meagan oznaj­miła, że chcia­łaby teraz przed­sta­wić wszyst­kim tego przy­ja­ciela i popro­siła go na scenę. Spoj­rzała w prawo – nikt nie nad­cho­dził. Spoj­rzała w lewo – nie było nikogo.

Była to jedna z tych chwil, kiedy chcia­łoby się prze­ma­wia­ją­cemu jakoś pomóc. Ludzie zaczęli się nie­spo­koj­nie krę­cić na swo­ich miej­scach, roz­glą­dać, dał się sły­szeć szmer roz­mów. Trwało to nie­całą minutę, a wyda­wało się całą wiecz­no­ścią. Nagle Meagan się ode­zwała:

– Mój przy­ja­ciel nie wszedł na scenę, ponie­waż już na niej jest. Poza tym ma tylko trzy nogi i cza­sem trudno mu się cho­dzi.

Co takiego? Prze­cież nikt nowy nie poja­wił się na sce­nie, a poza tym kto może mieć trzy nogi?

Dra­ma­tycz­nym gestem Meagan unio­sła wysoko ręce – trzy­mała w nich zdję­cie Kadłubka. Obecni na sali wstali z miejsc i wiwa­tu­jąc i śmie­jąc się, nagro­dzili ją dłu­gimi, grom­kimi bra­wami.

Kadłu­bek nie uświet­nił uro­czy­sto­ści roz­da­nia świa­dectw oso­bi­ście, ale na pewno był na niej obecny duchem – duchem, który odmie­nił życie pew­nej bar­dzo samot­nej dziew­czynki.

Marty i Teresa Bec­ker

Oskar Śmiet­ni­czek

Ludzie, któ­rzy nie lubią kotów, widocz­nie jesz­cze nie spo­tkali tego wła­ści­wego. Debo­rah A. Edwards

Oskar zawdzię­cza swoje imię boha­te­rowi Ulicy Sezam­ko­wej, który mieszka w kuble na śmieci, a to dla­tego, że tam wła­śnie się pozna­li­śmy. Pra­co­wa­łam wtedy w oddziale jed­nej z sieci pizzy na tele­fon i aku­rat mia­łam dyżur przy wyno­sze­niu śmieci. Wrzu­ca­łam do kubła worki z odpa­dami, gdy usły­sza­łam przy­głu­szone miau­cze­nie. Zaczę­łam się prze­ko­py­wać przez kolejne war­stwy śmieci, aż w końcu doko­pa­łam się do kota – był cały potłu­czony i wychu­dzony. Nie wie­dzia­łam, czy sam wszedł do śmiet­nika, żeby zna­leźć coś do jedze­nia, czy może ktoś go tam celowo wrzu­cił. Nasza piz­ze­ria mie­ściła się tuż za kom­plek­sem miesz­ka­nio­wym i pozba­wione opieki lub porzu­cone zwie­rzęta czę­sto się tu widy­wało.

Kiedy wydo­by­łam kociaka z kubła, oka­zało się, że coś mu się stało w łapkę. Nie mógł sta­nąć na pra­wej tyl­nej nodze. Byłam w roz­terce. Z pie­niędzmi było kru­cho i wła­śnie się prze­pro­wa­dza­łam z powro­tem do domu rodzi­ców, gdzie były już dwa koty, które tato led­wie tole­ro­wał. Wie­dzia­łam, że jeśli przy­pro­wa­dzę jesz­cze jed­nego ran­nego przy­błędę, tato nie będzie zado­wo­lony.

Zabra­łam kota do wete­ry­na­rza w nadziei, że ten go szybko dopro­wa­dzi do porządku. Dostał parę zastrzy­ków, zro­biono mu prze­świe­tle­nie i wete­ry­narz stwier­dził, że kot ma pęk­niętą mied­nicę. Poroz­wie­sza­łam ogło­sze­nia, licząc na to, że może ktoś się po niego zgłosi albo zechce go przy­gar­nąć.

