BezlitosnyTekst

Z serii: Zaginiona flota #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

R.1

R.2

R.3

R.4

R.5

R.6

R.7

R.8

R.9

R.10

R.11

R.12

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Dougowi Tillyerowi (znanemu jako Hellfire),

facetowi, który uwielbiał książki, pomysły i ludzi;

fanowi, który stanowił ozdobę wielu konwentów i paneli, mając zawsze mnóstwo uwag;

człowiekowi, który odszedł zbyt wcześnie, pozostawiając żonę i nas wszystkich w nieutulonym żalu.

I jak zwykle dla S.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


R.1

Ciężki krążownik „Krenelaż” drżał raz po raz, gdy piekielne lance wystrzeliwane przez okręty wojenne Światów Syndykatu wdzierały się do jego wnętrza. Kolejna salwa kartaczy dotarła właśnie do bakburty. Komandor John Geary musiał przytrzymać się obudowy komputera, by nie upaść. Masywne kule ze stali unicestwiły w okamgnieniu sporą część poszycia. Geary otarł wierzchem dłoni pot spływający na czoło, próbując przebić wzrokiem gęste kłęby dymu, którego przeciążone i padające jeden po drugim systemy podtrzymywania życia nie nadążały już usuwać z wnętrza okrętu. Jego pierwsze prawdziwe starcie w przestrzeni mogło stać się ostatnim. Nie miał już kontroli nad „Krenelażem”. Krążownik Sojuszu sunął bezwolnie w przestrzeni, w kompletnej ciszy, nie odpowiadając na kolejne celne salwy piekielnych lanc wroga.

Geary nic już nie mógł na to poradzić. Musiał uciekać.

Klął jak szewc, otwierając panel autodestrukcji, by wprowadzić kod autoryzujący. Kolejna salwa piekielnych lanc wbiła się w śródokręcie „Krenelaża” – całe połacie kontrolek na mostku zgasły bądź zmieniły kolor na czerwony. Geary zakładał hełm skafandra ratunkowego, wiedząc, że do eksplozji przesterowanego rdzenia pozostało zaledwie dziesięć minut. Zatrzymał się jednak na moment, zanim opuścił mostek. Nakazał ewakuację całej załogi już wcześniej, gdy zrozumiał, że w pojedynkę może obsłużyć kilka dostępnych jeszcze systemów uzbrojenia, nie wspominając o rozpoczęciu sekwencji samozniszczenia. Kupił swoim ludziom wystarczającą ilość czasu, by zdołali bezpiecznie dotrzeć do kapsuł.

Ale „Krenelaż” był jego okrętem, więc bolała świadomość, że trzeba go opuścić, bo za moment przestanie istnieć.

Kolejny wstrząs sprawił, że krążownik Sojuszu zakołysał się mocno na boki. Kartacze Syndykatu coraz liczniej trafiały w cel. Ściany korytarza zaczęły wirować, przyprawiając Geary’ego o mdłości, grodzie nagle mknęły ku niemu, potem równie szybko się oddalały. W niektóre uderzał mocno, boleśnie. Gdy dotarł do stanowisk odpalania kapsuł ratunkowych, nerwy mu puściły. Biegł wzdłuż rzędu włazów, zastając jedynie puste wyrzutnie albo zaklinowane w nich szczątki zniszczonych szalup.

W końcu znalazł jedną lekko tylko uszkodzoną. Żółta kontrolka zwiastowała problemy, lecz Geary nie miał wielkiego wyboru. Wskoczył do środka, zablokował właz, przypiął się do fotela, uderzył dłonią w przycisk uwalniający i nagle poczuł, jak przyspieszenie wbija go w miękką materię obicia. Kapsuła wystrzeliła w przestrzeń z wnętrza martwego krążownika.

Silnik umilkł po chwili, o wiele wcześniej, niż powinien. Systemy komunikacji nie działały. Dysze manewrowe także. Systemy podtrzymywania życia uruchamiały się z wielkim trudem. Fotel Geary’ego rozłożył się jednak płynnie, rozpoczynając przygotowanie do procedury hibernacyjnej. Pasażer szalupy miał zapaść w sen i spać aż do chwili, gdy służby ratunkowe podejmą jego kapsułę. Zanim Geary do reszty stracił świadomość, dostrzegł kątem oka migającą kontrolkę alarmową i pomyślał, że ktoś kiedyś musi go odnaleźć. Flota Sojuszu odpowie na niczym niesprowokowany atak Syndykatu, odzyska kontrolę nad przestrzenią otaczającą Grendela i rozpocznie poszukiwania ocalałych członków załogi zniszczonego krążownika. Jego także powinni odnaleźć bez problemów.

