WalecznyTekst

Z serii: Zaginiona flota #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

R.1

R.2

R.3

R.4

R.5

R.6

R.7

R.8

R.9

R.10

R.11

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Moim rodzicom:

Jackowi M. Hemry’emu (emerytowanemu komandorowi porucznikowi Marynarki Wojennej USA) i Iris J. Hemry – jedno słowo, którego nigdy za wiele: dziękuję.

Dla S., jak zawsze.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


R.1

Dwie pancerne grodzie otaczające baterię piekielnych lanc numer trzy alfa znajdującą się na pokładzie okrętu liniowego Sojuszu o nazwie „Nieulękły” lśniły jak nowe. I takie były, odkąd porozrywane płyty metalu powycinano i zastąpiono nowymi elementami. Pozostałe dwie ściany przedziału, w którym mieściło się to stanowisko ogniowe, także nosiły ślady wrogiego ostrzału, ale uszkodzenia były na tyle niewielkie, że nie zachodziła potrzeba wymiany. Wyrzutnie piekielnych lanc przeszły ostatnio naprawę z użyciem nieprzepisowych materiałów, które nie miałyby szans podczas rutynowej kontroli inspekcyjnej, jednakże ludzie mogący zakwestionować ich użycie znajdowali się naprawdę daleko, aż w przestrzeni Sojuszu. Tutaj i teraz liczyło się wyłącznie to, że bateria piekielnych lanc będzie mogła wystrzelić w kierunku wroga kolejne naładowane cząsteczkami głowice.

Kapitan Geary lustrował uważnie równy szereg, w jakim ustawiono załogę wyrzutni. Połowa obsługi została przeniesiona do tej baterii z innych podobnych stanowisk bojowych znajdujących się na „Nieulękłym”, aby uzupełnić straty po niedawnej bitwie na Lakocie. Para marynarzy z oryginalnej obsady wyrzutni nosiła na sobie wyraźne ślady walki, tak samo jak ich przedział: mężczyzna opaskę uciskową na ramieniu, a kobieta miejscowy opatrunek przytwierdzony do zewnętrznej strony uda. Nadal utykała, ale kto miał czas przechodzić pełną rekonwalescencję przed powrotem na stanowisko bojowe – na taki luksus nie mogła sobie pozwolić ani załoga „Nieulękłego”, ani żadna inna jednostka floty Sojuszu. Nie w obliczu nieuniknionego starcia, gdy flocie zagrażała totalna zagłada.

– Nalegali, żeby pozwolono im na powrót do czynnej służby – szepnęła kapitan Tania Desjani do ucha komodora. Widać było, że jest dumna ze swojej załogi. Ci ludzie walczyli do ostatniej kropli krwi, pracowali bez chwili wytchnienia, aby jak najszybciej naprawić swoją broń, a teraz byli gotowi na rozpoczęcie kolejnej bitwy.

Geary nie potrafił zapomnieć, że uszkodzenia, jak również brak marynarzy na licznych stanowiskach są skutkiem jego decyzji.

Lecz nawet teraz, gdy ludzie patrzyli mu prosto w oczy, widział jedynie ufność, dumę, determinację i niezachwianą wiarę w „Black Jacka” Geary’ego, legendarnego bohatera Sojuszu. Nadal byli gotowi podążać za nim. Nadal byli gotowi wypełniać jego rozkazy i powrócić tam, gdzie tak niedawno flota straciła wiele okrętów.

– Cholernie dobra robota – oświadczył komodor, starając się nie przesadzać z okazywaniem emocji. Wiedział, że może pozwolić sobie na zatroskanie i zadziwienie, ale na podenerwowanie nie było w jego głosie miejsca. – Nie dowodziłem nigdy załogą, która by tak ostro i dobrze walczyła.

Była to prawda. Zanim został wybudzony z niemal stuletniego snu hibernacyjnego i przeniesiony na „Nieulękłego”, jego doświadczenie bojowe sprowadzało się do jednej jedynej, zresztą beznadziejnej bitwy. A teraz miał pod rozkazami całą flotę, okręty i marynarzy, których los – a może nawet i całej rasy ludzkiej, żeby już nie wspominać o przyszłości Sojuszu – zależał tylko od niego.


Komfortowa sytuacja. Cholernie komfortowa.

Geary uśmiechnął się do załogi wyrzutni piekielnych lanc.

– Za sześć godzin powrócimy na Lakotę i damy wam okazję do niezłego strzelania. – Marynarze zrewanżowali się uśmiechami. – Ale zanim to nastąpi, spróbujcie odpocząć. Kapitanie Desjani?