Tym­cza­sem zate­le­fo­no­wa­łam do domu. Reak­cja była natych­mia­stowa i sta­now­cza – żad­nych kotów wię­cej! Tato nale­gał, żebym bez­zwłocz­nie oddała kota do pro­wa­dzo­nego przez Towa­rzy­stwo Opieki nad Zwie­rzę­tami schro­ni­ska. Nie chcia­łam o tym sły­szeć – bałam się, że zosta­nie tam uśpiony. Na szczę­ście zain­ter­we­nio­wała mama. Przy­znała mi rację, że chory kot nie nadaje się do adop­cji, więc zaj­miemy się nim do czasu, aż jego bio­dro się zagoi. Potem będzie musiał odejść – bez żad­nego ale.

Oskar w jakiś spo­sób musiał rozu­mieć swoje poło­że­nie. Przy­glą­dał się badaw­czo dwóm domo­wym kotom i ich rela­cjom z tatą. Podej­rze­wamy, że reszt­kami ze stołu prze­ku­pił Tan­nera, naszego gol­den retrie­vera, w zamian za lek­cje dobrych manier. Nasze dwa koty zacho­wy­wały się z rezerwą, tym­cza­sem Oskar był na zawo­ła­nie. Przy­cho­dził, kiedy go wołano, i prze­wra­cał się na grzbiet, żeby go podra­pać po brzuszku. Kiedy jego zła­ma­nie zaczęło się goić, Oskar wska­ki­wał na pod­nó­żek sto­jący przy ulu­bio­nym fotelu taty, a koniec koń­ców, na jego kolana. Z początku tato strą­cał go na dół, ale upór Oskara się opła­cił. Nie­ba­wem Oskar i mam­ro­czący coś pod nosem tato sia­dali w fotelu razem.

Do posił­ków Oskar zasia­dał razem z nami. Sado­wił się na pod­ło­dze tuż przy krze­śle taty i co jakiś czas trą­cał go łapką w kolano. Począt­kowo bar­dzo to tatę dener­wo­wało i nad sto­łem co rusz prze­la­ty­wały siar­czy­ste prze­kleń­stwa. Ale Oskar ani myślał rezy­gno­wać. Dalej trą­cał kolano taty i wkrótce, tro­chę ukrad­kiem, zaczęły do jego pyszczka tra­fiać co sma­ko­wit­sze kąski.

Każ­dego ranka Oskar witał tatę u szczytu scho­dów i każ­dego wie­czoru cze­kał na niego pod drzwiami. Tato cza­sem igno­ro­wał Oskara, cza­sem znów prze­cho­dził nad nim, mocno narze­ka­jąc. Oskar nauczył się otwie­rać drzwi w ten spo­sób, że wty­kał łapkę pod drzwi i poru­szał nimi dopóty, dopóki się nie otwo­rzyły. Nie trwało długo, a sypiał w pokoju swo­jego pana, w nogach łóżka. Tato był tym bar­dzo zde­gu­sto­wany, ale kiedy rodzice spali, nie byli w sta­nie upil­no­wać Oskara. W końcu tato musiał się pod­dać.

Po jakimś cza­sie Oskar, który chciał mieć wła­sne miej­sce przy stole, zaczął wska­ki­wać na moje kolana. Mógł na nich sie­dzieć pod warun­kiem, że trzy­mał łebek pod sto­łem. Oczy­wi­ście od czasu do czasu na stole poja­wiała się łapka, żeby­śmy nie zapo­mnieli o jego obec­no­ści.

Minęły trzy mie­siące. Wete­ry­narz oznaj­mił, że Oskar jest zdrów jak ryba. A ja byłam zała­mana. Jak mia­ła­bym zabrać tego kocha­nego stworka z miej­sca, które stało się jego domem, od ludzi, któ­rym ufał? Ze zbo­la­łym ser­cem wró­ci­łam do domu i prze­ka­za­łam rodzi­com pozor­nie dobre wie­ści – Oskar jest zdrowy, a jego bio­dro się zro­sło.