Gdy otworzył oczy, dostrzegł rozmazane kształty przedmiotów i sylwetki ludzi. Czuł dojmujące zimno, jakby całe ciało wypełniał lity lód. Nawet jego myśli krążyły wolniej i oporniej niż zwykle. Słyszał odgłosy rozmowy. Próbował wychwycić znajome słowa, w czasie gdy obraz powoli się wyostrzał. Rozmazane sylwetki zamieniały się w kobiety i mężczyzn w mundurach.

– To na pewno on? Potwierdziliście to w stu procentach? – zapytał wielkolud o basowym, tubalnym głosie.

– Jego DNA pasuje idealnie do danych z archiwum floty – odpowiedział mu ktoś inny. – To jest kapitan Geary. Niestety, jego organizm ucierpiał bardzo mocno podczas snu hibernacyjnego. To cud, że nadaje się do czegokolwiek. Cud, że udało mu się przetrwać.

– Pewnie, że to cud! – zagrzmiał bas wielkoluda.

Czyjaś twarz pojawiła się nad Gearym, który chcąc odzyskać ostrość widzenia, musiał zmrużyć oczy. Uniform tego człowieka miał identyczny kolor jak munduru floty Sojuszu, ale różnił się od niego kilkoma detalami. Uśmiechający się szeroko mężczyzna miał na ramionach dystynkcje admiralskie, nie przypominał jednak nikogo z dowództwa.

– Kapitanie Geary?

– Ko...man...do...rze... Geary – zdołał w końcu wyartykułować odpowiedź.

– Kapitanie Geary! – Admirał nie zamierzał ustąpić. – Został pan awansowany.

Awansowany? Dlaczego? Jak długo spałem? Gdzie ja jestem?

– Co to... za okręt? – wyszeptał Geary, rozglądając się wokół.

Sądząc po rozmiarach szpitala pokładowego, jednostka ta była znacznie większa od jego krążownika. Admirał się uśmiechnął.

– Znajduje się pan na pokładzie „Nieulękłego”. Okrętu flagowego floty Sojuszu!

Nic tu się nie zgadzało. Flota Sojuszu nie posiadała okrętu liniowego o nazwie „Nieulękły”.

– Załoga... Co z moją załogą? – zapytał z wielkim trudem.

Admirał natychmiast spoważniał, cofnął się, ustępując miejsca kobiecie w kapitańskim mundurze. Geary nie przyglądał się dokładnie jej twarzy, zaniepokoiło go widoczne na niej uwielbienie. Jeszcze większe zdziwienie poczuł na widok wielu baretek zdobiących lewą pierś kobiety. Miała ich tam dziesiątki. Cóż za niedorzeczność. A najgorsze było to, że nad rzędami pomniejszych odznaczeń widniała wstęga Krzyża Floty Sojuszu. Geary nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni przyznano ten order.

– Nazywam się kapitan Desjani – oświadczyła kobieta. – Pełnię obowiązki dowódcy „Nieulękłego”. Z żalem muszę pana poinformować, że ostatni żyjący członek załogi pańskiego ciężkiego krążownika zmarł czterdzieści pięć lat temu.

Geary wybałuszył oczy. Czterdzieści pięć lat?

– Jak... długo...

– Okres pańskiej hibernacji to dziewięćdziesiąt dziewięć lat, jedenaście miesięcy i dwadzieścia trzy dni. Zdołał pan przetrwać tak długo tylko dlatego, że był pan jedynym pasażerem kapsuły. – Wykonała religijny gest, rozpoznał go bez trudu. – Z łaski przodków i dzięki żywemu światłu gwiazd przeżył pan i powrócił między nas.

Sto lat? Fala paniki przetoczyła się przez pracujący wciąż na zwolnionych obrotach umysł Geary’ego, gdy usiłował przyswoić tę myśl. Chyba dlatego umknął jego uwadze fakt, że kapitan Desjani traktuje jego odnalezienie w kategoriach duchowych, a nawet religijnych.

Ale naprawdę złą wiadomość dostarczył mu chwilę później ktoś inny. Admirał pochylił się nad nim raz jeszcze i oświadczył z szerokim uśmiechem na twarzy:

– Tak, Black Jack, wróciłeś między żywych!

Geary nie znosił tego przydomku, czemu dał wyraz, krzywiąc się na samo jego wspomnienie. Admirał jednak zdawał się tego nie dostrzegać i przemawiał dalej, nie mrugnąwszy nawet okiem.