Potwierdziła przejęcie inicjatywy skinieniem głowy.

– Spocznij – rozkazała marynarzom. – Macie zwolnienie ze służby na następne cztery godziny i przydział pełnych racji żywnościowych. – Uśmiechnęli się szerzej na te słowa. Teraz, kiedy żywność zaczynała się kończyć, dzielono każdą porcję na części, żeby jedzenia starczyło na dłużej.

– Syndycy jeszcze pożałują, że wróciliśmy na Lakotę – obiecał Geary.

– Rozejść się – dodała Desjani i ruszyła za komodorem, który już opuszczał przedział bojowy. – Nie przypuszczałam, że uda się przywrócić pełną sprawność operacyjną wyrzutni trzy alfa, i to na czas – przyznała. – Załoga odwaliła kawał dobrej roboty.

– Bo ma świetnego kapitana – zauważył Geary, a Desjani, słysząc tak wyraźną pochwałę, spłonęła rumieńcem, mimo że brała udział w znacznie większej liczbie bitew niż Geary. – Co z resztą systemów „Nieulękłego”? – zapytał. Mógł wprawdzie sprawdzić te dane od ręki w systemie zarządzania flotą, ale wolał o takich sprawach rozmawiać osobiście z oficerami i marynarzami.

– Wszystkie wyrzutnie piekielnych lanc są sprawne, projektor pola zerowego również, wszystkie systemy bojowe osiągnęły stan optymalny, uszkodzenia pancerza i kadłuba zostały naprawione albo dokładnie zabezpieczone do czasu, gdy zyskamy dostęp do potrzebnych części – wyrecytowała Desjani. – Mamy też pełną sprawność manewrową.

– A co z amunicją?

Desjani skrzywiła się.

– Nie mamy na stanie ani jednego widma, tylko dwadzieścia trzy kontenery kartaczy i pięć min, a rezerwa ogniw paliwowych wynosi pięćdziesiąt jeden procent.

Okręt wojenny ze względów bezpieczeństwa nie powinien nigdy schodzić poniżej siedemdziesięciu procent rezerwy paliwowej. Niestety, w tym momencie wszystkie jednostki floty miały podobne stany paliwa co „Nieulękły” i Geary nie miał bladego pojęcia, kiedy uda się uzupełnić je do przepisowych siedemdziesięciu procent, nawet przy założeniu, że zdołają wywalczyć sobie przejście do punktu skoku z Lakoty.

Desjani pokiwała głową, zupełnie jakby czytała w jego myślach.

– Mamy przecież okręty eskadry pomocniczej, one wyprodukują co trzeba, sir.

– Jednostki pomocnicze cały czas produkują amunicję i części zapasowe, ale w ich ładowniach nie ma już pierwiastków śladowych – przypomniał jej Geary.

– Na Lakocie powinniśmy je znaleźć. – Desjani uśmiechnęła się do niego. – Pan nie może przegrać. – Zatrzymała się na chwilę i zasalutowała mu. – Muszę sprawdzić kilka rzeczy, zanim wyjdziemy z nadprzestrzeni. Odmeldowuję się, sir.

Zaufanie, jakim obdarzała go Desjani i pozostali członkowie załogi, było bardzo stresujące. Jego ludzie ciągle wierzyli, że został przysłany przez żywe światło gwiazd, aby ocalić Sojusz. Cudem odnaleziony w kapsule ratunkowej i wybudzony ze snu hibernacyjnego, natychmiast utknął na stanowisku dowodzenia floty uwięzionej głęboko na terytorium wroga. Dorastali, słuchając legend o „Black Jacku” Gearym, wzorze oficera floty Sojuszu i mitycznym wręcz bohaterze. To, że nie był ani bohaterem, ani legendą, nie zmieniło jak dotąd ich podejścia. Jednakże Desjani, która podczas walk stała u jego boku, powinna była już dawno poznać prawdę, nie rozumiał więc, dlaczego i ona nadal w niego wierzy. Z drugiej strony, znając zdrowy rozsądek tej kobiety, czuł się naprawdę pokrzepiony okazywanym mu zaufaniem. Zwłaszcza gdy konfrontował jej punkt widzenia z opiniami innych oficerów floty, dla których pozostawał oszustem albo co najwyżej bladym cieniem wielkiego bohatera. Była nawet grupa nieustannie usiłująca pozbawić go stanowiska głównodowodzącego floty, które tak niechętnie przyjął po tym, gdy Syndycy zamordowali admirała Blocha. Nie chciał być komodorem, znalazłszy się w szoku, kiedy dotarło do niego, iż wszyscy ludzie i wszystkie miejsca, które znał, należą do przeszłości. Niestety, nie miał wielkiego wyboru: musiał objąć stanowisko dowódcy, ponieważ otrzymał nominację na kapitana przed stu laty, co automatycznie czyniło go najstarszym oficerem floty.