– Zawiozę go do schro­ni­ska, jak obie­ca­łam – powie­dzia­łam głu­cho.

Pochy­li­łam się, żeby wło­żyć Oskara do podróż­nej klatki, a tu nagle ode­zwał się tato, wypo­wia­da­jąc trzy magiczne słowa:

– Nie mojego kota!

I tak Oskar został z nami. Ma teraz wła­sne krze­sełko przy stole i śpi – a jak­żeby ina­czej? – w sypialni rodzi­ców, pomię­dzy mamą i tatą. Został ofi­cjal­nie mia­no­wany „wnu­ko­tem” i jest żywym dowo­dem na to, że gdzieś głę­boko w każ­dym sercu, nawet w takim, po któ­rym nikt by się tego nie spo­dzie­wał, mieszka miło­śnik kotów.

Kath­leen Ken­nedy

Kot mojej mamy

Moja dzie­więt­na­sto­let­nia mama zmarła dwa tygo­dnie po moich naro­dzi­nach, a ja odzie­dzi­czy­łam po niej kota, Papryka. Był łagod­nym, choć wiel­kim kocu­rem, miał rude pręgi i żółte oczy, któ­rymi spo­glą­dał na mnie z dużą dozą tole­ran­cji, kiedy cią­ga­łam go ze sobą wszę­dzie, dokąd tylko szłam. Moja mama kochała go i opie­ko­wała się nim przez całe dzie­sięć lat jego życia, a ja jej ni­gdy nie pozna­łam. Uwa­ża­łam więc, że Papryk jest łącz­ni­kiem mię­dzy nami. Za każ­dym razem, kiedy tuli­łam go mocno do piersi, ogar­niało mnie cie­pło na myśl, że mama też go kie­dyś tuliła.

– Bar­dzo ją kocha­łeś? – czę­sto wypy­ty­wa­łam Papryka, kiedy tuli­li­śmy się na moim łóżeczku.

– Miau! – odpo­wia­dał, pocie­ra­jąc moją brodę swoim różo­wym noskiem.

– A tęsk­nisz za nią?

– Miau! – Jego żółte oczy wpa­try­wały się we mnie ze smut­kiem.

– Ja też za nią tęsk­nię, cho­ciaż jej nie zna­łam. Ale bab­cia mówi, że mama jest w nie­bie i stam­tąd się nami opie­kuje. Ponie­waż osie­ro­ciła i cie­bie, i mnie, wiem, że na pewno jest szczę­śliwa, że mamy sie­bie nawza­jem – powta­rza­łam cią­gle, ponie­waż ta myśl dawała mi naj­wię­cej pocie­chy.

– Miau! – odpo­wia­dał Papryk, wspi­na­jąc się na mnie i pomru­ku­jąc.

– I ja też jestem bar­dzo szczę­śliwa, że mamy sie­bie nawza­jem – mówi­łam ze łzami w oczach, tuląc go mocno.

Papryk doty­kał deli­kat­nie mojej twa­rzy swoją rudą łapką. Byłam pewna, że mnie rozu­mie, i wie­dzia­łam, że ja rozu­miem jego.

Miesz­ka­łam wów­czas w swoim rodzin­nym kraju, na Węgrzech. Wycho­wy­wali mnie dziad­ko­wie, rodzice mamy, ponie­waż II wojna świa­towa zabrała rów­nież mojego mło­dego tatę. Z upły­wem czasu walki przy­brały na sile i nie­ba­wem musie­li­śmy porzu­cić dom i zna­leźć inny bez­pieczny kąt.