– „Black Jack” Geary powstały z martwych, tak jak przepowiedziano w legendzie, żeby pomóc Sojuszowi odnieść największe zwycięstwo i zakończyć raz na zawsze wojnę z Syndykami.

Powstały z martwych? Jak przepowiedziano w legendzie? Wojna trwa nadal, mimo iż minęło całe stulecie?

Wszyscy, których znał, od dawna nie żyją.

 

Kim są ci ludzie i za kogo go mają?


John przebudził się nagle w swojej kajucie na pokładzie „Nieulękłego”. Przed oczyma miał sufit, oddychał ciężko i pocił się obficie, mimo iż wciąż czuł w głębi ciała obecność zimna, które otaczało go przez tak wiele dziesięcioleci. Sporo czasu minęło od ostatniego koszmaru, w którym uciekał z pokładu „Krenelaża” tuż przed jego zniszczeniem tylko po to, by obudzić się na „Nieulękłym” niemal sto lat później. Usiadł, masując czoło prawą dłonią, starając się jednocześnie uspokoić oddech. W półmroku dostrzegał sprzęty wypełniające jego kajutę.

Admirał o tubalnym głosie został zabity w systemie centralnym Syndykatu w chwilę po tym, jak odkrył, że jego misterny plan zakończenia tej wojny jest niczym innym jak pułapką zastawioną przez wroga na flotę Sojuszu. Razem z nim poległo wielu marynarzy. Syndycy zniszczyli też wiele okrętów. Ocalali z pogromu zwrócili się do legendarnego Black Jacka, błagając o pomoc – mimo iż Geary robił, co mógł, aby uznali, że nie ma nic wspólnego z herosem, którego wielbili – i zmusili go do objęcia stanowiska komodora tej floty. Było nie było, został mianowany do stopnia kapitana niemal sto lat przed najstarszym ze służących aktualnie oficerów. Wielu z nich wątpiło jednak, czy podoła temu zadaniu, nie wierzyło też, że jest owym bohaterem z legend, ale mimo iż Geary w głębi duszy podzielał obie te opinie, musiał spróbować.

I na razie dokonywał rzeczy niemożliwych. Poprowadził flotę Sojuszu przez przestrzeń Syndykatu, ku granicom Sojuszu, wykorzystując do nieustannej walki z wrogiem pełnię wiedzy nabytej przed stuleciem. Tej wiedzy, którą dzisiejsi oficerowie zatracili po wielu dziesięcioleciach rzeźni, bo innym mianem nie dało się określić wojny rozpoczętej zniszczeniem „Krenelaża”.

Geary przeniósł wzrok na unoszący się nad stołem hologram upstrzonego gwiazdami wycinka przestrzeni. Zostawił go tam przed położeniem się do łóżka. W samym środku sześcianu wirowała gwiazda o nazwie Dilawa. Znajdowała się w przestrzeni kontrolowanej przez Syndyków, lecz od granic Sojuszu dzieliły ją już tylko trzy skoki. Tak niewiele brakowało, by ocalił tych, którzy wierzyli, że jest zdolny tego dokonać. Tyle tylko, że flota była wciąż na terytorium wroga. I z pewnością będzie musiała przebić się przez kolejne flotylle Syndyków czekające za punktami wyjścia z tuneli nadprzestrzennych. Na tę myśl przypomniał sobie los „Krenelaża”.

Geary westchnął głośno, potem sięgnął do szuflady nocnego stolika po rację żywnościową. Przyjrzał się jej z powątpiewaniem. Jak większość jedzenia dostępnego na pokładach jego okrętów, racje te pochodziły ze splądrowanych składów Syndykatu. Zdobyli je w jednym z podrzędnych systemów gwiezdnych wroga, porzuconych przez mieszkańców dawno temu, po pojawieniu się hipernetu. Nawet Syndycy uznali, że szkoda sił na wywożenie tego syfu. Data przydatności do spożycia tych batonów minęła lata temu, ale wszystkie racje, jakie udało im się zabrać z tamtego systemu, spoczywały w pozbawionych atmosfery magazynach, głęboko zamrożone, więc z technicznego punktu widzenia powinny zachować pełną świeżość.