 

Oddał salut Desjani.

– Oczywiście. Obowiązki kapitana okrętu nigdy nie mają końca. Zobaczymy się na mostku za kilka godzin.

Tym razem uśmiech Desjani był o wiele zimniejszy, już czuła nadchodzącą bitwę z siłami Światów Syndykatu.

– Nawet nie zauważą, kto im dokopał! – zawołała, oddalając się korytarzem.

Albo oni, albo my, pomyślał Geary, nie mogąc się pohamować. Powziął szaleńczą decyzję, zawracając flotę uciekającą z pułapki, z której tylko cudem się wydostała, i nakazując jej lot powrotny do systemu gwiezdnego, gdzie nieomal została zniszczona. Lecz najwyraźniej ucieszyła ona oficerów i marynarzy „Nieulękłego”, nie miał też wątpliwości, że na innych jednostkach jest podobnie. Wielu rzeczy jeszcze nie wiedział o marynarzach Sojuszu żyjących o całe stulecie po jego czasach, ale jednego był pewien: potrafili walczyć jak diabły wcielone. Jeśli mieli polec, chcieli ginąć z bronią w ręku – walcząc z wrogiem i atakując do ostatka, a nie uciekając.

Większość z nich jednak wcale nie zamierzała umierać, wierząc, że Geary poprowadzi ich bezpiecznie do domu i ocali nie tylko flotę, ale i cały Sojusz.

– O przodkowie, pomóżcie mi wypełnić to zadanie – mruknął do siebie.


Victoria Rione, współprezydent Republiki Callas i członkini senatu Sojuszu, czekała w kabinie Geary’ego. Zatrzymał się, gdy ją zobaczył. Wprawdzie miała pełny dostęp do jego prywatnych pomieszczeń – spędzili tutaj wiele wspólnych nocy – ale od momentu gdy nakazał flocie powrót na Lakotę, znów zaczęła go unikać.

– Czemu zawdzięczam tę wizytę? – zapytał.

Wzruszyła ramionami.

– Znajdziemy się w normalnej przestrzeni za pięć i pół godziny. Być może mamy ostatnią szansę na rozmowę, zanim flota zostanie unicestwiona zaraz po pojawieniu się na Lakocie.

– Obawiam się, że nie wybrałaś najlepszego sposobu na podbudowanie mnie przed bitwą – odparł, siadając naprzeciw niej.

Westchnęła i pokręciła głową.

– Przecież to szaleństwo. Kiedy nakazałeś flocie zawrócić na Lakotę, a potem jeszcze ci wszyscy ludzie wokół nas zaczęli wiwatować, nie mogłam wprost uwierzyć. Nie rozumiałam ani ich, ani ciebie. Z czego oni wszyscy się tak cieszyli? Wiedział, o co jej chodzi. Flocie kończyło się paliwo, nie miała już prawie zapasów amunicji, wiele okrętów było uszkodzonych po walkach z Syndykami na Lakocie i w poprzednich systemach, formacja poszła w rozsypkę w trakcie gorączkowego odwrotu i równie pospiesznego powrotu na miejsce niedawnej bitwy. Z racjonalnego punktu widzenia ponowny atak wyglądał na czyste szaleństwo, ale Geary już w chwilę po przybyciu na Ixiona wiedział, że to jedyne rozsądne rozwiązanie. I to, że pozostanie w tamtym systemie albo próba ucieczki do innego punktu skoku mogły się zakończyć totalną zagładą floty, tylko ułatwiło mu dokonanie tego wyboru.

– Nie da się tego prosto wyjaśnić. Zaufali mi, zaufali też własnym siłom.

– Ale cieszyli się z powrotu do miejsca, z którego dopiero co uciekali! Dlaczego?

Geary skupił się, aby wyrazić w jasny sposób to, co dla niego było oczywiste.