Wio­sną 1944 roku, gdy mia­łam osiem lat, razem z Papry­kiem podró­żo­wa­li­śmy po całym kraju usa­do­wieni z tyłu drew­nia­nego wozu. W cza­sie nalo­tów bom­bo­wych, które tak czę­sto towa­rzy­szyły nam w tam­tych okrut­nych cza­sach, kiedy trzeba było szu­kać schro­nie­nia w piw­ni­cach, rowach i schro­nach, nie wypusz­cza­łam Papryka z rąk – bez niego nie mia­łam zamiaru się ruszyć. Nie mogło być ina­czej, skoro według jed­nej z pierw­szych opo­wie­ści, jakich wysłu­chi­wa­łam, gdy byłam mała, moja mama, umie­ra­jąc, bła­gała moich dziad­ków, by zaopie­ko­wali się jej kotem i mną.

Po świę­tach Bożego Naro­dze­nia 1944 roku, kiedy nie­mal stra­ci­li­śmy życie pod­czas bom­bar­do­wa­nia mia­sta, w któ­rym aku­rat się znaj­do­wa­li­śmy, dzia­dek posta­no­wił, że bez­piecz­niejsi będziemy na wsi. Nie­ba­wem osie­dli­li­śmy się w nie­wiel­kim domku nie­da­leko cmen­ta­rza. Z pomocą paru sąsia­dów dzia­dek zbu­do­wał nie­opo­dal schron. Wcze­sną wio­sną 1945 roku spę­dzi­li­śmy w nim całą noc. Oczy­wi­ście Papryk był ze mną. Jak zwy­kle ani mi się śniło skryć się bez niego.

 

Samo­loty huczały, czołgi prze­ta­czały się z łosko­tem, a bomby świsz­czały i wybu­chały nad naszymi gło­wami przez całą noc. Ja trzy­ma­łam Papryka, a bab­cia trzy­mała nas oboje, i cały czas się modliła. Papryk ani razu nie wpadł w schro­nie w panikę. Po pro­stu sie­dział w moich ramio­nach, doda­jąc mi otu­chy swoją obec­no­ścią.

Wresz­cie wszystko uci­chło i dzia­dek uznał, że można już bez­piecz­nie wró­cić do domu. Ostroż­nie wyczoł­ga­li­śmy się na zewnątrz i w bla­sku poranka ruszy­li­śmy w stronę domu. Pod naszymi sto­pami z trza­skiem łamał się chrust. Trzę­słam się cała, lecz mocno trzy­ma­łam Papryka. Nagle, tuż przed nami, zachrzę­ściły krzaki i wysko­czyło z nich dwóch męż­czyzn, celu­jąc z kara­bi­nów maszy­no­wych pro­sto w nas.

Stoi! – zawo­łał jeden z nich. Wie­dzie­li­śmy, że to zna­czy „stać”.

– Rosja­nie! – szep­nął dzia­dek. – Stój­cie spo­koj­nie i nie odzy­waj­cie się.

Tym­cza­sem, kiedy żoł­nierz krzyk­nął, Papryk wysko­czył z moich rąk, więc zamiast posłu­chać dziadka, rzu­ci­łam się mię­dzy żoł­nierzy, żeby go zła­pać.

Pod­szedł do mnie wysoki, ciem­no­włosy młody żoł­nierz. Sku­li­łam się, przy­ci­ska­jąc Papryka do piersi. Żoł­nierz pogła­skał go deli­kat­nie.

– W Rosji mam małą dziew­czynkę, mniej wię­cej w twoim wieku. Ona też ma kota, zupeł­nie takiego samego jak ten – powie­dział, uśmie­cha­jąc się do nas.

Spoj­rza­łam w jego dobre, piwne oczy i cały mój strach znik­nął. Dziad­ko­wie ode­tchnęli z ulgą. Tego ranka dowie­dzie­li­śmy się, że Sowieci zajęli nasz kraj.