Na opakowaniu batonu widniał propagandowy rysunek. Oddział heroicznie wyglądających żołnierzy Syndykatu maszerował z lewej strony na prawą. Geary rozdarł folię, nie patrząc nawet na spis składników, potem ugryzł kęs i szybko go przełknął. Starał się przy tym nie myśleć o przykrym smaku, choć nie do końca mu się to udało. Marynarze Sojuszu bardzo często narzekali na złą jakość serwowanego im jedzenia, ale te syndyckie racje miały jedną niezaprzeczalną zaletę (oprócz dostarczania niezbędnych do życia składników) – w porównaniu z nimi każde żarcie wydawało się przepyszne.

Zupełnie jak w tym starym kawale: nie smak był najgorszy w tych racjach, tylko to, że mieli ich tak mało. Geary czuł się po zjedzeniu batona tak, jakby miał cegłę w żołądku, jednakże nie ten dyskomfort powstrzymywał go od sięgnięcia po następną rację. Pozbawiona dostaw flota, krążąca na domiar złego po terytorium wroga, musiała oszczędzać wszystko, w tym także żywność. A on nie mógł jeść lepiej niż jego podwładni. Chociaż zważywszy na jakość syndyckich żelaznych racji, słowo „lepiej” wydawało się w tym przypadku eufemizmem.

Od strony komunikatora dobiegło ciche brzęczenie. John natychmiast nacisnął klawisz odbioru.

– Kapitanie Geary, z punktu skoku na Cavalosa wyszły okręty przeciwnika.

Nacisnął sąsiedni klawisz i hologram sektora zniknął znad stołu. Zastąpił go niemal natychmiast rzut systemu Dilawa i znajdujących się w jego obrębie jednostek. Na Cavalosie nie pozostało zbyt wiele okrętów wojennych Syndykatu, gdy flota Sojuszu dokonywała skoku. Jeśli nie liczyć ogromnych, wciąż rozszerzających się wrakowisk orbitujących wokół centralnej gwiazdy.

Ale w pościgu za Gearym brało udział znacznie więcej jednostek wroga, a okręty Sojuszu coraz mocniej odczuwały trudy nieustannej ucieczki przez terytoria Syndykatu. Nie wszystkie wraki pozostawione na Cavalosie należały do przeciwnika. Geary stracił tam liniowiec „Dokładny” i pancernik kieszonkowy „Dzielny”. Los tych dwóch gigantów podzieliło też dziewięć krążowników i niszczycieli. Niektóre zostały zniszczone podczas bitwy, inne wysadzono na rozkaz komodora, ponieważ nie mogłyby dotrzymać kroku uciekającej flocie.

Jemu także ciążyła ta sytuacja. Straty poniesione przez flotę Sojuszu wciąż zaprzątały mu myśli. Właśnie im zawdzięczał nawrót traumatycznych snów z „Krenelażem” w roli głównej.

Z dużym trudem skupił się na aktualnych wydarzeniach.

– To tylko jedna ŁZa i dwie korwety za dychę – zauważył.

– Zgadza się – odparła kapitan Desjani, jej wizerunek pojawił się obok mapy systemu. Przebywała jak zwykle na mostku, doglądając swojego okrętu. – Szkoda, że dzielą je od nas niemal trzy godziny świetlne. Obsady wyrzutni piekielnych lanc z wielką ochotą poćwiczyłyby strzelanie do ruchomych celów.

– Nie sądzę, żeby pani załoga potrzebowała więcej ćwiczeń w strzelaniu – stwierdził Geary. Ta uwaga sprawiła, że na twarzy Desjani natychmiast pojawił się dumny uśmiech. Zgodnie z jej słowami, flotę Sojuszu od punktu skoku dzielił dystans trzech godzin świetlnych, na tyle okręty Geary’ego zagłębiły się już w ten system. Oznaczało to też, że widzą jednostki wroga z trzygodzinnym opóźnieniem. – Nikt nie przyleciał za nimi. A to znaczy, że mamy do czynienia ze zwiadowcami.

– Ma pan rację. Jedna z tych korwet powinna teraz wyhamować i pozostać w pobliżu punktu skoku. Druga i towarzysząca jej ŁZa polecą na pełnym ciągu w stronę tuneli nadprzestrzennych prowadzących na Kalixę i Heradao... – zamilkła na moment. – Pierwszy raz widzę, żeby tak przestarzałe jednostki jak te korwety wybrały się poza macierzysty system. To taki złom, że bałabym się w nim wchodzić w nadprzestrzeń.

Tak, przestarzałe, zgadza się, trafiły do służby ze sto lat temu. Wtedy też ukuto dla nich tę nazwę: „korwety za dychę”. Flota Sojuszu uważała, że są robione za tanie pieniądze, by nikt nie żałował ich straty w ewentualnej walce. Ale to było dawno temu, zanim wybuchła wojna. Moment później Geary ujrzał oczami wyobraźni rój korwet za dychę zasypujących ogniem jego krążownik.