– Wszyscy marynarze floty zdają sobie doskonale sprawę, że mogą tam zginąć. Wiedzą, że gdy dostaną rozkaz ataku, muszą dać z siebie wszystko, bo wróg także wypruje z siebie żyły, byle nas dostać. Może i radość z powrotu na pole bitwy nie wydaje się sensowna, ale co w naszym postępowaniu jest sensowne? Oni żyją jedynie po to, aby dowalić przeciwnikowi mocniej i boleśniej, mając nadzieję, że to wreszcie coś zmieni. Wierzą, że tylko pokonanie Syndykatu da bezpieczeństwo ich rodzinom, i za nie są gotowi zginąć. Dlaczego? Dlatego.

Rione westchnęła jeszcze mocniej

– Jestem tylko politykiem. Człowiekiem, który każe walczyć innym. Potrafię zrozumieć, dlaczego walczą, ale nie jestem w stanie pojąć, dlaczego się z tego cieszą.

– Ja też nie rozumiem tego do końca. Tak po prostu już jest.

– Cieszą się z takich rozkazów i wykonują je, ponieważ to ty je wydajesz – stwierdziła Rione. – O co ci marynarze tak naprawdę walczą? O szansę na powrót do domu? O bezpieczeństwo Sojuszu? A może walczą wyłącznie dla ciebie?

Nie zdołał się powstrzymać przed uśmieszkiem.

– O pierwsze i drugie, ponieważ Sojusz bardzo potrzebuje powrotu naszej floty. A i trzecia odpowiedź też jest po części prawdziwa.

– Po części? – Rione prychnęła drwiąco. – I to mówi człowiek, któremu oferowano dyktaturę? Jeśli przeżyjemy powrót na Lakotę, kapitan Badaya i jego poplecznicy ponowią swoją propozycję.

– A ja znowu im odmówię. Pamiętasz chyba, że przez całą drogę na Ixiona obawialiśmy się, iż zostanę usunięty ze stanowiska komodora, jak tylko znajdziemy się w normalnej przestrzeni. Myślę, że obecny problem jest powodem do większego zmartwienia.

– Nie łudź się, że twoi przeciwnicy w kadrze dowodzącej floty zrezygnują ze spiskowania, ponieważ zrobiłeś coś, co wzbudziło entuzjazm załóg! – Rione nacisnęła kilka klawiszy i nad stołem pojawiła się holomapa systemu Lakota. Znajdowały się na niej ostatnie pozycje okrętów Syndykatu, zarejestrowane tuż przed skokiem w nadprzestrzeń. Było ich naprawdę wiele, wróg przewyższał liczebnie, i to po wielekroć, aktualny stan zdruzgotanej floty Sojuszu. – Twierdziłeś, że nie zdołamy przetrwać ucieczki przez Ixiona. Miałeś rację. Dlaczego jednak uważasz, że po powrocie na Lakotę będzie inaczej?

Geary wskazał na holomapę.

– Pominąwszy inne aspekty tej sprawy, gdybyśmy zdecydowali się na ucieczkę w głąb Ixiona, syndycki pościg pojawiłby się w systemie dosłownie kilka godzin po nas. Mieliśmy zaledwie pięć i pół dnia na naprawę uszkodzeń powstałych podczas bitwy na Lakocie, za mało, żeby ją ukończyć. Wykonując zwrot i skacząc ponownie na Lakotę, zyskaliśmy kolejne pięć i pół dnia na prowadzenie napraw. Niestety, w czasie podróży przez nadprzestrzeń nie można prowadzić wielu prac remontowych, a pełne raporty o stanie jednostek otrzymamy dopiero po zakończeniu skoku, mimo to wydałem wszystkim jednostkom bardzo wyraźny rozkaz, aby wszelkie siły skierowano na doprowadzenie do stanu używalności głównych silników. A to oznacza, że po powrocie na Lakotę będziemy mogli poruszać się szybciej. Nie wspominam o dodatkowych remontach systemów, broni i opancerzenia, na które okręty dostały dodatkowy czas. W momencie wyjścia z nadprzestrzeni wszystkie jednostki będą miały za sobą jedenaście dni wypełnionych naprawami uszkodzeń poniesionych podczas ostatniej bitwy.

– Tyle to i ja rozumiem, ale nadal będziemy tkwili głęboko na terytorium wroga, nie mając wystarczającej ilości amunicji i paliwa – rzekła Rione. – Na pewno nie trafimy też na tak wielkie siły, z jakimi walczyliśmy za pierwszym razem. Syndycy musieli wysłać potężną flotę w pościg za nami. Ale część ich floty z pewnością pozostała, nie wątpię też, że ci, którzy wyruszyli na Ixiona, zawrócą na Lakotę natychmiast, gdy się zorientują, co zrobiliśmy. Te okręty nadal będą zaledwie kilka godzin za nami.