Nastały bar­dzo trudne tygo­dnie i mie­siące, lecz dzięki miło­ści Papryka, który wła­ści­wie nie odstę­po­wał mnie ani na krok, było mi łatwiej. Był moją pocie­chą, moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

Nim nade­szła jesień 1945 roku, dzia­dek, który miał odwagę gło­śno mówić o potwor­no­ściach, jakie miały miej­sce w naszym kraju, musiał się ukry­wać, ponie­waż nowy, komu­ni­styczny rząd chciał go uwię­zić. Bab­cię i mnie cze­kały smutne święta Bożego Naro­dze­nia, które dla mnie oka­zały się naj­kosz­mar­niej­szym prze­ży­ciem. Gdy obu­dzi­łam się rano, zoba­czy­łam jak zwy­kle zwi­nię­tego obok mnie Papryka. Nie ruszał się. Był zimny. Chwy­ci­łam jego bez­władne ciałko i przy­ci­ska­jąc je mocno do sie­bie, roz­pła­ka­łam się. Miał dzie­więt­na­ście lat, a ja dzie­więć.

– Zawsze będę cię kochać, Papryku. W moim sercu ni­gdy nie będzie miej­sca dla żad­nego innego kota – przy­rze­kłam mu przez łzy. – Ni­gdy, przeni­gdy!

– Papryk jest teraz w nie­bie, razem z twoją mamu­sią, kocha­nie – bab­cia pró­bo­wała mnie pocie­szyć. Lecz w tamte okropne święta moje serce pękło.

Dzia­dek ukry­wał się aż do jesieni 1947 roku, kiedy wresz­cie udało się nam uciec z komu­ni­stycz­nych Węgier – wmie­sza­li­śmy się w grupę Niem­ców depor­to­wa­nych do Austrii. W Austrii tra­fi­li­śmy do obozu dla uchodź­ców. Prze­ży­li­śmy tam cztery lata. Było mi wtedy bar­dzo trudno i czę­sto bra­ko­wało mi Papryka. Widy­wa­łam koty nale­żące do innych ludzi i czu­łam, jak wiele otu­chy dałoby mi cie­płe, futrza­ste zwie­rzątko mru­czące w moich ramio­nach. Lecz moja lojal­ność wobec Papryka – którą w sercu bra­łam za wier­ność wobec swo­jej mamy – była nie­za­chwiana. Zło­ży­łam Papry­kowi obiet­nicę i mia­łam zamiar ją wypeł­nić.

Pro­my­czek nadziei roz­pro­szył spo­wi­ja­jące nas ciem­no­ści, gdy poja­wiła się moż­li­wość wyjazdu do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. We wrze­śniu 1951 roku zaokrę­to­wa­li­śmy się na stary ame­ry­kań­ski okręt i popły­nę­li­śmy do Ame­ryki.

Tego roku spę­dzi­li­śmy nasze pierw­sze Boże Naro­dze­nie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Okro­pień­stwa wojny i trudy obo­zo­wego życia były już za nami, przed nami zaś było życie pełne nowych moż­li­wo­ści. W świą­teczny pora­nek obu­dził mnie kuszący zapach, wypeł­nia­jący cały dom. To bab­cia przy­go­to­wy­wała pierw­szego ame­ry­kań­skiego indyka. Dzia­dek poka­zał mi jeden z pre­zen­tów leżą­cych pod cho­inką. Wyglą­dało na to, że ten pre­zent jest żywy, ponie­waż kar­to­nik pod­ska­ki­wał we wszyst­kie strony w rytm melo­dii „Jin­gle Bells” wygry­wa­nej przez radio. Pod­bie­głam do niego, zdję­łam poma­rań­czową kokardkę i pod­nio­słam wieczko.

– Miau! – ode­zwał się pre­zent, wska­ku­jąc pro­sto na moje kolana i pomru­ku­jąc.

Był to malutki, prę­go­wany, rudy kociak. Kiedy spoj­rza­łam w jego żółte oczy, przy­rze­cze­nie zło­żone w 1945 roku pry­sło jak bańka mydlana. Byłam teraz kimś nowym w nowej ojczyź­nie. Przy­tu­li­łam go mocno, pozwa­la­jąc, by sło­dycz miło­ści znów napeł­niła moje serce.

Wie­rzę, że tego dnia moja mama uśmie­chała się do nas z apro­batą z nieba, a u jej boku pomru­ki­wał rado­śnie Papryk.

Renie Bur­ghardt