– Sir? – odezwała się Desjani.

Geary otrząsnął się zdumiony tym, jakie figle potrafi mu płatać własny umysł.

– Przepraszam.

Tylko on mógł dostrzec zaniepokojenie w spojrzeniu, jakim obdarzyła go Desjani, w jej głosie bowiem, gdy podjęła temat, nie dało się wychwycić niczego prócz zwyczajowej rutyny.

– Pierwsza z korwet może w każdej chwili zawrócić i wykonać skok na Cavalosa, żeby powiadomić Syndyków o tym, że wciąż tutaj jesteśmy. – W tym momencie wyraz jej twarzy zmienił się diametralnie. – Ponieważ wciąż tu jesteśmy.

– Musimy rozszabrować wszystko, co Syndycy pozostawili w tym systemie, wycofując ostatnich jego mieszkańców przed kilkoma dziesięcioleciami – odparł John, starając się nie okazywać gniewu na tak wyraźne ponaglenie ze strony Desjani.

– Zebraliśmy już całą pozostawioną tu żywność. – Skrzywiła się mimowolnie, mówiąc te słowa. – Chociaż nazywanie tego „żywnością” jest chyba nadużyciem. Mimo powiększenia zapasów znów będziemy zmuszeni ciąć racje dzienne, żeby zapewnić ciągłość wyżywienia całej flocie – stwierdziła. – Ale nie spodziewam się wielkich protestów w tej sprawie. Zdobyczne syndyckie żarcie smakuje tak paskudnie, że zmniejszenie racji nie wkurzy załóg tak bardzo, jak by wkurzyło w przypadku czegoś bardziej jadalnego.

– Widzi pani, zawsze znajdzie się jaśniejsza strona problemu – powiedział Geary, uśmiechając się przelotnie, gdy odczytał informacje na temat surowców i rzadkich minerałów przetransportowanych do ładowni jednostek pomocniczych. W tym momencie dotarło do niego, że Desjani najpierw zrobiła aluzję do potrzeby szybkiego opuszczenia tego systemu, a potem od razu zmieniła temat, żeby nie poczuł się tym urażony.

Nie powinienem się na nią gniewać za coś takiego, pomyślał. Każdy rozsądny dowódca okrętu powinien odczuwać niepokój w związku z tym opóźnieniem. Pozostaje jednak pytanie: gdzie się udać po opuszczeniu Dilawy? Spędziliśmy w tym systemie już półtorej doby, a to przynajmniej o dwadzieścia cztery godziny za dużo.

Nie mieli powodów, by nadal pozostawać w układzie Dilawy. Gwiazda ta nie posiadała żadnej zamieszkanej planety. W przestrzeni wewnątrzsystemowej przebywała kiedyś tylko garstka syndyckich kolonistów – sądząc po pozostawionych kompleksach produkcyjno-mieszkalnych, licząca nie więcej niż kilka tysięcy ludzi. Musieli tutaj mieszkać, ponieważ stare napędy nadświetlne potrafiły pokonywać wyłącznie dystanse pomiędzy sąsiadującymi ze sobą gwiazdami. Statki odwiedzały więc wszystkie systemy po drodze, zanim dotarły do celu. Hipernet zmienił wszystko, dzięki niemu można było dotrzeć bezpośrednio do wybranego miejsca, o ile znajdowały się tam odpowiednie wrota. Systemy gwiezdne poza tymi szlakami przestały być komukolwiek potrzebne i pustoszały stopniowo, aż zostały całkowicie porzucone.

Dzisiaj jednak flota Sojuszu wracała do domu, wykorzystując stare sposoby podróży, skacząc z systemu do systemu, hipernet bowiem okazał się ogromnym zagrożeniem dla całej ludzkości. Na pokładzie „Nieulękłego” wciąż był klucz do syndyckiej sieci komunikacji podprzestrzennej, który mógłby zmienić losy tej wojny, gdyby udało się go bezpiecznie dostarczyć rządowi Sojuszu. Jeśli jednak okręty Geary’ego i ich załogi nie zdołają wykonać tego zadania, zarówno klucz, jak i wiedza o zagrożeniu przepadną na zawsze. Cena tej porażki wydawała mu się wyższa za każdym razem, gdy o niej myślał.

– Proszę mnie powiadomić, jeśli sytuacja ulegnie zmianie – poprosił Desjani.