– Syndycy zakładają, że przygotowaliśmy zasadzkę przy punkcie skoku na Ixionie – wyjaśnił Geary. – Dlatego z pewnością stracili wiele godzin na zmianę formacji, która ruszyła w pościg. Wyjdą też z nadprzestrzeni z o wiele większą prędkością niż my, co oznacza kolejną stratę czasu na wykonanie zwrotu. Do tego przewidują jeszcze jedną zasadzkę przy punkcie wyjścia na Lakocie, a to zmusi ich do ponownej reorganizacji szyku, czego efektem również będzie opóźnienie. Powinniśmy zyskać tym sposobem dodatkowe trzy godziny, wystarczająco dużo, aby im uciec. A jeżeli zyskamy aż sześć godzin, doprowadzę tę flotę nietkniętą do następnego punktu skoku, skąd znikniemy z Lakoty.

– Ale oni nadal będą nam siedzieć na karku, a od tych kilku godzin flocie Sojuszu nie przybędzie paliwa ani amunicji.

– To prawda, jednakże oni będą lecieli szybciej i manewrowali ostrzej niż my. Jeśli nie zatrzymają się, aby zrobić uzupełnienia, znajdą się w podobnej sytuacji jak my. Zauważ też, że wystarczy nam chwila spokoju w normalnej przestrzeni, żeby jednostki pomocnicze wykonały operację zaopatrzenia floty w wyprodukowane podczas jedenastu dni skoku ogniwa paliwowe i amunicję. To poprawi naszą sytuację. Nie musisz mi ciągle przypominać, że wszystkiego zaczyna brakować. „Nieulękły” ma w tej chwili około pięćdziesięciu procent zapasów paliwa.

– Tym się teraz zajmujecie z tą twoją kapitan Desjani? Sprawdzacie, ile paliwa ma jeszcze flota?

Geary zmarszczył brwi. Skąd ona wiedziała, że widział się z Tanią?

– Kapitan Desjani nie jest „moja”. W ramach obowiązków wizytowaliśmy wyremontowaną baterię piekielnych lanc.

– Jakie to romantyczne.

– Daj spokój, Victorio! Wystarczy mi świadomość, że moi wrogowie rozpowszechniają po flocie pogłoski, że mam z nią romans. Nie musisz i ty ich ciągle powtarzać!

Rione się nachmurzyła.

– Niczego nie powtarzam. Nie podważam też twojego prawa do dowodzenia tą flotą. Ale jeśli nie przestaniesz pokazywać się publicznie w towarzystwie oficera, z którym wedle plotki masz...

– Mam unikać dowódcy okrętu flagowego, na którym stacjonuję?

– Ty nie chcesz jej unikać, John. – Rione wstała. – I właśnie dlatego mówią, że masz z nią romans.

– Victorio, czeka nas bitwa, nad którą muszę pomyśleć, wolałbym, żebyś nie rozpraszała mnie takimi mowami.

– Wybacz. – Nie potrafił powiedzieć, czy to były przeprosiny. – Mam nadzieję, że twoja desperacka strategia zadziała. Bardzo często, od czasu gdy przejąłeś dowództwo floty, miotałeś się pomiędzy bardzo ostrożnymi posunięciami a pójściem na całość, czym, muszę to przyznać, wyprowadziłeś Syndyków z równowagi. Może i tym razem ci się uda. Zobaczymy się na mostku za pięć godzin.

Patrzył, jak opuszcza kabinę, a potem położył się, cały czas myśląc, co też jej chodzi teraz po głowie. Pomijając fakt, że była jego okresową kochanką – a w chwili obecnej trwali znów w separacji – udzielała mu nieocenionej pomocy, choćby dlatego, że mówiła zawsze prosto z mostu, co leży jej na sercu. Ale miała też wiele sekretów. Jedno tylko wiedział na pewno: jej lojalność wobec Sojuszu była niezłomna.

Sto lat temu Syndycy zaatakowali z zaskoczenia przestrzeń Sojuszu, rozpoczynając tym samym wojnę, której nie mogli wygrać. Sojusz był zbyt wielki, zbyt bogaty. Tak samo jak Światy Syndykatu. Stąd całe stulecie impasu, brutalnej walki, niezliczonych ofiar po obu stronach. Stulecie, podczas którego młodzież wszystkich planet Sojuszu uczyła się na pamięć czynów Johna „Black Jacka” Geary’ego i pamiętnej ostatniej linii obrony na Grendelu. Stulecie, podczas którego wszyscy ludzie, jakich kiedykolwiek poznał, umarli, a miejsca z nimi związane zmieniły się nie do poznania. Nawet flota się zmieniła. I wcale nie chodziło tylko o lepszą broń, ale raczej o to, że jedno stulecie nieopisanego okrucieństwa w walce z wrogiem zmieniło jego rodaków w obce istoty. On także się zmienił od chwili, w której objął dowodzenie nad skazaną na zagładę flotą. Ale zdążył przynajmniej przypomnieć potomkom marynarzy, których kiedyś znał, czym jest prawdziwy honor i o jakie wartości powinien walczyć Sojusz. Nikt go nie przygotował do dowodzenia tak wielką flotą, wciąż pozostawał samotny w tłumie myślących zupełnie inaczej oficerów i marynarzy, lecz mimo wszystko udało im się wspólnie dotrzeć aż tak daleko. Lecieli wciąż w stronę domu. Domu, którego nawet nie będzie potrafił rozpoznać. Jednakże obiecał wszystkim, że ich tam doprowadzi, taki był jego obowiązek i dlatego zamierzał dotrzymać złożonej obietnicy albo zginąć za nią.

Jego wzrok spoczął w końcu na holomapie przedstawiającej układ planetarny Lakota. Tak wiele syndyckich okrętów. Ale i wróg mocno oberwał podczas ostatniego starcia. Geary nie potrafił określić, jak mocno, zważywszy na to, że ilość szczątków powstałych w ostatniej fazie bitwy przesłoniła pole widzenia sensorów. Nie był nawet pewien, jak wielu wrogów zniszczyły jego pancerniki „Nieposłuszny”, „Najśmielszy” i „Niestrudzony” w ostatnich momentach swojego istnienia, gdy powstrzymywały atak Syndyków, aby reszta floty mogła dotrzeć do punktu skoku.

Czy dowódca sił Syndykatu naprawdę był przekonany o tym, że flota Sojuszu została pokonana i ucieka na ślepo? Ile okrętów wysłano za nimi na Ixiona, a ile pozostawiono, by zabezpieczyć się na wypadek nieoczekiwanego (albo szaleńczego – zależnie od punktu widzenia) i szybkiego powrotu okrętów Sojuszu na Lakotę? Odpowiedzi na te pytania można było uzyskać, wyłącznie kierując flotę prosto w paszczę lwa, by sprawdzić, czy są w niej jeszcze jakieś ostre kły.

 

Sprawdził po raz kolejny czas – dowie się wszystkiego dopiero za cztery i pół godziny.


Mostek „Nieulękłego” wydawał mu się teraz o wiele przytulniejszym miejscem niż za pierwszym razem, gdy stanął na nim po śmierci admirała Blocha. I nie chodziło o wygląd, bo ten niewiele się zmienił, ale raczej o wyposażenie: z jednej strony niesłychanie zaawansowane technologicznie, a z drugiej wykonane w naprawdę prymitywny sposób. Zwycięstwo potrzeby nad formą. Sto lat wcześniej na jednostce Geary’ego wszystko było idealnie wyprofilowane i gładkie, po prostu piękne. Ale tamten okręt zaprojektowano i zbudowano z myślą, że będzie służył wiele dekad – jak większość ówczesnych jednostek nie miał nigdy brać udziału w walce. „Nieulękły” natomiast był przedstawicielem generacji okrętów wojennych, które budowano w wielkim pośpiechu, aby uzupełnić niewiarygodnie wysokie straty, a jego przewidywana eksploatacja miała sięgać w najlepszym razie zaledwie kilku lat. Ostre krawędzie, nierówne spawy, wypaczone płaszczyzny – wszystko pasujące do jednostki, która nie powinna przetrwać pierwszego kontaktu z wrogiem i zostanie szybko zastąpiona przez kolejną, noszącą zresztą tę samą nazwę. Geary nadal nie potrafił pojąć filozofii jednorazowych okrętów, zrodzonej z przerażającej potrzeby, która była matką wszystkich tych niedoróbek.

Okręty przeznaczone na zniszczenie i załogi do zabicia. Tak wiele wiedzy o strategii i taktyce utracono w ciągu tego stulecia, gdy wyszkolony personel ginął na polu walki, zanim zdołał przekazać posiadaną wiedzę nowym zaciągom marynarzy. Bitwy zmieniły się w bezładną rzeź, pełną szarż na złamanie karku i stosów niepotrzebnych ofiar. O ileż łatwiej było mu zaakceptować szorstkie krawędzie niż wielką liczbę ofiar, która dla tej floty była codziennością.