– Tak jest. – Hologram kapitan zniknął, wcześniej jednak brzmieniem głosu i miną dała mu wyraźnie do zrozumienia, że nie zrobił czegoś, co już dawno powinno być zrobione.

Geary siedział przed stołem, nad którym znów obracało się z wolna trójwymiarowe odzwierciedlenie systemu Dilawa. Hologram to jednak nie kryształowa kula. Bez względu na to, jak długo będzie się w niego wgapiał, nie uzyska odpowiedzi na najważniejsze pytanie.

A brzmiało ono: dokąd się udać w następnej kolejności?

Przemyśl to wszystko porządnie, napomniał się Geary. Robił to już tyle razy, odkąd przejął dowodzenie flotą uciekającą z wrogiej przestrzeni. To nie powinna być aż tak trudna decyzja. Od syndyckiego systemu, z którego będą mogli się dostać na terytorium Sojuszu, dzieliło ich już tylko kilka skoków. To powinno być proste, zważywszy na to, jak bliski jest cel tej podróży. A jednak ilekroć starał się podjąć decyzję, przychodziło mu to z coraz większym trudem. Wahał się, rozważając każdą opcję pod kątem tego, co poszło nie tak na Lakocie, i przez pryzmat strat poniesionych na Cavalosie. Teraz nałożyła się na to wszystko zagłada „Krenelaża”.

Zastanawiał się, czy nie poprosić o radę Victorii Rione, współprezydent Republiki Callas i członkini senatu Sojuszu. Ale ona od jakiegoś czasu odmawiała mu pomocy w rozwiązywaniu podobnych kwestii. Polityczka przyznawała otwarcie, że woli milczeć, ponieważ myliła się ostatnio w zbyt wielu kwestiach dotyczących, słusznych w jej mniemaniu, posunięć floty. Geary nie miał do końca pewności, czy nie kryje się za tym coś jeszcze, lecz nie potrafił sprecyzować swoich podejrzeń. W ciągu minionych kilku miesięcy stawali się wielokrotnie kochankami – w fizycznym tego słowa rozumieniu – zanim oboje uznali, że czas się definitywnie rozstać, Rione jednak nawet w momentach wielkiej namiętności pozostawała osobą wyjątkowo skrytą.

 

W każdym razie rzadko ją widywał ostatnimi czasy bez względu na okoliczności.

– Muszę się skoncentrować na kontroli mojej siatki agentów – stwierdziła, gdy rozmawiali po raz ostatni. – Trzeba w końcu ustalić, którym oficerom tak bardzo nie podobało się twoje dowodzenie flotą, że posunęli się do umieszczenia wirusów w systemach operacyjnych naszych okrętów.

Geary nie mógł dyskutować z takim postawieniem sprawy. Wirusy, które wykryto w hipernapędach, mogły doprowadzić do zagłady kilku okrętów Sojuszu.

Miał jeszcze kilka osób, u których mógł zasięgnąć rady. Inteligentnych, niezawodnych, rozsądnych oficerów, takich jak kapitan Duellos z „Odważnego”, Tulev z „Lewiatana” czy Cresida z „Gniewnego”.

Ale siedział teraz sam, wpatrując się w hologram systemu gwiezdnego, czując dziwną niechęć do zasięgnięcia czyjejś opinii, chociaż zdawał sobie sprawę, że dalsze odwlekanie decyzji może mieć fatalne skutki.

Usłyszał dzwonek przy włazie, system zidentyfikował gościa jako kapitan Desjani. Geary zezwolił jej na wejście, zastanawiając się jednocześnie, co też może ją sprowadzać w te progi. Krążące na pokładzie plotki o ich rzekomym romansie sprawiały, że rzadko pozwalała sobie na odwiedzanie go w prywatnej kajucie.

Prawdę powiedziawszy, coś między nimi było, chociaż żadne nie odważyłoby się ani mową, ani uczynkiem okazać tego, co naprawdę czuje. Nie mogli tego zrobić, dopóki on był głównodowodzącym tej floty, a ona jego podwładną.

– Czy coś się stało? – zapytał.

Desjani wskazała głową hologram systemu.

– Chciałam porozmawiać z panem prywatnie na temat pańskich planów operacyjnych, sir.

Powinien się ucieszyć z tej propozycji, ponieważ wiedział doskonale, jak dobra jest w planowaniu taktycznym, tyle że tym razem decyzja dotyczyła kwestii operacyjnych. Tak przynajmniej pomyślał Geary, sam sobie się dziwiąc, dlaczego podchodzi z taką niechęcią do wysłuchania jej opinii. Ale jak ją odrzucić w tej sytuacji? Przyznając się do niezdecydowania, tylko by pogłębił jej przekonanie o słuszności przedstawionej oferty.