Zdołał jednak utrzymać przy życiu niemal całą załogę „Nieulękłego” i dotarł z nią aż tutaj, tak daleko od syndyckiego systemu centralnego. Wolał spotykać się z marynarzami osobiście, kiedy mieli wolne chwile, zamiast wspominać dawno zmarłych towarzyszy broni. Wachtowi powoli stawali się rozpoznawalni z twarzy i nazwiska, niewyszkoleni amatorzy przetrwali wystarczająco długo, by nabyć doświadczenia. Większość załogi pochodziła z planety Kosatka, Geary odwiedził ją kiedyś, prawdę mówiąc, grubo ponad sto lat temu. Ale teraz, gdy pozostał sam w odległej przyszłości, ci ludzie stanowili dla niego namiastkę rodziny, którą bezpowrotnie utracił.

Kapitan Desjani uśmiechała się do niego przyjaźnie, gdy wchodził na mostek i siadał w admiralskim fotelu, stojącym tuż obok stanowiska dowodzenia dowódcy liniowca. Kiedyś Tania zaskakiwała go swoją krwiożerczością wobec wroga, a zarazem ochotą, z jaką przyjęła jego nową taktykę. Ale szybko pojął powody jej zachowania, a ona wsłuchiwała się w to, co mówił, obdarzając go wiarą chyba nawet większą niż w wypadku przodków. Pomijając wszystko inne, przodkowie Geary’ego musieli wiedzieć, jak pojętnym jest Tania oficerem i jak sprawnie prowadzi swój okręt do boju. A dzisiaj jej obecność bez najmniejszego wątpienia sprawiała, że czuł się na mostku jak u siebie.

– Jesteśmy gotowi, kapitanie Geary – zameldowała.

– Jak zawsze zresztą.

Starał się oddychać powoli, wyglądać pewnie, mówić z przekonaniem. Nie mógł zdradzić tego, że bardzo obawia się sytuacji, jaką zastaną po wyjściu z nadprzestrzeni, wiedział bowiem doskonale, że wszyscy marynarze i oficerowie wpatrują się w niego, a ich pewność siebie wynika wyłącznie z tego, co wyczytają z jego twarzy.

– Pięć minut do wyjścia – zameldował wachtowy z operacyjnego.

Kapitan Desjani nie tylko wyglądała na opanowaną i pewną siebie, ale naprawdę taka była. Ale ona zawsze była tym spokojniejsza, im bliżej było do bitwy. Teraz spoglądała na Geary’ego i nieprzerwanie się uśmiechała.

– Mamy towarzyszy broni do pomszczenia w tym systemie.

– Mamy – przyznał Geary, zastanawiając się jednocześnie, czy kapitan Mosko przeżył zagładę własnego pancernika. Mało prawdopodobne. Mosko był jednym z setek marynarzy i oficerów, którzy mogli ocaleć i dostać się do syndyckiej niewoli na Lakocie. Oprócz czterech pancerników i okrętu liniowego flota Sojuszu straciła podczas starć z Syndykami także dwa ciężkie i trzy lekkie krążowniki oraz cztery niszczyciele. Może nadarzy się okazja do uwolnienia choć części z nich. Władze Syndykatu na pewno nie czuły przymusu do szybkiej ewakuacji jeńców, więc istniały spore szanse na to, że jeńcy wciąż znajdowali się gdzieś na Lakocie.

Słysząc dźwięk zamykanego włazu, Geary odwrócił się i zobaczył, że Rione zajmuje właśnie miejsce w fotelu obserwatora. Ich spojrzenia zetknęły się na moment, Victoria skinęła uprzejmie głową i niemal natychmiast odwróciła się do własnego wyświetlacza. Desjani, zajęta swoimi sprawami, nie odwróciła się, aby powitać Rione, lecz współprezydent najwyraźniej nie zwróciła na to uwagi.

– Dwie minuty do zakończenia skoku.

Desjani odwróciła się do Geary’ego.

– Czy zechce pan przemówić do załogi, sir?

Czy powinien przemawiać?

– Tak... – Geary urwał, by zebrać myśli. Tak wiele razy przemawiał do tych ludzi przed bitwą od momentu, gdy objął dowodzenie flotą. Kiedy znów naciskał kombinację klawiszy otwierającą wewnętrzne połączenia, robił wszystko, by jego głos przepełniony był optymizmem. – Oficerowie i marynarze „Nieulękłego”, raz jeszcze otrzymałem zaszczyt prowadzenia floty i tego okrętu do bitwy. Spodziewamy się, że syndyccy obrońcy systemu będą na nas czekali u samego wylotu studni grawitacyjnej. Wiem, że postaracie się, aby pożałowali tego, że ponownie widzą nasze okręty, i obiecuję, że nie opuścimy Lakoty, dopóki nie pomścimy poległych tam towarzyszy broni. Klnę się na honor naszych przodków!

Ledwie skończył mówić, pojawił się następny komunikat.

– Trzydzieści sekund do zakończenia skoku.

Przez mostek przetoczyły się głośne słowa Desjani:

– Wszystkie systemy bojowe aktywne. Tarcze ustawione na maksimum mocy. Przygotować się do kontaktu bojowego z wrogiem.

– Wyjście!

Niekończąca się szarość zniknęła w ułamku sekundy, już otaczała ich normalna przestrzeń, aksamitna czerń upstrzona milionami gwiazd. Syndyckie pola minowe wciąż znajdowały się w tym samym miejscu, ale „Nieulękły” i pozostałe okręty Sojuszu od razu wykonały ostry zwrot w górę, aby ominąć niebezpieczne sektory. Geary nieustannie sprawdzał ekrany, obawiając się, że wróg mógł położyć nowe miny w przestrzeni otaczającej wylot studni grawitacyjnej.

Na holomapie systemu gwiezdnego nie było na razie żadnych zmian, widniała na niej zamrożona sytuacja sprzed niemal dwóch tygodni, gdy flota Sojuszu opuszczała Lakotę; miejsca, w których znajdowały się wówczas jednostki wroga, określały znaczniki opatrzone napisami „ostatnia znana pozycja”, co w dosłownym tłumaczeniu oznaczało: „może być wszędzie, ale na pewno nie tutaj”. Już zaczynało się coś dziać, stare oznaczenia znikały pospiesznie, w miarę jak sensory odbierały sygnały napływające wraz z falami świetlnymi.

Geary pochylił się, jakby chciał odczytać wszystkie uaktualnienia naraz. Nikt nie bronił wyjścia z punktu skoku, rozproszone jednostki Syndykatu zdawały się krążyć po całym systemie. Było ich multum. Gdy ujrzał, jaką siłą dysponuje nadal wróg, powróciło poczucie klęski. Czyżby naprawdę zawiódł flotę prosto między potężne szczęki wroga?

Wszakże gdy zaczął wczytywać się w szczegółowe dane dotyczące aktualnego stanu jednostek, dostrzegł zupełnie inny obraz sytuacji. Ogromne zgrupowanie jednostek Syndykatu, znajdujące się w odległości zaledwie dziesięciu minut świetlnych od wylotu studni grawitacyjnej, składało się niemal wyłącznie z uszkodzonych okrętów i statków, wiele z nich było niemalże wrakami, inne miały wyłączone systemy bojowe, które właśnie naprawiano. Cała ta formacja, przypominająca spłaszczoną sferę, sunęła leniwie przez przestrzeń, nie osiągając nawet 0,02 świetlnej.

Drugie zgrupowanie wroga, oddalone tym razem od punktu skoku o trzydzieści minut świetlnych, składało się z jednostek w pełni sprawnych oraz lżej uszkodzonych, tyle że posiadało na stanie zaledwie cztery pancerniki i dwa okręty liniowe.

Na całej przestrzeni pomiędzy punktem skoku a zamieszkaną planetą aż roiło się od syndyckich jednostek. Mniej uszkodzone, ale niemające pełnej zdolności bojowej okręty wojenne zmierzały powoli w stronę orbitalnych doków, frachtowce dowoziły części zamienne, a cywilne statki krążyły pomiędzy pobliskimi planetami. Całe stada bezbronnych owieczek, chronionych przez kilku tylko pastuchów, którzy mieliby powstrzymać flotę Sojuszu przed rozwaleniem wszystkiego, co tylko znajdzie się w jej polu widzenia.

Desjani wydała z siebie dźwięk, który mógł kojarzyć się jedynie z najczystszą satysfakcją.

– Kapitanie Geary, skopiemy im tyłki.

– Na to wygląda. – Jego własna formacja już dawno poszła w rozsypkę, ale nie miał do tej pory czasu, by to naprawić. Uzyskał sporą przewagę nad syndyckimi okrętami, które wyruszyły za nim w pościg na Ixiona, ale wiedział doskonale, że i one pojawią się wkrótce w najbliższym punkcie skoku, mimo to nie mógł pozwolić, by uszkodzone i teraz niemal bezbronne okręty i remontujące je jednostki wroga zdołały mu umknąć.