– Słucham.

Weszła do kabiny spięta bardziej niż zazwyczaj i zatrzymała się obok hologramu, stając bokiem do Geary’ego.

– Wydawał się pan nieco rozkojarzony podczas naszej niedawnej rozmowy, sir.

– To tylko zły sen. – Desjani rzuciła mu pytające spojrzenie, więc dodał zaraz, wzruszając ramionami: – O mojej dawnej jednostce, przebudzeniu i całej reszcie.

– Aha. – Wzrok kapitan powrócił na hologram systemu. – Byliśmy tak poruszeni odnalezieniem pana, że zupełnie nie zwracaliśmy uwagi na to, jak bardzo przeżywał pan wybudzenie. Później, zastanawiając się nad tą kwestią, żałowałam, że nie rozegraliśmy tego inaczej. Że nie poinformowaliśmy pana o czasie trwania hibernacji i losie ludzi z pańskiej załogi w zupełnie inny sposób. Moje słowa musiały brzmieć w pana uszach potwornie bezdusznie.

– Wątpię, żeby istniał dobry sposób przekazywania tego typu informacji, i proszę mi wierzyć, nie odbierałem pani słów jako bezdusznych. Wiedziałem, że ktoś musi mi powiedzieć, a nikt inny nie chciał tego zrobić.

– A już zwłaszcza admirał Bloch – przyznała Desjani. – Zastanawiam się od tamtego dnia, jakie wrażenie zrobiłam na panu podczas pierwszego spotkania.

Skrzywił się, próbując odszukać w pamięci tamten moment.

– Muszę przyznać, że byłem wtedy mocno oszołomiony. Zbyt wiele się działo. Pamiętam tylko, że zastanawiałem się, jakim cudem zdobyła pani tak wiele odznaczeń. No i Krzyż Floty. A skoro o tym mowa, za co go pani dostała?

Desjani westchnęła.

– Za Fingala. Służyłam wtedy w stopniu porucznika na „Puklerzu”. Walczyliśmy, dopóki nie rozwalili nam wszystkich systemów obrony. Potem Syndycy dokonali abordażu.

– I co pani zrobiła?

– Pomogłam ich odeprzeć. – Uniosła głowę, kierując wzrok gdzieś w przestrzeń.

– Żeby otrzymać Krzyż Floty, trzeba zrobić coś więcej, niż tylko pomóc w odparciu wroga – zauważył Geary.

– Ja tylko wykonywałam rozkazy... – zamilkła po tym zdaniu na dłuższą chwilę.

John nie naciskał, niech opowie tę historię wtedy, kiedy uzna to za stosowne. Otrzymanie tak wysokiego odznaczenia musiało się wiązać z niewyobrażalnym stresem. Spojrzał na nią zdziwiony tematem, który zdecydowała się poruszyć.

– Przyszła pani do mnie tylko po to, żeby porozmawiać o tamtym dniu?

– Nie tylko... – zamilkła i zaczerpnęła tchu. – Wiem, że zazwyczaj nie omawia pan swoich planów, zanim je pan ogłosi – mówiąc to, przybrała bardziej oficjalny ton.

– Czasami to robię – zaprzeczył Geary.

Czekała, ale gdy nie powiedział nic więcej, nie podzielił się żadnym przemyśleniem na ten temat, posmutniała nieco, lecz w jej głosie, gdy podjęła wątek, nadal nie dało się wyczuć śladu emocji.

– Przejrzałam wszystkie informacje na temat systemów, do których możemy się udać z Dilawy. Założyłam, że wybierze pan Heradao, chociaż nie zakomunikował pan nam żadnej decyzji, mimo że flota powinna już dawno dokonać kolejnego skoku.

Jeśli go słuch nie mylił, Desjani po raz pierwszy zganiła go otwarcie. Zmarszczył lekko brwi.

– Jeszcze nie zdecydowałem, który system ma być naszym celem – wreszcie to z siebie wydusił.

Desjani poczekała chwilę na rozwinięcie tematu, a gdy nie nastąpiło, oświadczyła:

– Mamy następujące możliwości skoku z tego systemu: albo wracamy na Cavalosa, co nic nam nie daje prócz oddalenia się ponownie od granic Sojuszu, albo lecimy na Topirę, która także leży głębiej w przestrzeni Syndykatu, możemy też udać się na Jundeena, ale to z kolei kompletne zadupie, skąd nie da się skoczyć nigdzie dalej. Kalixa ma wrota hipernetowe, więc raczej odpada. Pozostaje tylko Heradao, jeśli nie bierzemy pod uwagę zagrożenia, jakie niosą ze sobą wrota na Kaliksie i bezsens lotu na Cavalosa, Topirę czy Jundeena.

– Posiadam wszelkie ogólnodostępne informacje na temat wszystkich systemów gwiezdnych w zasięgu skoku – stwierdził Geary. – Czy to już wszystko, co ma pani do powiedzenia?

Obrzuciła go twardym spojrzeniem, ewidentnie ignorując tak jawną chęć zakończenia tej rozmowy.

– Według syndyckiej dokumentacji zdobytej na Sancere, w systemie Heradao mogą istnieć obozy pracy, w których przetrzymywani są nasi jeńcy wojenni.

– O tym też wiem.

– Kapitanie Geary – rzuciła Desjani, nie podnosząc jednak głosu – jako oficer tej floty i osoba dowodząca okrętem flagowym mam obowiązek przedstawiać panu swoje opinie i rady w sytuacjach, gdy uznam to za konieczne.

Geary przytaknął.

– Temu nie przeczę. Przedstawiła mi pani swoją opinię. Dziękuję za to, ale muszę podjąć tę decyzję w oparciu o znacznie większą liczbę czynników.

– Na przykład jakich?

Spojrzał na nią zaskoczony bezpośredniością pytania.

– Wciąż... pracuję nad ich pełną listą.

– Może mogłabym w tym pomóc?

W Gearym narastała fala niechęci, chociaż nie miał pojęcia, dlaczego tak się dzieje.

– Doceniam pani chęci, ale jeszcze nie jestem gotowy na przedyskutowanie dostępnych rozwiązań. Każdy system, do którego możemy skoczyć, ma liczne wady i zalety.

– Kapitanie Geary, odwlekanie decyzji nie jest w pańskim stylu.

Nachmurzył się, tym razem znacznie mocniej.

– Nie odwlekam podjęcia decyzji, a ta rozmowa nie pomoże mi w rozwiązaniu problemu, przed którym stoję. Czy to już wszystko, co ma pani do powiedzenia? – powtórzył.

– A co z jeńcami wojennymi na Heradao? – zapytała szybko Desjani.

– Przecież nawet nie wiemy, czy nadal są przetrzymywani w tamtym systemie – odparł Geary, nie próbując nawet ukryć złości. – Zdobyte przez nas syndyckie zapiski są bardzo stare. Obóz mógł już dawno zostać przeniesiony. A jeśli jest tam nadal, wróg zyska pewność, że obecność jeńców wojennych Sojuszu na Heradao będzie czynnikiem, który skłoni nas do udania się właśnie tam, co z kolei oznacza, że Syndycy pracują już nad zastawieniem pułapki w tym systemie.

Desjani stała nieruchomo, kontrolowała się całkowicie, nawet oddech miała wciąż równy. W końcu zadała kolejne pytanie.

– Skąd Syndycy mogą wiedzieć, że odkryliśmy informacje o tym obozie? Przecież nie mają pojęcia, jakie dokumenty zdobyliśmy na Sancere.

To było bardzo rozsądne pytanie, ale nie wiedzieć czemu jeszcze bardziej rozsierdziło Geary’ego.

– Wie pani doskonale, że podejmę każde ryzyko w granicach rozsądku, żeby uwolnić naszych jeńców.

– Tak jest.

Bez względu na dosłowne i pozytywne w gruncie rzeczy znaczenie tego krótkiego przekazu Geary wyczuł, że Desjani coś leży na wątrobie. Kapitan ewidentnie z czymś się nie zgadzała.

– W tym wypadku nie jestem jednak pewien, czy lot na Heradao wart jest związanego z tym ryzyka – dodał, a rosnące poirytowanie sprawiło, że te słowa zabrzmiały ostrzej, niż powinny.

– Z całym szacunkiem, sir, ale chciałabym panu przypomnieć, że każdy nasz ruch jest ryzykowny, a im dłużej zostajemy w tym systemie, tym większe zagrożenie na siebie ściągamy.

Geary rozpoznawał ten ton, czuł też, jak zaciskają mu się szczęki.

– A ja, z całym szacunkiem, chciałbym pani przypomnieć, że to na moich barkach spoczywa obowiązek ocalenia tej floty.